Effie
Nie wiem ile czasu minęło. Kilka dni? Miesięcy? Siedziałam w kącie swojej celi. Zaczęłam oswajać się z myślą, że umrę w tej ciasnej, odrażającej i przerażającej klatce.
Cały czas mam nadzieję, że to wszystko to jeden wielki koszmar i że w którymś momencie się obudzę... Ale ten moment nie przychodzi.
Sen był dla mnie ukojeniem, bo pojawiał się w nim pewien mężczyzna. Wiem, że kiedyś go znałam, bo rozpoznaję jego twarz... Ale nie mogę sobie przypomnieć imienia.
Wtulałam się policzkiem w zimną ścianę swojej celi. To zimno dawało mi ukojenie w bólu. Rozcięcia i siniaki na całym ciele piekły niemiłosiernie. Byłam prawie nieprzytomna i z utęsknieniem czekałam na moment w którym stracę świadomość... Byle znaleźć się jak najdalej od tego strasznego miejsca.
Drzwi otworzyły się z hukiem, ale nie zaskoczyło mnie to. Wyczekiwałam tego momentu ze strachem, zastanawiając się jakie tortury na dziś przygotował mój kat. Jak zwykle wkroczył do celi w swoim nieskazitelnie białym kitlu. W dłoni ściskał strzykawkę z jakąś białą substancją.
Nie miałam siły, żeby krzyczeć, żeby się wyrywać... Po prostu siedziałam w kącie, opierając się plecami o zimną ścianę. Gardło miałam zdarte przez godziny krzyku i błagań o litość.
Poczułam chłodne palce mężczyzny na swoim ramieniu, bolesne ukłucie...
Poczułam, że odpływam... Zrobiło się ciemno. Wszystko znikło. I wtedy ją zobaczyłam... Mags. Jej imię przedarło się w moim umyśle na powierzchnię i przywróciło okropne wspomnienia.
Patrzyła na mnie z nienawiścią i pogardą. Wiedziałam, że ma mi za złe to że ją opuściłam. Mimo zdartego gardła, zaczęłam krzyczeć, że ją przepraszam. Że gdybym tylko mogła cofnąć czas, zrobiłabym wszystko, żeby nie doszło do tego wszystkiego. Ale mnie nie słuchała... Obrzydzenie na jej twarzy sprawiło, że zaczęłam płakać. Wtedy Mags zniknęła...
Zamiast niej pojawił się mężczyzna z moich snów. Patrzyłam na jego znajomą twarz, starając się przypomnieć sobie kim jest.
- Jesteś zadowolona, skarbie? To przez twój kochany Kapitol tkwimy w tym gównie.
Kiedy zabrzmiał jego głos, od razu mi się przypomniało. Haymitch. Jak mógł powiedzieć coś takiego? Przecież dobrze wiedział, że nie jestem z Kapitolu. Wykrzyczałam do niego, że go za wszystko przepraszam.
Jego twarz zaczęła się zmieniać. Pojawiła się zdeformowana, przerażająca twarz. Wykrzywiała w okrutnym uśmiechu, swoje ostre zęby. Krzyczałam ze strachu. Chciałam, żeby ten koszmar się już skończył. Żeby ktoś mnie zabił i żeby to wszystko się już skończyło. Błagałam o śmierć.
- O nie, nie, nie. - powiedziała złowieszczo twarz. - Nie zrobię pani tej przyjemności, panno Trinket.
Rozległ się ogłuszający, przerażający śmiech. Mój nos zaatakował okropny odór. Zaczęłam się pocić ze strachu... Krzyczałam i krzyczałam, aż w końcu straciłam świadomość.
...
Ocknęłam się na zimnej podłodze, zlana potem i z twarzą mokrą od łez. Cela była oświetlona przez pojedynczą żarówkę. Za drzwiami słyszałam jakieś krzyki i w mojej głowie pojawiła się myśl, że to Peeta. Że znowu robią mu krzywdę.
Odgłosy szamotaniny dochodziły zza drzwi mojej celi. Więc to nie mógł być Peeta... Ale skoro nie on, to kto?
Drzwi się gwałtownie otwarły, ale do środka nie wszedł mężczyzna w kitlu, czy nawet Snow.
Wszedł inny mężczyzna. Patrzyłam na niego, pół przytomna. Nie miałam siły, żeby się podnieść, więc przez cały czas tkwiłam na podłodze. Nie obchodziło mnie kim jest, miałam tylko nadzieję, że przyszedł, żeby mnie zabić. Zamknęłam oczy i czekałam na śmierć.
Wtedy poczułam jak ktoś bierze mnie na ręce.
- Mam ją! - krzyknął męski głos. - Wynosimy się stąd, zanim wszystko pójdzie z dymem!
Nie obchodziło mnie to o czym mówił ten mężczyzna. Chciałam tylko tego, żeby przestało boleć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz