czwartek, 7 sierpnia 2014

Kim Jesteś?: Rozdział XIX


Haymitch
- Haymitch... Haymitch, obudź się.
Otworzyłem oczy, nie bardzo wiedząc co się dzieje.
Leżałem na kanapie w swoim salonie. W Dwunastym Dystrykcie! Zobaczyłem nad sobą parę szafirowych oczu, które się we mnie intensywnie wpatrywały.
Poderwałem się do pozycji siedzącej i poczułem okropne łupanie w głowie. Dotykałem pokolei włosów, czoła, policzków, spojrzałem w dół żeby sprawdzić czy z moimi nogami wszystko w porządku.
Dopiero w drugiej kolejności, zdałem sobie sprawę, że przecież nie jestem sam. Te szafirowe oczy... Spojrzałem w bok i ze zdumieniem stwierdziłem, że obok stoi zdenerwowana Effie.
Nie Effie, którą pamiętałem, ta która nie nosi peruk i makijażu oraz tych komicznych stroi. Stała tam dokładnie ta Effie - Kapitoliński Produkt. 
- Effie? - wymamrotałem, próbując zrozumieć jak to się stało, że kobieta którą kocham, znów wciela się w rolę laleczki. - To ty?
Spojrzała na mnie ze strachem.
- Dobrze się czujesz Haymitch? Mamrotałeś przez sen. Musimy się spieszyć, bo inaczej spóźnimy się na dożynki. Dziś prezydent Snow ogłosi, na czym ma polegać tegoroczne Ćwierćwiecze Poskromienia.
CO?! Jak to możliwe? Przecież to już się działo... Wiele, wiele miesięcy temu...
I nagle, prawda spadła na mnie niczym fortepian... To był tylko sen. Tylko sen! To wszystko co się działo... Dożynki, Ćwierćwiecze, powstanie... Moja miłość do Effie i jej miłość do mnie... To nie prawda.
Wstałem w kanapy, zdenerwowany i ruszyłem w stronę kuchni.
- Haymitch? - zapytała przestraszona Effie. Słyszałem jak za mną idzie i kiedy w drzwiach kuchni się nagle odwróciłem, wpadła na mnie ze zdezorientowaną miną. Chwyciłem ją odruchowo, żeby się nie przewróciła. Korzystając z okazji, że i tak mam ją już w ramionach, przyciągnąłem ją do siebie i mocno przytuliłem. Z zadowoleniem odkryłem, że odwzajemnia ten uścisk.
- Haymitch? - usłyszałem jej zduszony głos.
- Tak, skarbie? - zapytałem, nie wypuszczając jej z objęć.
- Wszystko w porządku?
- W jak najlepszym, księżniczko.
Spojrzałem na nią, ale wciąż nie puszczałem. Nasze twarze znalazły się w odległości zaledwie paru centymetrów od siebie. Patrzyłem w jej niesamowite oczy.
- Wiesz, Effie... Śniłaś mi się.
Byłem przygotowany na jej zdezorientowaną minę.
- Ja? - zapytała z niedowierzaniem. - I o czym był ten sen?
- O nas... - odpowiedziałem swobodnie. - O tym, że mnie kochasz i że ja ciebie też.
- Ach, tak? - jej głos stał się cichy. Spojrzałem na nią uważnie i zauważyłem, pozornie dobrze mi znane ze snu, zdenerwowanie... Ale nie takie zwyczajne, tylko takie, jak to, kiedy chcesz przed kimś ukryć prawdę.
- Czekaj... - powiedziałem, nagle uświadamiając sobie prawdę. - Ty... Ty naprawdę mnie kochasz.
Nie wiem, dlaczego to był dla mnie taki szok.
Szeroki uśmiech wpełzł na moją twarz i nie mogłem nad nim zapanować.
- Nie wiem o co ci chodzi. - powiedziała szybko i spróbowała mi się wyrwać, ale trzymałem ją mocno.
- Myślę, że wiesz, skarbie.
Pochyliłem się nad nią i pocałowałem... Może to wszystko, po części nie było snem?
Koniec.

Kim Jesteś?: Rozdział XVIII


Effie
Znów byłam w znajomym pokoju. W oddali usłyszałam agoniczny krzyk. Obróciłam się odruchowo, ale za mną była tylko ściana. Poczułam mrowienie na karku, ale nie wiedziałam o co chodzi... Moje ciało zareagowało szybciej, niż moja świadomość. Ręce zaczęły mi się pocić, oddech przyspieszył i zaczęłam drżeć. Poczułam przeraźliwe zimno... Zamarłam w niedowierzaniu. Już wiedziałam na co tak reaguję - to ten okropny odór. Krew i róże. Nie... To nie jest prawdziwe. Zaczęłam krzyczeć i chwilę później poczułam na ramieniu czyjąś rękę. Zaczęłam się szarpać i wyrywać, ale nie mogłam stamtąd uciec.
- Effie! Obudź się! Skarbie, otwórz oczy. To tylko sen.
Otworzyłam oczy i ujrzałam nad sobą, zaniepokojoną twarz Haymitcha. Cały czas drżałam i ciężko dyszałam, jakbym właśnie przebiegła kilka kilometrów. Zarzuciłam Haymitchowi ręce na szyję i zdałam sobie sprawę, że twarz mam mokrą od łez. Poczułam jego silne ramiona wokół siebie i miałam wrażenie, że jestem całkowicie bezpieczna.
Od czasu, kiedy Haymitch mnie do siebie przygarnął minęło kilka tygodni. Czułam się tak, jakbym była w transie. Wiele rzeczy do mnie nie docierało. Bałam się każdego podejrzanego cienia, bo myślałam, że za chwilę coś się na mnie rzuci... ale nic się nigdy nie działo. Nic mi już nie zagrażało, ale wciąż nie mogłam wyzbyć się tego lęku. Wciąż myliłam rzeczywistość z koszmarami i na odwrót.
Żyłam teraz w Trzynastce, razem z Haymitchem. Wszystko wydawało mi się przerażająco zorganizowane... To znaczy, jasne, fakt... Też zawsze byłam zorganizowana, ale oni... To było aż nienaturalne.
Każdego ranka tatuowano mi na ramieniu plan zajęć na cały dzień, do którego i tak się nie stosowałam. Pojawiałam się tylko na posiłkach.
Haymitch przez cały czas mi towarzyszył. Cieszyłam się, że mam go przy sobie. Chociaż jedna przyjazna mi twarz. Katniss była zajęta, a Peeta... Cóż... Peeta ucierpiał bardziej niż ktokolwiek z nas.
Przez te wszystkie dni, kiedy byłam w swojej celi, słyszałam jego krzyki... Ale nie wiedziałam co ci sadyści tam z nim wyprawiali.
Haymitch przyniósł mi wieści, że prawdopodobnie Peetę faszerowano jadem gończych os. Chciało mi się płakać na samą myśl. 
Usiadłam na łóżku i wytarłam twarz skrawkiem rękawa.
- Effie? - spojrzałam na niego i zauważyłam w jego szarych oczach troskę. - Chcesz o tym porozmawiać?
Zawsze zadawał to pytanie. Za każdym razem, kiedy budziłam się z krzykiem, on był przy mnie i kiedy dochodziłam do siebie, zadawał właśnie to pytanie.
- Nie Haymitch. Nie dzisiaj. - odpowiedziałam i pocałowałam go w policzek.
Nie chciałam, żeby się martwił. Nie chciałam, żeby wiedział, co się działo za zamkniętymi drzwiami mojej celi.
Nie chciałam przeżywać tego wszystkiego jeszcze raz w swoich wspomnieniach. Wystarczyło mi, że wszystkie obrazy powracały do mnie we snach. Im mniej Haymitch wie, tym lepiej dla niego. Widziałam w jego oczach, że się o mnie martwił i nie chciałam, żeby tak było... Ale naprawdę nie chciałam mu opowiadać o tym jak bardzo strażnicy byli samotni i w jaki sposób próbowali sobie w tej samotności ulżyć...
Czasami wciąż, kiedy Haymitch już śpi obok mnie, budzę się w środku nocy z okropnym poczuciem, że nie mogę oddychać. Zaczynam płakać i szlochać w poduszkę. Wtedy Haymitch gwałtownie się budzi, jakby był wyczulony na każdy mój ruch i przytula mnie do siebie, czekając aż się uspokoję.
Cieszę się, że jest przy mnie. Choć mam wrażenie, że czasem nie wie co powiedzieć na moje ataki paniki, to i tak starcza mi sama jego obecność i poczucie bezpieczeństwa które mi daje. Z każdą kolejną chwilą, którą Haymitch przeznacza na bezczynne siedzenie ze mną w kwaterze, uświadamiam sobie, jak bardzo mu na mnie zależy i jak bardzo go kocham.
Położyłam się na bok i zamknęłam oczy. Po omacku, wtuliłam się w jego klatkę piersiową i wsłuchałam w bicie jego serca.
Któregoś dnia, kiedy nie mogłam zasnąć, bo bałam się, że kiedy zamknę oczy i się obudzę, znów będę w więzieniu, Haymitch powiedział, żebym wsłuchała się w bicie jego serca.
Z każdym kolejnym uderzeniem, coraz bardziej się uspokajałam. Powtarzał mi, że jego serce bije tylko dla mnie i że nikt mnie nie skrzywdzi, bo on jest przez cały czas przy mnie.
W tej chwili jest tak samo. Wsłuchuję się w każde uderzenie jego serca i z każdym kolejnym coraz bardziej się odprężałam.
Kiedy już odpływałam w błogą czerń i nieświadomość, poczułam na czole jego usta i gorący oddech, a sekundę później usłyszałam szept:
- Kocham cię, skarbie.

Kim Jesteś?: Rozdział XVII


Haymitch
- Żołnierzu Abernathy. Prezydent Coin, wzywa cię do siebie.
Usłyszałem te słowa i od razu wiedziałem, że nie będzie kolorowo. Żyłem teraz razem z innymi w Trzynastce. To był koszmar.
Z jednej strony cieszyłem się, że biorę udział w powstaniu. Z drugiej strony przychodziły wątpliwości. Kiedy wygramy rebelię, zostaną wprowadzone nowe rządy, jeśli nowym prezydentem ma być Coin, to ja podziękuję. Czasami, kiedy siedzę sam w swojej kwaterze i ze wszystkich stron otaczają mnie ponure myśli, przychodzi moment, w którym zastanawiam się kto jest gorszy: Snow, czy może ona?
Przez cały czas chodziłem przybity i nieprzytomny. Effie została porwana, a ja nie mogłem nic zrobić. Zażądałem, żeby wysłać na poszukiwania jej, Peety i innych, kilku żołnierzy lub nawet cały oddział. Ale nikt mnie nie słuchał. Nie wiedziałem co robic. Najchętniej sięgnąłbym znowu po butelkę, ale w Trzynastce ściśle przestrzegali zasady trzeźwości. Ani grama alkoholu. Nigdzie. Dlatego przez większość czasu siedziałem w swojej kwaterze, myśląc o tym jakie okropności właśnie w tej chwili może przeżywać Effie. Myślałem o jej drobnej postaci, o tym jaka jest delikatna i uczuciowa. Najczęściej przychodziła do mnie okropna wizja jej martwego, zmasakrowanego ciała.
Nadal nikt nie wiedział, że kiedykolwiek coś mnie łączyło z Effie Trinket i nie wyprowadzałem ich z błędu, ale nie mogłem znieść myśli, że nikt nic nie robi, żeby ją odnaleźć.
Wyszedłem ze swojej kwatery i ruszyłem na niższe poziomy. Każdy korytarz wyglądał identycznie. Wszędzie stali, identycznie ubrani strażnicy. Gdyby nie wielkie, wymalowane numery poszczególnych poziomów, chyba bym zwariował. Kiedy doszedłem na miejsce, zapukałem i od razu usłyszałem rozkaz wejścia.
Otworzyłem drzwi i znalazłem się w centrum dowodzenia. Na ścianach było pełno ekranów, każdy z nich przedstawiał sytuację w każdym z dystryktów. Wisiała też wielka mapa całego Panem. Czerwonymi iksami pozaznaczane były różne miejsca. Na środku pomieszczenia stał okrągły panel, na którym z hologramów wyrastał Kapitol. Ulice, budynki, wszystko to było idealne z rzeczywistością.
Przy tym panelu, razem z Boggs'em stała Coin. Kiedy wszedłem do środka, spojrzała na mnie ze zwykłym dla siebie chłodem. Bez żadnego wstępu, od razu przeszła do rzeczy.
- Wczoraj w Kapitolu, nasi ludzie włamali się do jednego z więzień. Szukali tam Peety. Znaleźli go, jaki i Johannę, a razem z nimi... Kogoś jeszcze.
Moje serce zabiło mocniej, ale nie dawałem nic po sobie poznać. Wiedziałem już co usłyszę.
- Effie Trinket. - w głębi ducha, skakałem jak małe dziecko, ale na twarzy miałem kamienną maskę. Czułem jakby w moim wnętrzu wybuchły fajerwerki szczęścia. Po chwili zdałem sobie jednak sprawę, jaka jest sytuacja. Moje szczęście opadło tak szybko jak się pojawiło. A co jeśli... Nie, o tym nie mogę myśleć.
- I co z tego? - zapytałem obojętnie. Coin spojrzała na mnie chłodno.
- Z tego co pamiętam, to bardzo zależało ci na tym, żeby ją uratowano. Dlatego będziesz się nią opiekować. Jest w dużym szoku, jej stan psychiczny... Od teraz twoim zadaniem będzie to żeby wróciła do siebie i wydusiła z siebie jakieś informacje. Będzie mieszkała razem z tobą, bo nie ma zaufania do żadnego z nas.
Ciekawe dlaczego? Pomyślałem. Coin skończyła swoje instrukcje, ale jednego mi nie wyjaśniła.
- Gdzie ją znajdę?
- W szpitalu. - odpowiedział mi Bogg's. Kiwnąłem głową na znak, że rozumiem i wyszedłem z pomieszczenia.
Ruszyłem do szpitala z mocno bijącym sercem. Bałem się. Tego w jakim jest stanie. Żyła, to było pewne i najważniejsze, ale nie wiedziałem dokładnie co się stało. Byłem zdenerwowany, czułem jak pocą mi się dłonie. Przyspieszył mi oddech i próbowałem się uspokoić. W korytarzach słychać było tylko echo moich kroków.
Doszedłem do odpowiedniego korytarza i od razu podszedł do mnie jeden ze strażników.
- Żołnierzu Abernathy, prezydent Coin uprzedziła, że się zjawisz. Korytarzem prosto i ostatnie drzwi po prawej.
Poszedłem bez słowa we wskazanym kierunku. Z każdym krokiem, moje serce biło coraz mocniej. Czułem, jakby miało mi się za chwilę wyrwać z piersi i uciec stąd jak najdalej.
Stanąłem przed drzwiami. Wziąłem trzy głębokie oddechy i drżącą ręką, chwyciłem za klamkę. Kiedy drzwi się uchyliły i wszedłem do środka... Aż mnie zmroziło.
Wszystko tonęło w bieli. Na środku pomieszczenia stało jedno łóżko, a w kącie... W kącie kucała drobna postać. Opierała łokcie na udach i obejmowała dłońmi głowę. Nie widziałem jej twarzy, tylko blond włosy, białą koszulę nocną i bose stopy. Każdy kawałeczek jej ciała pokryty był drobnymi zadrapaniami i sińcami. Stałem w progu drzwi i nie mogłem się ruszyć. Co oni jej zrobili?
- Effie? - na dźwięk mojego głosu, zaczęła przeraźliwie drżeć. Podszedłem do niej i ukucnąłem obok. Delikatnie i ostrożnie wyciągnąłem i położyłem ją na jej ramieniu. Podskoczyła przerażona i wcisnęła się jeszcze bardziej w kąt, jakby chciała przeniknąć przez ścianę.
Po moich policzkach spłynęły łzy. Dlaczego właśnie Effie? Delikatna, wrażliwa i przesłodka Effie. To nie było sprawiedliwe. Dlaczego Kapitol tak bardzo uwziął się żeby pozbawić mnie wszystkiego co kocham? Jeden głupi błąd i płacę za niego do końca życia.
- Effie, spójrz na mnie... Proszę. - powiedziałem i po chwili wahania, podniosła polowi i ostrożnie głowę. Miała zapadnięte policzki, wystające kości policzkowe. Podbite oko i spuchniętą wargę. Dodatkowo pełno sińców i drobniejszych skaleczeń na całej twarzy. Zauważyłem też, że na szyi ma ślady po duszeniu. Serce mnie bolało od samego patrzenia na nią. Jak można coś tak okropnego, zrobić komuś tak bezbronnemu jak Effie? Uśmiechnąłem się delikatnie, przez łzy, żeby pokazać jej, że nie zrobię jej krzywdy.
 Kiedy zobaczyła moją twarz, coś się zmieniło. Przez jej twarz przemknęła masa uczuć. Strach, zdziwienie, frustracja, smutek, zrozumienie. Patrzyła mi w oczy i delikatnie podniosła rękę, żeby dotknąć mojego policzka. Jej palce w zetknięciu z moją skórą, były zimne jak lód. Starałem się nie ruszać, żeby jej nie przestraszyć. Wiedziałem, że musi dojść do siebie.
- Haymitch? - wyszeptała, ochrypłym głosem, a po jej policzkach popłynęły łzy. - To naprawdę ty?
- Tak, księżniczko. - przytuliłem ją do siebie i poczułem, jak bardzo schudła. Sama skóra i kości. Wtuliła się we mnie i poczułem jak moja koszulka robi się wilgotna od jej łez, ale nie dbałem o to.
Drzwi za nami się otworzyły i Effie podskoczyła jak oparzona. Kiedy zobaczyła kto stoi w drzwiach, zaczęła krzyczeć i płakać. Wcisnęła się mocno w moje objęcia i błagała, żeby to był sen. Obróciłem głowę, żeby zobaczyć, co tak na nią podziałało i w drzwiach zauważyłem, zdezorientowanego lekarza. Po chwili zrozumiałem w czym rzecz.
- Niech pan zdejmie ten cholerny kitel. - powiedziałem i ten posłuchał. - Effie. Eff, ciii... Już dobrze, nic ci nie grozi. Jesteś bezpieczna, jestem przy tobie. - mówiłem to spokojnym głosem i po jakimś czasie, Effie się uspokoiła.
- Czego pan chce? - zapytałem lekarza.
- Muszę sprawdzić, czy wszystko w porządku. Inaczej nie będzie pan mógł jej stąd zabrać.
Nie zwracałem na niego najmniejszej uwagi, kiedy sprawdzał czy Effie nadaje się do opuszczenia szpitala. Przez cały czas patrzyłem w jej szafirowe oczy, które jakby przygasły i straciły swój niepowtarzalny blask. Kiedy lekarz skończył, zapytał czy mógłbym wyjść z nim na korytarz.
- Effie, zaraz wracam. Wrócę, zanim się obejrzysz. - ciężko mi było ją zostawić, chociaż na chwilę. Ostatnim razem, kiedy mnie przy niej nie było, wylądowała w więzieniu i była torturowana.
Wstałem i wyszedłem za lekarzem, zamykając za sobą drzwi.
Patrzyłem w jego twarz, zmęczoną i pooraną zmarszczkami. Spodziewałem się najgorszych wieści.
- Panie Abernathy, jej stan fizyczny, jest na tyle dobry, że może ją pan stąd zabrać, ale stan psychiczny... Na podstawie jej obrażeń, jesteśmy w stanie stwierdzić, że była brutalnie bita, rażona prądem, a w jej krwiobiegu znaleźliśmy ślady Psychotoxu. Jest to substancja, której używa się żeby wywołać u ofiary, straszne wizje, halucynacje. Powoduje on, że najgłębiej skrywane lęki, stają się dla niej rzeczywistością. W dodatku mamy podstawy, żeby stwierdzić, że była wielokrotnie, okrutnie gwałcona. Wykryliśmy pięć różnych rodzajów męskiej spermy. Jedynym szczęściem dla niej w tej sytuacji jest to, że dzięki swojej bezpłodności, nie będzie musiała nosić w sobie żadnego bękarta tych potworów. Boję się jednak, że na skutek przeżyć, może nigdy nie powrócić do takiego stanu w jakim była przed całym zdarzeniem. Spędziła tam średnio cztery miesiące... Lub nawet więcej. Dlatego moją prośbą do pana, jest to, żeby był pan przy niej całe dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Po wysłuchaniu tego wszystkiego, zorientowałem się że stoję, gapiąc się na niego z rozdziawionymi ustami. Zamknąłem je i jedyne na co mogłem się zdobyć to skinienie głową... Lekarz odszedł, a ja dalej stałem w tym samym miejscu.
W mojej głowie, pojawiały się straszne obrazy, wyobrażenia tego, jak to wszystko przebiegało. Nie chciałem do siebie dopuścić myśli, że coś takiego mogło spotkać moją słodką Effie.
Nie mogłem przestać myśleć o tym, o czym myślałem już milion razy. Gdybym tamtego dnia jej nie zostawił... Do niczego by nie doszło. Effie nadal byłaby tą samą Effie. Nikt nigdy by jej nie skrzywdził.
Postarałem odrzucić od siebie te myśli. Teraz czekało mnie coś innego. Otarłem łzy z twarzy i przywołałem delikatny uśmiech. Otworzyłem drzwi i moje oczy spotkały się z oczami Effie.
- I jak skarbie? Gotowa na przeprowadzkę?

Kim Jesteś?: Rozdział XVI


Effie
Nie wiem ile czasu minęło. Kilka dni? Miesięcy? Siedziałam w kącie swojej celi. Zaczęłam oswajać się z myślą, że umrę w tej ciasnej, odrażającej i przerażającej klatce.
Cały czas mam nadzieję, że to wszystko to jeden wielki koszmar i że w którymś momencie się obudzę... Ale ten moment nie przychodzi.
Sen był dla mnie ukojeniem, bo pojawiał się w nim pewien mężczyzna. Wiem, że kiedyś go znałam, bo rozpoznaję jego twarz... Ale nie mogę sobie przypomnieć imienia.
Wtulałam się policzkiem w zimną ścianę swojej celi. To zimno dawało mi ukojenie w bólu. Rozcięcia i siniaki na całym ciele piekły niemiłosiernie. Byłam prawie nieprzytomna i z utęsknieniem czekałam na moment w którym stracę świadomość... Byle znaleźć się jak najdalej od tego strasznego miejsca. 
Drzwi otworzyły się z hukiem, ale nie zaskoczyło mnie to. Wyczekiwałam tego momentu ze strachem, zastanawiając się jakie tortury na dziś przygotował mój kat. Jak zwykle wkroczył do celi w swoim nieskazitelnie białym kitlu. W dłoni ściskał strzykawkę z jakąś białą substancją.
Nie miałam siły, żeby krzyczeć, żeby się wyrywać... Po prostu siedziałam w kącie, opierając się plecami o zimną ścianę. Gardło miałam zdarte przez godziny krzyku i błagań o litość.
Poczułam chłodne palce mężczyzny na swoim ramieniu, bolesne ukłucie...
Poczułam, że odpływam... Zrobiło się ciemno. Wszystko znikło. I wtedy ją zobaczyłam... Mags. Jej imię przedarło się w moim umyśle na powierzchnię i przywróciło okropne wspomnienia.
Patrzyła na mnie z nienawiścią i pogardą. Wiedziałam, że ma mi za złe to że ją opuściłam. Mimo zdartego gardła, zaczęłam krzyczeć, że ją przepraszam. Że gdybym tylko mogła cofnąć czas, zrobiłabym wszystko, żeby nie doszło do tego wszystkiego. Ale mnie nie słuchała... Obrzydzenie na jej twarzy sprawiło, że zaczęłam płakać. Wtedy Mags zniknęła...
Zamiast niej pojawił się mężczyzna z moich snów. Patrzyłam na jego znajomą twarz, starając się przypomnieć sobie kim jest.
- Jesteś zadowolona, skarbie? To przez twój kochany Kapitol tkwimy w tym gównie.
Kiedy zabrzmiał jego głos, od razu mi się przypomniało. Haymitch. Jak mógł powiedzieć coś takiego? Przecież dobrze wiedział, że nie jestem z Kapitolu. Wykrzyczałam do niego, że go za wszystko przepraszam.
Jego twarz zaczęła się zmieniać. Pojawiła się zdeformowana, przerażająca twarz. Wykrzywiała w okrutnym uśmiechu, swoje ostre zęby. Krzyczałam ze strachu. Chciałam, żeby ten koszmar się już skończył. Żeby ktoś mnie zabił i żeby to wszystko się już skończyło. Błagałam o śmierć.
- O nie, nie, nie. -  powiedziała złowieszczo twarz. - Nie zrobię pani tej przyjemności, panno Trinket. 
Rozległ się ogłuszający, przerażający śmiech. Mój nos zaatakował okropny odór. Zaczęłam się pocić ze strachu... Krzyczałam i krzyczałam, aż w końcu straciłam świadomość.
...
Ocknęłam się na zimnej podłodze, zlana potem i z twarzą mokrą od łez. Cela była oświetlona przez pojedynczą żarówkę. Za drzwiami słyszałam jakieś krzyki i w mojej głowie pojawiła się myśl, że to Peeta. Że znowu robią mu krzywdę.
Odgłosy szamotaniny dochodziły zza drzwi mojej celi. Więc to nie mógł być Peeta... Ale skoro nie on, to kto? 
Drzwi się gwałtownie otwarły, ale do środka nie wszedł mężczyzna w kitlu, czy nawet Snow.
Wszedł inny mężczyzna. Patrzyłam na niego, pół przytomna. Nie miałam siły, żeby się podnieść, więc przez cały czas tkwiłam na podłodze. Nie obchodziło mnie kim jest, miałam tylko nadzieję, że przyszedł, żeby mnie zabić. Zamknęłam oczy i czekałam na śmierć.
Wtedy poczułam jak ktoś bierze mnie na ręce.
- Mam ją! - krzyknął męski głos. - Wynosimy się stąd, zanim wszystko pójdzie z dymem!
Nie obchodziło mnie to o czym mówił ten mężczyzna. Chciałam tylko tego, żeby przestało boleć.

Kim Jesteś?: Rozdział XV


Effie
Kiedy wróciła mi świadomość i otworzyłam oczy, stwierdziłam, że siedzę w jakimś dziwnym, metalowym krześle, przypięta do niego skórzanymi pasami. Nie mogłam się poruszyć chociaż na milimetr. Pomieszczenie było wyłożone kafelkami. Nade mną bujała się na przewodach, pojedyncza żarówka. Jej bujanie powodowało, że wszystkie cienie przeskakiwały po ścianach. Obok krzesła na którym byłam uwięziona stał stolik. W drugiej kolejności dostrzegłam, że na tym stoliku leży mnóstwo jakichś narzędzi. Jeśli dobrze widziałam to była wśród nich duża strzykawka.
Moje serce przyspieszyło do maksymalnych obrotów. Ze strachu, poczułam jak robi mi się zimno i oblewa mnie zimny pot. Zaczęłam drżeć. Łzy ciekły nieprzerwanie po moich policzkach. Krzyczałam o pomoc, ale nikt mnie nie słyszał.... Nikt nie przychodził.
A wtedy otworzyły się drzwi i wszedł nieznany mi mężczyzna w białym kitlu. Patrzyłam na niego przerażona. Widziałam jak podchodzi do stolika obok krzesła. Założył gumowe rękawice, które nieprzyjemnie cmoknęły.
Chciałam się wiercić na krześle, byle tylko uniknąć z tym mężczyzną jakiegokolwiek kontaktu, ale skórzane pasy były tak mocno zaciśnięte, że aż wrzynały się w moje ciało, sprawiając mi okropny ból.
To właśnie wtedy, kiedy z rozpaczą próbowałam, bezskutecznie wyrwać się z objęć tego krzesła... Wo właśnie wtedy do pomieszczenia weszła tak dobrze znana mi osoba. Kiedy tylko wszedł, starałam się zachować kamienną twarz. Tak jak mnie kiedyś uczono. Nie okazywać żadnych uczuć. Żadnych emocji. Wraz z jego przyjściem to pomieszczenia wdarł się okropny smród... Krew i róże.
Wężowe oczy Snow'a wbijały się we mnie niczym sztylet... Nieskazitelny garnitur i idealnie przyczesane siwe włosy sprawiały, że czułam się jeszcze bardziej przestraszona. Jego idealny wygląd miał sprawiać wrażenie, że nic mu nie może stanąć na przeszkodzie, żeby mnie zabić. Że to on jest tutaj najsilniejszy i nie przejmuje się niczym, no bo co mu może zagrozić? Stanął przede mną i wykrzywił swoje nadmuchane usta w czymś w rodzaju delikatnego uśmiechu.
- Panno Trinket... A więc znów się spotykamy. - powiedział swoim tubalnym, głębokim głosem. Kiedy się odezwał po całym ciele przeszły mi ciarki. Obiecałam sobie, że się nie odezwę. Cokolwiek ten człowiek ode mnie chce, nic mu nie powiem.
- Nie mam w zwyczaju owijać w bawełnę, panno Trinket, więc będę mówić wprost. Uznałem, że najlepiej będzie od razu postawić sprawę jasno.
Zamilkł i spojrzał na mężczyznę, który stał obok stolika. Mężczyzna skinął głową, tak jakby właśnie otrzymał jakiś rozkaz i wyszedł z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi.
- Otóż, może pani o tym nie wiedzieć, ale dziś w nocy panna Everdeen wysadziła całą osłonę areny. Rebelianci porwali ją z areny, razem z kilkorgiem innych zawodników. Mam powody, żeby myśleć, że to wszystko było planowane od miesięcy, więc jestem prawie przekonany, że musiała być pani w to zamieszana. 
Wytrzeszczyłam oczy w niedowierzaniu. Rebelianci? Wysadzona osłona areny? Co to ma znaczyć?
Kiedy pojęłam wagę sytuacji, moje serce przyspieszyło.
Snow twierdzi, że byłam w to zamieszana. Jeśli się nie odezwę, pomyśli, że coś wiem. Jeśli przyznam, że nic nie wiem, najprawdopodobniej mnie zabije. Tak czy tak, koniec tej historii miał wyglądać marnie.
- Potrzebuję informacji, panno Trinket. Milcząc, tylko pogarsza pani swoją sytuację.
Nie odezwałam się. Patrzyłam na niego, nienawistnym spojrzeniem. To ten człowiek... Przez tego człowieka nigdy już nie zobaczę swoich najbliższych... Chciało mi się płakać, ale powstrzymywałam się ze wszystkich sił.
Uśmiechnął się delikatnie i podszedł do mnie trochę bliżej.
- Może to pani rozwiąże język. - powiedział cicho, mrużąc oczy. Pstryknął palcami i poczułam, że krzesło na którym byłam uwięziona, zaczęło się obracać.
Siedziałam teraz tyłem do Snow'a... Ale to nie miało znaczenia.
Moim oczom ukazał się przerażający widok. Siedziałam przodem do szyby, która pokrywała całą ścianę przede mną. A za szybą zobaczyłam kolejną znajomą twarz. Kiedy zdałam sobie sprawę, kto to jest, zaczęłam krzyczeć i szarpać się z pasami, które trzymały mnie przy krześle. 
- PEETA!! 
Nie słyszał mnie. Ręce miał przykute łańcuchami do ściany. Chyba nie miał świadomości, bo tylko te łańcuchy go przytrzymywały w pionowej pozycji.
Z ust i nosa ciekła mu krew. Był posiniaczony.
W tym momencie do pomieszczenia z jego strony szyby, wszedł mężczyzna w białym kitlu i gumowych rękawicach... W ręku trzymał strzykawkę. Podszedł do Peety i wstrzyknął mu jakąś substancję w ramię.
Momentalnie ciałem Peety, zaczęły targać dreszcze. Krzyczałam tak głośno, że prawie zdarłam sobie gardło, ale to nie miało żadnego znaczenia. Znaczenie dla mnie miało to, że Peeta cierpi i krzyczy, błagając o litość. Wołając kogoś i przepraszając. Mężczyzna w kitlu uderzył go mocno pięścią w twarz, a później kopnął w podbrzusze.
Nie mogłam na to patrzeć, chciałam do niego biec, pomóc mu jakoś... Wił się i krzyczał w agonii, a ja nie mogłam nic zrobić, tylko patrzeć.
Fotel znów zaczął się obracać i po chwili znów patrzyłam w znienawidzoną twarz. 
Cały czas się szarpałam z fotelem, miałam ochotę wydrapać mu te wężowe oczy.
- A teraz mów. - powiedział z uśmiechem.
- NIC CI NIE POWIEM, BO O NICZYM NIE WIEM! WYPUŚĆ NAS STĄD!!
-Niestety, panno Trinket. Nie mogę tego zrobić. - znów do pomieszczenia wszedł ten sam mężczyzna.
Znów zaczęłam krzyczeć. Wtedy mężczyzna podszedł do mnie... I kiedy poczułam jak jego palce dotykają mojego ramienia... Chwilę później wszystko pociemniało...