Haymitch
Wciąż byłem w szoku po tym co opowiedziała mi Effie. Nie mogłem uwierzyć, że to wszystko to nie jest jedno wielkie kłamstwo, ale teraz wszystko zaczęło się układać w logiczną całość.
Nosiła peruki i tony makijażu, po to, żeby nikt jej nie poznał. Płakała kiedy dowiedziała się że Mags wraca na arenę, bo 1.była jej babcią, której nie widziała przez lata, 2. Czas który mogłaby jeszcze przeznaczyć na to żeby z nią pobyć, został jej brutalnie odebrany. To nie było fair. Zrozumiałem też, dlaczego Effie mówiła, że chciałaby mieć więcej czasu żeby ją lepiej poznać.
Cieszyłem się bardzo, że zaufała mi w takim stopniu, żeby powiedzieć mi coś o czym nigdy nikomu nawet nie wspominała.
Zdążyłem wziąć prysznic i przebrać się w dresowe spodnie i podkoszulek, kiedy usłyszałem pukanie do drzwi.
Otworzyłem i... oniemiałem z wrażenia. Przede mną stała drobna kobieta z długimi, blond lokami. Ubrana była w szary podkoszulek i bokserki. Była zjawiskowo piękna. Tylko niesamowity kolor jej oczu powiedział mi kim jest owa kobieta.
Kiedy już oprzytomniałem, wpuściłem ją do środka.
- Pięknie wyglądasz, księżniczko. - powiedziałem i zauważyłem uroczy rumieniec na jej policzkach.
- Chciałam być przy tobie sobą. - powiedziała to cicho i spuściła przy tym wzrok, więc zrozumiałem, że jest w tym drugie dno. Przytuliłem ją do siebie, bo po prostu nie mogłem się powstrzymać. Trzymałem ją w objęciach i w głębi serca nie chciałem puścić. Ale puściłem ją i spojrzała na mnie zdziwiona.
- Haymitch, dlaczego chciałeś, żebym przyszła?
- To proste, skarbie. - uśmiechnąłem się - nie skończyłem jeszcze swojego przesłuchania.
- Przesłuchania? - zapytała zdziwiona
- Tak. Mówiłem, że chcę cię poznać. Jak na razie poznałem tylko twoją przeszłość. Teraz czas na teraźniejszość i przyszłość.
Chwyciłem ją za rękę i pociągnąłem ją za sobą na łóżko. Ułożyłem się wygodnie na plecach, a ona leżała obok mnie z głową opartą na mojej klatce piersiowej.
- No to... Czas na moje pytania. - powiedziałem. - Mam dość tego unikania się na każdym kroku, chcę być blisko. - splotłem swoje palce z jej i ścisnąłem delikatnie. - Tak jak teraz.
- Nie poznaję cię, Haymitch. Jesteś jakiś inny. - uniosła głowę, żeby na mnie spojrzeć. Nasze usta dzieliły tylko milimetry. Walczyłem ze sobą, żeby jej powiedzieć to co czuję, ale powstrzymałem się.
- Pierwsze pytanie, skarbie. - zmieniłem temat. - Jaki jest twój ulubiony kolor?
- Zielony... Jak trawa latem. Głęboki i intensywny. - odpowiedziała bez zawahania. Uśmiechnąłem się, wyobrażając sobie to o czym mówiła.
- Piękny kolor... Dlaczego właśnie zielony?
- Nie wiem. Po prostu ten kolor mnie uspokaja.
- Co robisz w wolnym czasie?
- W wolnym czasie? - powtórzyła
- No, kiedy nie pracujesz jako opiekunka trybutów, musisz mieć jakieś zajęcia. Coś co robisz dla przyjemności. Tylko dlatego, że to lubisz.
- Lubię czytać. - odpowiedziała po chwili namysłu.
- Jaka jest twoja ulubiona książka?
- Sama nie wiem... Każda książka, którą przeczytałam mi się strasznie podoba. To tak, jakby każda kolejna książka była tą ulubioną, dopóki nie przeczytam kolejnej.
To trwało dobrą godzinę, wypytywałem ją o najróżniejsze drobnostki, bo to właśnie te drobnostki składały się i tworzyły jej barwną osobowość. Podobała mi się jej zwyczajność. Była tak niezwyczajna w swojej zwyczajności, jak tylko się dało. Z każdą chwilą, zakochiwałem się w niej bardziej i mocniej.
Kiedy wyczerpał mi się zapas pytań o 'teraźniejszość', zauważyłem, że lekko drży. W końcu miała na sobie tylko podkoszulek i bokserki.
- Zimno ci. - powiedziałem.
- Wcale nie. - powiedziała, prawie szczękając zębami.
- Tak, jasne.
Przykryłem i otuliłem ją szczelnie kołdrą. Spojrzała na mnie zdziwiona
- A ty? - zapytała
- Co ja?
- A tobie nie jest zimno?
- Nie. - skłamałem.
- Haymitch. Wiem, że kłamiesz. - powiedziała, po czym zarzuciła na mnie część kołdry. Przyciągnąłem ją do siebie i przytuliłem, pod pretekstem, żeby nam obojgu było ciepło.
Leżeliśmy tak w ciszy, aż w końcu Effie się ode mnie troszkę odsunęła, żeby móc mi spojrzeć w twarz. Wyraz jej twarzy mnie zaniepokoił.
- Co się stało?
- Haymitch, muszę ci coś powiedzieć... - zawahała się, wydawała się poddenerwowana. - Kocham cię... Nie musisz nic mówić, bo wiem, że nie czujesz tego samego, ale chcę, żebyś wiedział...
Zapadła cisza. Moje serce biło jak szalone i zastanawiałem się czy to słyszy. W mojej głowie, wciąż brzmiały jej słowa.Kocham cię... Chcę, żebyś wiedział... Kocham cię... Dopiero po jakiejś minucie naprawdę do mnie dotarło to co powiedziała. Gdzieś w środku mnie czułem jak robi mi się gorąco ze szczęścia.
Zmieniłem pozycję tak, że Effie leżała pode mną ze zdezorientowaną miną, a ja opierałem się na czworakach nad nią.
- Kochasz mnie? - zapytałem z przebiegłym uśmieszkiem na twarzy, patrząc prosto w jej szafirowe oczy. Spojrzała na mnie przestraszona.
- Haymitch, co ty...?
- Tak? - przerwałem jej. Chciałem, żeby to powiedziała.
- Tak, ale... - znów jej przerwałem
- Jesteś tego pewna?
- Tak, ale... - nie pozwoliłem jej dokończyć.
- Na sto procent? - chciałem to wiedzieć i trochę się z nią podrażnić.
- Tak! Hay...
Ale już nic więcej nie powiedziała, bo w tym momencie moje usta wpiły się zachłannie w jej usta. Całowałem ją z zapamiętaniem, tak jakby to miał być nasz pierwszy i ostatni pocałunek. Starałem się zapamiętać, że smakuje jak truskawki. I że jej usta są aksamitnie miękkie. Starałem się zapamiętać, każdy szczegół tego pocałunku. Kiedy oderwałem się od niej, żeby złapać oddech, spojrzałem na nią z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Kocham cię, Effie. Tylko bałem się do tego przyznać.
Patrzyła na mnie z mieszaniną szczęścia i niedowierzania. Wróciłem do poprzedniej pozycji, przyciągając ją do siebie i mocno trzymając w objęciach, zupełnie jakbym się bał, że w każdej chwili może mi uciec. Z zadowoleniem stwierdziłem, że Effie z chęcią się we mnie wtula. Jakbyśmy oboje chcieli być siebie jeszcze bliżej, niż teraz. Leżeliśmy tak obok siebie, nie musieliśmy nic mówić. Nie mogłem uwierzyć, że zdobyłem się na odwagę, żeby powiedzieć jej prawdę.
Po pewnym czasie Effie zasnęła, a jakiś czas później mnie też zmorzył sen.
...
Kidy obudziłem się następnego dnia rano, za oknem wciąż było ciemno, ale ucieszyłem się na widok Effie, która wciąż spała obok mnie. Na jej twarzy nie było ani cienia strachu, zmartwienia czy innych emocji, które ostatnio ciągle jej towarzyszą.
Delikatnie wysunąłem się z łóżka, starając się jej nie zbudzić. Umyłem się i ubrałem. Napisałem do niej liścik, który położyłem na poduszce, obok niej, ucałowałem ją w czoło i wyszedłem z pokoju.
Ten dzień miał wyglądać nieco inaczej niż inne.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz