Haymitch
- Żołnierzu Abernathy. Prezydent Coin, wzywa cię do siebie.
Usłyszałem te słowa i od razu wiedziałem, że nie będzie kolorowo. Żyłem teraz razem z innymi w Trzynastce. To był koszmar.
Z jednej strony cieszyłem się, że biorę udział w powstaniu. Z drugiej strony przychodziły wątpliwości. Kiedy wygramy rebelię, zostaną wprowadzone nowe rządy, jeśli nowym prezydentem ma być Coin, to ja podziękuję. Czasami, kiedy siedzę sam w swojej kwaterze i ze wszystkich stron otaczają mnie ponure myśli, przychodzi moment, w którym zastanawiam się kto jest gorszy: Snow, czy może ona?
Przez cały czas chodziłem przybity i nieprzytomny. Effie została porwana, a ja nie mogłem nic zrobić. Zażądałem, żeby wysłać na poszukiwania jej, Peety i innych, kilku żołnierzy lub nawet cały oddział. Ale nikt mnie nie słuchał. Nie wiedziałem co robic. Najchętniej sięgnąłbym znowu po butelkę, ale w Trzynastce ściśle przestrzegali zasady trzeźwości. Ani grama alkoholu. Nigdzie. Dlatego przez większość czasu siedziałem w swojej kwaterze, myśląc o tym jakie okropności właśnie w tej chwili może przeżywać Effie. Myślałem o jej drobnej postaci, o tym jaka jest delikatna i uczuciowa. Najczęściej przychodziła do mnie okropna wizja jej martwego, zmasakrowanego ciała.
Nadal nikt nie wiedział, że kiedykolwiek coś mnie łączyło z Effie Trinket i nie wyprowadzałem ich z błędu, ale nie mogłem znieść myśli, że nikt nic nie robi, żeby ją odnaleźć.
Wyszedłem ze swojej kwatery i ruszyłem na niższe poziomy. Każdy korytarz wyglądał identycznie. Wszędzie stali, identycznie ubrani strażnicy. Gdyby nie wielkie, wymalowane numery poszczególnych poziomów, chyba bym zwariował. Kiedy doszedłem na miejsce, zapukałem i od razu usłyszałem rozkaz wejścia.
Otworzyłem drzwi i znalazłem się w centrum dowodzenia. Na ścianach było pełno ekranów, każdy z nich przedstawiał sytuację w każdym z dystryktów. Wisiała też wielka mapa całego Panem. Czerwonymi iksami pozaznaczane były różne miejsca. Na środku pomieszczenia stał okrągły panel, na którym z hologramów wyrastał Kapitol. Ulice, budynki, wszystko to było idealne z rzeczywistością.
Przy tym panelu, razem z Boggs'em stała Coin. Kiedy wszedłem do środka, spojrzała na mnie ze zwykłym dla siebie chłodem. Bez żadnego wstępu, od razu przeszła do rzeczy.
- Wczoraj w Kapitolu, nasi ludzie włamali się do jednego z więzień. Szukali tam Peety. Znaleźli go, jaki i Johannę, a razem z nimi... Kogoś jeszcze.
Moje serce zabiło mocniej, ale nie dawałem nic po sobie poznać. Wiedziałem już co usłyszę.
- Effie Trinket. - w głębi ducha, skakałem jak małe dziecko, ale na twarzy miałem kamienną maskę. Czułem jakby w moim wnętrzu wybuchły fajerwerki szczęścia. Po chwili zdałem sobie jednak sprawę, jaka jest sytuacja. Moje szczęście opadło tak szybko jak się pojawiło. A co jeśli... Nie, o tym nie mogę myśleć.
- I co z tego? - zapytałem obojętnie. Coin spojrzała na mnie chłodno.
- Z tego co pamiętam, to bardzo zależało ci na tym, żeby ją uratowano. Dlatego będziesz się nią opiekować. Jest w dużym szoku, jej stan psychiczny... Od teraz twoim zadaniem będzie to żeby wróciła do siebie i wydusiła z siebie jakieś informacje. Będzie mieszkała razem z tobą, bo nie ma zaufania do żadnego z nas.
Ciekawe dlaczego? Pomyślałem. Coin skończyła swoje instrukcje, ale jednego mi nie wyjaśniła.
- Gdzie ją znajdę?
- W szpitalu. - odpowiedział mi Bogg's. Kiwnąłem głową na znak, że rozumiem i wyszedłem z pomieszczenia.
Ruszyłem do szpitala z mocno bijącym sercem. Bałem się. Tego w jakim jest stanie. Żyła, to było pewne i najważniejsze, ale nie wiedziałem dokładnie co się stało. Byłem zdenerwowany, czułem jak pocą mi się dłonie. Przyspieszył mi oddech i próbowałem się uspokoić. W korytarzach słychać było tylko echo moich kroków.
Doszedłem do odpowiedniego korytarza i od razu podszedł do mnie jeden ze strażników.
- Żołnierzu Abernathy, prezydent Coin uprzedziła, że się zjawisz. Korytarzem prosto i ostatnie drzwi po prawej.
Poszedłem bez słowa we wskazanym kierunku. Z każdym krokiem, moje serce biło coraz mocniej. Czułem, jakby miało mi się za chwilę wyrwać z piersi i uciec stąd jak najdalej.
Stanąłem przed drzwiami. Wziąłem trzy głębokie oddechy i drżącą ręką, chwyciłem za klamkę. Kiedy drzwi się uchyliły i wszedłem do środka... Aż mnie zmroziło.
Wszystko tonęło w bieli. Na środku pomieszczenia stało jedno łóżko, a w kącie... W kącie kucała drobna postać. Opierała łokcie na udach i obejmowała dłońmi głowę. Nie widziałem jej twarzy, tylko blond włosy, białą koszulę nocną i bose stopy. Każdy kawałeczek jej ciała pokryty był drobnymi zadrapaniami i sińcami. Stałem w progu drzwi i nie mogłem się ruszyć. Co oni jej zrobili?
- Effie? - na dźwięk mojego głosu, zaczęła przeraźliwie drżeć. Podszedłem do niej i ukucnąłem obok. Delikatnie i ostrożnie wyciągnąłem i położyłem ją na jej ramieniu. Podskoczyła przerażona i wcisnęła się jeszcze bardziej w kąt, jakby chciała przeniknąć przez ścianę.
Po moich policzkach spłynęły łzy. Dlaczego właśnie Effie? Delikatna, wrażliwa i przesłodka Effie. To nie było sprawiedliwe. Dlaczego Kapitol tak bardzo uwziął się żeby pozbawić mnie wszystkiego co kocham? Jeden głupi błąd i płacę za niego do końca życia.
- Effie, spójrz na mnie... Proszę. - powiedziałem i po chwili wahania, podniosła polowi i ostrożnie głowę. Miała zapadnięte policzki, wystające kości policzkowe. Podbite oko i spuchniętą wargę. Dodatkowo pełno sińców i drobniejszych skaleczeń na całej twarzy. Zauważyłem też, że na szyi ma ślady po duszeniu. Serce mnie bolało od samego patrzenia na nią. Jak można coś tak okropnego, zrobić komuś tak bezbronnemu jak Effie? Uśmiechnąłem się delikatnie, przez łzy, żeby pokazać jej, że nie zrobię jej krzywdy.
Kiedy zobaczyła moją twarz, coś się zmieniło. Przez jej twarz przemknęła masa uczuć. Strach, zdziwienie, frustracja, smutek, zrozumienie. Patrzyła mi w oczy i delikatnie podniosła rękę, żeby dotknąć mojego policzka. Jej palce w zetknięciu z moją skórą, były zimne jak lód. Starałem się nie ruszać, żeby jej nie przestraszyć. Wiedziałem, że musi dojść do siebie.
- Haymitch? - wyszeptała, ochrypłym głosem, a po jej policzkach popłynęły łzy. - To naprawdę ty?
- Tak, księżniczko. - przytuliłem ją do siebie i poczułem, jak bardzo schudła. Sama skóra i kości. Wtuliła się we mnie i poczułem jak moja koszulka robi się wilgotna od jej łez, ale nie dbałem o to.
