czwartek, 15 grudnia 2016

Follow The Ginger Cat: Rozdział 1

Witajcie!!!
Nareszcie jestem z powrotem, nawet nie macie pojęcia, jak bardzo jestem podekscytowana tym opowiadaniem! Jeszcze nie do końca wiem dokąd poprowadzi, bo wciąż nie jest skończone, ale pracuję nad tym.
Okej, okej, już nie przeszkadzam! Czytajcie sobie! :*
Mam nadzieję, że się Wam spodoba!
Dajcie znać co myślicie. Komentarze dają mi motywację do dalszego pisania! ♥
__________________________________________________________________
Haymitch był zdenerwowany. Odmrażanie sobie tyłka dla jakiegoś kota nie było dla niego idealnym pomysłem na rozpoczęcie dnia.
Wszystko byłoby dobrze gdyby tylko dwie noce wcześniej pamiętał o zamknięciu tego przeklętego okna. Nie musiałby przemierzać całego miasta wzdłuż i wszerz, rozwieszając ogłoszenia o zaginionym kocie. Seam nie było dużym miastem, ale małym też nie było. Jesień zaczęła dawać o sobie znać, więc lodowaty wiatr tylko pogorszył jego humor. Prawda była taka, że gdyby Prim nie umiała robić tej miny zbitego szczeniaka, pewnie nawet nie zaprzątałby sobie głowy tym durnym futrzakiem. 
Jaskier. Tak go nazwała. Według niego, powinna go nazwać Pomiotem Szatana, ponieważ kot zdawał się go nienawidzić z pasją, która dorównywała tylko temu co on sam czuł do zwierzaka. Jaskier przez cały czas zdawał się planować jego morderstwo. Jego jedynym pocieszeniem było to, że Katniss zdawała się nienawidzić kota tak bardzo jak on. Co jakiś czas powtarzała, że jeśli jeszcze raz znajdzie go w swoim pokoju, ugotuje z niego zupę. Oczywiście, Prim nie pozwoliłaby, żeby cokolwiek stało się jej kochanemu kotkowi. I to był kolejny powód dla którego Haymitch spędził większość dnia marznąc, rozwieszając plakaty i przeklinając tą wredną kulkę rudego futra. Prim była jego słabością, tak samo jak Katniss. Obie przeszły wystarczająco dużo i nie chciał już widzieć smutku na ich twarzach.
Zamknął za sobą drzwi frontowe i ruszył prosto do kuchni. Rzucił pomięte plakaty na stół. Otworzył szafkę i od razu ją zamknął. Nie było sensu, żeby szukać. W domu i tak nie było ani kropelki alkoholu. A dokładniej, w domu nie było ani kropelki alkoholu już od dwóch miesięcy. Odpędził od siebie myśl o wypiciu czegoś mocniejszego i opadł na najbliższe krzesło.
Od dwóch miesięcy nie wypił nic mocniejszego niż sok pomarańczowy. Nie mógł pozwolić, żeby dziewczyny zabrała opieka społeczna. Kiedy Katniss zapukała, albo raczej, mało nie wyważyła jego frontowych drzwi, z przerażeniem w oczach, nie miał większego wyboru. Zastanawiał się, naprawdę rozważał opcję, żeby nie wziąć ich pod swój dach, ale z chwilą gdy tylko o tym pomyślał, twarz ich ojca pojawiła się przed jego oczami. Ojciec dziewczynek był jak jego brat. Gdyby Haymitch nie był tak zajęty piciem whiskey, zauważyłby, że coś jest nie tak. Powinien sprawdzać, jak sobie radzą. Lecz zamiast tego, on postanowił, że butelka jest ważniejsza. Dlatego kiedy Katniss przyszła do niego, błagając go o pomoc, zgodził się.
Teraz od dwóch miesięcy dziewczynki mieszkały u niego, Lily została zamknięta w ośrodku, a Haymitch zmagał się z objawami odwyku. Najgorsze już przeszło, ale drżące dłonie były ciągłym przypomnieniem, że tak naprawdę jest starym pijakiem.
Telefon w jego kieszeni zaczął piszczeć niemiłosiernie, a Haymitch zaczął cicho przeklinać Prim za to, że ustawiła mu ten głupi dzwonek. Wyciągnął komórkę z kieszeni i odebrał bez patrzenia na ekran.
- Czy ojciec roku odnalazł zaginionego kotka? - odezwał się znajomy, zachrypnięty głos. Na ustach Haymitcha zabłądził uśmieszek.
- Ojciec roku może skopać ci tyłek. - odpowiedział.
- Auć, taki brutalny. - zakpił jego przyjaciel.
- Czego chcesz Chaff?
- Nie jesteś zbyt przyjacielski, wiesz? - mężczyzna po drugiej stronie westchnął, jakby Haymitch sprawiał mu psychiczny ból. - Zastanawiałem się, jak sobie radzisz?
Haymitch doskonale wiedział, jaki był powód tego telefonu. Od czasu do czasu jego znajomi twierdzili, że trzeba sprawdzić co się u niego dzieje. Wszyscy martwili się sytuacją w jakiej znalazły się Katniss i Prim, wszyscy starali się pomóc jak tylko mogli. Nawet Johanna.
- Powiedz reszcie, żeby się nie martwili. - parsknął. - Kto kazał ci zadzwonić? - ponieważ choć Chaff był jego najlepszym przyjacielem, nie sądził, żeby ten telefon był z jego inicjatywy. - Stawiam na Johannę, zawsze była taką przejmującą się duszyczką.
- Prawda, ale to nie ona. - zaśmiał się Chaff po drugiej stronie. - Annie i Finnick zapraszają ciebie i dziewczyny na obiad. Powiedzmy, że to taka mała impreza. Będzie też reszta...
- Co to za okazja?
- Bez okazji. - powiedział i Haymitch prawie mógł zobaczyć, jak Chaff wzrusza ramionami. - Annie mówi, że dawno się wszyscy nie widzieliśmy. Chyba Finnick za nami tęskni. - dodał rechocząc ze śmiechu.
- Bez wątpienia. - zaśmiał się. - Kiedy by to miało być?
- W przyszłym miesiącu? Annie nalega, żeby byli wszyscy i pierwszy termin, który pasuje wszystkim jest dopiero w październiku. Dwunastego.
- Okej, sprawdzę w kalendarzu czy mam wolną chwilę i dam ci znać. - zażartował. Oboje wiedzieli, że Haymitch nie ma żadnych planów. Jego życie było nudne. Oprócz koszmarów w nocy, dziewczynek w dzień i nieustannego pragnienia wypicia czegoś mocniejszego w jego życiu nie było nic wartego uwagi.
- Taki wspaniałomyślny. - zakpił Chaff, jednak po chwili jego głos stał się bardziej poważny. - A teraz tak na serio. Jak się trzymasz?
- Jakoś. - wzruszył ramionami. Jego przyjaciel wiedział, że nie było sensu naciskać, bo Haymitch i tak nic nie powie.
- Co z kotem?
- Jeśli go znajdę, to zrobię z niego czapkę.
- A dziewczyny?
- W szkole. - spojrzał na zegar na ścianie. - Powinny niedługo wrócić.
- Jak sobie radzą? - Chaff miał słabość do Katniss i Prim. Trudno się było dziwić; wszyscy jego znajomi uwielbiali dziewczyny od pierwszego momentu, jak tylko je poznali.
- Jakoś. - znów wzruszył ramionami. - W tym tygodniu Katniss była wezwana do gabinetu dyrektora tylko raz. Robi postępy.
Naprawdę, Haymitch był pewny, że przez nią osiwieje jeszcze przez końcem roku. Pierwszy miesiąc roku szkolnego jeszcze się nie skończył, a dyrektor już nie raz groził, że jeśli Katniss będzie sprawiała problemy, wezwie opiekę społeczną. Starał się o tym porozmawiać z Katniss, ale jej odpowiedź była zawsze taka sama: "Nie musisz się przejmować!" i dźwięk zatrzaskujących się drzwi do jej pokoju. Nastolatki. Na szczęście Prim była spokojna.
- A Prim? - zapytał Chaff.
- Zaczyna być bardziej śmiała. - ponieważ za pierwszym razem, kiedy Prim pokazała się w jego domu, nie mówiła zbyt wiele. Była przestraszona i nieśmiała.
- To dobrze. Już myślałem, że... - ale w tym momencie rozległ się dźwięk zatrzaskiwanych drzwi frontowych i śmiech dwóch nastolatek.
- Dziewczyny przyszły ze szkoły. - powiedział Haymitch, przerywając Chaffowi.
- Ojciec roku musi kończyć? - po drugiej stronie połączenia rozbrzmiał donośny śmiech.
- Naprawdę oberwiesz. - zanim się rozłączył, usłyszał jeszcze głośniejszy rechot.
Zdążył odłożyć telefon na stół, kiedy do kuchni weszły dwie, śmiejące się dziewczyny. Prim uśmiechnęła się do niego na powitanie. Jej niebieskie oczy błyszczały, co było dla niego dobrym znakiem, bo od początku lata, kiedy tylko obie siostry u niego zamieszkały, w ich oczach nie było nic więcej, jak pustka. Blond włosy Prim były zaplecione w warkocz, co mówiło mu, że Katniss zabawiła się w fryzjerkę przed wyjściem do szkoły. Jej własne, ciemne włosy były związane w tym samym stylu.
- Znalazłeś sierściucha? - zapytała Katniss, podchodząc do lodówki, żeby wyciągnąć z niej karton z sokiem pomarańczowym. Pociągnęła zdrowy łyk prosto z kartony, nie przejmując się żadnymi szklankami.
- Ciebie też miło widzieć, skarbie. - odpowiedział uśmiechając się półgębkiem. Szybko jego uśmiech zniknął z twarzy. - Nie. Porozwieszałem plakaty. Na pewno ktoś go znajdzie.
Uśmiech Prim nieco przygasł.
- Pewnie ktoś niedługo zadzwoni, żeby powiedzieć, że go znalazł. - powiedziała niepewnie, patrząc na zmianę na Katniss i na niego.
- Na pewno! - powiedziała Katniss, starając się brzmieć optymistycznie.
- Jak było w szkole? - Haymitch szybko zmienił temat.
- Dobrze! - na twarzy młodszej siostry znów zawitał szeroki uśmiech. - Poznałam różnicę między komórką zwierzęcą i roślinną!
Zaczęła mu tłumaczyć czego dokładnie się nauczyła i Haymitch był więcej niż szczęśliwy, żeby przestać słuchać. Wciąż kiwał głową i potakiwał, ale jego myśli były daleko. Dzieciak był zafascynowany biologią; w przyszłości chciała zostać lekarzem.
Haymitch rozmyślał nad tym, jak w ciągu dwóch miesięcy zdążył się przyzwyczaić do obecności nastolatek w domu. Choć początki ich wspólnego życia nie zaczęły się wspaniale, zaczynali powoli wychodzić na prostą. Zaczął nawet mieć nadzieję, że któregoś dnia, Prim stanie się jeszcze bardziej śmiała, Katniss zacznie z nim normalnie rozmawiać i nie będzie uciekać ze szkoły i wdawać się w bójki, oraz, że może, tylko może, któregoś dnia nawet on nie będzie myślał o alkoholu w każdej chwili swojego dnia. Nadzieja była niebezpieczną rzeczą. Lecz może cała ich trójka będzie mogła zacząć życie od nowa. Razem.

Ogłoszenia Parafialne! ♥

DNIA 15 GRUDNIA, W GODZINACH WIECZORNYCH (LUB NIE) POJAWI SIĘ PIERWSZY ROZDZIAŁ DO FOLLOW THE GINGER CAT!!
PODEKSCYTOWANI? BO JA TAK!
CZY KTOŚ JESZCZE JEST NABUZOWANY KOFEINĄ I NIE ŚPI OD DWÓCH DNI? TYLKO JA? OKEJ!
_____________________________________
A teraz na poważnie.
Rozdział miał się pojawić 14, ale nie miałam za bardzo czasu, żeby sprawdzić czy wszystko jest okej.
Kilka słów na temat opowiadania. Jest to alternatywna rzeczywistość. Znowu. Nasza historia zaczyna się, kiedy pewnego dnia Haymitch zapomina zamknąć okno i pewien rudy kot ucieka z jego domu. Zaczynają się poszukiwania, podczas których Haymitch znajduje nie tylko kota. A raczej to kot znajduję drogę powrotną do domu i sprowadza ze sobą osobę towarzyszącą.
Któż to taki? Dlaczego kot mieszka z Haymitchem, kiedy wszyscy dobrze wiedzą do kogo należy? Jak potoczy się ta historia? Cóż, chyba będziecie musieli poczekać, aż ją opublikuję.
Mam nadzieję, że się Wam spodoba!
Do zobaczenia już bardzo niedługo! ♥

środa, 30 listopada 2016

Follow The Ginger Cat

Wow! Pół roku, huh?
Nie było mnie. Przepraszam, że tak długo czekaliście. Jest tu jeszcze ktoś? Ktokolwiek? Nie? Cóż. Nie spodziewałam się, żeby było inaczej, szczerze mówiąc.
Wiem, że publikując ten post rzucam go w pustkę, ale nie mogłam się oprzeć, żeby nie zajrzeć tutaj po tak długim czasie.
Przepraszam, że Was zostawiłam. Przepraszam, że nie dokończyłam tego ostatniego opowiadania. Gdzieś po drodze zgubiłam wenę i nie mogłam jej odnaleźć, aż do teraz.
Nie dokończę Zimowej Opowieści. Przykro mi, ale straciłam nadzieję na to, że to opowiadanie samo wyciągnie się z impasu w którym się znalazło.

Mam za to inne ogłoszenie. Pracuję nad nowym opowiadaniem. Nie jest jeszcze skończone, fakt. Tak naprawdę to wciąż jest tylko szkicem w mojej głowie, ale pomyślałam, że warto byłoby spróbować. Follow The Ginger Cat, tak będzie się nazywało nowe opowiadanie.

Przepraszam, że nie dokończę Zimowej Opowieści.
Przepraszam jeszcze raz.
Do zobaczenia wkrótce. Mam nadzieję!
~ Bainel.

niedziela, 12 czerwca 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 13

Pamiętacie, jak dawno temu wspominałam, że kilka szczegółów (takich, jak wiek) może się nie zgadzać? Cóż, to jest to.
Miłego czytania! Nie sprawdzałam tego rozdziału, więc za wszystkie błędy i niedociągnięcia przepraszam! Mam nadzieję, że długi rozdział wynagrodzi Wam moją nieobecność.
PS. Ktoś jeszcze cierpi na bezsenność? ^^
______________________________________________________________________
Haymitch
Haymitch obudził się z uczuciem buzowania w głowie. Nie otwierał oczu, wiedział, że skończy się to nieprzyjemnym bólem głowy. Pod jego zamkniętymi powiekami przelatywały obrazy. Zbyt realistyczne, żeby nie były prawdziwe. Wspomnienia ostatnich zdarzeń. Widział na nowo wszystko to co wcześniej przysłonił mu alkohol; jak Lissie całowała się z tamtym chłopakiem o piaskowych włosach. I jak z nią rozmawiał. Jak tamten chłopak, aż rwał się do bójki, ale kiedy po kilku minutach zrozumiał, że Haymitch wcale nie chciał się z nim bić, uspokoił się. I co Lissie mu powiedziała. Później zaczęły mu wracać wspomnienia z dalszej części tamtego dnia i tego poranka. Przypomniał sobie, jak kupił kilka butelek najlepszego alkoholu Ripper i jak poszedł do lasu; nad jeziorem był mały, zapomniany budynek, to tam się schował i to tam pił przez całą noc. Bożonarodzeniowy poranek wciąż był spowity mgłą. Nie miał pojęcia w jaki sposób znalazł się w domu, ani w jaki sposób znalazł drogę do łóżka. Leżał na łóżku, tego był pewien, ale rzecz tuż pod jego policzkiem nie była poduszką. Ta rzecz była zbyt ciepła. Miękka i delikatna pod jego skórą. Delikatnie się unosiła, jakby... Oddychała.
Dopiero po dłuższym czasie zorientował się, że czyjaś ręka gładzi go po włosach. Jego serce zabiło mocniej. Pierwsza myśl powędrowała do Lissie, ale to przecież niemożliwe. Lissie była teraz z chłopakiem od Mellarków.
Otworzył oczy i ku jego zdumieniu światło nie zaatakowało jego oczu. Zasłony były zaciągnięte na okna, w pokoju panował miły półmrok. Palce, które przeczesywały mu włosy były delikatne, chłodne i za każdym razem, kiedy muskały jego głowę, przechodziły go przyjemne dreszcze.
Przesunął głowę, żeby spojrzeć za siebie i jego oczom ukazały się przenikliwie niebieskie oczy. Patrzyły na niego, jakby był najbardziej interesującą rzeczą na świecie. Effie odgarnęła mu włosy z czoła; na jej ustach błąkał się uśmiech.
- Jak się czujesz? - zapytała cicho
Rzecz na której spoczywała jego głowa okazała się być brzuchem Effie; ona sama była na wpół oparta o wezgłowie łóżka. Nie mogła być do dla niej najwygodniejsza pozycja, ale nie wyglądała jakby jej to przeszkadzało.
- Jakby ktoś przywalił mi patelnią w głowę.
Prawy kącik jej ust zadrgał lekko, jakby powstrzymywała się od śmiechu. Jej oczy były przenikliwie i Haymitch czuł w głębokim zakamarku jego - wciąż zaćmionego alkoholem - umysłu, że chce go o coś zapytać. Nie powiedział nic na ten temat.
- Właśnie miałam cię budzić. - powiedziała, wciąż przeczesując jego włosy palcami. Zdał sobie sprawę, że jego ramię oplata ją zupełnie jak przytulankę, mimo tego nie zmienił pozycji. Wszystko to było tak... Naturalne. Jakby budzenie się przy niej, było codziennością. - Powinieneś wziąć porządny prysznic i się przebrać. Niedługo przyjdą goście.
Poczuł skurcz w żołądku na myśl o tym, kto przyjdzie. Odwrócił od niej twarz z niezadowolonym jękiem i wtulił ją w jej brzuch. Materiał jej swetra pachniał niczym wanilia; Ona pachniała jak wanilia. Czuł ciepło jej ciała przebijający przez cienki kaszmir.
- Obudź mnie, jak sobie pójdą. - wymamrotał.
Kiedy westchnęła ciężko, jego głowa uniosła się o kilka centymetrów razem z jej brzuchem. Pociągnęła go lekko za włosy, żeby zwrócić na siebie jego uwagę.
- Są święta. Musisz je spędzić z rodziną.
- Nie chcę.
Zapadła cisza. Haymitch miał świadomość tego, że zachowuje się dziecinnie, ale nie miał zamiaru się do tego przyznawać. W tym ciemnym pokoju, z Effie, mógł pokazać odrobinę strachu.
- Więc spędź je ze mną. - usłyszał jej głos po dłuższym czasie. Podniósł głowę, żeby na nią spojrzeć. Patrzyła na niego zagryzając dolną wargę. W jej oczach czaiło się coś co sprawiło, że wnętrzności Haymitch zaczęły się skręcać. - Spędź święta ze mną. Zrób to dla mnie.
Patrzyli się na siebie przez kilka bardzo długich sekund, po czym westchnął i przewrócił oczami. Ta dziewczyna naprawdę była mistrzynią w robieniu miny zbitego szczeniaka.
- Nienawidzę cię. - mruknął, podnosząc się do pozycji siedzącej. Jednak zanim zdążył wstać z łóżka, palce Effie zacisnęły się na jego dłoni. Na jej twarzy widniała troska i... Smutek?
- Nie chcesz o niczym porozmawiać? - zapytała przyglądając mu się uważnie.
- O czym?
- O Lissie?... Albo... O czymś innym? - wydawała się niepewna. Patrzył jej w oczy przez chwilę, a kiedy nie mógł dłużej znieść ich przeszywającego błękitu, odwrócił wzrok; wbił go w ich splecione dłonie.
- Jakiej Lissie?
Czuł na sobie jej spojrzenie, ale kiedy znów na nią zerknął tylko pokiwała krótko głową i puściła jego rękę. Haymitch miał wrażenie, że coś mu umknęło, bo w następnej chwili jej twarz stała się pusta.
***
Wyszedł z łazienki w samych bokserkach, wpuszczając do pokoju kłęby pary. Jego skóra wciąż była zaczerwieniona od ciepłej wody. Z jego włosów wciąż kapały kropelki. Na łóżku leżał garnitur o którego istnieniu Haymitch dawno zapomniał. Podejrzewał, że jego matka wygrzebała ten strój z jego szafy i położyła w widocznym dla niego miejscu, żeby dać mu do zrozumienia w co ma się ubrać.
Stał odwrócony plecami do drzwi, kiedy usłyszał, że ktoś wchodzi do jego pokoju.
- Nie wiesz, że to niegrzecznie wchodzić bez pukania, skarbie? - powiedział, nie odwracając się. - Nie powinnaś też się przebrać... - spojrzał przez ramię i ujrzał, że to nie Effie, której się spodziewał, ale Holden. - Och... Co ty tutaj robisz?
Jego brat zamknął za sobą drzwi i wpatrywał się w niego z dziwnym wyrazem twarzy.
- Chciałem się upewnić, że wszystko w porządku.
- W jak najlepszym. - odpowiedział od razu.
- Jesteś pewien?
- Ta... - mruknął, a po chwili zastanowienia powiedział - Holden?
- Hmm?
- Jak ja się dostałem do domu? - ponieważ jego wspomnienia z tego poranka wciąż były zamazane.
- Nie jestem pewny. - odpowiedział jego brat. - Szukaliśmy cię z mamą, kiedy się pojawiłeś. Nie jestem pewny, ale chyba Effie ci pomogła dostać się do łóżka.
Jego umysł zaczął pracować na najwyższych obrotach. Po minucie intensywnej walki z własną pamięcią, przypomniał sobie, jak wracał przez śnieg do domu. Jak kilka razy się przewrócił, ale nie dbał o to, ponieważ alkohol rozgrzewał go od środka. Przypomniał sobie, jak wszedł do domu i jak Effie pojawiła się u jego boku. Jak pomogła mu wejść po schodach i jak pomogła mu w łazience. A potem... Przypomniała mu się ich rozmowa. Co jej wyznał o swojej przeszłości. Co jej powiedział. I co ona powiedziała. Kiedy z nią byłem, nic nie czułem. Okłamywałem sam siebie, że ją kocham. Ale to nie była prawda. A później pojawiłaś się ty... Przestań. Uwierz mi. Podziękujesz mi, kiedy wytrzeźwiejesz. Czy był jej wdzięczny? Tak. Czy to co powiedział było prawdą? Zdecydowanie. Kiedy w jego życiu pojawiła się Effie, między nimi od razu była ta mała iskierka, która sprawiała, że wciąż się przekomarzali. Że nieustannie ze sobą flirtowali. A kiedy krzyczała na niego na lodowisku, Haymitch czuł, że żyje.
- Jak się czujesz? - z rozmyśleń wyrwał go głos Holdena.
- Dobrze. - odpowiedział natychmiast, ale jego brat nie wyglądał na przekonanego. - Naprawdę!
- Chciałem ci powiedzieć, Haymitch, naprawdę, - zaczął chłopak. - ale byłeś w nią tak zapatrzony, że byś mi nie uwierzył.
- Nic się nie stało.  - wzruszył ramionami. - Nie byłem w nią zapatrzony od kilku miesięcy. Oszukiwałem sam siebie, rozumiesz?
- Czyli... Nie jesteś na nią wściekły?
- Nie jestem wściekły. Jestem zły, bo zmarnowałem kilka miesięcy, kiedy mogłem... Nie jestem wściekły.
- Więc dlaczego się upiłeś? - Holden zmarszczył brwi.
- Wydaje mi się, że to przez szok. Nie spodziewałem się ich spotkać. To wszystko. Do tego jeszcze dzisiaj. Pani Everdeen...
- Nie przejmuj się nią.
- Ale... - jednak Holden znów mu przerwał.
- Haymitch, nie przejmuj się. - powiedział zdecydowanie. - To nie była twoja wina. Nie prosiłeś Everdeen'a, żeby po ciebie wracał. To nie ty go zabiłeś.
Po tym ich rozmowa nie trwała zbyt długo. Holden poszedł się przebrać do kolacji, a Haymitch założył swój garnitur. Męczył się właśnie z krawatem, kiedy do jego drzwi ktoś zapukał. Nie czekając na jego zaproszenie, drzwi się otworzyły i do środka weszła Effie. Kiedy Haymitch na nią zerknął, oniemiał. Stał oszołomiony, wpatrując się w nią z niedowierzaniem. Widząc jego reakcję uśmiechnęła się niewinnie i obróciła się powoli dookoła własnej osi, żeby zaprezentować mu się w pełnej okazałości.
Wyglądała pięknie. Czerwona sukienka, sięgająca jej do połowy uda z długimi rękawami, przylegała do niej, jak druga skóra i zdecydowanie podkreślała jej figurę. Tył sukienki odkrywał jej plecy. Jej miodowo-złote włosy związała w wymyślny kok, w którym niektóre pasemka włosów opadały jej na twarz. Dzięki czarnym szpilkom jej nogi wydawały się niesamowicie długie. Haymitch czuł się, jakby ktoś nagle odebrał mu wszystkie słowa poza jednym: piękna. Czerwony był zdecydowanie jej kolorem.
Musiał się wpatrywać zbyt długo, ponieważ Effie odchrząknęła i zapytała
- No i? Podoba ci się?
Nie był w stanie jej odpowiedzieć. Miał wrażenie, że robi z siebie kompletnego idiotę. Z jego ust wydobył się niezrozumiały bełkot, na którego dźwięk na twarzy Effie pojawił się drwiący uśmieszek.
- Uznam to za "tak". - podeszła do niego i zaczęła wiązać mu krawat. Haymitch nie mógł oderwać od niej wzroku. Kiedy skończyła z krawatem, wygładziła jego białą koszulę, jej dłonie zostały na jego piersi. Odchrząknął i odwrócił wzrok od jej ust.
- Wyglądasz... Ładnie. - wymamrotał. Czuł, że jego uszy płoną.
- Ładnie? - zapytała z prowokującym uśmieszkiem. - Komplement od Haymitcha, proszę, proszę. Cuda jednak się zdarzają w święta.
- Nie przyzwyczajaj się, skarbie.
Jej przekomarzanie, pozwoliło mu odzyskać rozum.
- Twoja mama kazała mi sprawdzić czy jesteś już gotowy. - powiedziała Effie. - Za chwilę przyjdą goście. - widząc, że z twarzy Haymitcha zniknął uśmiech, ujęła go pod brodę i zmusiła, żeby na nią spojrzał. - Pamiętaj, że spędzasz święta ze mną, dobrze?
- To nie zmieni tego, że oni nagle znikną.
- Nie, ale jeśli będziesz się źle czuł, to pomogę ci przetrwać ten wieczór.
Szukał w jej oczach kłamstwa, ale niczego takiego się nie doszukał. Widział jedynie szczerą chęć pomocy. Przypomniało mu się, co jej powiedział rano, pod wpływem alkoholu.
- Jeśli chodzi o wcześniej... - zaczął. Po jej twarzy przemknęło jakieś uczucie, ale zniknęło tak szybko, że nawet nie umiałby go nazwać. - Dzięki, że mi pomogłaś.
- Spadłeś ze schodów. - spuściła wzrok. - Miałam cię tak zostawić?
- Co do tego, co powiedziałem... Dziękuję, że mnie powstrzymałaś. - Teraz nie było mowy o pomyłce, na jej twarzy pojawił się ból. Chciała opuścić ręce, które wciąż spoczywały na jego piersi, ale przytrzymał je. - Ale to nie znaczy, że tego nie miałem na myśli.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem. Starała się wyszukać jakiegoś znaku, który powiedziałby jej, że kłamie. Jednak nic takiego nie znalazła. To co mówią ludzie pod wpływem alkoholu, jest tym co myślą ludzie trzeźwi.
Nachylił się, żeby ją pocałować. Zastanawiał się, jak to będzie. Wyobrażał sobie, że jej usta są słodkie.
- Haymitch... - wyszeptała, kiedy ich usta dzieliły tylko milimetry.
- Haymitch, Effie! - na dźwięk głosu matki Haymitcha, odskoczyli od siebie, jak oparzeni. - Na dół i to w tej chwili!
Effie przygryzła wargę, żeby nie parsknąć śmiechem, a Haymitch poczuł, że jego szyja i uszy płoną czerwienią. Poczuł jej palce, które ścisnęły lekko jego dłoń, żeby zdobyć jego uwagę.
- Załóż marynarkę. - powiedziała Effie, uśmiechając się od ucha do ucha.
***
Zadzwonił dzwonek do drzwi i Haymitch poczuł, że całe jego ciało się napina. Effie musiała to poczuć, bo wcięła go za rękę i ścisnęła lekko jego palce.
- Rozluźnij się. - szepnęła. - Jestem pewna, że wszystko będzie dobrze.
Łatwo jej mówić, pomyślał. To nie ona musiała się zmierzyć z kobietą, której mąż nie żyje, ponieważ wrócił, żeby go uratować.
Z korytarza dobiegły ich głosy. Jego wnętrzności skręciły się w ciasny supeł. Razem z Effie wstał z kanapy, żeby przywitać gości. Holden wciąż siedział na jednym z foteli, które stały przy kominku; wcześniej Haymitch rozpalił ogień, na prośbę swojej matki.
Do salonu weszły dwie dziewczynki. Były swoimi kompletnymi przeciwieństwami. Starsza z nich, o ciemnych włosach splecionych w warkocz i szarych, bystrych oczach, wyglądała na czternaście lat. Młodsza, z jasnymi, rozpuszczonymi włosami i niebieskimi oczami, nie mogła mieć więcej niż dziesięć lat. Obie były ubrane w ładne sukienki.
Katniss obrzuciła go spojrzeniem i choć jej wzrok był lodowaty, skinęła mu głową na powitanie. Prim była bardziej przyjacielska. Haymitch miał wrażenie, że Effie polubiła ją od pierwszego wejrzenia, bo nie minęło kilka minut, jak już rozmawiały, niczym najlepsze przyjaciółki. Holden przywitał się z dziewczynkami, poczęstował je ciastkami. Zachowywał się, jak dobry wujek.
A później, po kilku minutach, do salonu weszła ich matka. Wyglądała na lekko rozkojarzoną. Jakby nie do końca wiedziała, co się dookoła niej dzieje. Jej wzrok padł na niego i Haymich poczuł, że do żołądka spada mu bryła lodu. Przezwyciężając chęć do ucieczki, podszedł do niej.
- Pani Everdeen... - zaczął, ale kobieta mu przerwała. 
- Haymitch. - powiedziała, uśmiechając się lekko. Uśmiech nie dosięgnął jej niebieskich oczu. - Miło cię widzieć. - nie wydawało mu się, że kłamie. Ale nie wyglądała na najszczęśliwszą osobą. Trudno się dziwić, pomyślał, w końcu niecały rok temu straciła męża.
- Ja... - jednak znów nie dane mu było dokończyć.
- Wiem co chcesz powiedzieć. - mówiła cicho, żeby nikt poza nimi w salonie ich nie usłyszał. - Nie rób tego. To nie była twoja wina, Haymitch. - po tych słowach poczuł, że trochę łatwiej mu się oddycha. - Mój mąż... To była wina firmy.
- Gdyby nie ja... - nalegał.
Do salonu zajrzała jego matka. Omiotła spojrzeniem całe pomieszczenie, a jej wzrok zatrzymał się chwilę dłużej na nim i na Isabelle. Przywołała na twarz dobroduszny uśmiech.
- Kolacja będzie za chwilę, ktoś musi mi pomóc. - powiedziała, po czym zniknęła w korytarzu.
Effie, Prim, i Holden od razu ruszyli do pomocy. Kiedy Effie przechodziła koło niego schwyciła go za rękę i pociągnęła go za sobą. Nigdy nie przepuści okazji, żeby mu mówić co ma robić. A może - odezwał się cichy głosik w jego głowie - może po prostu ratuje cię od reszty tej rozmowy? Prawdopodobnie.
***
Kolacja przebiegła bardzo dobrze. Wszyscy, nawet Katniss i Haymitch, poczuli klimat świąt, kiedy spróbowali potraw, jakie przygotowała Alice. A kiedy przyszła pora na prezenty, wszyscy byli już najedzeni do granic możliwości, a w salonie panowała leniwa atmosfera.
Każdy odpakował swoje prezenty. Alice i Holden obdarowali go nożem z ręcznie zdobioną rękojeścią. Haymitch lubił rzeźbić w drewnie, kiedy nie miał nic innego do roboty, więc taki nóż był wspaniałym prezentem. Effie kupiła mu szachy. Zdziwił się, kiedy je zobaczył, bo nie wiedział z skąd się dowiedziała, że Haymitch je lubił.
Kiedy jego matka dowiedziała się, że sam nic nie kupił dla Effie, trzepnęła go po głowie. Jednak Effie powiedziała, że nic nie szkodzi i że samo to, że może z nimi spędzić święta, było wystarczającym prezentem samo w sobie. Od Holdena dostała małą, ręcznie rzeźbioną figurkę w kształcie łyżwiarki figurowej; od Alice dostała gruby, wełniany sweter. Jego matka powiedziała jej, że potrzebuje naprawdę ciepłych ubrań.
Everdeen'owie również dostali prezenty. Isabelle dostała książkę o ziołach. Prim - zestaw małego chemika, a Katniss prawdziwy łuk i strzały. To był jego pomysł. Wiele razy słyszał, jak Everdeen opowiadał o swoich córkach i żonie. Wiedział, że Katniss lubiła chodzić z ojcem do lasu. I wiedział, że Everdeen sam miał łuk i uczył córkę strzelać. Dziewczyna miała łzy w oczach, kiedy im dziękowała.
Holden dostał sweter od matki, książkę od Haymitcha i kolejną od Effie. Chłopak był zadowolony; kochał czytać.
Haymitch kupił naszyjnik dla matki, Holden dał jej pierścionek, a Effie obdarowała ją książką z przepisami najróżniejszej maści. Alice wydawała się szczerze wzruszona.
Przyszedł czas na herbatę. Wszyscy wzięli się za pomaganie w znoszeniu talerzy ze stołu. Haymitch trochę się ociągał. W salonie został tylko Holden, który patrzył na niego z dziwnym uśmiechem.
- Co? - zapytał Haymitch marszcząc brwi.
- Wpadłeś po uszy, braciszku. - powiedział chłopak. Haymitch nie zrozumiał na początku o co mu chodzi, ale później zdał sobie sprawę, że jego brat mówi o Effie. Oboje przez cały wieczór wymieniali spojrzenia i uśmiechy częściej niż zwykle. I nie raz złapał Holdena, jak im się przyglądał. Pokręcił głową i ruszył w stronę drzwi, zostawiając brata za sobą.
Haymitch stanął w drzwiach akurat w tym samym momencie w którym Effie chciała wejść do pokoju. Spojrzała na niego uśmiechając się. Nie mógł się powstrzymać, żeby nie odwzajemnić tego uśmiechu. Kiedy usłyszał, że za jego plecami Holden próbuje powstrzymać śmiech, spojrzał w jego kierunku. Jego brat nic nie powiedział, jedynie wskazał na coś nad głową Haymitcha. Zerknął do góry i ujrzał
- Jemioła... - powiedział i znów spojrzał na Effie. Ona też podniosła głowę, żeby spojrzeć na jemiołę, a kiedy przeniosła wzrok z powrotem na niego, przygryzała wargę, żeby powstrzymać śmiech.
- I co z tym zrobisz? - zapytała. Jego oczy powędrowały do jej ust.
- Chyba mam pomysł.
Przysunął się bliżej niej, tak, że niemal stykali się klatkami piersiowymi. Czuł jej gorący oddech i ciepło jej ciała. Jej oczy wędrowały od jego oczu do jego ust i Haymitch po raz któryś tego wieczoru pomyślał, że wygląda pięknie. Jego serce przyspieszyło. Czuł się jak nastolatek tuż przed jego pierwszym pocałunkiem. Nachylił się w jej stronę, żeby ją pocałować. Miał wrażenie, że chciał to zrobić od dłuższego czasu. I sądząc po tym, jak na niego patrzyła, Effie też o tym myślała. Ich usta dzieliły już tylko milimetry i
- Blokujecie przejście!
Odskoczyli od siebie, jak oparzeni. Katniss patrzyła na nią z mieszaniną odrazy i rozbawienia. W dłoniach trzymała tacę na której stał dzbanek z herbatą i filiżanki. Haymitch wyminął ją i ruszył w stronę kuchni, wiedząc, że musi w końcu pomóc matce. Odwrócił się jednak przez ramię, żeby zerknąć na Effie. Obserwowała go i kiedy napotkała jego spojrzenie, wyszczerzyła się w uśmiechu. Odwzajemnił uśmiech i mrugnął do niej. W następnej chwili otworzył drzwi do kuchni.
***
Reszta wieczoru minęła w przyjemnej atmosferze. Haymitch i Effie wymieniali spojrzenia i uśmiechy częściej niż zwykle, co oczywiście nie umknęło uwadze Alice. Wciąż posyłała mu znaczące spojrzenia; Holden również.
Minuty zamieniały się w godziny i zanim wszyscy się obejrzeli, Prim zasnęła na fotelu przy kominku. Pani Everdeen stwierdziła, że czas wracać do domu. Na zewnątrz śnieg zaczął leniwie padać, ale do burzy śnieżnej było jeszcze daleko. Kiedy Isabelle zabrała córki i opuściły ich dom, Holden powiedział, że jest wykończony i że idzie spać. Alice również poszła do swojej sypialni, życząc im dobrej nocy.
Kiedy Haymitch i Effie zostali sami, ich oczy się spotkały i Haymitch wstał z fotela na którym siedział, żeby usiąść razem z nią na kanapie. Pomimo dużej ilości wolnego miejsca, usiadł tak blisko niej, że ich uda się o siebie ocierały. Wziął ją za rękę, tak że jej dłoń była wierzchem do góry.
- Mam coś dla ciebie. - powiedział, wyciągając wolną ręką z kieszeni małe pudełeczko zawinięte w ozdobny papier. Położył zawiniątko na jej wyciągniętej dłoni. - Nie chciałem ci tego dawać przy wszystkich.
Effie patrzyła na niego ze szczerym zdumieniem.
- Nie musiałeś... - wyszeptała.
- Są święta. - wzruszył ramionami - Musiałem.
Przysunęła pudełko do ucha i delikatnie nim potrząsnęła. Haymitch wywrócił oczami, na co się uśmiechnęła. Ostrożnie rozwinęła ozdobny papier, starając się nie porwać ani jednego kawałka, zupełnie jakby to była najważniejsza rzecz na świecie. Kiedy podniosła wieczko pudełka, jej oczom ukazała się srebrna bransoletka z przywieszką w kształcie małej gwiazdki. Wpatrywała się w nią tak długo, że Haymitch zaczął się czuć niekomfortowo. Odchrząknął i odwrócił wzrok.
- Nie musisz jej nosić, ani nic takiego. - wymamrotał, czując się jak kompletny idiota. - Możesz ją oddać i wybrać coś innego.
- Nie chcę nic innego! - powiedziała to, jakby myślała, że Haymitch stracił rozum. - Jest piękna. Dziękuję.
Zarzuciła mu ramiona na szyję i przytuliła go mocno wtulając swoją twarz w jego szyję. Niezręcznie odwzajemnił uścisk, nie wiedząc jak się zachować.
- To tylko bransoletka. - burknął.
Effie odsunęła się od niego. Wyciągnęła bransoletkę z pudełka i podała mu ją, wyciągając swój prawy nadgarstek. Wziął od niej bransoletkę i zapiął na jej ręce. Podniosła ją na wysokość oczu, żeby móc jeszcze raz przyjrzeć się małej gwiazdce. Na jej twarzy rozpromieniał ogromny uśmiech. Opuściła rękę i ujęła jego dłoń. 
- Mam dla ciebie jeszcze jeden prezent prezent.
I zanim zdążył chociażby mrugnąć, Effie się pochyliła i ich usta się spotkały. Całowanie jej, było właśnie takie, jak sobie wyobrażał. Jej usta były miękkie i słodkie. Jej dłonie ujęły jego policzki, jakby chciała go przyciągnąć jeszcze bliżej siebie. Kiedy przygryzła jego dolną wargę, poczuł jak się uśmiecha. Całowali się tak samo, jak się kłócili. Była to zacięta walka ust, zębów i języków. Oderwali się od siebie dopiero, kiedy zaczęło im brakować tchu.
- Wesołych świąt, skarbie. - wymamrotał, nie mogąc się powstrzymać od uśmiechu. Wyszczerzyła się do niego, niczym dziecko, które właśnie dostało wymarzony prezent.
- Wesołych świąt.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

♥ ♥ ♥

NOWY ROZDZIAŁ BĘDZIE W TYM TYGODNIU!
NOWY ROZDZIAŁ BĘDZIE W TYM TYGODNIU!
NOWY ROZDZIAŁ BĘDZIE W TYM TYGODNIU!
NOWY ROZDZIAŁ BĘDZIE W TYM TYGODNIU!
NOWY ROZDZIAŁ BĘDZIE W TYM TYGODNIU!
NOWY ROZDZIAŁ BĘDZIE W TYM TYGODNIU!
NOWY ROZDZIAŁ BĘDZIE W TYM TYGODNIU!
NOWY ROZDZIAŁ BĘDZIE W TYM TYGODNIU!
NOWY ROZDZIAŁ BĘDZIE W TYM TYGODNIU!
NOWY ROZDZIAŁ BĘDZIE W TYM TYGODNIU!
NOWY ROZDZIAŁ BĘDZIE W TYM TYGODNIU!
NOWY ROZDZIAŁ BĘDZIE W TYM TYGODNIU!
NOWY ROZDZIAŁ BĘDZIE W TYM TYGODNIU!
NOWY ROZDZIAŁ BĘDZIE W TYM TYGODNIU!
NOWY ROZDZIAŁ BĘDZIE W TYM TYGODNIU!
NOWY ROZDZIAŁ BĘDZIE W TYM TYGODNIU!

wtorek, 26 kwietnia 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 12

Effie
W bożonarodzeniowy poranek, Effie leżała z szeroko otwartymi oczami, wpatrując się w sufit. Haymitch nie wrócił do wschodu słońca. Nie wrócił na śniadanie. Sądząc po twarzach Holdena i Alice, oni również nie zmrużyli w nocy oka. Kiedy siedzieli przy stole, jedząc naleśniki i popijając herbatę, mało kto się odzywał. Tak naprawdę, cała trójka czekała, aż otworzą się frontowe drzwi i do domu wejdzie Haymitch. Jednak on tego nie robi.
Holden i Effie wymieniali kilka znaczących spojrzeń ponad stołem. Alice wciąż wyglądała przez okno. Atmosfera była nieco napięta; jak nigdy w domu Abernathy.
Kiedy po śniadaniu, razem z Holdenem zaczęli ubierać choinkę, Effie zapytała go, czy nie powinni zacząć go szukać. Chłopak tylko pokręcił głową i nie odezwał się ani słowem. Miał zaciśnięte usta i ściągnięte brwi. Jego barki były napięte. Nie trzeba było być geniuszem, żeby wiedzieć, że Holden się denerwował. Skończyli ubierać drzewko i do salonu weszła Alice. Powiedziała, że zapomniała kupić kilka rzeczy, więc pójdzie na Ćwiek - miejscowy targ. Poprosiła Holdena, żeby poszedł razem z nią, a Effie, żeby przypilnowała ciasteczka, które piekły się w kuchni.
Jednak w momencie w którym Holden i Alice wyszli z domu, a Effie weszła do kuchni, zobaczyła, że piekarnik jest wyłączony. Blacha z jeszcze ciepłymi ciasteczkami, leżała na blacie. Zorientowała się, że Alice po prostu chciała iść poszukać Haymitcha i nie martwić przy tym Effie.
Ledwo usiadła przy stole, kiedy usłyszała, że frontowe drzwi się otwierają i ktoś wchodzi do środka. Poderwała się z miejsca i wybiegła na korytarz, tylko po to, żeby zobaczyć, jak Haymitch zamyka za sobą drzwi.
- Haymitch! - wykrzyknęła z ulgą, jednak zanim zdążyła do niego podbiec, coś przykuło jej uwagę.
Nawet z miejsca w którym stała, mogła wyczuć smród alkoholu. Kiedy podniósł głowę, jego wzrok nie był skupiony, oczy miał przekrwione, jego ubrania wyglądały, jakby wytarzał się w śniegu. Podtrzymywał się ściany, żeby się nie przewrócić.
- Co się stało? - zapytała, postępując jeden krok naprzód. Skrzywił się i Effie zamarła w miejscu.
- Nie wrzeszcz, kobieto. - wymamrotał, ruszając w stronę schodów. Chciał ją wyminąć, ale ona zastąpiła mu drogę. Zmierzył ją gniewnym wzrokiem. - Rusz się.
- Nie, dopóki mi nie powiesz co się stało. - skrzyżowała ramiona na piersi. Nie tylko on potrafił robić gniewną minę.
- Dobrze wiesz co się stało. - syknął, starając się przejść koło niej, ale mu nie pozwoliła, kładąc mu dłoń na piersi. Jego ubrania były przemoczone. Prawdopodobnie przewrócił się kilka razy, kiedy szedł do domu.
- Nie, nie wiem. Wiem, że wróciłeś wczoraj na chwilę do domu, a później wyszedłeś. Co się stało?
- Nie jestem teraz w nastroju, żeby się z tobą użerać, Trinket. - warknął; jego szare oczy ciskały w nią gromy. - Rusz się, albo sam cię przestawię.
Effie stała oszołomiona i tym razem nie zareagowała, kiedy starał się ją wyminąć. Nigdy nie zwracał się do niej w taki sposób. Oczywiście, kłócili się przez cały czas, ale zawsze wiedzieli, gdzie leży granica. Zazwyczaj ich kłótnie polegały w większości na przekomarzaniu się i w głównej mierze flirtowaniu. Ale teraz Effie czuła się inaczej.
Stała tak, jak sparaliżowana, aż usłyszała głośne uderzenie i jeszcze głośniejsze przekleństwo. Odwróciła się na pięcie, w samą porę, żeby zobaczyć, jak Haymitch traci równowagę i spada ze schodów. Był dopiero na trzecim stopniu, jednak uderzenie wyglądało naprawdę groźnie. Krzyknęła przerażona i podbiegła do niego czym prędzej.
- Haymitch! - krzyknęła przerażona. - Nic ci nie jest? Odezwij się, głupku!
- Przestań krzyczeć! - mruknął, starając się podnieść z podłogi.
- Przysięgam ci, że kiedy będziemy na lodzie, dam ci porządny wycisk. - powiedziała gniewnie, ale mimo wszystko schyliła się, żeby pomóc mu wstać. - Pożałujesz tego wszystkiego.
Zarzuciła sobie jego jedno ramię na barki i pomogła mu się podnieść, biorąc na siebie większość jego ciężaru. Mało brakowało, a jej nogi by się pod nią ugięły.
- Zostaw mnie. - warknął, jednak w żaden sposób nie próbował się jej wyrwać. - Sam sobie dam radę.
- Oczywiście. - prychnęła drwiąco, ledwo łapiąc oddech. Kto by pomyślał, że Haymitch był taki ciężki.
Jakimś cudem udało im się pokonać schody, ale Effie jeszcze nie odetchnęła z ulgą. Zabrała go do łazienki i posadziła go na zamkniętej klapie od toalety. Oparł głowę o ścianę i zamknął oczy, nie robiąc żadnego ruchu, żeby jej pomóc, kiedy zaczęła ściągać z niego przemoczony płaszcz. Kiedy mokry płaszcz wylądował w wannie, żeby obciekł z wody, Effie zabrała się za ściąganie z niego swetra i koszulki, którą miał pod spodem. Odpinając guziki swetra, zorientowała się, że Haymitch ją obserwuje. Na jego ustach błądził leniwy uśmieszek.
- Jeśli chciałaś mnie nago, skarbie, wystarczyło powiedzieć. - zakpił, ale zabrzmiało to bez przekonania. Jej policzki zaczęły płonąć.
- Nie bądź śmieszny. - prychnęła, starając się ukryć swoje zakłopotanie. - Jeśli zostawię cię w tych mokrych rzeczach, przeziębisz się.
Sweter i bluzka również wylądowały w wannie, a wzrok Effie padł na ciało Haymitcha. Był umięśniony; był umięśniony, jeszcze zanim zaczęli trenować, a te wszystkie treningi tylko mu pomogły w budowaniu rzeźby. Ale to co przykuło jej uwagę, to duża blizna, niemal biała na opalonej skórze. Zaczynała się centymetr od pępka i ginęła na lewym biodrze, pod gumką od jego bokserek.
Czuła na sobie jego wzrok, kiedy drżącym palcem przesunęła wzdłuż blizny. Sekundę za późno, zdała sobie sprawę co robi i odchrząknęła, cofając dłoń. Spojrzała na niego i odsunęła się o krok. Jego wzrok wciąż nie był skupiony, a jego oczy były zamglone. Effie była niemal pewna, że w połowie nie zdawał sobie sprawy z tego, co właśnie się wokół niego działo.
- Powinieneś się wykąpać. - powiedziała, czując się niezręcznie. - Przyniosę ci suche rzeczy.
Była już przy drzwiach, kiedy usłyszała jego głos.
- Nie dołączysz? Wanna jest duża, skarbie.
Odwróciła się i zobaczyła, że na jego twarzy widnieje ten denerwujący uśmieszek. Znów się z nią przekomarzał. Pijany czy nie i tak działał jej na nerwach. Nie mogła się jednak powstrzymać od delikatnego uśmiechu.
- Dziękuję, ale nie skorzystam.
Wychodząc zamknęła za sobą drzwi. W pokoju Haymitcha wciąż panował taki sam bałagan, jak dzień wcześniej, więc znalezienie czystych ubrań sprawiło jej trochę problemu, ale po kilku minutach znalazła w szafie czyste spodnie i czarny sweter. Podała mu jego ubrania i zaczekała pod drzwiami od łazienki, żeby mieć pewność, że nie przewróci się w wannie i nie złamie karku.
Przez cały czas zastanawiała się nad tym co stało się po tym, jak zostawiła go samego w mieście. I o tym, że naprawdę się cieszyła, że Haymitch wrócił - choć pijany - bez śladów pobicia.
Kilkanaście minut później, wyszedł z łazienki, podtrzymując się ściany. Effie dobrze zrobiła, że na niego zaczekała, bo sądząc po tym, jak niepewnie trzymał się na nogach, nie była pewna czy doszedłby te kilka kroków do swojej sypialni. Jego włosy ociekały wodą. Jego spojrzenie było trochę bardziej przytomne, ale to nie znaczyło, że był mniej pijany.
- Co tu robisz? - zapytał niewyraźnie, starając się nie przewrócić idąc do swojego pokoju.
- Bałam się, że możesz się utopić. - odpowiedziała, zarzucając sobie jego rękę na swoje ramiona i obejmując go w pasie. Prychnął, ale nic już nie powiedział, tylko pozwolił jej, zaprowadzić się do pokoju. Kiedy w końcu tam dotarli, Effie miała wrażenie, że jej nogi były zrobione z galarety.
Pomogła mu położyć się na łóżku i Haymitch momentalnie zwinął się w kłębek. Coś w jej piersi ją zabolało na sam widok.
- Odeśpij kilka godzin. - powiedziała, wciąż stojąc przy jego łóżku. - Alice mówiła, że wieczorem przyjdą goście.
Miała zamiar wyjść i pozwolić mu spać, kiedy jego palce zacisnęły się na jej nadgarstku. Spojrzała na niego. Patrzył na nią, niemal błagalnie.
- Nie idź. - wymamrotał. Mówił cicho i Effie myślała, że się przesłyszała.
- Słucham?
- Nie idź. - powtórzył, ciągnąć ją lekko za rękę. Nie miała innego wyboru, tylko usiąść koło niego, oparta o wezgłowie jego łóżka. Momentalnie położył głowę na jej nogach, używając ich jak poduszki. Wtulił głowę w jej nogę, niczym przestraszone dziecko, które szukało schronienia. Effie nie zwracała uwagi na to, w jaki sposób jej wnętrzności się skręciły w jej brzuchu, a serce zaczęło galopować, bo w następnej chwili Haymitch wymamrotał - Koszmary.
- Nie pójdę... - powiedziała cicho, na co się nieco rozluźnił. Jej ręka bezwiednie powędrowała do jego mokrych włosów, które już zostawiały mokre ślady na jej spodniach. Nie przejmowała się tym. Po prostu zaczęła się bawić kosmykami jego włosów. Westchnęła i przymknęła oczy. - Ale powiedz mi.
- Nie chcę. - znów się napiął.
- Więc powiedz mi o czymś innym. - powiedziała, głaszcząc go po włosach. - Czymkolwiek.
Zapadła cisza. Był cicho przez tak długi czas, że Effie zaczęła myśleć, że zasnął. Zaczęła się zastanawiać, czy powinna go zostawić i wrócić na dół do kuchni, czy zostać, kiedy w końcu się odezwał. Jego głos był niski i zachrypnięty, jakby z trudem wydobywał z siebie słowa.
- Kilka lat temu... - zaczął bardzo cicho, z trudem przełykając ślinę. - Był wypadek. W kopalni. - Nie śmiała mu przerwać. Jej serce zamarło na sekundę. Właśnie miała usłyszeć o tym, jak Haymitch ledwo przeżył w kopalni. Wpatrywała się w jego głowę, jednak nie widziała jego twarzy. Nie była pewna, czy chciała widzieć wyraz jego twarzy. - Pracowałem tam. Dół się zawalił. Belka przebiła mi brzuch. Nie mogłem oddychać. Wszędzie krzyczeli ludzie. Zginęła masa ludzi. Everdeen po mnie wrócił. - Effie poczuła na swojej nodze mokre kropelki, które przesiąkały przez materiał jej spodni. Nic nie powiedziała. Wiedziała, że Haymitch płacze i sama myśl, sprawiła, że nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. - Byliśmy prawie przy wyjściu, kiedy coś wybuchło. Everdeen mnie popchnął i przez to zginął. Tamtego dnia w kopalni było nas czterdziestu ośmiu. Wyszedłem tylko ja...
- Haymitch... - wyszeptała, ale chyba jej nie usłyszał. A jeśli ją usłyszał, to nie zwrócił na nią uwagi.
- Firma wiedziała, że to była ich wina. - ciągnął dalej; w jego głosie pobrzmiewał gniew. - Sprzęt nie był sprawdzony. Wysłali nas głębiej, niż powinni. Kiedy leżałem w szpitalu, przyszli do mnie i powiedzieli, że dadzą mi pieniądze w zamian za milczenie. Nie zgodziłem się. Tego samego dnia, przyszła do mnie mama z Holdenem i powiedziała, że ktoś się włamał do domu. Nic nie ukradli, ale wiadomość była jasna. Zażądałem, żeby wypłacili też odszkodowanie pozostałym czterdziestu siedmiu rodzinom. Zgodzili się bez mrugnięcia okiem. A teraz co miesiąc przychodzi czek na moje nazwisko, z sumą większą niż kiedykolwiek mogłem wymyślić. Brzydzę się sobą...
- Przestań. - powiedziała. Nie mogła już więcej znieść. Czuła, jak pod powiekami palą ją łzy. - To nie twoja wina.
- Mama też tak mówi. - prychnął, pociągając nosem.
- Bo to prawda. - pociągnęła go lekko za włosy, żeby zrozumiał. - Haymitch, gdyby ten mężczyzna po ciebie nie wrócił, nie żył byś. A gdybyś nie wziął tych pieniędzy, kto wie co mogłoby się stać.
- Nie powinien po mnie wracać.
- Nie mów tak. - syknęła - Gdyby tego nie zrobił, nie byłoby się teraz tutaj.
Znów zapadła cisza, podczas której Effie nie mogła się pozbyć z głowy okropnych obrazów. Widziała to wszystko. Widziała, jak zapada się kopalnia, jak Haymitch zostaje przygnieciony spadającą belką i jak ta sama belka przebija jego brzuch w miejscu, w którym teraz miał bliznę. Widziała, jak inny mężczyzna mu pomaga i jak zabiera go do wyjścia z kopalni. I wtedy cały świat eksploduje.
Effie miała problemy z przełykaniem. Była wdzięczna mężczyźnie, którego nawet nie znała, za to, że go uratował. Za to, że teraz mogła z nim siedzieć i czuć jego ciepłe ciało przy swoim.
- Lissie powiedziała, że chciała mi powiedzieć wiele razy. - odezwał się po pewnym czasie, wyrywając ją z ponurych myśli. - Powiedziała, że ona i Patrick spotykają się od dłuższego czasu. Powiedziałem jej, że wystarczyło powiedzieć. - odwrócił się do niej, żeby móc na nią spojrzeć. Jego szare oczy były zaczerwienione i wilgotne. - Bo nie jestem na nią zły. Nie za to, że mnie zdradziła. Tylko za to, że nic mi nie powiedziała. Kiedy z nią byłem, nic nie czułem. Okłamywałem sam siebie, że ją kocham. Ale to nie była prawda. - Wyciągnął dłoń i przesunął palcami po jej policzku. Nie spuszczał wzroku z jej niebieskich oczu. - A później pojawiłaś się ty...
- Przestań. - wykrztusiła przez zaciśnięte gardło, przykrywając jego dłoń swoją własną i odciągając ją, od swojego policzka. Ze wszystkich sił starała się powstrzymać łzy, które cisnęły się do jej oczu.- Uwierz mi. Podziękujesz mi, kiedy wytrzeźwiejesz.
Nic nie powiedział. Po prostu znów się odwrócił tak, że nie mogła widzieć jego twarzy, ale chwycił jej dłoń i przyciągnął ją do swojej twarzy. Czuła na wierzchu dłoni jego gorący oddech, tuż przed tym, jak jego usta zetknęły się z jej skórą. Całe szczęście, że na nią nie patrzył, bo Effie nie była już w stanie powstrzymywać łez. Gorące krople spływały po jej twarzy, rujnując jej makijaż.
Dlaczego płakała? Ponieważ, gdyby Haymitch nie był pijany, nigdy by jej nie powiedział tego, co właśnie jej powiedział. Nigdy nawet by nie wspomniał o wypadku w kopalni. A później jeszcze to o Lissie i o niej. Nie pozwoliła mu dokończyć, bo wiedziała, że kiedy wytrzeźwieje, najprawdopodobniej nie będzie tego pamiętał, a ona nie była gotowa na to, żeby złamał jej serce w taki sposób.
______________________________________________________________________
Dajcie znać co myślicie!
+ Jeśli wyłapiecie błędy, dajcie mi znać.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 11

Haymitch
Stał jak sparaliżowany, wpatrując się w Lissie, która wciąż go nie zauważyła. Patrzył, jak chłopak o piaskowych włosach obejmował jego dziewczynę i jak całował ją, tak jak on miał w zwyczaju ją całować. Czuł, jak wściekłość w nim buzuje. Jak dłonie, które nieświadomie zacisnął w pięści, zaczynają mu drżeć. Jego mózg zaślepiła kotara, która nie pozwalała mu racjonalnie myśleć. Jedyne co się dla niego liczyło, to to, że jego dziewczyna - ta sama, z którą kłócił się na porządku dziennym, z którą przeżył tyle niesamowitych dni - obściskiwała się z Patrickiem Mellarkiem, najstarszym synem piekarza.
Poczuł, że ktoś kładzie mu rękę na ramieniu i podskoczył jak oparzony. Odwrócił się i ujrzał Effie. Kompletnie zapomniał o tym, że wciąż stała koło niego. Na jej twarzy malowało się współczucie, smutek i złość. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale Haymitch odezwał się pierwszy; mimo wściekłości, która nim targała, jego głos zabrzmiał spokojnie.
- Idź prosto tą drogą. - powiedział, wskazując na drogę przed nimi. - Dojdziesz do Wioski, za jakieś piętnaście minut. Czwarty dom na prawo. Dogonię cię.
- Ale... - zaczęła, ale jej przerwał.
- Idź. - popchnął ją delikatnie w kierunku Wioski.
- Nie zrób niczego głupiego. - wyglądała na naprawdę zmartwioną. Nie odpowiedział jej, tylko jeszcze raz popchnął ją lekko, żeby ponaglić ją do ruszenia się z miejsca. Nie chciał, żeby była świadkiem tej sceny. Odwróciła się kilka razy, żeby sprawdzić, czy wszystko wporządku, ale Haymitch ani razu na nią nie spojrzał. Wpatrywał się w Lissie.
Cała ta scena nie trwała więcej niż kilka sekund, chociaż Haymitch miał wrażenie, że minęły długie minuty. Lissie i Patrick wciąż się całowali. Gdzieś w głębi duszy, wiedział, że odkryje coś podobnego prędzej czy później. Nie pomogło mu to jednak; wciąż buzował z wściekłości.
Kiedy miał pewność, że Effie już nie zawróci, ruszył w kierunku całującej się pary. Z każdym kolejnym krokiem, coraz wyraźniej słyszał szum buzującej krwi w swoich uszach. Był o kilka kroków od nich, kiedy Lissie odsunęła się od Patricka i spojrzała w jego kierunku.
Zaskoczenie. Właśnie to widział na jej twarzy w tamtym momencie. Zupełnie, jakby nie zdawała sobie sprawy, że w każdej chwili mógł przejść tą drogą i ją zobaczyć, obściskującą się z innym. Natomiast na twarzy Patricka odbijała się chęć do podjęcia ewentualnej bójki. Haymitch nie był w nastroju do walki. Owszem, był wściekły, ale nie na tego chłopaka. Był wściekły na Lissie.
- Haymitch - było to pierwsze słowo, które wypowiedziała. Jej ton brzmiał przepraszająco. ale również trochę, jakby była zmęczona. On również był już zmęczony.
Zmęczony udawaniem, że wszystko było dobrze.
*****
Effie
Nie mogła usiedzieć w miejscu. Nie wiedziała ile czasu minęło, odkąd wróciła z miasta, ale wiedziała, że minęło dostatecznie dużo, żeby zacząć się martwić.
Effie siedziała w pokoju - a raczej krążyła po swoim pokoju - gotując się z wściekłości; nie znała Lissie, nigdy nawet z nią nie rozmawiała, a jednak była na nią wściekła. Jak ona mogła potraktować Haymitcha w taki sposób? Effie miała ochotę coś uderzyć, lub w tym przypadku, kogoś. Haymitch był jej przyjacielem i możliwe, że czuła do niego coś więcej, chociaż nie zamierzała się do tego przyznawać lub nad tym zastanawiać. Był także jej partnerem. Nie mogła pozwolić na to, żeby ktoś go skrzywdził. To właśnie powinni robić prawdziwi partnerzy - móc na sobie polegać i pomagać sobie wzajemnie. Nie powinna go zostawiać w mieście. Powinna z nim zostać. Powinna podejść do Lissie i uderzyć ją w twarz.
Gdyby matka Effie wiedziała, o czym właśnie myślała jej córka, dostałaby ataku serca. Damy nie zachowują się w taki sposób.
Ktoś zapukał do drzwi i Effie podskoczyła, jak oparzona. Niemal podbiegła, żeby je otworzyć, spodziewając się zobaczyć pobitego Haymitcha - trzeba przyznać, że chłopak z którym całowała się Lissie, był mocno umięśniony - jednak, kiedy otworzyła drzwi, przed sobą ujrzała Holdena. Odsunęła się na bok, żeby go wpuścić do środka. Usiadł na łóżku i spojrzał na nią.
- Haymitch kazał przekazać, żebyś się nie martwiła. - powiedział jej z przyjacielskim uśmiechem.
- Wrócił? - była lekko zła, że nie przyszedł do niej osobiście, żeby ją zapewnić, że wszystko w porządku.
- Był na chwilę. - pokiwał głową. - Powiedział, że wychodzi, że wróci późno i żeby za nim nie czekać. No i kazał mi przekazać, żebyś się nie zamartwiała, bo wyjdą ci zmarszczki.
- Powiedział dokąd idzie? - zapytała, siadając koło Holdena.
- Nie, ale pewnie poszedł zobaczyć się z Lissie. - wzruszył ramionami.
Coś ją ukłuło w serce. Effie spojrzała na Holdena, wzięła głęboki oddech i spuściła wzrok, wbijając go w swoje dłonie.
- Holden... Lissie, ona... - nie mogła tego powiedzieć. Wiedziała, że to nie jej sprawa i że nie powinna mówić o czymś, o czym Haymitch najwidoczniej nie chciał mówić.
- Ahh - westchnął chłopak. Effie podniosła wzrok i zobaczyła, że Holden patrzy na nią ze zrozumieniem. Zmarszczyła brwi, ale chłopak tylko się do niej lekko uśmiechnął. - Jak się dowiedziałaś?
- Słucham?
- Lissie zdradza Haymitcha.
Zaniemówiła. Patrzyła na Holdena i nie wiedziała co powiedzieć. Jak długo wiedział? Dlaczego nie powiedział o tym Haymitchowi? Dlaczego nie powiedział nic Lissie? Jak się dowiedział? Holden obserwował ją, jakby się zastanawiał czy dobrze zrobił, mówiąc jej o tym. Effie odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić.
- My... - zająknęła się - Widzieliśmy ją przed piekarnią. I Haymitch powiedział mi, żebym wracała bez niego. - westchnęła spoglądając na chłopaka i marszcząc brwi. - Skąd ty o tym wiesz?
- Widziałem ich kiedyś w piekarni. - powiedział. Wydawało jej się, że mu ulżyło, kiedy jej o tym powiedział. - Ten chłopak to najstarszy z synów piekarza. Pracują razem.
- Dlaczego mu o tym nie powiedziałeś?
Holden wzruszył ramionami. Wyglądał na smutnego, lekko zrezygnowanego. Effie miała wrażenie, że w ciągu kilku sekund postarzał się o kilkanaście lat.
- To nie moja sprawa. - powiedział - Próbowałem go do niej zniechęcić, ale on nigdy nie słucha. Mama też próbowała przemówić mu do rozsądku, ale nic nie działało.
- Czy Alice wie? - myśl o tym, że wszyscy oprócz Haymitcha wiedzieli, sprawiła, że zrobiło jej się niedobrze. Była jeszcze bardziej zła, niż była przed przyjściem Holdena.
- Nie jestem pewny, ale podejrzewam, że w jakiś sposób się dowiedziała. Dwunastka nie jest specjalnie duża, plotki szybko się rozchodzą.
- Od jak dawna wiesz?
- Kilka miesięcy. - westchnął - Wiedziałem na długo przed tym, jak pojechaliśmy do Kapitolu.
Nie wiedziała co powiedzieć. Cała ta sytuacja nie powinna ją obchodzić, a jednak ledwo się powstrzymywała przed pójściem do piekarni i powiedzeniem Lissie, co o tym wszystkim myśli. Myśl, że ktoś krzywdzi Haymitcha sprawiała, że czuła niewypowiedzialną wściekłość. Był jej przyjacielem i partnerem; powinna mu pomagać w takich momentach. Być dla niego, kiedy nie ma nikogo innego. Powinien móc na niej polegać.
Chciała go przytulić, ukryć w swoich ramionach i powiedzieć mu, że wszystko będzie dobrze. Że nikt go już nie skrzywdzi. Nie wiedziała skąd wzięły się u niej takie myśli. A może raczej, wiedziała, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Nie w chwili, kiedy Haymitch cierpiał z powodu odkrycia, że jego dziewczyna go zdradza.
Siedzieli i rozmawiali, nie zdając sobie sprawy, że robi się coraz później, dopóki Alice nie zawołała ich na kolację. Holden i Effie udawali, że nie stało się nic ważnego, żeby nie martwić Alice, ale sądząc po podejrzliwych spojrzeniach, jakie im rzucała, nie robili tego zbyt dobrze.
Effie nie spała przez całą noc. Leżała na łóżku, ubrana w ciepłą bluzę Haymitcha, którą jej wcześniej pożyczył, wmawiając sobie, że to dlatego, że było jej zimno. Przykryta kołdrą pod samą szyję, wdychała jego zapach.
Nie wiedziała dlaczego nie może zasnąć, dopóki gdzieś o czwartej nad ranem zdała sobie sprawę, że czeka na jakiś dźwięk. Jakiś znak, który zapewni ją, że Haymitch wrócił do domu.
Przeleżała tak całą noc. Nic nie usłyszała; dom był pogrążony w martwej ciszy. Zupełnie, jakby wszyscy jego mieszkańcy czekali, aż coś się wydarzy.
__________________________________________________________________
*Dam-dam-daaaaam!*
Czy Haymitch leży gdzieś w śniegu; pobity i okaleczony? Nie powiem! Musicie poczekać na następny rozdział!
Ten rozdział jest wyjątkowo krótki - wybaczcie -, ale następny będzie dłuższy. W następnym rozdziale będzie przełomowy moment. (hehehe, spoiler! [w pewnym sensie xd])

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 10

JESTEM! Spędziłam trochę czasu na sprawdzaniu tego rozdziału, ale wciąż nie jestem w stu procentach pewna, czy wyłapałam wszystkie literówki. Dlatego z góry przepraszam!
___________________________________________________________________
Effie
Minął tydzień odkąd Effie upadła na lód i zbiła kostkę. Już na następny dzień, uparła się, że wszystko jest dobrze i że nie potrzebuje jeszcze jednego dnia przerwy. Musieli trenować, bo z każdym dniem, mieli coraz mniej czasu. Po tygodniu pobytu w Dwunastce, stosunek Haymitcha do niej, widocznie się zmienił. Zaczął ją tolerować. Już wtedy, kiedy rozmawiał z nią o Lissie, czuła, że są na dobrej drodze do zdobycia wzajemnego zaufania.
Haymitch zrobił ogromne postępy w łyżwiarstwie. Już nie musiała mu przypominać o ząbkach, o tym gdzie powinny być jego ręce i jak powinien ustawić nogi, albo w jaki sposób powinien ją podnieść. Z każdym kolejnym treningiem był coraz lepszy. Effie była z niego dumna.
Ona i Haymitch wciąż się kłócili, ale większość kłótni polegała na zwykłym przekomarzaniu się. Nie było to nic poważnego. W większości przypadków, oboje wybuchali śmiechem. Stali się partnerami. Możliwe nawet, że przyjaciółmi. W pewnym sensie.
Ponieważ z każdym kolejnym treningiem, coś dziwnego się działo między nimi. Za każdym razem, kiedy ją dotykał, czuła na swojej skórze elektryzujące iskry. Choć ćwiczyli na dworze, gdzie mróz nie dawał im spokoju, kiedy Haymitch ją obejmował lub po prostu dotykał, czuła, że jej skóra płonie. Miała wrażenie, że nie jest jedyną, która to czuje. Widziała w jaki sposób na nią patrzył, kiedy myślał, że nie widzi. Effie jakimś cudem zawsze wiedziała, kiedy na nią patrzył. Ba, wyczuwała, kiedy wchodził do pokoju. Jednak Haymitch nigdy nie poruszał tematu tego napięcia pomiędzy nimi, więc Effie również nic nie mówiła. Czasami miała wrażenie, że sobie to wszystko wymyśliła i że tak naprawdę nic się nie dzieje.
Haymitch już więcej nie poruszył tematu Lissie. Jednak Effie nie była ślepa. Widziała, że poza treningami, Haymitch w ogóle nie wychodził z domu. A Lissie też przychodziła do niego. Holden powiedział jej któregoś wieczora, że to już nie potrwa długo. Z początku nie rozumiała o co chodzi i choć nie zapytała, Holden wyjaśnił jej, że Haymitch chce dać Lissie trochę przestrzeni, ale to nie ma najmniejszego sensu. Że powinien się obudzić i zobaczyć co się dzieje wokół niego.
- Co masz na myśli? - zapytała wbrew sobie. Twarz Holedna posmutniała, pokręcił głową, ale nie powiedział już nic więcej. Nie wiedziała co o tym myśleć.
Święta zbliżały się wielkimi krokami i można to było poczuć w każdym zakątku domu rodziny Abernathy. Effie wciąż nie mogła się przyzwyczaić do tego, jak głośno było w tym domu. Przez cały czas. Było słychać śmiechy, przekomarzanie się Haymitcha i Holdena, krzyki Alice, która nie mogła już znieść swoich synów. I Effie patrzyła na to wszystko z lekką nutą zazdrości. W jej domu nie było mowy o takich zachowaniach. Jej matka byłaby wściekła, gdyby Effie, Alexander czy Melinda zachowywali się w taki sposób. A w domu Abernathy, nikt się tym nie przejmował. Tutaj było to... Normalne.
- Już myślałem, że cię tam zabili i zakopali w lesie. - usłyszała, kiedy odebrała telefon, dzień przed świętami.
- Przepraszam, byliśmy bardzo zajęci. Nie miałam czasu, żeby zadzwonić.
- W porządku. Melinda kazała cię pozdrowić.
- Och - zmarszczyła brwi. - Wszystko w porządku?
- Tak. Tylko... - głos Alexandra przycichł i Effie musiała się wysilić, żeby go usłyszeć. - Ostatnio się dziwnie zachowuje. Chce ze mną spędzać czas. Wypytuje o ciebie i o mnie.
- To rzeczywiście dziwne.
Odkąd Melinda skończyła trzynaście lat, przestała się interesować Effie i Alexandrem. Matka zaczęła ją zabierać na pokazy mody oraz na przyjęcia i mniej więcej w tym momencie ścieżki rodzeństwa się rozeszły. Od tamtego momentu nie mieli już ze sobą nic wspólnego.
- Ale opowiadaj co u ciebie! - I tak oto dobry humor Alexandra znów był na miejscu. - Jak jest  w Dwunastce? Dobrze cię tam traktują? Czy może mam skopać kilka tyłków?
- Żadnego kopania! - powiedziała ze śmiechem. - Jest dobrze. Rodzina Haymitcha jest naprawdę miła.
- A co z Haymitchem? - po samym głosie mogła poznać, że się szczerzy.
- Też dobrze. - odpowiedziała. - Codziennie trenujemy. Zrobił ogromne postępy. Już się nie przewraca i pamięta cały układ. Jest silny, więc nie ma problemu z podnoszeniami i z używaniem dźwigni. Czasami mam wrażenie, że nasz układ może mieć jakieś szanse...
- Oj, Effie... - zaśmiał się Alexander i Effie przestała mówić. - Wpadłaś po uszy, co?
- O co ci chodzi? - zmarszczyła brwi.
- Podoba ci się.
Choć jeszcze chwilę wcześniej, czuła, że może zamarznąć w kaszmirowym sweterku, teraz czuła, że robi jej się gorąco.
- Nie! - powiedziała szybko. Za szybko. I teraz słyszała, jak po drugiej stronie Alexander wybucha śmiechem. Westchnęła ciężko. - Haymitch ma dziewczynę. - momentalnie śmiech ucichł.
- Cóż... Nie fajnie. - mruknął jej brat.
- To nie ma żadnego znaczenia, ponieważ wcale mnie nie interesuje.
Nie była pewna kogo starała się przekonać: Alexandra czy siebie.
- Jasne. - praktycznie słyszała, jak Alexander przewraca oczami. Przez chwilę słyszała po drugiej stronie stłumioną rozmowę, po czym znów usłyszała głos brata. - Muszę już iść. Matka chce iść jeszcze na zakupy. Wiesz, coroczne polowanie na prezenty w ostatniej chwili.
- No tak. - westchnęła. - Powodzenia. Zadzwonię do ciebie jutro.
- Ok. Do usłyszenia! I baw się dobrze w Dwunastce.
Kiedy Alexander się rozłączył, Effie westchnęła ciężko. Nazajutrz miały być święta. Dlatego tego dnia Effie i Haymitch zrobili sobie wolne od treningu. Effie chciała wybrać się do miasta, żeby kupić prezenty dla Alice, Holdena i Haymitcha. Jednak nie chciała wychodzić sama, ponieważ nie znała okolicy. Mogła się zgubić i nie znaleźć drogi powrotnej do Wioski. Potrzebowała kogoś, kto poszedł by razem z nią.
Dlatego pięć minut po zakończeniu rozmowy z Alexandrem, znalazła się pod drzwiami do pokoju Haymitcha. Wzięła głęboki oddech i zapukała trzy razy. Nikt jej nie odpowiedział. Wiedziała, że jest u siebie, ponieważ pół godziny wcześniej słyszała jak zamykał za sobą drzwi. Zapukała jeszcze raz. I jeszcze raz. Kiedy unosiła już dłoń, żeby zapukać po raz kolejny, z drugiej strony rozległ się znudzony głos.
- Po prostu wejdź!
Otworzyła drzwi i weszła do jego pokoju. Jeszcze nigdy tam nie była. W przeciwieństwie do swojego brata, Haymitch miał straszny bałagan. Ubrania wysypywały się z otwartej szafy; całe pomieszczenie wyglądało, jakby przeszło przez nie tornado. Haymitch leżał na łóżku, opierając się o wezgłowie z nogami wyciągniętymi przez sobą i z książką w ręce. Obrzucił ją spojrzeniem i wywrócił oczami. Podejrzewała, że chodzi mu o jej strój. Ten sweterek rzeczywiście nie był najcieplejszy.
- Czego chcesz? - zapytał, patrząc na nią spod przymrużonych powiek. Pewnie myślał, że chce go wyciągnąć na kolejny trening, choć umówili się, że tego dnia będą mieli wolne.
- Pójdziesz ze mną do miasta?
- Czy wyglądam, jak twoja opiekunka? - zaśmiał się ze swojego własnego dowcipu. Effie przyjrzała mu się uważnie po czym westchnęła.
- Nie, ona była pomarszczoną wiedźmą. W ogóle jej nie przypominasz. - I całe szczęście, pomyślała. Pani Roberts była okropną kobietą, która nie traktowała ich dobrze. I mimo licznych skarg ze strony dzieci, ich matka nie zmieniła jej przez całe cztery lata. Przez cztery lata musieli się bać, tej strasznej baby.
Haymitch rzucił jej zaciekawione spojrzenie, po czym zachichotał pod nosem. Zamknął książkę, nawet nie patrząc gdzie skończył i odłożył ją na bok.
- Mogłem się spodziewać, że jesteś bogatą córeczką tatusia. - westchnął.
- Nie jestem córeczką tatusia. A stan konta mojej rodziny, też nie ma nic do rzeczy. Pójdziesz ze mną, czy mam poprosić Holdena?
Haymitch pokręcił głową z tym irytującym uśmieszkiem na twarzy. Nic nie powiedział, tylko wstał z łóżka i zaczął grzebać w rzeczach, które wciąż były w szafie, a nie na podłodze.
- Po co chcesz iść? - zapytał nawet się do niej nie odwracając.
- Jutro Wigilia. - wyjaśniła, czując, że na jej policzkach pojawia się rumieniec. Nie miała zbyt wiele makijażu na twarzy, który mógłby to ukryć. - A ja nie mam dla was żadnych prezentów, a wcześniej nie było czasu, żeby się wybrać, więc pomyślałam, że skoro mamy wolne, to warto by było się wybrać.
Patrzyła jak wyciągnął z szafy czarny, gruby sweter i założył go na siebie, po czym znów zaczął grzebać w szafie. Po chwili wyciągnął z niej szarą bluzę bez kaptura, która wyglądała na naprawdę ciepłą i rzucił ją do niej. Złapała ją tylko dzięki refleksowi. Spojrzała na bluzę, a później na Haymitcha.
- Chyba nie chcesz iść w tym, prawda? - przewrócił oczami, wskazując na to co nosiła na sobie.
- Nie mam cieplejszych rzeczy.
- Tak, dlatego daję ci tą bluzę. - jego ton i spojrzenie mówiły jej, że ma ją za idiotkę. Pokręciła głową i wyciągnęła rękę w której trzymała bluzę, żeby mu ją oddać.
- Nie będę nosić twoich ubrań.
- Jest świeżo wyprana. - wzruszył ramionami. Patrzyli na siebie przez chwilę i w końcu Haymitch westchnął. - Albo ją zakładasz, albo nigdzie nie idę.
- Szantażujesz mnie? - zapytała unosząc brew.
- Można to tak nazwać. - wyszczerzył się.
Zacisnęła usta, żeby nic więcej już nie powiedzieć, po czym założyła jego bluzę. Była o wiele za duża; sięgała jej do połowy uda. Ale była ocieplana od środka i była taka ciepła. I pachniała Haymitchem, co - choć wolała tego nie przyznawać. - sprawiało, że jej wnętrzności zawiązywały się w ciasny supeł. Zapach był bardzo przyjemy i odruchowo miała ochotę, nigdy mu nie oddawać owej bluzy.
***
Wycieczka do miasta była zaskakująco udana. Effie kupiła wszystkim prezenty, dbając o to, żeby Haymitcha nie było w pobliżu, kiedy wybierała prezent dla niego. Miała nadzieję, że mu się spodoba, bo prawdę mówiąc nie miała pojęcia co powinna mu dać.
Wszystko szło świetnie. Dopóki Haymitch i Effie nie przeszli koło piekarni. Effie na początku nie wiedziała o co chodzi, kiedy z każdym kolejnym krokiem, Haymitch coraz bardziej się napinał. Czuła to doskonale, ponieważ trzymała go pod ramię, żeby się nie poślizgnąć. Dopiero, kiedy doszli do małego budynku wciśniętego pomiędzy dwa inne, Effie to zobaczyła.
Lodowaty dreszcz, który nie miał nic wspólnego z pogodą, spłynął jej po plecach. Poczuła, że robi jej się niedobrze.
Oto tuż przed drzwiami piekarni, gdzie każdy mógł ją zobaczyć, stała Lissie. Nie zauważyła ich. A to dlatego, że była zajęta.
Całowaniem się z innym, wysokim, jasnowłosym chłopakiem.
__________________________________________________________________________
TA DAM! No i mamy dramat! Co myślicie?

Ogłoszenia Parafialne! ♥ (I'M ALIVE!)

ŻYJĘ!
Muszę Was przeprosić za to, że rozdziały nie są wstawiane tak regularnie, jak kiedyś. Niestety trochę się u mnie dzieje... Nie wiem, dlaczego napisałam "niestety", powinnam się cieszyć xd... No nie ważne. Trochę się dzieje i nie mam za bardzo czasu, żeby dodawać rozdziały regularnie.
Rozdział, który mam teraz dodać - Nie pamiętam, który to, a nie chce mi się teraz sprawdzać (jestem totalnym leniem) - miał być dodany już kilka dni temu, ale coś mi przeszkodziło. (czyt. genialny komputer usunął mi połowę rozdziałów; czyt. muszę napisać wszystko na nowo! Huuuuraaa! -.-') Dlatego, jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, dodam go dzisiaj! Jeśli nie, dodam go prawdopodobnie jutro!
Mam nadzieję, że ktokolwiek jeszcze tu wchodzi. Jeśli nie... Cóż... Ja wciąż tu będę.
A! I nawet jeśli nie dodaję rozdziałów tak regularnie jakbym tego chciała, to pamiętajcie, że WCIĄŻ JE DODAJĘ! Nie przerwałam pisania, po prostu nie mam czasu. I komputer się buntuje... Taaa...
Czekajcie na rozdział! ♥ Do później! ♥
O!O!O!
I jeszcze jedno!
Bang My Hands (chyba dobrze zapamiętałam? Nie wiem.) przez przypadek usunęłam połowę zawartości swojej skrzynki pocztowej. I jak pewnie możesz sobie wyobrazić, straciłam Twoje maile. Jeśli wciąż chcesz, możesz wysłać mi je jeszcze raz, ale proszę, wyślij mi wszystkie trzy części razem (w jednym mailu). Odeślę Ci poprawioną wersję i zadecydujesz czy chcesz, żebym to dodała na bloga czy jednak nie. Okay? Okay.

czwartek, 31 marca 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 9

Nie do końca wiem co się stało w tym rozdziale, ale wstawiam, żeby nie było. Miało być dodane wcześniej, ale przedłużyły mi się święta. Wybaczcie mi.
+ Next w poniedziałek, ponieważ mam zajęty weekend.
_____________________________________________________________________________
Haymitch
Całe jego ciało krzyczało. Każdy kolejny trening z Effie, był coraz bardziej bolesny. Nie chodziło tylko o to, że cały czas się przewracał, bo to zdarzało się już coraz rzadziej. Chodziło o to, że ta mała kreatura starała się go zabić!
Zaczęli od biegania przez dwie godziny po lesie, później ćwiczenia na rozciąganie, budowa mięśni, przerwa na pięć minut, później znów biegi i ćwiczenia z podnoszenia i przećwiczenie całego układu poza lodem. Więc kiedy wreszcie założyli łyżwy, Haymitch miał ochotę położyć się i nigdy już nie wstawać. Nie miał nawet siły, żeby myśleć o porannej kłótni z matką. Wiedział, że chciała być miła dla pani Everdeen, ale Haymitch nie był jeszcze gotowy, żeby zmierzyć się z żoną mężczyzny, który go uratował.
Siedzieli na lodzie już od trzech godzin i niedługo powinno zacząć robić się ciemno. Był moment w ich układzie, w którym musieli wykonywać identyczne ruchy w tej samej chwili. Wszystko szło dobrze, ale wtedy Haymitch wykonał loop'a i kiedy przy lądowaniu wychylił nogę do tyłu, stracił równowagę i skończył szorując brzuchem po lodzie.
- Mam dość. - powiedział, uderzając pięścią w taflę lodu.
Podczas gdy on upadł, Effie wykonała swojego loop'a bezbłędnie. Podjechała do niego i wsparła dłonie na biodrach.
- Och, przestań. - żachnęła się. - Musimy ćwiczyć. Nie przyjechałam tu po to, żeby siedzieć w domu.
- A ja nie przyjechałem tu po to, żeby całymi dniami walić twarzą w ten lód.
Skorzystał z ręki, którą mu podała, żeby pomóc mu wstać. Otrzepał spodnie z lodu.
- To akurat twoja wina. - rzuciła mu karcące spojrzenie. - Nie używasz ząbków.
- Skończ z tymi ząbkami.
Ząbki były częścią łyżew figurowych. Effie bardzo lubiła mu przypominać, że jeśli nie będzie ich używał, zawsze będzie kończył upadkiem.
- Nie, dopóki się nie nauczysz. Musisz o nich pamiętać, bo jeśli zapomnisz, kiedy będziesz mnie trzymać, przewrócisz się, a przez to mogę nabawić się kontuzji i wtedy to będzie twoja wina. Przez ciebie i twoją nieuwagę. Chcesz mieć mnie na sumieniu...
- Wystarczy.
- Travers zawsze mówi: "Chroń partnera, bo jeśli coś pójdzie nie tak, to będzie to twoja wina".
Travers nie przyjechał z nimi do Dwunastki. Effie powiedziała mu, że ich "trener" tak naprawdę istniał tylko na papierze. Pokazywał się z nimi na występach, od czasu do czasu dawał jakieś rady, ale w rzeczywistości to Effie dbała o trening, układ, muzykę i wszystko inne.
Ta kobieta miała bzika na punkcie planowania. Haymitch podejrzewał, że miała zaplanowany każdy dzień do końca jej życia, z dokładnością do minuty. Wariatka.
- Musimy sobie ufać, Haymitch. - ciągnęła Effie. - Łyżwiarstwo figurowe to coś więcej niż dwójka ludzi wykonująca różne figury w ustalonej sekwencji. Chodzi o połączenie między dwójką ludzi. O iskrę. Musimy być wyczuleni na własne ruchy. Tak, że jak jedno z nas wyciągnie rękę, drugie bez patrzenia będzie już czekało, żeby ją ująć.
- Brzmi strasznie.
- Ale nie jest. - nawet nie zwróciła uwagi na jego sarkazm. - Większość zawodowych par łyżwiarskich mieszka ze sobą, trenują codziennie po dwanaście godzin... Nie chodzi mi o wygraną, bo bądźmy szczerzy, nie mamy żadnych szans z tegoroczną konkurencją, ale nie chcę skończyć jako ostatnia. Jeśli mam odejść to chcę to zrobić najlepiej jak umiem...
Mówiła, mówiła i mówiła. I miała czelność twierdzić, że nie jest gadatliwa, za każdym razem, kiedy jej to wypominał. Przewrócił oczami i zakrył jej usta dłonią.
- Czy ty w ogóle oddychasz?
- Oczywiście, że oddycham! - odtrąciła jego dłoń. Jej mina była bezcenna.
- Powinnaś się rozluźnić. - wyszczerzył się. - Bierzesz to wszystko zbyt poważnie. Będę się starać, ale musisz się wyluzować.
- Nie mamy czasu, żeby się "wyluzować", Haymitch. - patrzyła na niego, jakby był opóźniony w rozwoju.
- Właśnie, że mamy, skarbie. - Gdyby spojrzenia mogły zabijać, padłby trupem. Skrzyżowała ręce na piersi.
- Zostaw "skarbie", dla swojej dziewczyny.
Haymitch miał wrażenie, że za tym zdaniem kryje się coś więcej. Jej postawa była zbyt agresywna, niż zwykle. Poza tym, już jakiś czas temu przestała mu mówić, żeby skończył nazywać ją skarbem. Jednak nie chciał się teraz tym zajmować. Gdyby zaczął się nad tym dłużej zastanawiać, może zauważyłby, jak Effie na niego patrzyła, kiedy tego ranka w drzwiach pojawiła się Lissie. Albo, jak unikała jego wzroku podczas śniadania. Jednak on był zbyt obolały i zmęczony, żeby się tym przejmować, a przed nimi było jeszcze kilka godzin treningu.
Jedyne na co miał siłę, to znów przewrócić oczami i spojrzeć na nią gniewnie. Pogroził jej palcem.
- Słuchaj, albo się rozluźnisz, albo zapomnij o mojej pomocy i wracaj do Kapitolu.
Wiedział, że wygrał tą rundę. Nie mogła sobie pozwolić, żeby teraz stracić kolejnego partnera. I ona też o tym wiedziała, bo zacisnęła usta i wpatrywała się w niego z taką intensywnością, że miał wrażenie, że lód dookoła nich zaraz się stopi.
- Jesteś niemożliwy. - wysyczała przez zaciśnięte zęby.
- A ty irytująca. - wyszczerzył się.
- Co powinno tworzyć z nas zgraną ekipę. - wyciągnęła do niego rękę. - Rusz się i zaczynamy od nowa. Raz-raz.
Chwycił jej dłoń i ich palce splotły się razem w naturalnym geście. Ustawili się naprzeciwko siebie i Effie ustawiła go w pozycji do walca. Musieli ćwiczyć bez muzyki, ale dawali radę. Effie miała wszystko w głowie. Przez cały czas liczyła kroki i przypominała mu, którą figurę mieli wykonać. Nie musiała tego robić, bo dosyć szybko zapamiętał wszystkie sekwencje, ale było to też pomocne.
Układ nabierał prędkości. Haymitch puścił jej dłoń i odjechał, żeby zdobyć trochę miejsca. Jednocześnie wykonali podwójnego axla i powtórzyli to jeszcze raz. Wtedy Haymitch odwrócił się do Effie, w tym samym momencie, w którym ona odwróciła się do niego. Nie spuszczali z siebie wzroku. Nie był pewien czy kiedykolwiek będzie w stanie przyzwyczaić się do tego, jak bardzo niebieskie są jej oczy.
Podjechali do siebie i Haymitch podniósł ją w wyćwiczonym ruchu. Zmienił ułożenie rąk tak, że podtrzymywał ją nad swoją głową, opierając ręce na jej podbrzuszu. Zaczął się obracać. Wszystko szło dobrze; miały być cztery obroty i miał ją powoli opuścić. Ale przy drugim obrocie poczuł, że za bardzo wychyla się do tyłu. Jego prawa noga wysunęła się do przodu i już wiedział co się stanie w następnej sekundzie.
Kiedy stracił równowagę, jedyne o czym był w stanie myśleć, to "Chroń partnera, bo jeśli coś pójdzie nie tak, to będzie to twoja wina". Dlatego w ostatniej chwili złapał Effie i przycisnął ją do siebie, żeby wziąć ciężar jej upadku na siebie.
Całe zdarzenie nie trwało dłużej niż ułamek sekundy, ale kiedy upadł i poczuł przeszywający ból w łokciu i w plecach, nie przejął się tym. Potrafił myśleć tylko o tym, że Effie syczy z bólu.
- Cholera! - krzyknął. - Effie! Wszystko dobrze?
Zsunął ją delikatnie z siebie i ukucnął tuż przy niej. W jej oczach lśniły łzy. Nie wiedzieć czemu, ten widok był dla niego, jak kubeł zimnej wody wylanej na głowę. Może nie znał jej zbyt dobrze, ale wiedział jedno: Effie Trinket była zbyt twarda, żeby płakać z byle powodu. Instynktownie chciał zabić tego, kto doprowadził ją do płaczu.
- Moja kostka... - Jej oddech był urywany. Usiadła i ścisnęła dłońmi prawą kostkę. Zaciskała zęby i Haymitch wiedział, że z całych sił starała się przywołać się do porządku. Jednak łzy już spływały jej po policzkach.
- Pokaż.
Najdelikatniej jak umiał, rozwiązał sznurówki przy jej łyżwie i zsunął ją z jej nogi, mamrocząc przeprosiny za każdym razem, kiedy krzywiła się z bólu. Podwinął nogawkę jej spodni i zsunął grubą skarpetkę. Kostka była delikatnie spuchnięta.
- Możesz nią ruszać?
Poruszała lekko stopą, oddychając ciężko przez usta i starając się uspokoić.
- Jest tylko zbita, ale na dzisiaj to koniec. - powiedział, poprawiając jej skarpetkę.
- Żartujesz? - wysyczała, rzucając mu niedowierzające spojrzenie.
- Chcesz pogorszyć sytuację? - uniósł pytająco brew.
- To twoja wina! Upuściłeś mnie. - skoro mogła się na niego złościć, to nie było aż tak źle, pomyślał.
- I przy okazji zbiłem łokieć, więc jesteśmy kwita. - uśmiechnął się półgębkiem, ale ten uśmieszek szybko zniknął. Zmarszczył brwi i wstał. - Możesz wstać?
Podparła się dłońmi o lód i oparła ciężar ciała na lewej nodze. Kiedy wstała, z niesamowitym brakiem swojej zwyczajnej gracji, starała się przetestować sprawność prawej kostki. Szybko tego pożałowała, bo noga się pod nią ugięła.
- Ałć! - syknęła przez zaciśnięte zęby, kiedy straciła równowagę. Haymitch szybko wyciągnął ręce, żeby ją podtrzymać. Kiedy stało się jasne, że nie da rady ustać, przewrócił oczami.
- Ok, chodź no tutaj.
Podał jej białą łyżwę, którą wciąż trzymał w ręce i zwinnym ruchem, wziął ją na ręce. Przejechał przez zamarznięte jezioro do brzegu, na którym zostawili torbę ze swoimi rzeczami. Ostrożnie zszedł z tafli lodu, starając się jej nie upuścić. Usadził ją na pniu przewróconego drzewa, które już wcześniej służyło im za ławkę. Ściągnął jej drugą łyżwę i pomógł jej założyć trapery, które pożyczyła jej jego matka. Alice o mało dostała zawału, kiedy zobaczyła, że Effie nie ma cieplejszych butów niż trampki. Effie starała się zaprotestować, ale kiedy jego matka się uparła, nie było odwrotu. Kiedy uporał się ze sznurówkami, podał jej płaszcz i zajął się swoimi łyżwami.
- Kto by pomyślał, że potrafisz się zachować na dżentelmen. - powiedziała, kiedy ich łyżwy zostały schowane do torby, którą zarzucił na ramię i znów wziął ją na ręce.
- Kiedy chcę, potrafię być naprawdę czarujący. - mrugnął do niej, uśmiechając się pod nosem.
- Szczerze w to wątpię. - wywróciła oczami. Objęła jego szyję i ułożyła głowę na jego ramieniu. Nagle zrobiło mu się gorąco, mimo kąsającego mroźnego wiatru. Czuł, że serce przyspieszyło i wiedział, że Effie będzie mogła to usłyszeć. Postanowił to zgonić na wysiłek związany z niesieniem jej przez las.
- Zdziwiłabyś się. - zerknął na nią. - Jeśli nie wierzysz, możesz zapytać Lissie.
Nie odpowiedziała, ale poczuł, że jej mięśnie się napinają. Szli w ciszy. W lesie, gdzie drzewa rosły jedno obok drugiego, szło mu się lepiej, ponieważ nie musiał się przedzierać przez warstwę śniegu. Jednak, kiedy doszli do ścieżki, jego nogi zapadały się po kostki w śniegu. Musiał jeszcze bardziej uważać, żeby się nie przewrócić lub żeby jej nie upuścić.
- Wydaje mi się, że twoja dziewczyna mnie nie lubi. - odezwała się Effie po kilku minutach.
- Nawet z nią nie rozmawiałaś. - powiedział Haymitch. - Skąd możesz wiedzieć, że cię nie lubi, skarbie?
- Kobiety wiedzą takie rzeczy, Haymitch. - odpowiedziała tym swoim głosem w stylu "czasami jesteś idiotą".
- Ach, tak?
Jednak nie miał zamiaru zaprzeczać. Kłótnia, jaka odbyła się tego ranka, była jedną z gorszych. Lissie rzeczywiście nie lubiła Effie. Chociaż nawet z nią nie rozmawiała - jak wypomniał jej kilka razy.
- Tak. - powiedziała cicho. - Poza tym pomyśl tylko. Tańczę z tobą na lodzie, co jak ci dzisiaj powiedziałam, jest dosyć intymne. Która dziewczyna chciałaby, żeby jej chłopak obejmował w ten sposób inną?
Nie odezwał się. Już słyszał podobne zdania. Tylko, że te które wypowiedziała Lissie, były bardziej... Okrutne i wulgarne.
- Już o tym rozmawialiście, prawda? - Niesamowite, jak ta kobieta potrafiła czytać mu w myślach.
Znów jej nie odpowiedział, ale jego milczenie powiedziało jej wszystko, co chciała wiedzieć. Wtuliła twarz w jego szyję, muskając zimnym nosem jego skórę. Jej dotyk był elektryzujący. Przełknął ślinę z trudem. Nie potrafił się skupić. Nigdy nie miał problemu z koncentracją, kiedy musiał ją przytulać i dotykać, kiedy byli na lodzie, ale to było konieczne. Ale teraz nie byli na lodzie. Jej dotyk nie był wymuszony. Nie wiedział, dlaczego myśl, że Effie jest tak blisko niego, tak mocno go uderzyła.
- Przepraszam. - wyszeptała. Czuł jej gorący oddech na swojej skórze. Miał problemy z oddychaniem. - Powinnam zostać w Kapitolu. Wycofać się z tych zawodów i...
Odrzucił wszelkie myśli o Effie. To nie ona była jego dziewczyną i to nie z nią miał problemy. To Lissie musiał się zająć. To z nią był. I to z nią kłócił się o najmniejszą głupotę. Potrzebował porady. A jedyną osobą, która mogłaby spojrzeć na sprawę obiektywnie była Effie.
- Jesteś kobietą... - przerwał jej, nie wiedząc jak kontynuować. Podniosła głowę z jego ramienia i spojrzała na niego.
- Dziękuję, że zauważyłeś. - wyszczerzyła się złośliwie. - Trochę ci to zajęło.
Wywrócił oczami i odetchnął głęboko. Musiał z kimś o tym porozmawiać.
- Dlaczego kłóci się ze mną o najmniejszą rzecz? - zapytał w końcu. Effie zmarszczyła brwi.
- To, że jestem kobietą nie znaczy, że wiem co siedzi twojej dziewczynie w głowie. - powiedziała powoli, ważąc każde słowo. - Każda kobieta jest inna... Prawdopodobnie ją denerwujesz i szczerze mówiąc, nie mogę jej winić, jesteś denerwujący. - uśmiechnęła się do niego. - Może powinieneś... Sama nie wiem... Zabiegać o nią?
- Zabiegać? - powtórzył, marszcząc brwi. Wzruszył ramionami. - Nie muszę. Przecież już jesteśmy razem.
- Taki jest problem większości facetów. - westchnęła ciężko, kręcąc głową. - Myślicie, że jak już zdobyliście dziewczynę, to możecie przestać się o nią starać. Otóż nie.
- Więc co proponujesz?
- Na początek kwiaty. Może czekoladki?
- To śmieszne. Nie jestem taki.
- Jaki? - zapytała, unosząc brew. - Jeśli zależy ci na niej, powinieneś jej to pokazywać. Kochasz ją, prawda?
- Nie twój interes, skarbie. - prawdziwa odpowiedź brzmiałaby "sam już nie wiem", ale nie mógł jej tego powiedzieć, prawda? - Chodzi o to, że...  Nie umiem już z nią spędzić całego dnia, tak, żeby po kilkunastu minutach nie poczuć się jakbym popełniał jakiś błąd.
- Błąd? - czuł, że mu się przygląda, ale specjalnie unikał jej wzroku. Ciężko mu było otworzyć się przed Effie, ale sama powiedziała, że powinni się lepiej poznać. Musieli od czegoś zacząć.
- Coś mi umyka. Kiedy z nią jestem... Czuję się, jakby moje miejsce nie było przy niej. Myślałem, że rozłąka dobrze nam zrobi, ale znowu było tak samo.
- Rozmawiałeś z nią o tym? - pokręcił głową. - W takim razie porozmawiaj z nią. Powinniście to załatwić między sobą.
***
Kiedy tylko dotarli z Effie do domu i pomógł jej usiąść na kanapie, Alice się nią zajęła. Nie była lekarzem, ale znała się na kilku rzeczach. Haymitch oznajmił, że musi wyjść. Jego matka zaczęła mówić, że powinien zostać z Effie, ale dziewczyna powiedziała, że powinien iść.
Idąc w stronę miasta, w głowie Haymitcha panował chaos. Wyobrażał sobie, co jej powie, kiedy ją zobaczy i jak będzie wyglądała cała ta rozmowa. Doskonale zdawał sobie sprawę, że nie odważy się powiedzieć chociaż jednej z tych rzeczy, które sobie wyobraził.
Dotarł do piekarni. Wszedł do środka i momentalnie napłynęła mu ślina do ust. W powietrzu unosił się zapach świeżo pieczonego chleba. Całe szczęście, nigdzie nie było widać żony piekarza. Ta okropna kobieta miała tupet. Starał się omijać piekarnię, kiedy pani Mellark pomagała obsługiwać klientów. Lissie siedziała za ladą; właśnie miała ugryźć bułkę. Zobaczyła go i odłożyła jedzenie na bok. Jej twarz przypominała pustą kartkę, kiedy go zobaczyła, na jej twarzy nie pojawiły się żadne emocje. Kiedyś uśmiechała się za każdym razem, jak go widziała.
- Możemy pogadać? - zapytał podchodząc do lady.
- Mam pięć minut przerwy. - powiedziała, oglądając się przez ramię i spoglądając na drzwi prowadzące na zaplecze. - Wolałabym nie podpaść pani Mellark.
- Będę się streszczał.
***
- No więc?
Stali przed piekarnią. Lissie patrzyła na niego wyczekująco, przestępując z jednej nogi na drugą. Wychodząc, nie założyła kurtki.
- Dlaczego ciągle się kłócimy? - zapytał wprost. Na twarzy Lissie pojawił się szok. Zmarszczyła brwi.
- Naprawdę? - powiedziała z irytacją; zaczynała stukać zębami z zimna. Nie zaproponował jej swojej kurtki. - Czy to nie mogło poczekać, aż skończę pracę?
- Nie. Muszę wiedzieć już teraz.
- Haymitch... - westchnęła, ale nie dał jej dokończyć.
- Lissie, po prostu mi powiedz. - nalegał. - Rozmawiałem z Effie i...
- Ach, tak? - przerwała mu. Z każdym kolejnym słowem, jej ton robił się coraz bardziej ironiczny. - I co powiedziała twoja Effie?
- Nie jest moja. - warknął. Jego mózg podpowiadał mu, żeby się zamknął, ale nie go nie posłuchał. - Po prostu chciałem się poradzić.
- I co ci poradziła? - założyła ręce na piersi i wpatrywała się w niego gniewnie.
- Żebym z tobą porozmawiał.
- Cóż za przejaw geniuszu. - prychnęła. Jej głos ociekał jadem i nienawiścią.
- Przestań. - syknął. - Poprosiłem ją o pomoc. Doradziła mi, żebym zamiast z nią, porozmawiał z tobą.
- Aż dziwne, że sam na to nie wpadłeś. - jej sarkazm zaczynał mu działać na nerwy. - Tylko twoja Effie musiała ci to uświadomić.
- Nie jest moja... - powtórzył. Czuł, że traci panowanie. Że zaczynają mu drżeć ręce. Wcisnął je głębiej w kieszenie kurtki.
- Nieważne... - przerwała mu. - W sumie to też chciałam z tobą porozmawiać. Kiedy cię nie było... - zająknęła się - Coś się stało...
- Co takiego? - zmarszczył brwi.
- Ja... - Ale w tym momencie, drzwi do piekarni się otworzyły i pojawiła się w nich kobieta o piaskowych włosach i niebieskich oczach. Haymitch poczuł, że cierpnie mu skóra, na widok tej kobiety. Żona piekarza, była okropną kobietą.
- Lissie! - krzyknęła kobieta. - Klienci czekają! To nie czas na pogaduszki, wracaj do pracy!
- Tak, pani Mellark. - powiedziała szybko Lissie, niemal przestraszona. Drzwi się zamknęły, a ona odwróciła się do niego. Na jej twarzy malowało się coś, czego nie do końca był w stanie odczytać. - Porozmawiamy później, tak?
- Ale...
- Haymitch, później. - powiedziała.
- Jasne.
***
- Jak noga?
Wszedł do salonu. Effie wciąż siedziała na kanapie, z nogą położoną na poduszce i torebką z lodem na kostce. Kiedy jej wzrok padł na niego, na jej twarzy pojawił się szczery uśmiech, który sprawił, że w jej oczach zatańczyły iskierki.
- Lepiej. - powiedziała. - Jak Lissie?
- Nie wiem. - wzruszył ramionami. Usiadł na końcu kanapy, opierając się ciężko o oparcie. Ściągnął torebkę z lodem z jej kostki i przyjrzał się jej nodze. Opuchlizna zniknęła, ale pojawił się siniec. Przybrał zdrowy, fioletowy odcień. Przejechał kciukiem po napiętej skórze, uśmiechając się pod nosem. Wyobraził to sobie, czy naprawdę zadrżała pod jego dotykiem?
- Nie wiesz? - zmarszczyła brwi. - Nie rozmawiałeś z nią? Haymitch, przecież mówiłam ci, że...
- Rozmawiałem, ale niczego się nie dowiedziałem. - przerwał jej, zanim zdążyła się rozkręcić. - Oprócz tego, że znowu się pokłóciliśmy.
- O co?
Zastanawiał się czy jej powiedzieć. W końcu postanowił, że jest jej to winien. I tak już ją wplątał w całą tą sytuację.
- O ciebie. - powiedział wprost. Nastała chwila ciszy. Czuł na sobie jej wzrok, ale uparcie wpatrywał się w swoją dłoń, która wciąż spoczywała na jej kostce.
- Przepraszam. - usłyszał cichy szept.
- Nie twoja wina, prawda? - uśmiechnął się słabo, wciąż na nią nie patrząc.
- Jest zazdrosna. - powiedziała - Może powinnam z nią porozmawiać?
- Nie. - Nie chciał nawet myśleć o tym, co Lissie mogłaby jej zrobić, kiedy Effie zaczęłaby jej wyjaśniać, że nie ma być o co zazdrosna. - Powiedziała też, że coś się stało, kiedy byłem w Kapitolu.
- Co takiego?
- Nie wiem. - wzruszył ramionami, puszczając jej kostkę i układając na niej torebkę z lodem. - Wyszła jej szefowa i kazała jej wracać do pracy. Powiedziała, że pogadamy później.
- W takim razie, niedługo się dowiesz o co jej chodzi. - Spojrzał na nią. W jej błękitnych oczach malowała się troska.
- Mam wrażenie, że to nie będzie miła rozmowa. - westchnął. Uśmiechnęła się do niego słabo.
- Takie rozmowy nigdy nie są miłe.
________________________________________________________________________
Przepraszam za ten "friendzone". 
SPOILER: Niedługo się skończy.
Dajcie znać co sądzicie.