czwartek, 31 marca 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 9

Nie do końca wiem co się stało w tym rozdziale, ale wstawiam, żeby nie było. Miało być dodane wcześniej, ale przedłużyły mi się święta. Wybaczcie mi.
+ Next w poniedziałek, ponieważ mam zajęty weekend.
_____________________________________________________________________________
Haymitch
Całe jego ciało krzyczało. Każdy kolejny trening z Effie, był coraz bardziej bolesny. Nie chodziło tylko o to, że cały czas się przewracał, bo to zdarzało się już coraz rzadziej. Chodziło o to, że ta mała kreatura starała się go zabić!
Zaczęli od biegania przez dwie godziny po lesie, później ćwiczenia na rozciąganie, budowa mięśni, przerwa na pięć minut, później znów biegi i ćwiczenia z podnoszenia i przećwiczenie całego układu poza lodem. Więc kiedy wreszcie założyli łyżwy, Haymitch miał ochotę położyć się i nigdy już nie wstawać. Nie miał nawet siły, żeby myśleć o porannej kłótni z matką. Wiedział, że chciała być miła dla pani Everdeen, ale Haymitch nie był jeszcze gotowy, żeby zmierzyć się z żoną mężczyzny, który go uratował.
Siedzieli na lodzie już od trzech godzin i niedługo powinno zacząć robić się ciemno. Był moment w ich układzie, w którym musieli wykonywać identyczne ruchy w tej samej chwili. Wszystko szło dobrze, ale wtedy Haymitch wykonał loop'a i kiedy przy lądowaniu wychylił nogę do tyłu, stracił równowagę i skończył szorując brzuchem po lodzie.
- Mam dość. - powiedział, uderzając pięścią w taflę lodu.
Podczas gdy on upadł, Effie wykonała swojego loop'a bezbłędnie. Podjechała do niego i wsparła dłonie na biodrach.
- Och, przestań. - żachnęła się. - Musimy ćwiczyć. Nie przyjechałam tu po to, żeby siedzieć w domu.
- A ja nie przyjechałem tu po to, żeby całymi dniami walić twarzą w ten lód.
Skorzystał z ręki, którą mu podała, żeby pomóc mu wstać. Otrzepał spodnie z lodu.
- To akurat twoja wina. - rzuciła mu karcące spojrzenie. - Nie używasz ząbków.
- Skończ z tymi ząbkami.
Ząbki były częścią łyżew figurowych. Effie bardzo lubiła mu przypominać, że jeśli nie będzie ich używał, zawsze będzie kończył upadkiem.
- Nie, dopóki się nie nauczysz. Musisz o nich pamiętać, bo jeśli zapomnisz, kiedy będziesz mnie trzymać, przewrócisz się, a przez to mogę nabawić się kontuzji i wtedy to będzie twoja wina. Przez ciebie i twoją nieuwagę. Chcesz mieć mnie na sumieniu...
- Wystarczy.
- Travers zawsze mówi: "Chroń partnera, bo jeśli coś pójdzie nie tak, to będzie to twoja wina".
Travers nie przyjechał z nimi do Dwunastki. Effie powiedziała mu, że ich "trener" tak naprawdę istniał tylko na papierze. Pokazywał się z nimi na występach, od czasu do czasu dawał jakieś rady, ale w rzeczywistości to Effie dbała o trening, układ, muzykę i wszystko inne.
Ta kobieta miała bzika na punkcie planowania. Haymitch podejrzewał, że miała zaplanowany każdy dzień do końca jej życia, z dokładnością do minuty. Wariatka.
- Musimy sobie ufać, Haymitch. - ciągnęła Effie. - Łyżwiarstwo figurowe to coś więcej niż dwójka ludzi wykonująca różne figury w ustalonej sekwencji. Chodzi o połączenie między dwójką ludzi. O iskrę. Musimy być wyczuleni na własne ruchy. Tak, że jak jedno z nas wyciągnie rękę, drugie bez patrzenia będzie już czekało, żeby ją ująć.
- Brzmi strasznie.
- Ale nie jest. - nawet nie zwróciła uwagi na jego sarkazm. - Większość zawodowych par łyżwiarskich mieszka ze sobą, trenują codziennie po dwanaście godzin... Nie chodzi mi o wygraną, bo bądźmy szczerzy, nie mamy żadnych szans z tegoroczną konkurencją, ale nie chcę skończyć jako ostatnia. Jeśli mam odejść to chcę to zrobić najlepiej jak umiem...
Mówiła, mówiła i mówiła. I miała czelność twierdzić, że nie jest gadatliwa, za każdym razem, kiedy jej to wypominał. Przewrócił oczami i zakrył jej usta dłonią.
- Czy ty w ogóle oddychasz?
- Oczywiście, że oddycham! - odtrąciła jego dłoń. Jej mina była bezcenna.
- Powinnaś się rozluźnić. - wyszczerzył się. - Bierzesz to wszystko zbyt poważnie. Będę się starać, ale musisz się wyluzować.
- Nie mamy czasu, żeby się "wyluzować", Haymitch. - patrzyła na niego, jakby był opóźniony w rozwoju.
- Właśnie, że mamy, skarbie. - Gdyby spojrzenia mogły zabijać, padłby trupem. Skrzyżowała ręce na piersi.
- Zostaw "skarbie", dla swojej dziewczyny.
Haymitch miał wrażenie, że za tym zdaniem kryje się coś więcej. Jej postawa była zbyt agresywna, niż zwykle. Poza tym, już jakiś czas temu przestała mu mówić, żeby skończył nazywać ją skarbem. Jednak nie chciał się teraz tym zajmować. Gdyby zaczął się nad tym dłużej zastanawiać, może zauważyłby, jak Effie na niego patrzyła, kiedy tego ranka w drzwiach pojawiła się Lissie. Albo, jak unikała jego wzroku podczas śniadania. Jednak on był zbyt obolały i zmęczony, żeby się tym przejmować, a przed nimi było jeszcze kilka godzin treningu.
Jedyne na co miał siłę, to znów przewrócić oczami i spojrzeć na nią gniewnie. Pogroził jej palcem.
- Słuchaj, albo się rozluźnisz, albo zapomnij o mojej pomocy i wracaj do Kapitolu.
Wiedział, że wygrał tą rundę. Nie mogła sobie pozwolić, żeby teraz stracić kolejnego partnera. I ona też o tym wiedziała, bo zacisnęła usta i wpatrywała się w niego z taką intensywnością, że miał wrażenie, że lód dookoła nich zaraz się stopi.
- Jesteś niemożliwy. - wysyczała przez zaciśnięte zęby.
- A ty irytująca. - wyszczerzył się.
- Co powinno tworzyć z nas zgraną ekipę. - wyciągnęła do niego rękę. - Rusz się i zaczynamy od nowa. Raz-raz.
Chwycił jej dłoń i ich palce splotły się razem w naturalnym geście. Ustawili się naprzeciwko siebie i Effie ustawiła go w pozycji do walca. Musieli ćwiczyć bez muzyki, ale dawali radę. Effie miała wszystko w głowie. Przez cały czas liczyła kroki i przypominała mu, którą figurę mieli wykonać. Nie musiała tego robić, bo dosyć szybko zapamiętał wszystkie sekwencje, ale było to też pomocne.
Układ nabierał prędkości. Haymitch puścił jej dłoń i odjechał, żeby zdobyć trochę miejsca. Jednocześnie wykonali podwójnego axla i powtórzyli to jeszcze raz. Wtedy Haymitch odwrócił się do Effie, w tym samym momencie, w którym ona odwróciła się do niego. Nie spuszczali z siebie wzroku. Nie był pewien czy kiedykolwiek będzie w stanie przyzwyczaić się do tego, jak bardzo niebieskie są jej oczy.
Podjechali do siebie i Haymitch podniósł ją w wyćwiczonym ruchu. Zmienił ułożenie rąk tak, że podtrzymywał ją nad swoją głową, opierając ręce na jej podbrzuszu. Zaczął się obracać. Wszystko szło dobrze; miały być cztery obroty i miał ją powoli opuścić. Ale przy drugim obrocie poczuł, że za bardzo wychyla się do tyłu. Jego prawa noga wysunęła się do przodu i już wiedział co się stanie w następnej sekundzie.
Kiedy stracił równowagę, jedyne o czym był w stanie myśleć, to "Chroń partnera, bo jeśli coś pójdzie nie tak, to będzie to twoja wina". Dlatego w ostatniej chwili złapał Effie i przycisnął ją do siebie, żeby wziąć ciężar jej upadku na siebie.
Całe zdarzenie nie trwało dłużej niż ułamek sekundy, ale kiedy upadł i poczuł przeszywający ból w łokciu i w plecach, nie przejął się tym. Potrafił myśleć tylko o tym, że Effie syczy z bólu.
- Cholera! - krzyknął. - Effie! Wszystko dobrze?
Zsunął ją delikatnie z siebie i ukucnął tuż przy niej. W jej oczach lśniły łzy. Nie wiedzieć czemu, ten widok był dla niego, jak kubeł zimnej wody wylanej na głowę. Może nie znał jej zbyt dobrze, ale wiedział jedno: Effie Trinket była zbyt twarda, żeby płakać z byle powodu. Instynktownie chciał zabić tego, kto doprowadził ją do płaczu.
- Moja kostka... - Jej oddech był urywany. Usiadła i ścisnęła dłońmi prawą kostkę. Zaciskała zęby i Haymitch wiedział, że z całych sił starała się przywołać się do porządku. Jednak łzy już spływały jej po policzkach.
- Pokaż.
Najdelikatniej jak umiał, rozwiązał sznurówki przy jej łyżwie i zsunął ją z jej nogi, mamrocząc przeprosiny za każdym razem, kiedy krzywiła się z bólu. Podwinął nogawkę jej spodni i zsunął grubą skarpetkę. Kostka była delikatnie spuchnięta.
- Możesz nią ruszać?
Poruszała lekko stopą, oddychając ciężko przez usta i starając się uspokoić.
- Jest tylko zbita, ale na dzisiaj to koniec. - powiedział, poprawiając jej skarpetkę.
- Żartujesz? - wysyczała, rzucając mu niedowierzające spojrzenie.
- Chcesz pogorszyć sytuację? - uniósł pytająco brew.
- To twoja wina! Upuściłeś mnie. - skoro mogła się na niego złościć, to nie było aż tak źle, pomyślał.
- I przy okazji zbiłem łokieć, więc jesteśmy kwita. - uśmiechnął się półgębkiem, ale ten uśmieszek szybko zniknął. Zmarszczył brwi i wstał. - Możesz wstać?
Podparła się dłońmi o lód i oparła ciężar ciała na lewej nodze. Kiedy wstała, z niesamowitym brakiem swojej zwyczajnej gracji, starała się przetestować sprawność prawej kostki. Szybko tego pożałowała, bo noga się pod nią ugięła.
- Ałć! - syknęła przez zaciśnięte zęby, kiedy straciła równowagę. Haymitch szybko wyciągnął ręce, żeby ją podtrzymać. Kiedy stało się jasne, że nie da rady ustać, przewrócił oczami.
- Ok, chodź no tutaj.
Podał jej białą łyżwę, którą wciąż trzymał w ręce i zwinnym ruchem, wziął ją na ręce. Przejechał przez zamarznięte jezioro do brzegu, na którym zostawili torbę ze swoimi rzeczami. Ostrożnie zszedł z tafli lodu, starając się jej nie upuścić. Usadził ją na pniu przewróconego drzewa, które już wcześniej służyło im za ławkę. Ściągnął jej drugą łyżwę i pomógł jej założyć trapery, które pożyczyła jej jego matka. Alice o mało dostała zawału, kiedy zobaczyła, że Effie nie ma cieplejszych butów niż trampki. Effie starała się zaprotestować, ale kiedy jego matka się uparła, nie było odwrotu. Kiedy uporał się ze sznurówkami, podał jej płaszcz i zajął się swoimi łyżwami.
- Kto by pomyślał, że potrafisz się zachować na dżentelmen. - powiedziała, kiedy ich łyżwy zostały schowane do torby, którą zarzucił na ramię i znów wziął ją na ręce.
- Kiedy chcę, potrafię być naprawdę czarujący. - mrugnął do niej, uśmiechając się pod nosem.
- Szczerze w to wątpię. - wywróciła oczami. Objęła jego szyję i ułożyła głowę na jego ramieniu. Nagle zrobiło mu się gorąco, mimo kąsającego mroźnego wiatru. Czuł, że serce przyspieszyło i wiedział, że Effie będzie mogła to usłyszeć. Postanowił to zgonić na wysiłek związany z niesieniem jej przez las.
- Zdziwiłabyś się. - zerknął na nią. - Jeśli nie wierzysz, możesz zapytać Lissie.
Nie odpowiedziała, ale poczuł, że jej mięśnie się napinają. Szli w ciszy. W lesie, gdzie drzewa rosły jedno obok drugiego, szło mu się lepiej, ponieważ nie musiał się przedzierać przez warstwę śniegu. Jednak, kiedy doszli do ścieżki, jego nogi zapadały się po kostki w śniegu. Musiał jeszcze bardziej uważać, żeby się nie przewrócić lub żeby jej nie upuścić.
- Wydaje mi się, że twoja dziewczyna mnie nie lubi. - odezwała się Effie po kilku minutach.
- Nawet z nią nie rozmawiałaś. - powiedział Haymitch. - Skąd możesz wiedzieć, że cię nie lubi, skarbie?
- Kobiety wiedzą takie rzeczy, Haymitch. - odpowiedziała tym swoim głosem w stylu "czasami jesteś idiotą".
- Ach, tak?
Jednak nie miał zamiaru zaprzeczać. Kłótnia, jaka odbyła się tego ranka, była jedną z gorszych. Lissie rzeczywiście nie lubiła Effie. Chociaż nawet z nią nie rozmawiała - jak wypomniał jej kilka razy.
- Tak. - powiedziała cicho. - Poza tym pomyśl tylko. Tańczę z tobą na lodzie, co jak ci dzisiaj powiedziałam, jest dosyć intymne. Która dziewczyna chciałaby, żeby jej chłopak obejmował w ten sposób inną?
Nie odezwał się. Już słyszał podobne zdania. Tylko, że te które wypowiedziała Lissie, były bardziej... Okrutne i wulgarne.
- Już o tym rozmawialiście, prawda? - Niesamowite, jak ta kobieta potrafiła czytać mu w myślach.
Znów jej nie odpowiedział, ale jego milczenie powiedziało jej wszystko, co chciała wiedzieć. Wtuliła twarz w jego szyję, muskając zimnym nosem jego skórę. Jej dotyk był elektryzujący. Przełknął ślinę z trudem. Nie potrafił się skupić. Nigdy nie miał problemu z koncentracją, kiedy musiał ją przytulać i dotykać, kiedy byli na lodzie, ale to było konieczne. Ale teraz nie byli na lodzie. Jej dotyk nie był wymuszony. Nie wiedział, dlaczego myśl, że Effie jest tak blisko niego, tak mocno go uderzyła.
- Przepraszam. - wyszeptała. Czuł jej gorący oddech na swojej skórze. Miał problemy z oddychaniem. - Powinnam zostać w Kapitolu. Wycofać się z tych zawodów i...
Odrzucił wszelkie myśli o Effie. To nie ona była jego dziewczyną i to nie z nią miał problemy. To Lissie musiał się zająć. To z nią był. I to z nią kłócił się o najmniejszą głupotę. Potrzebował porady. A jedyną osobą, która mogłaby spojrzeć na sprawę obiektywnie była Effie.
- Jesteś kobietą... - przerwał jej, nie wiedząc jak kontynuować. Podniosła głowę z jego ramienia i spojrzała na niego.
- Dziękuję, że zauważyłeś. - wyszczerzyła się złośliwie. - Trochę ci to zajęło.
Wywrócił oczami i odetchnął głęboko. Musiał z kimś o tym porozmawiać.
- Dlaczego kłóci się ze mną o najmniejszą rzecz? - zapytał w końcu. Effie zmarszczyła brwi.
- To, że jestem kobietą nie znaczy, że wiem co siedzi twojej dziewczynie w głowie. - powiedziała powoli, ważąc każde słowo. - Każda kobieta jest inna... Prawdopodobnie ją denerwujesz i szczerze mówiąc, nie mogę jej winić, jesteś denerwujący. - uśmiechnęła się do niego. - Może powinieneś... Sama nie wiem... Zabiegać o nią?
- Zabiegać? - powtórzył, marszcząc brwi. Wzruszył ramionami. - Nie muszę. Przecież już jesteśmy razem.
- Taki jest problem większości facetów. - westchnęła ciężko, kręcąc głową. - Myślicie, że jak już zdobyliście dziewczynę, to możecie przestać się o nią starać. Otóż nie.
- Więc co proponujesz?
- Na początek kwiaty. Może czekoladki?
- To śmieszne. Nie jestem taki.
- Jaki? - zapytała, unosząc brew. - Jeśli zależy ci na niej, powinieneś jej to pokazywać. Kochasz ją, prawda?
- Nie twój interes, skarbie. - prawdziwa odpowiedź brzmiałaby "sam już nie wiem", ale nie mógł jej tego powiedzieć, prawda? - Chodzi o to, że...  Nie umiem już z nią spędzić całego dnia, tak, żeby po kilkunastu minutach nie poczuć się jakbym popełniał jakiś błąd.
- Błąd? - czuł, że mu się przygląda, ale specjalnie unikał jej wzroku. Ciężko mu było otworzyć się przed Effie, ale sama powiedziała, że powinni się lepiej poznać. Musieli od czegoś zacząć.
- Coś mi umyka. Kiedy z nią jestem... Czuję się, jakby moje miejsce nie było przy niej. Myślałem, że rozłąka dobrze nam zrobi, ale znowu było tak samo.
- Rozmawiałeś z nią o tym? - pokręcił głową. - W takim razie porozmawiaj z nią. Powinniście to załatwić między sobą.
***
Kiedy tylko dotarli z Effie do domu i pomógł jej usiąść na kanapie, Alice się nią zajęła. Nie była lekarzem, ale znała się na kilku rzeczach. Haymitch oznajmił, że musi wyjść. Jego matka zaczęła mówić, że powinien zostać z Effie, ale dziewczyna powiedziała, że powinien iść.
Idąc w stronę miasta, w głowie Haymitcha panował chaos. Wyobrażał sobie, co jej powie, kiedy ją zobaczy i jak będzie wyglądała cała ta rozmowa. Doskonale zdawał sobie sprawę, że nie odważy się powiedzieć chociaż jednej z tych rzeczy, które sobie wyobraził.
Dotarł do piekarni. Wszedł do środka i momentalnie napłynęła mu ślina do ust. W powietrzu unosił się zapach świeżo pieczonego chleba. Całe szczęście, nigdzie nie było widać żony piekarza. Ta okropna kobieta miała tupet. Starał się omijać piekarnię, kiedy pani Mellark pomagała obsługiwać klientów. Lissie siedziała za ladą; właśnie miała ugryźć bułkę. Zobaczyła go i odłożyła jedzenie na bok. Jej twarz przypominała pustą kartkę, kiedy go zobaczyła, na jej twarzy nie pojawiły się żadne emocje. Kiedyś uśmiechała się za każdym razem, jak go widziała.
- Możemy pogadać? - zapytał podchodząc do lady.
- Mam pięć minut przerwy. - powiedziała, oglądając się przez ramię i spoglądając na drzwi prowadzące na zaplecze. - Wolałabym nie podpaść pani Mellark.
- Będę się streszczał.
***
- No więc?
Stali przed piekarnią. Lissie patrzyła na niego wyczekująco, przestępując z jednej nogi na drugą. Wychodząc, nie założyła kurtki.
- Dlaczego ciągle się kłócimy? - zapytał wprost. Na twarzy Lissie pojawił się szok. Zmarszczyła brwi.
- Naprawdę? - powiedziała z irytacją; zaczynała stukać zębami z zimna. Nie zaproponował jej swojej kurtki. - Czy to nie mogło poczekać, aż skończę pracę?
- Nie. Muszę wiedzieć już teraz.
- Haymitch... - westchnęła, ale nie dał jej dokończyć.
- Lissie, po prostu mi powiedz. - nalegał. - Rozmawiałem z Effie i...
- Ach, tak? - przerwała mu. Z każdym kolejnym słowem, jej ton robił się coraz bardziej ironiczny. - I co powiedziała twoja Effie?
- Nie jest moja. - warknął. Jego mózg podpowiadał mu, żeby się zamknął, ale nie go nie posłuchał. - Po prostu chciałem się poradzić.
- I co ci poradziła? - założyła ręce na piersi i wpatrywała się w niego gniewnie.
- Żebym z tobą porozmawiał.
- Cóż za przejaw geniuszu. - prychnęła. Jej głos ociekał jadem i nienawiścią.
- Przestań. - syknął. - Poprosiłem ją o pomoc. Doradziła mi, żebym zamiast z nią, porozmawiał z tobą.
- Aż dziwne, że sam na to nie wpadłeś. - jej sarkazm zaczynał mu działać na nerwy. - Tylko twoja Effie musiała ci to uświadomić.
- Nie jest moja... - powtórzył. Czuł, że traci panowanie. Że zaczynają mu drżeć ręce. Wcisnął je głębiej w kieszenie kurtki.
- Nieważne... - przerwała mu. - W sumie to też chciałam z tobą porozmawiać. Kiedy cię nie było... - zająknęła się - Coś się stało...
- Co takiego? - zmarszczył brwi.
- Ja... - Ale w tym momencie, drzwi do piekarni się otworzyły i pojawiła się w nich kobieta o piaskowych włosach i niebieskich oczach. Haymitch poczuł, że cierpnie mu skóra, na widok tej kobiety. Żona piekarza, była okropną kobietą.
- Lissie! - krzyknęła kobieta. - Klienci czekają! To nie czas na pogaduszki, wracaj do pracy!
- Tak, pani Mellark. - powiedziała szybko Lissie, niemal przestraszona. Drzwi się zamknęły, a ona odwróciła się do niego. Na jej twarzy malowało się coś, czego nie do końca był w stanie odczytać. - Porozmawiamy później, tak?
- Ale...
- Haymitch, później. - powiedziała.
- Jasne.
***
- Jak noga?
Wszedł do salonu. Effie wciąż siedziała na kanapie, z nogą położoną na poduszce i torebką z lodem na kostce. Kiedy jej wzrok padł na niego, na jej twarzy pojawił się szczery uśmiech, który sprawił, że w jej oczach zatańczyły iskierki.
- Lepiej. - powiedziała. - Jak Lissie?
- Nie wiem. - wzruszył ramionami. Usiadł na końcu kanapy, opierając się ciężko o oparcie. Ściągnął torebkę z lodem z jej kostki i przyjrzał się jej nodze. Opuchlizna zniknęła, ale pojawił się siniec. Przybrał zdrowy, fioletowy odcień. Przejechał kciukiem po napiętej skórze, uśmiechając się pod nosem. Wyobraził to sobie, czy naprawdę zadrżała pod jego dotykiem?
- Nie wiesz? - zmarszczyła brwi. - Nie rozmawiałeś z nią? Haymitch, przecież mówiłam ci, że...
- Rozmawiałem, ale niczego się nie dowiedziałem. - przerwał jej, zanim zdążyła się rozkręcić. - Oprócz tego, że znowu się pokłóciliśmy.
- O co?
Zastanawiał się czy jej powiedzieć. W końcu postanowił, że jest jej to winien. I tak już ją wplątał w całą tą sytuację.
- O ciebie. - powiedział wprost. Nastała chwila ciszy. Czuł na sobie jej wzrok, ale uparcie wpatrywał się w swoją dłoń, która wciąż spoczywała na jej kostce.
- Przepraszam. - usłyszał cichy szept.
- Nie twoja wina, prawda? - uśmiechnął się słabo, wciąż na nią nie patrząc.
- Jest zazdrosna. - powiedziała - Może powinnam z nią porozmawiać?
- Nie. - Nie chciał nawet myśleć o tym, co Lissie mogłaby jej zrobić, kiedy Effie zaczęłaby jej wyjaśniać, że nie ma być o co zazdrosna. - Powiedziała też, że coś się stało, kiedy byłem w Kapitolu.
- Co takiego?
- Nie wiem. - wzruszył ramionami, puszczając jej kostkę i układając na niej torebkę z lodem. - Wyszła jej szefowa i kazała jej wracać do pracy. Powiedziała, że pogadamy później.
- W takim razie, niedługo się dowiesz o co jej chodzi. - Spojrzał na nią. W jej błękitnych oczach malowała się troska.
- Mam wrażenie, że to nie będzie miła rozmowa. - westchnął. Uśmiechnęła się do niego słabo.
- Takie rozmowy nigdy nie są miłe.
________________________________________________________________________
Przepraszam za ten "friendzone". 
SPOILER: Niedługo się skończy.
Dajcie znać co sądzicie.

poniedziałek, 21 marca 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 8

SPOILER: Potrzebowałam imienia dla matki Katniss, ponieważ Suzanne Collins nam go nie zdradziła, dlatego nazwałam ją Isabelle.
+ Nie zgadza się kilka szczegółów dotyczących różnicy wiekowej między kilkoma postaciami (zrozumiecie o co mi chodzi), które były przedstawione w kanonie, ale to chyba nie powinno aż tak bardzo kłuć w oczy.
Nie miałam czasu, żeby sprawdzić błędy, więc bardzo przepraszam, jeśli takowe znajdziecie.
_______________________________________________________________________
Effie
Effie nie pamiętała, kiedy ostatni raz, była tak podekscytowana. Jeszcze nigdy nie wyjeżdżała z Kapitolu dalej, niż do Trójki. A teraz siedziała w pociągu, który miał przejechać przez całe Panem, żeby zawieźć ją do Dwunastki. Nie mogła się doczekać.
Siedzieli w przedziale w którym było prawie pusto. Jedynie starsza kobieta siedziała w dalekim kącie wagonu, oraz mężczyzna, który zasnął, kilka siedzeń od nich.
Pociąg jechał z przerażającą prędkością. Haymitch poinformował ją, że na miejscu będą jeszcze tego samego wieczora. Krajobraz za oknem, był tylko rozmazaną plamą. Nie było mowy o podziwianiu widoków. Jednak nawet nie miałaby na to czasu, ponieważ młodszy brat Haymitcha, przez cały czas opowiadał o tym, jak to jest w Dwunastce.
Polubiła go. Przypominał jej o Alexandrze; był tylko rok młodszy od niego. Strasznie się różnił od Haymitcha. Podczas gdy starszy z braci był skryty, Holden był niczym otwarta księga. Mówił o wszystkim i o niczym. A Haymitch miał czelność twierdzić, że to ona była gadatliwa.
- Spodoba ci się w Dwunastce, zobaczysz. - mówił Holden. Siedział na przeciwko, podczas gdy Haymitch siedział koło niej. Starszy z braci nie odzywał się dużo, jedynie niekiedy wtrącił jedno czy dwa zdania. - Mieszkamy w Wiosce. Mamy niewielu sąsiadów, ale mama mówi, że lubi ciszę i spokój, więc to chyba dobrze. A właśnie! Oprócz ciebie, na święta przyjdą jeszcze Everdeen'owie, mama mówiła, że zaprosiła panią Everdeen i jej córki...
- Chwila, że co? - Haymitch, który do tej pory wpatrywał się w okno, odwrócił się tak szybko, że nawet Effie usłyszała, jak coś mu przeskoczyło w szyi. Patrzył na Holdena z niedowierzaniem.
- Haymitch... - młodszy z braci wydawał się przestraszony.
- Co powiedziałeś? - naciskał Haymitch. - Mama zaprosiła panią Everdeen?
- Powiedziała, że spotkała ją w sklepie i pomyślała, że...
- Że?
- Że dobrze byłoby je zaprosić. - Holden patrzył na brata niemal błagalnie. Effie zmarszczyła brwi. Jeszcze nigdy nie widziała, żeby Haymitch był tak zdenerwowany, ale prawda była taka, że mało o nim wiedziała. - Haymitch, nie złość się.
- Nie złoszczę się. - warknął.
- Przecież widzę.
- Zamknij się Holden. - wysyczał przez zaciśnięte zęby. - Dobrze wiesz, co się stało.
- Co się stało? - Kiedy szare oczy obojga braci padły na nią, zdała sobie sprawę, że powiedziała to na głos. Napięcie uciekło z Haymitcha, jednak, kiedy się odezwał, jego głos był szorstki.
- Nie twój interes, skarbie.
Holden popatrzył na nią przepraszająco. Effie nie wiedziała co ma myśleć o całej tej rozmowie. Tym bardziej, że reszta podróży minęła im w absolutnej ciszy. Bez bezmyślnego paplania Holdena, jazda pociągiem strasznie się dłużyła. Gdyby nie to, że sytuacja była nieco niezręczna, sama zaczęłaby mówić - Haymitch miał po części rację mówiąc, że była gadatliwa. Ale nie wiedziała co powiedzieć.
Przez następne kilka godzin, żadne z nich się nie odezwał. Effie miała wrażenie, że Holden chciał kilka razy zacząć rozmowę, ale za każdym razem, Haymitch to wyczuwał i patrzył na niego z dezaprobatą.
Cisza była tak przytłaczająca, że Effie poczuła niewyobrażalną ulgę, kiedy Haymitch w końcu się odezwał, żeby ich poinformować, że za chwilę wysiadają. Było już ciemno; musiało być dobrze po północy.
Kiedy wyszła z pociągu, jedyne co widziała dookoła stacji, to drzewa, spowite w ciemność. Ziemię pokrywała gruba warstwa śniegu. Jej szpilki - tak samo, jak cienki płaszczyk - nie były odpowiednie na taką pogodę i w głowie, cicho przeklinała Haymitcha za to, że miał rację. Owiało ich mroźne powietrze. Czuła, że po kręgosłupie przebiegają jej dreszcze. W Kapitolu jedynym miejscem w którym można zobaczyć tyle śniegu, był park, a i tam nie utrzymywał się od dłużej, niż kilka godzin.
Poczuła, że czyjaś ręka chwyta bagaż, który trzymała. Odwróciła się i zobaczyła Holdena, który już zarzucał jedną z jej toreb, na ramię.
- Dżentelmen. - powiedziała z uśmiechem, siłą woli powstrzymując się, żeby nie zastukać zębami. Nad jego ramieniem, zobaczyła jak Haymitch wywraca oczami i rusza ścieżką.
- Lepiej się ruszcie. Chcę być w domu, przed wschodem słońca. - rzucił Haymitch przez ramię.
Szli przez dobre dwadzieścia minut, tylko dlatego, że Effie miała problem z poruszaniem się po zmarzniętej ziemi w swoich szpilkach. Będzie miała problem, bo jedyne buty jakie zabrała - oprócz szpilek - to trampki. Prawdziwa dama prędzej by umarła ze wstydu, niż założyła takie buty, mawiała jej matka, za każdym razem, kiedy widziała w nich swoją córkę. Cóż, choć Effie się starała, nigdy nie była i nigdy nie będzie prawdziwą damą w stu procentach. Dlatego od czasu do czasu mogła założyć nieodpowiednie obuwie. Jednak w taką pogodę, trampki będą mokre w ciągu kilku sekund, a to już będzie problem.
Wejście do Wioski w której mieszkali bracia Abernathy, było dużą, żelazną bramą. Zaraz za nią, znajdował się plac z dużą fontanną, która w tym momencie była zamarznięta, a kilkanaście metrów dalej pojawiały się pierwsze domy.
Wioska wyglądała niemal na opuszczoną. Gdyby Holden nie pokierował jej w stronę odpowiedniego domu, nigdy by nie zgadła, który z nich jest zamieszkały. Weszli po schodkach na werandę i Haymitch wyciągnął spod wycieraczki klucz. Otworzył drzwi po cichu i wszedł do środka nie zapalając światła.
Dom był pogrążony w ciszy. Mimo iż w domu było ciemno, Effie chłonęła wszystko wzrokiem. Ten dom, tak bardzo różnił się od jej własnego. Na podłodze w korytarzu leżał dywan. Effie zauważyła, że Holden i Haymitch odruchowo ściągnęli buty, więc sama również ściągnęła swoje szpilki. Jej stopy zaczęły piec z bólu, który był spowodowany zmarznięciem. Na ścianach wisiały ramki ze zdjęciami. Było cicho, ale ta cisza nie była aż tak ogłuszająca, jak ta u niej w domu. Tutaj cisza była wręcz przyjemna.
Chłopcy zostawili bagaże w korytarzu i Haymitch poprowadził ich w głąb korytarza, mijając schody, po czym skręcił w lewo. Okazało się, że pomieszczenie do którego weszli, to kuchnia. Tutaj Haymitch zapalił światło i Effie musiała zamrugać kilka razy, żeby przyzwyczaić się do jasności. Kuchnia była pomalowana na żółto. Szafki były zrobione z jasnego drewna; wszystko idealnie ze sobą współgrało. Holden podszedł do stołu, który stał po środku pomieszczenia i sięgnął po placek, który tam leżał, jednak, kiedy podnosił kawałek ciasta, strącił ze stołu nóż, który upadł na podłogę z głośnym brzęknięciem.
- Ciii. - wysyczał przez ramię Haymitch, który stał przy otwartej lodówce. - Mama pewnie już śpi.
- Wierzysz w to? - zapytał Holden powątpiewająco, unosząc brew.
- Nie. - wyszczerzył się starszy brat.
Effie stała w progu, nie bardzo wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Patrzyła jak Holden zajadał się ciastem, podtrzymując rękę pod brodą, żeby nie nakruszyć i jak Haymitch po dłuższym namyśle zamknął lodówkę, nic z niej nie wyciągając, po czym usiadł na blacie obok zlewu.
- Jesteś głodna? - zapytał, kiedy napotkał jej spojrzenie. Przywołała na usta uśmiech i pokręciła głową.
- Nie, dziękuję. - odpowiedziała. Patrzył na nią, jakby nie bardzo jej wierzył, ale wzruszył ramionami i nic już więcej nie powiedział.
- Chodź Effie, będziesz spała w moim pokoju. - powiedział Holden,  Na dole jest jeszcze jedna sypialnia, przeniosę się tam.
- Nie musisz... Nie chcę cię pozbawiać pokoju.
- Żaden problem.
- Haymitch? Holden? - usłyszeli, jak woła kobiecy głos.
- W kuchni! - zawołali oboje chórkiem, przewracając oczami dokładnie w tym samym momencie. Effie nie mogła się nadziwić, jak bardzo byli do siebie podobni, a jednak wciąż tak bardzo się od siebie różnili.
Usłyszeli kroki na schodach. Chwilę później do pomieszczenia weszła wysoka kobieta, zawiązując pasek od grubego, niebieskiego szlafroka. Miała dokładnie takie same ciemne włosy, jak Haymitch i Holden. Jednak na tym podobieństwa się kończyły. Wyglądała na dość surową. Jej niebieskie oczy krążyły od jednego syna do drugiego.
- No proszę, proszę! - powiedziała, zakładając ręce na piersi. - A jednak przyjechaliście.
- Przecież dzwoniłem. - odezwał się Haymitch, zeskakując z blatu, widząc karcące spojrzenie matki. - Mówiłem, że jedziemy.
- Zawsze mogliście mnie oszukać. - podeszła do Holdena i uściskała go mocno, po czym zrobiła to samo z Haymitchem. Effie miała wrażenie, że mimo poważnego tonu, ich matka po prostu żartowała. - Moi mali synkowie, chcieli zostawić matkę samą w święta.
- Przestań, przecież wiesz, że Effie... - zaczął Haymitch, jednak matka mu przerwała.
- Ach! Effie! - odwróciła się w poszukiwaniu dziewczyny i kiedy ją zobaczyła, podeszła do niej i uściskała ją serdecznie. Effie z sekundowym opóźnieniem odwzajemniła uścisk. Nie była przyzwyczajona do takiego zachowania. U niej w domu na powitanie, podawało się rękę. - Alice Abernathy. - powiedziała, wypuszczając ją z uścisku. - Miło mi cię poznać.
- Mnie również, pani Abernathy. - uśmiechnęła się.
- Proszę, mów mi Alice.
- Przepraszam, że tak się narzucam i to w święta. - ponieważ, naprawdę, powinna lepiej przemyśleć tą decyzję, niż nalegać Haymitcha na codzienne treningi.
- Żaden problem, złotko. - Alice uśmiechnęła się serdecznie. - Im nas więcej, tym lepiej.
- No właśnie... - głos Haymitcha robił się coraz bardziej szorstki, z każdym kolejnym słowem. - Skoro jesteśmy już przy tym...
Skrzyżował ręce na piersi i wpatrywał się w matkę ze złością. Effie zmarszczyła brwi. Wiedziała, że to nie jej sprawa, ale zawsze była ciekawska.
- Nie teraz, Haymitch. - pani Abernathy machnęła lekceważąco ręką. - Wiem co powiesz i wierz mi, to nie jest rozmowa, którą chciałabym przeprowadzać przy gościu i to w dodatku, o tej godzinie. - odwróciła się do Effie ze szczerym, dobrodusznym uśmiechem. - Jesteś głodna, złotko? Mogę ci coś zrobić.
- Nie, nie. - powiedziała szybko Effie. - Naprawdę, nie trzeba, dziękuję.
- Jesteś pewna? - Alice zmarszczyła brwi. - Jesteś taka chuda. Sama skóra i kości.
- Muszę trzymać formę.
- Ale wyglądasz na niedożywioną.
- Tylko się tak wydaje, naprawdę.
Alice zacisnęła usta, ale pokiwała głową.
- Holden, zabierz rzeczy Effie na górę, a ja pościelę ci w gościnnym.
***
Effie obudziła się, kiedy pierwsze promienie zimowego słońca, przedostały się przez okna. W pierwszej chwili nie wiedziała gdzie jest. Obudziła się w nieznanym pokoju, w nieznanym łóżku i jej pierwszą reakcją było podniesienie się do pozycji siedzącej i rozejrzenie dookoła. Pokój był bardzo czysty. Nigdzie nie było widać ani grama kurzu. Na szafce nocnej leżała książka, której tytuł nic jej nie mówił. Na parapecie stały ramki trzy ramki ze zdjęciami. Pod ścianą stała biblioteczka z jeszcze większą ilością książek. Na ścianie, nad biurkiem były poprzyklejane zapisane karteczki samoprzylepne. Cały pokój pokazywał, że Holden lubił porządek. I to można było zobaczyć nie tylko w jego pokoju.
Effie wstała z łóżka i zaczęła się ubierać. Wygrzebała z jednej z walizek, najcieplejsze ubranie, jakie mogła znaleźć - dżinsowe, dopasowane spodnie i kremowy sweterek - przeklinała się w myślach, że nie posłuchała Haymitcha i nie zabrała o wiele cieplejszych ubrań.
Chciało jej się pić, ale czuła się nieswojo schodząc cicho na dół po schodach. Miała tak po prostu wejść do kuchni i się napić? W nocy, Alice jej powiedziała, żeby czuła się jak u siebie w domu, ale mimo wszystko...
Była już u podnóża schodów, kiedy to usłyszała. Przytłumione głosy. Z miejsca w którym stała, mogła zobaczyć, że drzwi do kuchni były zamknięte, jednak bez problemu mogła usłyszeć, co oba głosy mówiły.
- ...wiem, że to dla ciebie ciężkie, ale pomyśl o Isabelle. - był to głos Alice. Mówiła wzburzonym tonem, niemal gniewnym. - To pierwsze święta bez męża. Pomyślałam, że...
- Wiem co pomyślałaś i z jednej strony to miłe, naprawdę, ale z drugiej strony... - Haymitch nie brzmiał, jakby był zadowolony. Jego głos drżał z wściekłości. - Co ja mam zrobić? Wiesz, że...
- To nie była twoja wina. - powiedziała jego matka dobitnie.
- Jakoś nie pomaga mi to w zaśnięciu. - westchnął Haymitch.
- Haymitch! - Alice podniosła głos. - To że przeżyłeś, to cud. Nie masz żadnego powodu, żeby czuć się winnym.
- Uratował mnie. Gdyby po mnie nie wrócił, teraz by żył. A jego żona i córki...
- Gdyby po ciebie nie wrócił, nie byłoby cię tutaj.
- Ale on nie zostawiłby rodziny.
- Wiem, że czujesz się winny, ale...
- Rozmawialiśmy o tym już tysiąc razy.
- A jednak, wciąż nie potrafisz zrozumieć, że to co się stało w tej kopalni, było winą złego sprzętu. Wciąż...
- Tylko ja przeżyłem! - krzyknął Haymitch, a Effie się wzdrygnęła. Krzyknął tak głośno, że miała wrażenie, jakby stał tuż koło niej. - Jak myślisz? Jak mogę się nie czuć winny? Czterdziestu siedmiu górników i tylko ja przeżyłem! A Everdeen mnie uratował. Gdyby nie on... Jak mam teraz spojrzeć w oczy Isabelle? A co z jej córkami? Myślisz, że Katniss będzie szczęśliwa, że może spędzić święta z kimś, przez kogo jej ojciec nie żyje? A co z małą Prim?
- Effie? - Effie podskoczyła ze strachu. Jej serce zaczęło bić jak szalone. Odwróciła się szybko, żeby zobaczyć, jak Holden z rozczochranymi włosami i zaspanymi oczami, wychylał się z pokoju w końcu korytarza.
- Holden! - wydyszała. - Ja tylko... - Ale w tym momencie to Alice krzyknęła. Effie nie mogła zrozumieć słów, ale to chyba lepiej. Oczy Holdena padły na zamknięte drzwi od kuchni za plecami Effie.
- To może chwilę potrwać. - westchnął, po czym posłał jej słaby uśmiech. - Nie przejmuj się tym.
- Przepraszam... - wyjąkała - Nie powinnam... Ja...
- W porządku. - wzruszył ramionami, po czym wszedł z powrotem do pokoju. Effie zapomniała, że chciało jej się pić. Czym prędzej wróciła na górę, do pokoju Holdena.
To co usłyszała, wiele wyjaśniało. Jednak nie chciała tego słyszeć. Haymitch nie chciał, żeby o tym wiedziała i powinna uszanować jego decyzję, ale to nie jej wina, że tak głośno krzyczeli. Czuła się źle ze świadomością, że usłyszała coś takiego.
Haymitch mógł zginąć i Everdeen - kimkolwiek był - poświęcił się, żeby go uratować. Effie nie miała pojęcia, jak to musiało wpłynąć na psychikę Haymitcha. Czterdziestu siedmiu górników i tylko ja przeżyłem! Jego głos wciąż dźwięczał jej w uszach. W ciągu tych kilku minut, podczas których stała jak sparaliżowana przy schodach, dowiedziała się więcej o życiu Haymitcha, niż podczas wszystkich tygodni wspólnych treningów.
Nie chciała o tym myśleć. Postanowiła wymazać całe to zdarzenie z pamięci. Jeśli Haymitch kiedykolwiek zechce jej powiedzieć, zrobi to.
***
Minęło kilka godzin, zanim ktoś zapukał do jej drzwi. Była to Alice. Jej oczy były dziwnie zapuchnięte i czerwone, jednak Effie udawała, że nic nie widzi. W końcu była dobra w udawaniu.
Matka Haymitcha oznajmiła jej, że śniadanie będzie gotowe za kilka minut.
Effie schodziła po schodach, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi.
- Ja otworzę! - krzyknął Haymitch i w następnej chwili, zbiegł po schodach, wymijając ją w ostatnim momencie. Zeskoczył z ostatnich dwóch stopni i dopadł drzwi. Effie wytrzeszczyła oczy. Nikt u niej w domu nie zachowywał się nigdy tak... Swobodnie. Nie potrafiła sobie wyobrazić, żeby Melinda zbiegła w taki sam sposób po schodach.
Kiedy Haymitch otworzył drzwi, na progu pojawiła się średniego wzrostu, ruda dziewczyna. Na sam widok Haymitcha, na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Zarzuciła mu ręce na szyję i Effie wytrzeszczyła oczy jeszcze bardziej. Coś, bardzo głęboko w jej brzuchu, się przewróciło. Coś co podejrzanie przypominało zazdrość. Szybko zdusiła w sobie to uczucie, ponieważ w następnej sekundzie, dziewczyna odezwała się melodyjnym głosem. 
- Haymitch! - wykrzyknęła.
- Lissie. - nie widziała jego twarzy, ale po głosie poznała, że Haymitch się uśmiecha. A już w kolejnej chwili, dziewczyna o imieniu Lissie zaatakowała usta Haymitcha swoimi wargami. Effie zeszła po schodach, jak najciszej się dało, żeby nie przypominać im o swojej obecności. Jakoś nie chciała być w tym samym pomieszczeniu w którym Haymitch się z kimś całował.
- Cześć Lissie. - na korytarzu pojawił się Holden, który nie wydawał się zadowolony, widząc dziewczynę brata. Lissie oderwała się od Haymitcha i obrzuciła go dziwnym spojrzeniem.
- Holden... - jej wzrok padł na Effie, która starała się wymknąć do kuchni. - A ty to...
- Effie Trinket. - zatrzymała się i (ponieważ była dobrze wychowana) wyciągnęła rękę do dziewczyny, z przyjaznym uśmiechem. - Haymitch ze mną trenuje.
Jej wyciągnięta ręka została całkowicie zignorowana. Lissie obrzuciła ją krytycznym spojrzeniem od góry do dołu. Effie odruchowo ściągnęła łopatki i wyprostowała się. Coś w tej dziewczynie się jej nie podobało i nie miało to nic wspólnego z tym podejrzanym uczuciem, które poczuła, kiedy zobaczyła jak całuje się z Haymitchem. Haymitch nic dla niej nie znaczył... A jednak... Tamten moment, kiedy leżeli razem na lodzie.
- Ach, tak. - powiedziała Lissie, spoglądając pytająco na Haymitcha. Nie uszło uwadze Effie, że dziewczyna odsunęła się od niego dyskretnie.
- Chodź, Effie. - wtrącił się Holden, za co Effie była mu niezmiernie wdzięczna. - Czas na śniadanie.
- Miło było poznać. - rzuciła, kiedy podążyła za Holdenem do kuchni.
- Mhm.
_______________________________________________________________________
No i mamy przyjazd do Dwunastki. Co myślicie o Lissie? I o Alice? No i jak Wam się podoba wątek z Katniss, Prim i Isabelle?
+ Teraz mogę wyjaśnić, że niezgodność w różnicy wieku, dotyczy matki Katniss i Haymitcha. W "W Pierścieniu Ognia" możemy zobaczyć, że matka Katniss była mniej więcej w tym samym wieku co Haymitch, kiedy ten został wylosowany w Dożynkach. Ale w tym opowiadaniu potrzebowałam dziewczynek, jako małe dzieci i młodego Haymitcha (wszystko wyjaśni się później), więc musicie mi wybaczyć tą małą zmianę.
Nie będzie mnie w tym tygodniu, ponieważ wyjeżdżam. Dlatego szykuję się (kolejna) dłuższa przerwa. Jednakowoż, powinnam wrócić już w przyszły poniedziałek i wrócimy do normalnego dodawania rozdziałów. (co dwa dni)

sobota, 12 marca 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 7

Melodia do której tańczą to "River Flows In You" bo akurat to miałam w głowie. Pomyślałam, że może wolelibyście wiedzieć.
_______________________________________________________________________
Haymitch
- Nosisz tutu?
Śmiech Holdena wypełniał cały apartament. Śmiał się tak głośno i tak bardzo, że łzy zaczęły ściekać po jego policzkach. Schwycił się za brzuch, starając się powstrzymać. Haymitch zacisnął pięści.
- Skończyłeś? - wysyczał przez zaciśnięte zęby. - Nie noszę żadnego tutu.
Minął tydzień od kiedy zaczął ćwiczyć z Effie. Nie kłamała mówiąc, że będzie ją błagał o litość. Po pierwszej godzinie, jego wszystkie mięśnie krzyczały. Zaczęli od prostych ćwiczeń na rozciąganie, ale chociaż zapewniała go, że to dopiero początek, już miał dosyć. Żałował, że zaoferował jej swoją pomoc. Podczas gdy on starał się nie umrzeć z wysiłku, ona nawet się nie pociła.
- Jasne, jasne. - wydyszał Holden, starając się uspokoić śmiech. - Myślisz, że Lissie będzie zazdrosna, kiedy się dowie, że obściskujesz się z inną dziewczyną?
Siedzieli w kuchni, kończąc śniadanie. Haymitch miał właśnie wychodzić do pracy. Coin nie tolerowała spóźnień, tak samo jak Effie. Mags prosiła go, żeby dzisiejszego dnia również jej pomógł.
- Nie obściskuję się z Effie. - włożył miskę po owsiance do zlewu. - Tańczymy i jeździmy na łyżwach, to wszystko.
- Ale przytulasz ją. - Holden wyszczerzył się szeroko.
- To część układu.
Nie wiedzieć czemu, Holden ubzdurał sobie, że Haymitch zakochuje się w łyżwiarce. Wciąż powracał do tego tematu. Najwyraźniej, tak samo jak ich matka, twierdził, że on i Lissie powinni się rozstać. Jego rodzina po prostu nie rozumiała, że oboje - Haymitch i Lissie - potrzebowali tylko odpoczynku od siebie. Kiedy Haymitch wróci do domu, wszystko będzie dobrze.
- Jaka jest? - zapytał nagle Holden. Wydawał się zaciekawiony.
- Jest zarozumiała, zbyt pewna siebie i arogancka. - odpowiedział od razu. - Przez cały czas gada. Myśli, że może mną dyrygować na prawo i lewo.
- Brzmi jak twój typ. - chłopak wyszczerzył się złośliwie.
- Nie cierpię jej.
- To czemu jej pomagasz?
- Bo akurat byłem w pobliżu i potrzebowałem zajęcia. Wiesz, że nie lubię siedzieć bezczynnie.
- No, ale masz pracę. - zmarszczył brwi.
- W której nie robię zbyt dużo. Potrzebowałem czegoś jeszcze.
Holden pokiwał głową. Doskonale wiedział dlaczego Haymitch potrzebował zajęcia.
Haymitch wyszedł z kuchni, czując, że jego brat idzie za nim. Na korytarzu wziął torbę w której nosił dresy, łyżwy, które dostał od Effie i zapas wody - jedna butelka, to za mało.
- O której dzisiaj kończysz? - zapytał Holden.
- Jakoś o dziewiętnastej. A co?
- Obiecałeś mi obiad. - podczas gdy mieszkali w Kapitolu ich zwyczajem stało się to, że obiady jadali na mieście. Zawsze w innym miejscu, żeby Holden mógł pozwiedzać i zobaczyć trochę stolicy.
- Racja. Pamiętasz gdzie jest lodowisko?
- Jasne.
- Przyjdź po mnie i pójdziemy prosto stamtąd.
Holden pokiwał głową, a Haymitch poklepał go po ramieniu, po czym wyszedł z apartamentu.
***
- Wstawać, wstawać, wstawać! Nie ma czasu na odpoczynek.
Leżał na plecach na lodzie, nie zważając na kąsający mróz. Starał się złapać oddech. Zamknął oczy i marzył o tym, żeby móc zasnąć. Ta kobieta była nienormalna. Jak można być aż tak żywiołowym? Czy ona się w ogóle nie męczyła?
Podjechała do niego, zatrzymując się kilka centymetrów od niego. Ukucnęła i szturchnęła go palcem, kilka razy w bok.
- Żyjesz? - zapytała, a w jej głosie mógł dosłyszeć rozbawienie. Otworzył oczy i spojrzał na nią, tak żeby wiedziała, że ma ochotę ją zamordować.
- Zlituj się, skarbie. - wydyszał. - Pięć minut przerwy!
- Będziesz mógł odpocząć, kiedy będzie już po konkursie.
- Prędzej zamęczysz mnie na śmierć.
Wstała i zaczęła jeździć dookoła niego. Od samego patrzenia zaczęło mu się kręcić w głowie. Na jej twarzy widniał szeroki uśmiech.
- Nie podsuwaj mi pomysłów. Mogę z nich skorzystać.
Odjechała kawałek dalej. Wzrok Haymitcha podążał za nią i po całej serii treningów, jakie wykonywali, po samych ruchach wiedział, co zamierza zrobić. Zbyt wiele razy patrzył na to, jak ćwiczy. Zbyt wiele razy sam wykonywał te same ruchy.
W jednej chwili jechała normalnie, a już w następnej obróciła się na lewej nodze, zaczynając jechać tyłem. Wybiła się, wykonała obrót w powietrzu i wylądowała na prawej nodze. - Flip. Wszystko to nie trwało więcej, niż kilka sekund. Zrobiła to z gracją, niemal od niechcenia. Wydawało się, jakby to było dziecinnie łatwe, jednak Haymitch wciąż miał siniaki na biodrze, po nieudanych próbach.
- Czas minął. - powiedziała, kiedy zobaczyła, że wciąż się nie podniósł. - Wstawaj.
- Jesteś diabłem, skarbie. - westchnął i podniósł się z lodowej tafli.
Podjechała do niego i zatrzymała się tuż przy nim. Zbyt blisko. Haymitch mógł z łatwością policzyć delikatne piegi na jej nosie. Patrzyła mu prosto w oczy, na jej ustach tańczył delikatny uśmiech.
Chwyciła go za rękę i umieściła jego dłoń na swojej talii. Ustawiła go w pozycji do walca. Za każdym razem gdy to robiła, Haymitch miał wrażenie, że traktuje go jak lalkę, którą może ustawiać, jak jej się podoba. Ale robiła to już tyle razy, że trener zadecydował, iż będzie to częścią układu. Jego zadaniem było wykonać pierwszy krok, do przodu.
Pan Travers, który do tej pory siedział na trybunach, jedynie obserwując to co robili na lodowisku, włączył muzykę. Dźwięki pianina rozbrzmiewały dookoła nich.
Effie prowadziła, przez co było im łatwiej. Ta kobieta potrafiła sprawić, że Haymitch zapominał o całym świecie. Liczyła się tylko muzyka i to, że poruszali się razem w jej rytm. Zupełnie jakby rzuciła na niego urok. Nie spuszczali z siebie wzroku. Haymitch miał wrażenie, że nie mógłby oderwać oczu od jej niebieskich tęczówek, nawet gdyby wszystko dookoła się waliło.
- Teraz. - szepnęła, kiedy muzyka przybrała na sile. Puściła jego rękę i odjechała od niego. Haymitch się nie zatrzymywał. Wiedział doskonale co ma robić. I wiedział też, że potrafi to zrobić. Ćwiczyli to mnóstwo razy i choć nigdy wcześniej nie jeździł na łyżwach figurowych i nigdy nie wykonywał piruetów, wyskoków i wyrzutów, to po kilkunastu nieudanych próbach, w końcu się nauczył. Jednak tym razem, miał złe przeczucia.
Effie zawróciła z gracją i ruszyła prosto na niego. Wyjechał jej na spotkanie. Kiedy wyskoczyła, złapał ją w idealnym momencie, jednak nie zdążył usztywnić ramion i siła jej uderzenia sprawiła, że stracił równowagę. Poczuł, że leci w tył. Instynktownie szukał czegoś, co przywróciłoby mu równowagę i złapał pierwszą, najbliższą rzecz - Effie. Kiedy uderzył w lód plecami, poczuł, że z płuc ucieka mu całe powietrze. Jego łokieć przeszył ostry ból. Miał wrażenie, że jego czaszka pękła na pół. Effie przygniotła go swoim ciałem.
Effie odsunęła się od niego, podpierając się na łokciu - który wbijała mu boleśnie w klatkę piersiową. Jednak w tym momencie coś się stało. Patrzyli na siebie, ale to spojrzenie było inne niż zazwyczaj. Nie wiedzieć czemu, jego mózg uznał to za wspaniały moment, żeby uświadomić mu, że czuje ją całym ciałem. Że ich oddechy się mieszają. I że ich twarze dzielą tylko milimetry. Jej wzrok padł na jego usta i już wiedział, że nie tylko w jego głowie pojawiają się dziwne pomysły.
Bańka prysła, kiedy pojawił się ich trener.
- Nic wam nie jest? - zawołał do nich, stojąc na skraju lodowiska.
Effie oderwała od niego wzrok z przerażeniem i spojrzała w górę na pana Traversa.
- Wszystko dobrze. - powiedziała. Podźwignęła się i Haymitch poczuł, że jest mu zimno.
Jej policzki były czerwone i starała się na niego nie patrzeć. On sam czuł się niezręcznie. Nie miał pojęcia dlaczego. Przecież nic się nie stało. Po prostu się przewrócili, a cała sytuacja nie trwała dłużej niż kilka sekund.
***
Dwie godziny później siedział w szatni. Zdążył wziąć szybki prysznic i przebrać się w normalne ubrania. Właśnie wiązał buty, kiedy drzwi do szatni się uchyliły i do środka zajrzała Effie. Była już ubrana w jedną ze swoich sukienek. Była niebieska i obcisła. Jej sukienki zawsze były obcisłe, przywierały do jej ciała, niczym druga skóra.
- Chciałam z tobą porozmawiać. - powiedziała, wchodząc do środka. - Haymitch...
Jednak nigdy się nie dowiedział, o czym chciała z nim porozmawiać, ponieważ w tym momencie zadzwonił jego telefon. Odebrał, nawet nie patrząc na ekran.
- Tak? - starał się zignorować spojrzenie Effie, które było pełne dezaprobaty. Pewnie właśnie naruszył jedną z jej zasad dobrych manier.
- Haymitch. - usłyszał znajomy głos. - Jak to miło usłyszeć głos syna. Holden mówił, że nie ma cię w domu...
- Coś się stało? - ponieważ jego matka nigdy do niego nie dzwoniła. Zawsze dzwoniła do Holdena.
- Nie, nie... - powiedziała szybko. - Chciałam ci tylko przypomnieć, że święta są już za dwa tygodnie i że chciałabym mieć moich synków w domu, wcześniej.
Za każdym razem, gdy dzwoniła do Holdena, mówiła mu to samo. Martwiła się, że o niej zapomną i że nie przyjadą na święta, co było komiczne, naprawdę. Biorąc pod uwagę to, że Holden kochał święta, nie było mowy o tym, żeby nie wrócili do domu. Już musiał wysłuchiwać brata, jak mówił z rozmarzeniem o wszystkich pysznościach, które zawsze robiła ich matka. I o jej słynnych ciastkach, które robiła tylko raz do roku. Haymitch musiał przyznać, że na samą myśl o nich, ślina napływała mu do ust.
Jednak nie mógł jej obiecać, że wrócą wcześniej niż za tydzień. Effie była nieugięta, jeśli chodzi o treningi, a o Coin nawet nie chciał myśleć. Westchnął głęboko.
- Wiem, ale...
- Żadnego ale. - przerwała mu. W jej głosie brzmiała irytacja. - Macie przyjechać do domu.
- Kiedy? - zapytał
- Jeszcze w tym tygodniu.
- Nie da rady. - powiedział kręcąc głową. Starał się nie zwracać uwagi na Effie, która wciąż stała przy drzwiach i udawała, że nie słyszy całej rozmowy.
- Haymitch. - usłyszał, jak jego matka wzdycha po drugiej stronie słuchawki. - Nie każ mi grać na twoich emocjach. Nie chcę wyciągać karty samotnej matki, którą synowie zostawili samą na święta w dużym, pustym domu...
- Właśnie to zrobiłaś.
- Zadziałało? - mógł się założyć o wszystko, że Alice w tym momencie szczerzyła się w ten sam sposób, w który zazwyczaj uśmiechał się Holden.
- Zobaczę co da się zrobić. - westchnął. Jego wzrok padł na Effie, która wpatrywała się w swoje szpilki. - Pogadam z Effie i zadzwonię do ciebie wieczorem.
- Effie? - zainteresowała się jego matka. - Czy to ta partnerka o której mówił Holden?
- Taa. - przeklinał się w myślach za to, że w ogóle o niej wspomniał. Wiedział już co za chwilę powie Alice.
- Ładna jest?
- Dobrze wiesz, że ja i Lissie...
- Tak, tak... - przerwała mu z irytacją w głosie. - No dobrze. W takim razie do usłyszenia wieczorem.
Rozłączyła się. Haymitch odłożył telefon z westchnieniem i oparł głowę o ścianę za nim. Jego matka potrafiła owinąć swoich synów wokół palca. On i Holden zazwyczaj nie potrafili jej odmówić.
- Coś się stało? - usłyszał głos Effie.
- Moja matka chce, żebym wracał do domu. - odpowiedział jej, nawet na nią nie patrząc. Wciąż miał w głowie incydent z lodowiska. Było to chyba najdziwniejsze doświadczenie w jego życiu.
- Kiedy?
- Jak najszybciej. - westchnął
- Co? O nie! - spojrzał na nią i zobaczył, że na jej twarzy powoli maluje się panika. - Nie ma mowy. Musimy ćwiczyć!
- Muszę jechać. - za kogo ona się uważała? Jeśli chce jechać do domu, to ona nie będzie mu zakazywać.
- Nie. - powiedziała dobitnie. Przygryzła dolną wargę i skrzyżowała ramiona na piersi. - A przynajmniej nie w tym tygodniu. Jeszcze nic nie umiesz, a czasu jest coraz mniej. Nie możemy sobie pozwolić na przerwy... Gdybym mogła, to kazałabym ci ćwiczyć nawet w święta.
- Nie powiedziałbym, że "nic nie umiem". - nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że zaczął podnosić głos. Krew zaczęła buzować w jego żyłach. Ta kobieta działała na niego, jak czerwona płachta na byka. - I nie będziesz mi rozkazywać, skarbie. Jadę do domu, czy ci się to podoba, czy nie.
- Musimy ćwiczyć! - ona również zaczynała tracić cierpliwość.
Zacisnął zęby i patrzył na nią z taką wściekłością, że aż się zdziwił, kiedy nie odwróciła wzroku. Patrzyła na niego w dokładnie taki sam sposób. Była niemożliwa i z każdą chwilą zdawał sobie sprawę, jak bardzo go denerwuje.
- Ok, więc pozwól, że oddzwonię do matki i powiem jej, że jej synowie nie przyjeżdżają na święta, bo zarozumiała łyżwiarka chce ćwiczyć. - z każdym kolejnym słowem, mówił coraz głośniej.
- Synowie? - zmarszczyła brwi.
- O tak, jestem tutaj razem z bratem. - wziął do ręki telefon i wybrał numer matki. - A ona siedzi sama w domu. Jeśli nie pojedziemy, będzie spędzała święta sama. - odebrała po trzech sygnałach. -Mamo?
- Haymitch? - Alice była zdziwiona, że tak szybko usłyszała głos syna. - Miałeś zadzwonić wieczorem.
- Zmiana planów. - warknął przez zaciśnięte zęby. Nie przyjeżdżamy z Holdenem do domu na święta.
- Jak to?
- Effie chce ćwiczyć. - powiedział z irytacją. - Widzisz, łyżwiarstwo jest dla niej tak ważne, że nawet nie dba o to, że inni mogą mieć rodziny.
- To nie prawda. Nie mów tak. - powiedziała Effie, postępując dwa kroki w jego stronę. Miała szeroko otwarte oczy i wyglądała, jakby chciała mu wyrwać telefon z dłoni.
- Nie obchodzi mnie to co mówi ta cała Effie, macie przyjechać do domu. Haymitch, nie każ mi się denerwować. - jednak po samym głosie mógł poznać, że już na chwilę obecną była zdenerwowana.
- Uwierz mi, mnie też to nie leży. - po drugiej stronie zapadła minutowa cisza.
- Wiesz... - powiedziała powoli, ostrożnie dobierając słowa. - Skoro tak bardzo chce ćwiczyć... W lesie jest jezioro. Jest zamarznięte...
- O nie! - wykrzyknął i wstał z ławki. -  Nie ma takiej opcji!
- Moglibyście ćwiczyć tutaj. - Alice nie zwracała uwagi na wzburzenie syna.
- Nie! Nie, nie, nie!
- Zaproś ją na święta. - powiedziała stanowczo, po czym rozłączyła się nie dając mu czasu na odpowiedź.
- Halo? Mamo? - ale odpowiedziała mu tylko cisza. - Cholera!
Rzucił telefon na ławkę i uderzył pięścią w ścianę. Nie zwracał uwagi na przeszywający ból w dłoni. Jego ciało było już dosyć obolałe, żeby kolejna boląca kończyna, zrobiła jakąś różnicę.
Przeklinał siebie i swoją matkę, ale najbardziej i najmocniej przeklinał Effie. Gdyby nie to, że jednym spojrzeniem potrafiła go przekonać do tego, żeby jej pomógł, to nie musiałby teraz się z nią użerać.
Wiedział, że jeśli jej nie zaprosi, to jego matka w jakiś przedziwny sposób będzie o tym wiedziała. Zawsze wie, kiedy jej synowie ją okłamują.
Oddychał ciężko przez nos, starając się uspokoić. Czy istniał jakiś sposób, żeby Effie nie zdenerwowała go jeszcze bardziej? Może był niesprawiedliwy, ale obwiniał ją o całą tą sytuację.
- Co robisz w święta? - zapytał cicho przez zaciśnięte zęby, wciąż odwrócony do niej plecami.
- Spędzam je w domu. - mógł usłyszeć w jej głosie zmieszanie.
- Kazała mi zaprosić cię do nas. - nawet nie starał się zamaskować wściekłości. Jego matka, kazała mu zaprosić nieznajomą kobietę do domu na święta. Jak bardzo dziwna była ta sytuacja? - W Dwunastce jest zamarznięte jezioro po którym można jeździć. - odpowiedziała mu cisza, z czego był poniekąd szczęśliwy. - Po prostu powiedz, że wolisz spędzać święta z własną rodziną i nie wracajmy do tego tematu. Zobaczymy się po świętach.
- Właściwie to... - niedobrze, pomyślał. Jej głos brzmiał niepewnie i wyczuwał kłopoty. - Moja rodzina nie będzie miała nic przeciwko jeśli pojadę z wami. Właściwie to będą szczęśliwi, że będę ćwiczyć.
- Żartujesz? - odwrócił się do niej. Uśmiechała się, ale był to smutny uśmiech. - Przecież to święta!
- W mojej rodzinie święta przechodzą bez echa. - wzruszyła ramionami. - Po prostu kolejny wspólny obiad, przy którym nikt nie rozmawia. Nie wolno rozmawiać przy stole.
- Twoja rodzina jest dziwna. - mruknął.
Nie mógł sobie wyobrazić, że ktoś mógł nie obchodzić świąt. Nawet kiedy był mały i jego rodzina nie miała pieniędzy, jego matka zawsze starała się, żeby ten dzień był wyjątkowy. Nie chodziło o prezenty czy o jedzenie. Chodziło o atmosferę i o to, że spędzali ten czas razem. Jak na kochającą rodzinę przystało.
Jak bardzo chora i dziwna była rodzina Effie, skoro woleliby, żeby spędziła święta trenując?
- Można tak powiedzieć. - spojrzała na niego tymi swoimi niebieskimi oczami. Kiedy były smutne, miały nawet podwojoną moc.
- Znowu to robisz. - westchnął
- Co takiego? - zmarszczyła brwi.
- Patrzysz na mnie z tą miną zbitego szczeniaka. - machnął dłonią w stronę jej twarzy. Odwrócił wzrok, żeby nie musieć patrzeć na jej smutne spojrzenie. - Nie rób tak... - jednak nie przestała. Widział kątem oka, że patrzyła na niego, nie rozumiejąc o co mu chodzi. Miał tego dość. - Ok. Więc jak? Jedziesz z nami?
Chciał, żeby powiedziała "nie". Błagał z całego serca, żeby powiedziała "nie". Nie miał pojęcia w jaki sposób ten dzień skończył się w taki dziwny sposób. Jak przeszedł całą drogę od jedzenia owsianki z Holdenem do bycia zmuszonym, do zaproszenia Effie na święta do Dwunastki. Chciał, żeby powiedziała "nie", ale jedno spojrzenie na jej twarz powiedziało mu, że nic z tego.
- Z chęcią. - powiedziała cicho.
- W takim razie, jutro wyjeżdżamy.
- Jutro?
- Słyszałaś, skarbie.
- Ale...
- Bez "ale". - nie miał zamiaru słuchać żadnego sprzeciwu. Omiótł ją spojrzeniem od góry do dołu. - Lepiej spakuj ciepłe rzeczy. Jeśli w Dwunastce ubierzesz jedną ze swoich sukienek, zamarzniesz.
________________________________________________________________________
Trochę mnie nie było, ale co zrobić. Jeśli ktokolwiek jeszcze tu wchodzi, to bardzo przepraszam za nieobecność i mam nadzieję, że ten długi rozdział trochę to zrekompensuje.
Szczerze mówiąc, sama nie wiem dlaczego ten rozdział tak popłynął, ale... Nie będę już nic zmieniać.
Dajcie znać co myślicie.

czwartek, 3 marca 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 6

Następny rozdział pojawi się dopiero w poniedziałek!
Miłego weekendu, Robaczki!
____________________________________________________________________________
Effie
Po trzecim upadku, Effie wstała z podłogi, nie zwracając uwagi na przeprosiny chłopaka. To naprawdę nie była ich wina, że żaden z nich nie mógł jej utrzymać. Winny był jej trener, który ze wszystkich możliwych łyżwiarzy, wybrał właśnie najsłabszą garstkę. Ci chłopcy - bo nie można ich było nazwać mężczyznami - może i byli dobrzy, ale jako indywidualiści. Żaden z nich, nie jeździł wcześniej w parze. Żaden z nich, nie musiał wcześniej podnosić partnerki, nie wspominając już o utrzymaniu jej w danej pozycji lub o wyrzucie.
Było ich sześciu. I każdy, bez wyjątku, nie potrafił jej złapać, kiedy skakała z pełnego rozbiegu. Całe szczęście, że nie zdecydowali się iść od razu na lód. Upadek na podłogę i obicie kolan - i łokcia - było zdecydowanie lepszym wyjściem, niż upadek na lodzie. To mogłoby się skończyć o wiele gorzej, niż tylko poobijane kończyny.
Drzwi do sali się otworzyły i zobaczyła Haymitcha. Uśmiech od razu pojawił się na jej twarzy. Przez cały tydzień wpadali na siebie w różnych częściach szkoły. Za każdym razem dogryzali sobie i irytowali się wzajemnie. Mimo to, polubiła go. Był zupełnie inny, niż wszyscy mężczyźni których znała. Nie bał się jej powiedzieć, co naprawdę myśli, podczas gdy wszyscy inni, zapychaliby ją słodkimi kłamstwami. Potrafił podchwycić jej żarty i odpowiedzieć w tym samym tonie.
Haymitch zatrzymał się w progu, zaskoczony ilością ludzi w pomieszczeniu. Zazwyczaj widywał ją, kiedy ćwiczyła sama.
- Podobno jest problem z ogrzewaniem. - powiedział, patrząc na nią. - Miałem się tym zająć, ale mogę przyjść jak skończycie.
- Nie, nie! Nie będziesz przeszkadzać. - odpowiedziała z uśmiechem. Odwróciła się do pozostałych. - Ok, Eric. Spróbujmy jeszcze raz.
Chłopak pokiwał głową. Effie widziała w lustrze, że Haymitch rzuca im zaciekawione spojrzenia. Starała się nie zwracać na niego uwagi. Dobrze jej to szło, jednak jej partner wydawał się rozkojarzony. Stanął w lekkim rozkroku i przygotował ręce, żeby móc ją złapać. Już po samej postawie, Effie wiedziała, że nic z tego nie wyjdzie. Mimo to, nic nie powiedziała. Odeszła kilka kroków w tył, po czym puściła się biegiem w jego stronę. Kiedy wyskoczyła, chłopak złapał ją za biodra, podnosząc ją do góry na wyciągniętych ramionach. Przez sekundę było dobrze. A później nogi się pod nim ugięły i oboje wylądowali na podłodze. Znowu. Jej kolano przyjęło najgorszy cios, ale szybko wstała, wyciągając rękę do Erica, żeby pomóc mu się podnieść. Jego przeprosiny robiły się dla niej śmieszne.
- Chyba koniec na dzisiaj. - powiedziała, masując kolano. - Nie jestem pewna czy wytrzymam jeszcze kilka upadków. Dziękuję, że przyszliście.
Kiedy tylko cała szóstka posprzątała swoje rzeczy i wyszła z sali, podszedł do niej jej trener, który do tej pory siedział cicho w kącie. Spojrzała na niego ze złością.
- Żaden z nich się nie nadaje. - rzuciła, zanim zdążył się odezwać. - Nie potrafili mnie nawet podnieść, a to przecież podstawa.
- Musisz kogoś wybrać. - westchnął ciężko. - Wiem, że nie są najlepsi...
- Są okropni. - przerwała mu.
- Ale czy chcesz, czy nie, musisz wybrać któregoś z nich.
- Wiem. - westchnęła. Pan Travers położył jej dłoń na ramieniu w pocieszającym geście.
- Damy radę. - mrugnął do niej. Uśmiechnęła się słabo i pokiwała głową.
Trener wyszedł z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi. Effie kompletnie zapomniała o obecności Haymitcha, więc kiedy się odezwał, podskoczyła przestraszona.
- Kłopoty w raju? - zapytał.
- Tak jakby. - opowiedziała, odwracając się do niego. Patrzył na nią z dziwnym wyrazem twarzy.
- Mogę to zrobić. - powiedział nagle. Zmarszczyła brwi.
- Co takiego?
- To co oni.
- Podnieść mnie? - wydawało jej się, że jej mózg przestał pracować.
- Ta, właśnie. - wzruszył ramionami.
- Nie. - powiedziała stanowczo. Była zmęczona i obolała. - Mam już za dużo siniaków.
- Jak chcesz.
Patrzył na nią z tym pół-uśmieszkiem, który zawsze doprowadzał ją do szału. Nie cierpiała, kiedy tak się uśmiechał. Miała wtedy wrażenie, że w jego głowie jest jak małe dziecko. Zacisnęła zęby i westchnęła. Zawsze musiał postawić na swoim.
- Jeśli mnie upuścisz, zabiję cię. - wysyczała, zgrzytając zębami. Tym razem jego uśmiech był inny. I sprawił, że poczuła dziwne skurcze w żołądku.
Bez ostrzeżenia puściła się biegiem i kiedy skoczyła Haymitch schwycił ją w idealnym momencie. Uniósł ją nad głowę na wyprostowanych ramionach. Nie upuścił jej. Trzymał ją pewnie, a nawet obrócił się dookoła, ani razu się nie chwiejąc. Kiedy po minucie delikatnie ją opuścił, Effie nie mogła pozbyć się uśmiechu z twarzy.
Z sekundowym opóźnieniem zdała sobie sprawę, że stoją zdecydowanie zbyt blisko siebie i że jej dłonie, spoczywają na jego zaskakująco silnych ramionach. Co więcej, jego ręce wciąż były na jej biodrach. Czuła ich ciepło, przez materiał swoich spodni. Szybko odsunęła się o krok i odchrząknęła. Czuła, jak jej policzki i szyja robią się gorące.
- Umiesz jeździć na łyżwach? - zapytała, żeby przerwać niezręczną ciszę.
- Na łyżwach? - powtórzył, marszcząc brwi.
- Tak. Jestem łyżwiarką i to właśnie takiego partnera potrzebuję. Do jazdy na łyżwach.
- Skoro jesteś łyżwiarką, to dlaczego nie ćwiczysz na lodzie?
- Ćwiczę, w środy, czwartki i piątki od siedemnastej. - wyjaśniła. Odwróciła się do niego i podeszła do swojej torby, która leżała na ziemi w kącie sali. Ukucnęła przy niej i zaczęła szukać swojego notesu. - Więc jak? Umiesz?
- Taa. - powiedział, ale nie brzmiał przekonująco. - Jeździłem kilka razy.
- Będziemy musieli nad tym popracować. - szybko zdała sobie sprawę z tego co powiedziała. Wyprostowała się i spojrzała na niego. - To znaczy... Jeśli chciałbyś... Jeśli mógłbyś mi pomóc. Mógłbyś?
- Jeśli to ma być twoja prośba o pomoc, to musisz poćwiczyć, skarbie. - I tak po prostu, znów uśmiechał się w ten specyficzny sposób.
- Potrzebuję pomocy, a ty nie masz lepszych zajęć.
- Mam pracę. - uniósł brew. Było widać, że wspaniale się bawił doprowadzając ją do szału.
- Haymitch, proszę.
- Lubię jak błagasz. - uśmiechnął się. Zagryzła dolną wargę, starając się uspokoić. Był niemożliwy. I miała ochotę go udusić. Westchnął i wywrócił oczami. - Ok. Tylko nie patrz już tak na mnie, skarbie. Wyglądasz jak zbity szczeniak.
Rozpromieniła się i z trudem powstrzymała się od rzucenia się na jego szyję. Jeszcze nie brała pod uwagę tego, że będzie musiała nauczyć go wszystkiego od podstaw, ale wiedziała, że nie powinno to być trudne. Szybko się nauczy, a kiedy będzie po wszystkim, będzie mogła rzucić łyżwiarstwo.
Podjęła już decyzję, a kiedy Effie Trinket coś sobie postanowi, to nie przyjmuje "nie", jako opcji.
- Przyjdź tutaj jutro o ósmej. - powiedziała.
- Mam pracę. - przypomniał jej.
- No tak. - zagryzła wargę. - Mogłabym... Mogłabym przesunąć trening na szesnastą, ale to najpóźniejsza godzina.
- Ok. - pokiwał głową.
- Przynieś jakieś wygodne ubranie. Coś w czym będziesz ćwiczyć. I nie zapomnij o butelce z wodą, bo kiedy z tobą skończę, będziesz jej potrzebować. - uśmiechnęła się wyzywająco.
- Nie mogę się doczekać. - zakpił.
- Wierz mi, będziesz błagać o litość.
Jeszcze nie wiedział co go czeka. Nie miała zamiaru go oszczędzać. Musieli nadrobić kilka lat treningu, w ciągu kilku tygodni. Nie będzie to łatwe, ale Effie Trinket nie zna słowa "niemożliwe".

wtorek, 1 marca 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 5

Powinnam zacząć chodzić spać o normalnych godzinach. Jest dokładnie 1:36! ^^ Życzę wszystkim miłego pierwszego dnia marca! ;D
Effie i Haymitch znów się spotykają! ♥ Dajcie znać co myślicie. ^^
_______________________________________________________________________
Haymitch
Pierwszy dzień pracy. Mogło być gorzej. Jak na razie poznał większość pracowników, obszedł cały budynek, żeby zorientować się, gdzie co jest. Dostał również ohydny, szary uniform, który strasznie drapał.
Większość czasu siedział na parterze, razem z kilkoma starszymi paniami, których zadaniem było sprzątanie szkoły. One również nosiły szare uniformy, które były bardzo podobne do jego. Rozmawiając z nimi, dowiedział się, że woźny nie ma za dużej roli w tym budynku. Jedyne co musi robić, to pilnować, żeby wszystko sprawnie działało.
Jednak w tym momencie był na drugim piętrze, w sali w której kilka dni temu widział tańczącą kobietę. Mężczyzna w średnim wieku, jakiś czas temu zgłosił mu, że w tej sali wysiadło światło. Dlatego stał na drabinie z jedną z sześciu świetlówek, które musiał wymienić. Właśnie ją zamontował, kiedy drzwi do sali się otworzyły. Spojrzał przez ramię i ujrzał ową blondynkę, którą widział kilka dni temu. Stała w drzwiach, wpatrując się w niego z szeroko otwartymi oczami.
- Za chwilę kończę. - powiedział, schodząc z drabiny. Przesunął drabinę pod kolejną lampę.
- Znowu się spotykamy. - uśmiechnęła się, wchodząc do środka i kładąc swoją torbę w kącie. - Pracujesz tutaj?
- Jak widać, skarbie.
- Effie. - powiedziała, siadając na podłodze. Znowu była ubrana w czarne, obcisłe spodnie dresowe i czarną koszulkę z długim rękawem. Widocznie był to jej strój do ćwiczeń.
- Na zdrowie.
- Mam na imię Effie. - powiedziała. Był odwrócony do niej plecami, ale spotkał jej spojrzenie w lustrze. Patrzyła na niego, jakby był niedorozwinięty.
- Dobrze wiedzieć. - uśmiechnął się drwiąco pod nosem. Zostały mu jeszcze dwie świetlówki do wymienienia.
- Grzeczność nakazuje, żebyś teraz się przedstawił. - w jej głosie brzmiała irytacja. Spojrzał na nią w lustrze i dostrzegł, że marszczy brwi.
- Doprawdy, skarbie?
- Effie. - poprawiła go z naciskiem; była zirytowana. Haymitch wzruszył ramionami, ale nie odpowiedział.
Wymienił ostatnie dwie świetlówki. Podszedł do włącznika, który niefortunnie znajdował się tuż koło kobiety - Effie - i włączył światło, żeby sprawdzić, czy wszystko działa. Momentalnie w pomieszczeniu zrobiło się jasno. Wszystkie lampy działały.
- Więc się nie doczekam? - zapytała, zadzierając głowę do góry, żeby mogła zobaczyć jego twarz.
- Czego? - udał, że nie rozumie.
- Twojego imienia. Poprzednim razem nie miałam głowy, żeby zapytać.
- Byłaś zbyt zajęta bieganiem za swoim chłopakiem. - wzruszył ramionami, wciąż nie odpowiadając na jej pytanie. Przejechał dłonią po swoich włosach, żeby odgarnąć je z oczu.
- Byłym chłopakiem. - poprawiła go. Jej głos brzmiał, jakby chciała się obronić.
- Nie moja sprawa. - powiedział, składając drabinę i zbierając zepsute świetlówki. - Posłuchaj, skarbie, jestem trochę zajęty.
- Mam na imię Effie. - powtórzyła z irytacją, przewracając oczami. Nie mógł się powstrzymać od uśmieszku. - Postaraj się zapamiętać.
- Do wszystkich tak mówię. - znów wzruszył ramionami.
- Łamiesz mi serce. - powiedziała z udawanym smutkiem, przyciskając rękę do serca. - Myślałam, że jestem wyjątkowa.
- Wybacz, ale muszę rozwiać twoje marzenia. - mrugnął do niej.
Ruszył w stronę drzwi, w jednej ręce trzymając drabinę, a w drugiej, starając się utrzymać zużyte świetliki. Jednak szybko zauważył mały problem w postaci drzwi.
- Pomożesz? - wskazał głową na drzwi.
- Tylko jeśli zdradzisz mi swoje imię. - wyszczerzyła się w idealnym uśmiechu.
- Co ci tak zależy, co? - westchnął.
- Bo to nie fair, że ty znasz moje, a ja twojego nie.
- Sama mi się przedstawiłaś. - przypomniał jej.
- I nieuprzejmie jest nie odpowiedzieć.
- A czy przypadkiem nie jest nieuprzejmie, odmawiać komuś pomocy?
Gdyby spojrzenia mogły zabijać. Ale sama tego chciała, sama zaczęła tą zabawę. Zacisnęła usta i Haymitch wiedział, że powstrzymywała się od uśmiechu. Nie mógł zdecydować czy ją polubił czy nie. Zdecydowanie lubił ją denerwować.
Westchnęła ciężko, wstała z podłogi i podeszła, żeby otworzyć mu drzwi. Kiedy był już na korytarzu, odwrócił się przez ramię i mrugnął do niej.
- Dzięki, skarbie.
- Effie! - syknęła zirytowana.
***
Następnego dnia, nie miał za dużo zajęć. Nic się nie zepsuło, niczego nie trzeba było wymieniać, wszystko było w najlepszym porządku, więc szukając jakiegoś zajęcia, postanowił pomóc w sprzątaniu. Mags wydawała się zachwycona tym pomysłem. Była sprzątaczką w tej szkole, już od kilkunastu lat. Haymitch ją lubił. Była miłą, starszą panią, która znała się na żartach.
Haymitch musiał mieć jakieś zajęcie. Bez żadnego zajęcia zaczynał myśleć, a jego myśli zaczynały wędrować w zakazanych kierunkach. Nie chciał sobie przypominać o tym co się stało dwa lata wcześniej. Wspomnienia były zbyt świeże, żeby do nich wracać. Dlatego musiał się czymś zająć, a kiedy Mags powiedziała, że musi wracać do pracy, od razu zgłosił się do pomocy.
Zadaniem Haymitcha było umycie podłóg na korytarzu, więc wziął od Mags mop i wiadro z wodą. Był w połowie korytarza, kiedy usłyszał kroki. Nie podnosił głowy, skupiony na swojej pracy.
- Pracowita z ciebie pszczółka. - usłyszał znajomy głos. Nie musiał patrzeć, żeby wiedzieć, że Effie się uśmiecha.
- Ktoś musi to robić. - podniósł głowę i uśmiechnął się na jej widok. - Proszę, proszę. Kto by pomyślał, że masz inne ubrania, niż ten czarny strój.
Najwidoczniej jeszcze nie miała czasu, żeby się przebrać. Była ubrana w żółtą sukienkę i czarne szpilki, a na ramiona miała zarzucony, różowy płaszcz. Oczywiście, musiał być różowy, pomyślał Haymitch.
- Oczywiście, że mam inne ubrania. - powiedziała, oburzona. - Co ty...
- Haymitch! - przerwał jej surowy głos. - Miałeś sprzątać, a nie rozmawiać.
- To nie ja ją zagaduję, tylko ona mnie, Mags. - westchnął Haymitch, odwracając się, żeby zobaczyć, jak Mags stoi na szczycie schodów i patrzy na niego z dezaprobatą.
- Wracaj do pracy. - powiedziała i zniknęła w korytarzu na piętrze. Haymitch spojrzał na Effie, która szczerzyła się od ucha do ucha.
- Haymitch. - powiedziała powoli, jakby sprawdzała jak to imię brzmi w jej ustach.
- Nie dawało ci to spokoju w nocy, co? - uśmiechnął się drwiąco.
- Właściwie, to tak. - mrugnęła do niego. - Przez ciebie jestem niewyspana.
- Nie moja wina. - wzruszył ramionami.
- Niestety. obawiam się, że nie mogę cię więcej odciągać od pracy.
- Nikt cię nie zatrzymuje, skarbie.
- Jesteś okropny. - westchnęła, kręcąc głową, ale z jej ust nie znikał uśmiech.
- A ty upierdliwa, skarbie.
I znów, cieszył się, że spojrzenia nie mogą zabijać, bo już byłby martwy.
- Po raz kolejny, jestem Effie. Postaraj się o tym pamiętać, Haymitch. - uśmiechnęła się, kiedy wypowiedziała jego imię. Odeszła machając mu dłonią na pożegnanie.