Drzwi za nami się otworzyły i Effie podskoczyła jak oparzona. Kiedy zobaczyła kto stoi w drzwiach, zaczęła krzyczeć i płakać. Wcisnęła się mocno w moje objęcia i błagała, żeby to był sen. Obróciłem głowę, żeby zobaczyć, co tak na nią podziałało i w drzwiach zauważyłem, zdezorientowanego lekarza. Po chwili zrozumiałem w czym rzecz.
- Niech pan zdejmie ten cholerny kitel. - powiedziałem i ten posłuchał. - Effie. Eff, ciii... Już dobrze, nic ci nie grozi. Jesteś bezpieczna, jestem przy tobie. - mówiłem to spokojnym głosem i po jakimś czasie, Effie się uspokoiła.
- Czego pan chce? - zapytałem lekarza.
- Muszę sprawdzić, czy wszystko w porządku. Inaczej nie będzie pan mógł jej stąd zabrać.
Nie zwracałem na niego najmniejszej uwagi, kiedy sprawdzał czy Effie nadaje się do opuszczenia szpitala. Przez cały czas patrzyłem w jej szafirowe oczy, które jakby przygasły i straciły swój niepowtarzalny blask. Kiedy lekarz skończył, zapytał czy mógłbym wyjść z nim na korytarz.
- Effie, zaraz wracam. Wrócę, zanim się obejrzysz. - ciężko mi było ją zostawić, chociaż na chwilę. Ostatnim razem, kiedy mnie przy niej nie było, wylądowała w więzieniu i była torturowana.
Wstałem i wyszedłem za lekarzem, zamykając za sobą drzwi.
Patrzyłem w jego twarz, zmęczoną i pooraną zmarszczkami. Spodziewałem się najgorszych wieści.
- Panie Abernathy, jej stan fizyczny, jest na tyle dobry, że może ją pan stąd zabrać, ale stan psychiczny... Na podstawie jej obrażeń, jesteśmy w stanie stwierdzić, że była brutalnie bita, rażona prądem, a w jej krwiobiegu znaleźliśmy ślady Psychotoxu. Jest to substancja, której używa się żeby wywołać u ofiary, straszne wizje, halucynacje. Powoduje on, że najgłębiej skrywane lęki, stają się dla niej rzeczywistością. W dodatku mamy podstawy, żeby stwierdzić, że była wielokrotnie, okrutnie gwałcona. Wykryliśmy pięć różnych rodzajów męskiej spermy. Jedynym szczęściem dla niej w tej sytuacji jest to, że dzięki swojej bezpłodności, nie będzie musiała nosić w sobie żadnego bękarta tych potworów. Boję się jednak, że na skutek przeżyć, może nigdy nie powrócić do takiego stanu w jakim była przed całym zdarzeniem. Spędziła tam średnio cztery miesiące... Lub nawet więcej. Dlatego moją prośbą do pana, jest to, żeby był pan przy niej całe dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Po wysłuchaniu tego wszystkiego, zorientowałem się że stoję, gapiąc się na niego z rozdziawionymi ustami. Zamknąłem je i jedyne na co mogłem się zdobyć to skinienie głową... Lekarz odszedł, a ja dalej stałem w tym samym miejscu.
W mojej głowie, pojawiały się straszne obrazy, wyobrażenia tego, jak to wszystko przebiegało. Nie chciałem do siebie dopuścić myśli, że coś takiego mogło spotkać moją słodką Effie.
Nie mogłem przestać myśleć o tym, o czym myślałem już milion razy. Gdybym tamtego dnia jej nie zostawił... Do niczego by nie doszło. Effie nadal byłaby tą samą Effie. Nikt nigdy by jej nie skrzywdził.
Postarałem odrzucić od siebie te myśli. Teraz czekało mnie coś innego. Otarłem łzy z twarzy i przywołałem delikatny uśmiech. Otworzyłem drzwi i moje oczy spotkały się z oczami Effie.
- I jak skarbie? Gotowa na przeprowadzkę?