czwartek, 7 sierpnia 2014

Kim Jesteś?: Rozdział XV


Effie
Kiedy wróciła mi świadomość i otworzyłam oczy, stwierdziłam, że siedzę w jakimś dziwnym, metalowym krześle, przypięta do niego skórzanymi pasami. Nie mogłam się poruszyć chociaż na milimetr. Pomieszczenie było wyłożone kafelkami. Nade mną bujała się na przewodach, pojedyncza żarówka. Jej bujanie powodowało, że wszystkie cienie przeskakiwały po ścianach. Obok krzesła na którym byłam uwięziona stał stolik. W drugiej kolejności dostrzegłam, że na tym stoliku leży mnóstwo jakichś narzędzi. Jeśli dobrze widziałam to była wśród nich duża strzykawka.
Moje serce przyspieszyło do maksymalnych obrotów. Ze strachu, poczułam jak robi mi się zimno i oblewa mnie zimny pot. Zaczęłam drżeć. Łzy ciekły nieprzerwanie po moich policzkach. Krzyczałam o pomoc, ale nikt mnie nie słyszał.... Nikt nie przychodził.
A wtedy otworzyły się drzwi i wszedł nieznany mi mężczyzna w białym kitlu. Patrzyłam na niego przerażona. Widziałam jak podchodzi do stolika obok krzesła. Założył gumowe rękawice, które nieprzyjemnie cmoknęły.
Chciałam się wiercić na krześle, byle tylko uniknąć z tym mężczyzną jakiegokolwiek kontaktu, ale skórzane pasy były tak mocno zaciśnięte, że aż wrzynały się w moje ciało, sprawiając mi okropny ból.
To właśnie wtedy, kiedy z rozpaczą próbowałam, bezskutecznie wyrwać się z objęć tego krzesła... Wo właśnie wtedy do pomieszczenia weszła tak dobrze znana mi osoba. Kiedy tylko wszedł, starałam się zachować kamienną twarz. Tak jak mnie kiedyś uczono. Nie okazywać żadnych uczuć. Żadnych emocji. Wraz z jego przyjściem to pomieszczenia wdarł się okropny smród... Krew i róże.
Wężowe oczy Snow'a wbijały się we mnie niczym sztylet... Nieskazitelny garnitur i idealnie przyczesane siwe włosy sprawiały, że czułam się jeszcze bardziej przestraszona. Jego idealny wygląd miał sprawiać wrażenie, że nic mu nie może stanąć na przeszkodzie, żeby mnie zabić. Że to on jest tutaj najsilniejszy i nie przejmuje się niczym, no bo co mu może zagrozić? Stanął przede mną i wykrzywił swoje nadmuchane usta w czymś w rodzaju delikatnego uśmiechu.
- Panno Trinket... A więc znów się spotykamy. - powiedział swoim tubalnym, głębokim głosem. Kiedy się odezwał po całym ciele przeszły mi ciarki. Obiecałam sobie, że się nie odezwę. Cokolwiek ten człowiek ode mnie chce, nic mu nie powiem.
- Nie mam w zwyczaju owijać w bawełnę, panno Trinket, więc będę mówić wprost. Uznałem, że najlepiej będzie od razu postawić sprawę jasno.
Zamilkł i spojrzał na mężczyznę, który stał obok stolika. Mężczyzna skinął głową, tak jakby właśnie otrzymał jakiś rozkaz i wyszedł z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi.
- Otóż, może pani o tym nie wiedzieć, ale dziś w nocy panna Everdeen wysadziła całą osłonę areny. Rebelianci porwali ją z areny, razem z kilkorgiem innych zawodników. Mam powody, żeby myśleć, że to wszystko było planowane od miesięcy, więc jestem prawie przekonany, że musiała być pani w to zamieszana. 
Wytrzeszczyłam oczy w niedowierzaniu. Rebelianci? Wysadzona osłona areny? Co to ma znaczyć?
Kiedy pojęłam wagę sytuacji, moje serce przyspieszyło.
Snow twierdzi, że byłam w to zamieszana. Jeśli się nie odezwę, pomyśli, że coś wiem. Jeśli przyznam, że nic nie wiem, najprawdopodobniej mnie zabije. Tak czy tak, koniec tej historii miał wyglądać marnie.
- Potrzebuję informacji, panno Trinket. Milcząc, tylko pogarsza pani swoją sytuację.
Nie odezwałam się. Patrzyłam na niego, nienawistnym spojrzeniem. To ten człowiek... Przez tego człowieka nigdy już nie zobaczę swoich najbliższych... Chciało mi się płakać, ale powstrzymywałam się ze wszystkich sił.
Uśmiechnął się delikatnie i podszedł do mnie trochę bliżej.
- Może to pani rozwiąże język. - powiedział cicho, mrużąc oczy. Pstryknął palcami i poczułam, że krzesło na którym byłam uwięziona, zaczęło się obracać.
Siedziałam teraz tyłem do Snow'a... Ale to nie miało znaczenia.
Moim oczom ukazał się przerażający widok. Siedziałam przodem do szyby, która pokrywała całą ścianę przede mną. A za szybą zobaczyłam kolejną znajomą twarz. Kiedy zdałam sobie sprawę, kto to jest, zaczęłam krzyczeć i szarpać się z pasami, które trzymały mnie przy krześle. 
- PEETA!! 
Nie słyszał mnie. Ręce miał przykute łańcuchami do ściany. Chyba nie miał świadomości, bo tylko te łańcuchy go przytrzymywały w pionowej pozycji.
Z ust i nosa ciekła mu krew. Był posiniaczony.
W tym momencie do pomieszczenia z jego strony szyby, wszedł mężczyzna w białym kitlu i gumowych rękawicach... W ręku trzymał strzykawkę. Podszedł do Peety i wstrzyknął mu jakąś substancję w ramię.
Momentalnie ciałem Peety, zaczęły targać dreszcze. Krzyczałam tak głośno, że prawie zdarłam sobie gardło, ale to nie miało żadnego znaczenia. Znaczenie dla mnie miało to, że Peeta cierpi i krzyczy, błagając o litość. Wołając kogoś i przepraszając. Mężczyzna w kitlu uderzył go mocno pięścią w twarz, a później kopnął w podbrzusze.
Nie mogłam na to patrzeć, chciałam do niego biec, pomóc mu jakoś... Wił się i krzyczał w agonii, a ja nie mogłam nic zrobić, tylko patrzeć.
Fotel znów zaczął się obracać i po chwili znów patrzyłam w znienawidzoną twarz. 
Cały czas się szarpałam z fotelem, miałam ochotę wydrapać mu te wężowe oczy.
- A teraz mów. - powiedział z uśmiechem.
- NIC CI NIE POWIEM, BO O NICZYM NIE WIEM! WYPUŚĆ NAS STĄD!!
-Niestety, panno Trinket. Nie mogę tego zrobić. - znów do pomieszczenia wszedł ten sam mężczyzna.
Znów zaczęłam krzyczeć. Wtedy mężczyzna podszedł do mnie... I kiedy poczułam jak jego palce dotykają mojego ramienia... Chwilę później wszystko pociemniało...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz