czwartek, 31 grudnia 2015

New Year's Eve.

Szczęśliwego Nowego Roku, Robaczki!
Jeśli w odróżnieniu ode mnie, nie spędzacie tego dnia przed komputerem, to życzę Wam szampańskiej zabawy!
Mam nadzieję, że ten 2016 rok, będzie pełen sukcesów i że spełnicie swoje postanowienia. ^^
Tutaj mam dla Was, kolejny Bonus. Mam nadzieję, że będzie się Wam podobać!
______________________________________________________________
Naprawdę, nie miał pojęcia co go podkusiło, żeby przyjechać do Kapitolu. Wiedział tylko, że w jednej chwili siedział w swoim salonie w Dwunastce, a już w następnej biegł na pociąg. Był zły na dzieciaki i Plutarcha, za to, że wciąż go informowali co u niej: że znalazła pracę, jako projektantka ubrań. Zawsze miała do tego dryg, ale kariera opiekunki, nie pozwalała jej na rozwój w tej dziedzinie. Wiedział też, że znalazła małe mieszkanie w centrum miasta. Jej stary apartament został zniszczony, zupełnie jak spora część Kapitolu.
Nie utrzymywali kontaktu, ponieważ kabel od jego telefonu, został oderwany, bardzo dawno temu. Jednak Plutarch często przyjeżdżał do Dwunastki, żeby sprawdzić, jak sobie radzą. Katniss i Peeta, mieli z nią kontakt; dzwonili do niej kilka razy w tygodniu. Wiedział, że kilka razy o niego pytała, ale za każdym razem, gdy mówili jej, żeby przyjechała, ona odmawiała.
- Nie, nie – ucinała wtedy szybko. – Nie chcę się nikomu narzucać.
Nie miał pojęcia co było nie tak. Ale postanowił, że nie chce czekać kolejnego roku, żeby się -być może- przekonać. Dlatego teraz znalazł się tutaj, w Kapitolu. Mógł wyczuć, że ludzie na ulicach są czymś strasznie podnieceni, ale nie wiedział o co chodzi. Dopóki nie przeszedł pod jakimś klubem i kobieta, która właśnie z niego wychodziła, wykrzyknęła „Szczęśliwego Nowego Roku!”. Wtedy go olśniło.
Nie miał czasu, żeby się wcześniej nad tym zastanawiać, ale rzeczywiście, to musiała być ta noc. Spojrzał na uliczny zegar. Była dwudziesta druga. Zostały jeszcze dwie godziny do północy. Co roku w Kapitolu, ludzie świętowali, puszczali fajerwerki i w całym mieście odbywało się wielkie imprezowanie. W Dwunastce, odbywało się to trochę inaczej. Ludzie świętowali raczej w tylko w gronie swoich najbliższych.
Kiedy zdał sobie sprawę, jaki dziś dzień, zrozumiał także, że Effie nie będzie w domu. W mieście odbywała się zabawa, a Effie Trinket nigdy nie rezygnuje z zabawy. Dlatego, zawrócił i ruszył w stronę miejsca, w którym wiedział, że będzie na pewno. Szedł ulicami miasta, które znał lepiej, niżby chciał się do tego przyznać. Ludzie byli teraz trochę inni, niż jeszcze rok temu. Byli dla siebie życzliwi, pozdrawiali się i życzyli sobie głośno pomyślnego roku. Zadziwiające, że niektóre rzeczy tak szybko się zmieniają. Jeszcze dwanaście miesięcy temu, nikt nie śmiałby się tak zachować. Byłoby to uznane za… Niewłaściwe.
Doszedł do wieżowca, który na pierwszy rzut oka, wyglądał jakby został zrobiony ze szkła. Haymitch, mógł z łatwością zobaczyć swoje odbicie w najbliższej szybie. Przed budynkiem stał tłumek ludzi; kilku z nich trzymało w dłoniach papierosa. Czasy ekstrawagancji w Kapitolu, naprawdę się zmieniły. Nikt już nie nosił peruk, nikt nie miał dziwacznie pofarbowanych włosów. Nikt też nie był ubrany jak klaun. Haymitch w swojej szarej marynarce, koszuli i spodniach nie wyróżniał się z tłumu.
Przecisnął się przez ludzi, którzy stali przed drzwiami. Kilku z nich się na niego spojrzało, jakby pamiętało, że jest byłym zwycięzcą Głodowych Igrzysk, ale nikt się do niego nie odezwał. Ludzie chcieli zapomnieć o przeszłości. Wszedł przez obrotowe drzwi, do dużego holu, w którym było jeszcze więcej ludzi. Impreza już się zaczęła. Z głośników płynęła muzyka, każdy miał w dłoni kieliszek z szampanem lub innym trunkiem. Na sali balowej, którą można było zobaczyć z holu, był niemały tłum ludzi, którzy dobrze się bawili. Wiedział, że jej tam nie znajdzie. Została jeszcze godzina do północy, a jej słabością były fajerwerki. W tym budynku, znajdowało się idealne miejsce, żeby móc je oglądać, bez przeszkód. Wszedł do windy i nacisnął guzik z najwyższym piętrem - dwudziestym trzecim. Jednak to dwudziesty czwarty poziom był jego celem. Dlatego, kiedy wyszedł z windy, przeniósł się na schody. Kiedy doszedł do wejścia na dach, jego uszu dobiegła muzyka. Owiał go wiatr. Rozejrzał się dookoła; tutaj także było pełno ludzi. Kapitolińczycy uwielbiali fajerwerki.
Zobaczył ją po kilku sekundach. Stała oparta o barierkę, wpatrując się w czarne niebo. Wyglądała jak Effie - nie opiekunka, ale kobieta, którą widywał tylko w obrębie apartamentu na dwunastym piętrze, w Centrum Szkoleniowym. Delikatny makijaż, który ograniczał się jedynie do podkreślenia oczu i błyszczyku. Blond włosy spływały jej falami na ramiona. Ubrana była w obcisłą, czarną sukienkę z cekinami. Kto by pomyślał - Effie Trinket w czerni! Musiał przyznać, że ten kolor sprawiał, że jej skóra wyglądała na jeszcze bardziej kremową. Była piękna.
Na jej widok, poczuł coś ciepłego w brzuchu. Nie widział jej od roku. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo za nią tęsknił. Jednak teraz, kiedy była na wyciągnięcie ręki, wiedział, że cały rok upłynął mu pod znakiem tęsknoty. Teraz rozumiał, dlaczego dzieciaki i Plutarch tak bardzo na niego naciskali, żeby w końcu przyjechał. Wszyscy mogli zauważyć, że za nią tęsknił, tylko nie on sam.
Ostrożnie ruszył w jej kierunku, niepewny jak zareaguje na jego widok. Z każdym kolejnym krokiem, odczuwał coraz większy ucisk w brzuchu. Chciał ją przytulić. Po prostu zamknąć w swoich ramionach i trzymać do końca świata. Kiedy był tylko o krok od niej, zebrał się na odwagę i odchrząknął głośno. Podskoczyła przestraszona, wyrwana z zamyślenia i odwróciła się w jego stronę. Gdy go zobaczyła, na jej twarzy malował się szok, niedowierzanie. Wpatrywała się w jego twarz, jakby chciała się upewnić czy jest prawdziwy. Przez bardzo długą chwilę, nikt się nie odzywał. Cisza zaczęła się robić nieco niezręczna, więc Haymitch odchrząknął jeszcze raz, po czym powiedział
- Ładnie wyglądasz. - brzmiało banalnie, nawet w jego uszach, ale to było pierwsze co przyszło mu do głowy. Dla niej, chyba to wystarczyło na potwierdzenie, że jednak jest prawdziwy, bo sekundę później już zarzuciła mu ręce na szyję, o mało go nie dusząc. Ukryła twarz w jego szyi. Czuł jej ciepły oddech na swojej skórze. Nie został jej dłużny. Objął ją w tali, przyciągając jak najbliżej do siebie.
- Dlaczego nie zadzwoniłeś? - wyszeptała, a w jej głosie było coś takiego, co kazało mu się lekko odchylić, żeby móc spojrzeć na jej twarz. Nie przesłyszał się. Na jej policzkach błyszczały łzy.
- Wiesz, że nie mam telefonu. - odparł, równie cicho.
- Myślałam... - urwała, jakby zawstydzona własną głupotą.
- Że nie chcę cię znać? - podpowiedział, na co Effie pokiwała lekko głową. Jej policzki pokryły się rumieńcem. - Dlatego nie przyjeżdżałaś?
Znów pokiwała głową, najwyraźniej bardziej zażenowana, niż to pokazywała. Uśmiechnął się pod nosem, rozbawiony jej tokiem myślenia. Dziwna z niej była kobieta. Była inteligentna, ale w niektórych momentach zachowywała się naprawdę niedorzecznie.
Effie puściła jego szyję i chcąc nie chcąc, także ją puścił. Ujęła jego ramię, zupełnie jak za starych czasów, kiedy byli tylko mentorem i opiekunką i pociągnęła za sobą, tak że teraz oboje opierali się o barierkę. Spojrzała na niego z uśmiechem na twarzy.
- Skąd wiedziałeś, że będę akurat tutaj? Przecież mogłam być wszędzie.
- Uwielbiasz fajerwerki. - wyjaśnił, wzruszając ramionami. - A kiedyś wspominałaś, że z tego budynku jest najlepszy widok. Czasami słucham tego co mówisz, skarbie.
- Kto by pomyślał. - uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
- Dlaczego tak bardzo je lubisz? Fajerwerki.
Naprawdę chciał wiedzieć. W Dwunastce nie było fajerwerków. Zbyt łatwo cały dystrykt mógł pójść z dymem. Więc nie rozumiał co może być ciekawego w hukach i błyskach. 
- Kiedy byłam mała, mój dziadek mnie tutaj przyprowadzał. - wyjaśniła. - Mówił, że jest to coś magicznego.
- Magicznego? - zapytał Haymitch, rozbawiony. Pokiwała głową.
- Tak. Twierdził, że magiczne rzeczy, powinno się oglądać z osobami, które się kocha. Dlatego mnie tu przyprowadzał.
Haymitch się zamyślił. Wiedział co jej dziadek miał na myśli, mówiąc, że magiczne rzeczy powinno się oglądać z osobami, które się kocha. Kiedy ogląda się je z niewłaściwymi osobami, nawet najbardziej niezwykła rzecz, może zmienić się w coś niewartego uwagi.
- Więc... Mogę obejrzeć je z tobą? - jego głos był niższy, niż jeszcze chwilę wcześniej. Przyglądał jej się uważnie. Effie spojrzała na niego, ale szybko odwróciła wzrok, spoglądając na niebo. Znów się zaczerwieniła.
- Tak. Tak myślę. - jej szept prawie zniknął wśród muzyki, rozmów i szumu wiatru. Uśmiechnął się szeroko. Nigdy nie był dobry w mówieniu o uczuciach. Zbyt często w przeszłości, ludzie do których mówił w ten sposób, cierpieli, a przeszłość zostawia po sobie ślady. Jednakże te czasy minęły.
- Dziesięć!... Dziewięć!... Osiem!... - muzyka ucichła i ludzie zaczęli odliczanie.
Spojrzeli na siebie, zupełnie zapominając o obecności innych osób. Nie liczyło się nic więcej, oprócz tego, jak w tej chwili jej niebieskie oczy błyszczały. Bez sztucznych rzęs i całego makijażu, mógł bez przeszkód zobaczyć ten szafirowy odcień.
- Trzy!... Dwa!... - krzyczeli ludzie.
Haymitch w ułamku sekundy, nachylił się w stronę Effie i ich usta złączyły się w pocałunku. Słodki i niespieszny pocałunek, uwolnił z jego ciała całą tęsknotę, którą odczuwał przez cały miniony rok. Po tym, jak Effie objęła go w pasie, poznał, że jej tęsknota dorównywała jego. Ujął jej twarz w swoje dłonie, nie chcąc przerywać tej wspaniałej chwili.
W powietrzu zaczęły wybuchać fajerwerki. Ludzie zaczęli krzyczeć z radości, muzyka znów zabrzmiała, jednak dla nich się to nie liczyło. Właśnie trwali w swojej własnej, małej nieskończoności i żadne przyziemne rzeczy nie miały dla nich znaczenia. Jedyne co się liczyło było to, że czuli swoją bliskość i że właśnie zaczęli nowy rok. Bez wątpienia, ten rok, zapowiadał się o wiele lepiej, niż poprzedni.

środa, 30 grudnia 2015

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 14

Wszystko działo się tak szybko. W jednej chwili skoczył do wody, głową do dołu, a już w następnej płynął w stronę Rogu Obfitości. Przez wodę nie widział, co robi reszta uczestników, ale wiedział, że musi się spieszyć. Rzeź przy Rogu, nigdy nie była miłym widowiskiem.
Kiedy tak płynął, poczuł, że zaczyna go kłuć w płucach. Adrenalina buzowała w jego żyłach i po raz pierwszy od bardzo dawna, poczuł, że żyje. Nie egzystuje, ale naprawdę żyje. Starał się stłumić to uczucie. Wiedział, że jeśli mu się podda, zamieni się w maszynę do zabijania.
Dopłynął do Rogu Obfitości, dokładnie w tym samym momencie, w którym Katniss i Finnick. Szybko chwycił za topór i nóż. Katniss już miała łuk, a Finnick trójząb. Dziewczyna wycelowała w Finnicka i właśnie chciała strzelić. Haymitch podbiegł do niej i schwycił jej ramie.
- Sojusznik. - rzucił szybko i zerknął na Finnicka. Nie mógł uwierzyć, ale ten się uśmiechał.
Katniss nie wyglądała na zadowoloną, ale opuściła łuk.
- Padnij! - krzyknął Finnick i zrobili to co kazał. W sekundę później, trójząb przeleciał nad ich głowami i wbił się w pierś zawodnika z Piątki. Ciało spadło do wody, jednak Finnick, szybko wyrwał trójząb.
- Gdzie Mags? - zawołał Haymitch, starając się nie myśleć o tym, że właśnie zginął ktoś, kogo znał. Rozejrzał się dookoła. Wielu zawodników miało problem z wydostaniem się z platform. Większość z nich, nigdy nie miała do czynienia z pływaniem. Jednak na powierzchni wody, mogli dostrzec burzę białych włosów, która kierowała się w ich stronę. Haymitch odetchnął z ulgą. Finnick by się załamał, gdyby coś jej się stało.
- Powinniśmy się zbierać. - zawołała Katniss. Miała rację, coraz więcej zawodowców zaczęło dopływać do wyspy, jeszcze chwila i zacznie się rzeź.
- Mags! - krzyknął Finnick, po czym wskazał na plażę. Staruszka zmieniła kierunek, w którym płynęła.
Cała trójka skoczyła do wody i już po kilku minutach wyszli na plażę, ociekając wodą. Haymitch czuł, że powinni trzymać się z dala od dżungli, ale w miejscu w którym stali, byli łatwym celem. Musieli się ukryć, znaleźć wodę i postarać się przetrwać.
Finnick zarzucił sobie Mags na plecy, niczym plecak i wbiegli szybko pomiędzy drzewa. Jak najdalej od plaży i od krwawej jatki. Starał się nie myśleć o tym, kto zginął. Ilu jego znajomych, z którymi spędzał czas co roku, zdążyło już pożegnać się z życiem?
Kiedy znaleźli się już dostatecznie głęboko wśród drzew, zwolnili kroku. Było gorąco i parno. Już po kilku godzinach marszu, poczuł pragnienie. Musieli być w sektorze znacznie oddalonym od godziny dwunastej, bo minęło sporo czasu, a wciąż nic ich nie zaatakowało.
Postanowili rozbić w tym miejscu mały obóz. Katniss zaoferowała się, że rozejrzy się dookoła za jakimiś jadalnymi roślinami. Kiedy Haymitch zaproponował, że pójdzie razem z nią, wytrzeszczyła na niego oczy, ale nie powiedziała nic więcej. Nie mógł pozwolić, żeby coś ich rozdzieliło. Jeśli Katniss stanie się krzywda, cały plan pójdzie na marne. Odeszli kilka kroków, poza zasięg słuchu Finnicka i Mags.
- Dlaczego ich w to wciągnąłeś? - syknęła cicho Katniss, kucając przy kępce jakichś roślin. Obejrzała je bardzo dokładnie, po czym zmarszczyła nos i zostawiła je w spokoju. - Nie jedz ich. - ostrzegła.
- Potrzebujemy sojuszników. - powiedział spokojnie.
- Ach, tak? - prychnęła dziewczyna. - No to, kiedy przyjdzie czas, twoim zadaniem będzie ich zabić.
Haymitch zacisnął zęby. Wiedział doskonale, że do niczego takiego nie dojdzie, jednak wiedział też, że wciąż była masa rzeczy, które mogły się nie udać.
- Chcesz wrócić do Peety? Jeśli tak, to nie narzekaj. - puszczały mu nerwy.
- A co z tobą? - odgryzła się, spoglądając mu prosto w oczy. - Czyżbyś powiedział Effie, żeby na ciebie nie czekała?
Nie odezwał się. Po prostu patrzył na nią, buzując ze złości. Dlaczego ta dziewczyna musiała być taka trudna? Dlaczego nie mogli jej powiedzieć o planie, zanim znaleźli się na arenie? Powód był jasny i sam go podał Plutarchowi, Katniss nie umie grać. Nie umiałaby udawać, chociażby od tego zależało jej życie... Co mogli doskonale zauważyć na Tournee. Musiała wierzyć, że wszystko co się dzieje, jest naprawdę. Jednak w tej chwili, Haymitch przeklinał samego siebie za to, że nie pozwolił jej wtajemniczyć.
- Błagam cię, powiedz, że nie powiedziałeś tego Effie. - jej spojrzenie złagodniało.
- Nie powiedziałem. - odpowiedział cicho. Katniss przyglądała mu się jeszcze przez chwilę, po czym pokiwała głową. Nie sądził, żeby mu uwierzyła.
Ale on obiecał Effie, że do niej wróci i miał zamiar dotrzymać tego słowa.
- Jest jakiś problem? - rozległ się głos za ich plecami. Haymitch odwrócił się i zobaczył Finnicka, który stał kilka kroków od nich. Ich spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. Haymitch miał wrażenie, że Finnick chce mu coś powiedzieć, jednak to wrażenie szybko minęło.
- Nie mogę znaleźć jadalnych roślin. - powiedziała Katniss, wstając z kucek. - Będziemy musieli sobie jakoś poradzić. Może za jakiś czas pojawią się jakieś zwierzęta. Można by też zaryzykować wyjście na plażę, żeby sprawdzić czy w tym jeziorze nie ma ryb.
- Plaża odpada. - rzucił Haymitch. - Zawodowcy już pewnie tam są. Powinniśmy iść dalej naprzód. Każda arena kiedyś się kończy.
Kiedy tylko wypowiedział te słowa, w jego głowie pojawiło się wspomnienie. Dokładnie dwadzieścia pięć lat temu, wypowiedział to samo zdanie. A kiedy wrócił do domu, okazało się, że jego matka, braciszek i dziewczyna, nie żyją. Oddech mu przyspieszył, miał problem z przełykaniem. Jego duchy wróciły i znów zaczęły go nawiedzać. Potrzebował alkoholu, bardzo.
- I tak nie możemy tutaj siedzieć i czekać, aż zawodowcy nas znajdą. - wtrącił Finnick.
Finnick znów wziął Mags na plecy. Zatarli po sobie wszelkie możliwe ślady i ruszyli w dalszą drogę. Haymitch miał nadzieję, że Plutarch się pospieszy. Nigdy nie dał mu jasno znać, kiedy ich uwolnią, jednak miał nadzieję, że nastąpi to jak najszybciej. Po Chaffie i Seeder nie było śladu i Haymitch już zaczął tracić nadzieję. Prawdopodobnie jego przyjaciel zginął w rzezi przy Rogu. Spojrzał w górę, starając się przebić wzrokiem korony drzew. Do zachodu słońca, zostało jeszcze kilka godzin. To znaczyło, że jeszcze kilka godzin, a na niebie pojawią się zdjęcia poległych.
Haymitch zamyślił się tak bardzo, że nie zdał sobie sprawy z tego, że wyprzedził swoich towarzyszy i teraz ich prowadził. Nie zdawał sobie również sprawy z tego, że znalazł się niebezpiecznie blisko pola siłowego, a kiedy usłyszał krzyk Katniss, było już za późno.
Wszystko pociemniało.
***
- Nie! - usłyszała swój własny krzyk, który zmieszał się z krzykiem Katniss. Nie zarejestrowała tego, że się przemieszcza, ale w następnej chwili znajdowała się już przy dużym ekranie telewizora. Wpatrywała się w jego nieruchome ciało, które sekundę temu wyleciało w powietrze, odrzucone przez pole siłowe, a które teraz leżało kilka metrów dalej.
- Rusz się. - powtarzała szeptem. Bała się chociażby mrugnąć, żeby nie przegapić jakiejś oznaki życia. - Rusz się.
Jej głos się załamywał. Ręce zaczęły jej się trząść. Czuła, że w jej gardle wzbiera szloch, który stara się wydostać. Po jej policzkach zaczęły spływać łzy, rujnując jej makijaż, ale nie dbała o to. W tej chwili najbardziej się dla niej liczyło to, co działo się na arenie.
Finnick zaczął uciskać klatkę piersiową Haymitcha i Effie zagryzła dolną wargę. Wiedziała co starał się zrobić, jednak wiedziała też, że serce przestało już bić. Wiedziała to, ponieważ czuła okropną pustkę, w miejscu, gdzie powinno być jej własne serce.
- Niewiarygodne. - odezwał się głos Claudiusa Templesmitha. - Wygląda na to, że Finnick Odair stara się uratować Haymitcha Abernathy. Niewiarygodne.
Kiedy Finnick pochylił się nad Haymitchem przykładając swoje usta do jego, pompując powietrze w jego płuca, Effie wstrzymała oddech. Finnick oderwał się od Haymitcha i już miał zamiar znów zacząć uciskać jego klatkę piersiową, kiedy Haymitch zachłysnął się powietrzem, odkaszlnął i otworzył oczy.
- Zabieraj tą paszczę. - mruknął Haymitch, odsuwając się od Finnicka.
Ulga jaka oblała ciało Effie, była niewypowiedzialna. Poczuła, że może normalnie oddychać. Zdała sobie też sprawę, że ktoś trzyma rękę na jej ramieniu. Nie odwróciła głowy od ekranu, chcąc mieć absolutną pewność, że wszystko jest dobrze.
- Miłe powitania, nigdy nie były twoją mocną stroną. - powiedział Finnick, oddychając z ulgą.
- Dlaczego mnie całowałeś? - Haymitch podniósł się do pozycji siedzącej. Wciąż wyglądał na lekko skołowanego, ale żył.
- Nie śmiał bym. - wyszczerzył się Finnick. - Ale Effie by mnie zabiła, gdybym pozwolił ci umrzeć.
Effie cicho się zaśmiała przez łzy. Miał rację.
- Już dobrze. - usłyszała pełen ulgi szept Peety. - Żyje.

niedziela, 27 grudnia 2015

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 13

Effie obudziła się nad ranem. Z początku, nie wiedziała co ją obudziło, jednak po chwili zdała sobie sprawę. Było jej zimno. Mimo iż była przykryta kołdrą, czuła chłód. A wszystko dlatego, że nie obejmowało jej, jego silne ramie. Usiadła na łóżku, podciągając kołdrę pod samą szyję, żeby okryć swoje nagie ciało. Rozejrzała się po pokoju, ale go tam nie było.
- Haymitch? - rzuciła w pustkę. Odpowiedziała jej cisza.
Poczuła ucisk w klatce piersiowej. Miała problem z oddychaniem. Jej serce obijało się o jej żebra i miała wrażenie, że jeszcze chwilę i wyskoczy z jej piersi. Tak naprawdę czuła, jakby czegoś jej w tym sercu brakowało. Zupełnie jakby zabrał ze sobą jego połowę.
Czuła palące łzy pod powiekami. Spojrzała na drugą stronę łóżka, gdzie jeszcze kilka godzin temu, leżał, pogrążony we śnie. Na jego poduszce, coś leżało. Otarła łzy, żeby odzyskać ostrość widzenia. Wzięła ową rzecz do ręki i okazało się, że jest to kwiat. Tulipan. Uśmiechnęła się słabo przez łzy.
Na poduszce leżało coś jeszcze. Złożony kawałek papieru. Kiedy go rozwinęła, poczuła, że łzy tylko przybierają na sile. Na papierze, koślawym pismem, zostało zapisane pięć słów.
"Zawsze do ciebie wrócę, skarbie."
***
Bolała go głowa. Potrzebował drinka, ale wiedział, że nie ma na to teraz czasu. Jeśli teraz się napije, nie będzie mógł się skupić, a potrzebował trzeźwego umysłu, żeby utrzymać Katniss przy życiu.
Poduszkowiec zabrał go rano do tuneli, które prowadziły na arenę. Kiedy wychodził z pokoju, nie mógł przestać spoglądać na Effie, która była pogrążona we śnie. Wyglądała tak spokojnie. Zamykając za sobą drzwi, miał wrażenie, że właśnie coś stracił. Szybko jednak przestał o tym myśleć. Nie mógł tak myśleć. Obiecał jej, że wróci i dotrzyma tego słowa.
Siedział w pomieszczeniu, w którym trybut miał czekać na swojego mentora, żeby ten dał mu ostatnie wskazówki. Ubrany w srebrny kostium, który ciasno przylegał do jego ciała, zupełnie jak druga skóra. Wiedział wszystko na temat areny. Plutarch zdradził mu wszystkie szczegóły, żeby łatwiej mu było trzymać się planu. Wiedział o zegarze i o piorunowym drzewie. Miał tylko nadzieję, że nie będzie musiał zabić nikogo ze swoich przyjaciół. Zdawał sobie sprawę, że byłby do tego zdolny i właśnie to go martwiło. Że z łatwością mógłby znów zamienić się w bezwzględnego zabójcę.
Drzwi do pomieszczenia się otworzyły i do środka wszedł Peeta. Wyglądał na rozdartego. Prawdopodobnie właśnie pożegnał się z Katniss. Haymitch mógł zobaczyć w jego oczach, że chłopak jest zmęczony nową rolą. Wiedział, jak to jest, kiedy posyła się kogoś na arenę, ze świadomością, że może się już tej osoby nie zobaczyć.
- Jak się czujesz? - zapytał chłopak, podchodząc i siadając obok niego na czymś co przypominało kanapę.
- Paskudnie.
- Jesteś trzeźwy? - zmrużył oczy, jakby chciał wykryć jego kłamstwo.
- Niestety. Bardziej trzeźwy, byłem chyba tylko przy narodzinach.
Żart pozostał bez odpowiedzi. Brzmiał bardziej, jak westchnienie.
- Pamiętasz o wszystkim, prawda? - upewnił się Haymitch. - Musimy mieć pewność, że...
- Wiem. - przerwał mu Peeta. - Rozmawiałem wczorajszej nocy z Plutarchem. Powtarzałem wszystko już setki razy. Znam każdy szczegół na pamięć.
- Dobrze. - pokiwał głową.
Czuł jakby w jego brzuchu nadymał się balon, który tylko czeka na to, żeby wybuchnąć w odpowiednim momencie. Był na skraju przepaści. Chciał wybiec z tego pomieszczenia i uciec, jak najdalej się da. Zamiast tego położył dłoń na ramieniu chłopaka i odetchnął głęboko. Spojrzał mu w oczy i powiedział
- Spokojnie, dzieciaku. Katniss nic nie będzie. Wszystko się uda i zobaczysz ją, zanim się obejrzysz.
- A co z tobą? - zapytał, przyglądając mu się uważnie. Jednak Haymitch miał w głowie gotową odpowiedź.
- Już o tym rozmawialiśmy. Zrobię wszystko, żeby nic się jej nie stało.
Zapadła cisza. Doskonale wiedział, co Peeta chciał powiedzieć. Już mieli za sobą tą rozmowę. Nie miał zamiaru znów jej powtarzać.
- Zajmij się Effie, dobrze? - powiedział po chwili. Musiał to z siebie wyrzucić. Mieć absolutną pewność, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Bo przecież było tyle rzeczy, które mogły pójść nie tak. Mogli polec, już na samym starcie. A wtedy, musiał mieć pewność, że Effie nic się nie stanie. Że będzie bezpieczna.
- Będzie w dobrych rękach. - przysiągł chłopak, poważnym głosem. - Postaraj się wrócić. Nie chcę, żeby miała złamane serce.
No to jest nas dwóch, pomyślał.
- Trybucie, proszę zająć miejsce na platformie. Masz minutę. - rozległ się głos, dochodzący z głośnika w kącie.
Wstali z kanapy i podeszli do platformy. Haymitch spojrzał na nią z rezygnacją. Miał okropne deja vu. I nie podobało mu się, że to uczucie przywodziło mu na myśl tyle wspomnień. Odwrócił się, żeby jeszcze raz spojrzeć na Peetę. Chłopak uścisnął go krótko, po czym odsunął się o krok.
- Niedługo się zobaczymy. - powiedział pewnie.
- Ostatnia rada? - zapytał Haymitch.
- Nie daj się zabić. - odpowiedział chłopak po chwili. Haymitch nie mógł nic poradzić na słaby uśmiech, który pojawił się na jego ustach.
Wszedł na platformę i patrzył jak szklana tuba osuwa się dookoła niego. Czuł się jak w pułapce. Ostatnie spojrzenie na Peetę, który kiwnął krótko głową i platforma już podnosiła się do góry. Chwilę później został oślepiony jasnym, ostrym światłem. Kiedy jego oczy, przyzwyczaiły się do rażącego słońca, zobaczył, że stoi na maleńkiej wysepce, a dookoła niego znajdowała się woda. Po jego prawej stronie stała Katniss, która wyglądała, jakby walczyła ze łzami. Coś było nie tak. Po lewej stronie dostrzegł Chaffa. Ich oczy się spotkały i przyjaciel kiwnął do niego nieznacznie głową. Na przeciwko niego, na wyspie podobnej do tej, na której właśnie stał, znajdował się Róg Obfitości. Wśród wszystkich broni, dostrzegł topór i nóż. To mogła być jego szansa. Jednak nie mógł się ruszyć, dopóki Katniss nie zrobi tego pierwsza. Nie mógł pozwolić, żeby ich rozdzielono. Musieli działać razem. Dookoła nich, poza wodą, znajdowała się plaża, a później dżungla. Haymitch doskonale wiedział, co tam na nich czeka. Jednak teraz nie było już odwrotu. Właściwie, to nigdy go nie było.
- Witajcie, trybuci! - rozległ się donośny, tubalny głos Claudiusa Templesmitha, komentatora igrzysk. - Siedemdziesiąte piąte Głodowe Igrzyska, uważam za otwarte! Niech los, zawsze wam sprzyja.
Rozległ się drugi głos, który zaczął odliczać od dziesięciu w dół. Haymitch zerknął w stronę Katniss. Dziewczyna wyglądała, jakby miała zamiar skoczyć do wody, w stronę Rogu Obfitości. Spojrzał w tamtą stronę i przyjrzał się broni, jeszcze raz. Już po chwili dostrzegł łuk i kołczan. Oczywiście, pomyślał. Przeklęta dziewczyna, wpędzi nas wszystkich do grobu.
Nie było czasu, na zastanowienie się dwa razy. Spojrzał w dół na wodę. Była głęboka, ale wiedział, że nie utonie. Kombinezony miały wbudowane coś na kształt poduszek, które miały utrzymać wszystkich na powierzchni. Inaczej igrzyska byłyby nudne, a zwycięstwo Czwórki, byłoby oczywiste.
- Trzy... Dwa... - wziął głęboki oddech. - Jeden.
Usłyszał wystrzał z armaty i w tym samym momencie, wskoczył do wody.
___________________________________________________________________
Dziś krótko, jednak mam nadzieję, że jutro też uda mi się coś dodać.
Miłego wieczoru, Robaczki!

środa, 23 grudnia 2015

Have Yourself A Merry Little Christmas.

Wesołych świąt! ♥
Postanowiłam Wam "sprezentować" króciutki, świąteczny one-shot, o Haymitchu i Effie, w czasach po rebelii. Może nie jest najlepsze, ale bardzo mi się podoba. Mam nadzieję, że Wam również!
To opowiadanie, nie ma żadnego związku z moim Ff.
Życzę Wam wszystkim duuużo książków pod choinką! ♥
(MUZYKA)
_______________________________________________________________________
Zima w Dwunastym Dystrykcie, zawsze była mroźna. Ten rok nie był wyjątkiem. Za oknem sypał śnieg i z trudem można było dostrzec światła w domu naprzeciwko. Państwo Mellark, postanowili, że w tym roku, chcą spędzić święta sami, ze swoją nowo narodzoną córeczką. Haymitch nie miał nic przeciwko, bo obiecali, że wpadną na następny dzień. Tym bardziej, że w tym roku, on również nie był sam.
Kilka dni temu, w progu jego drzwi, stanęła kobieta, ubrana w ciepły, brązowy płaszcz, czapkę, szalik i rękawiczki. Spod czapki spływały na jej ramiona, blond włosy. Nie poznałby jej, gdyby nie jej intensywnie niebieskie oczy. Szafirowe tęczówki, wyzwoliły w nim wspomnienia, które od dawna nie dawały mu spokoju. Mimo, że rozmawiał z nią codziennie przez telefon, nie wyobrażał sobie, że aż tak się zmieniła. Zniknął makijaż, monstrualne szpilki, peruki i ekstrawaganckie sukienki.
Effie Trinket, nie wyglądała już jak opiekunka trybutów. Nie wyglądała jak nieczuły robot. Wyglądała jak człowiek. Oczywiście niektóre rzeczy się nie zmieniają. Gdy tylko zrozumiał, kto przed nim stoi, wpuścił ją do środka, a ona zaczęła go przepraszać; mówić, że okazała brak manier, zjawiając się tak bez zapowiedzi. Jednak, jedyne co zrobił, to zamknął ją w silnym uścisku, bo chcąc tego czy nie, bardzo za nią tęsknił.
Przez te kilka dni, Effie zdążyła przewrócić jego życie do góry nogami. W całym domu pojawiły się świąteczne dekoracje. W salonie stała duża choinka, którą sam ściął w lesie. Effie powiedziała, że zajmie się jej ubieraniem. Pozwolił jej na to, bo wiedział jak bardzo lubi zajmować się takimi rzeczami.
Haymitchowi właśnie udało się rozpalić ogień w kominku. Wesoły ogień trzaskał beztrosko, bijąc ciepłem. Wiedział, że Effie nie jest przyzwyczajona do takich mrozów, więc starał się jak mógł. Miała na sobie jego gruby, czerwony sweter. Był na nią o wiele za duży, ale nie wydawała się tym zmartwiona. Musiał przyznać, że wyglądała uroczo.
Z radia płynęła cicha muzyka, która wypełniała dom w wprowadzała świąteczny nastrój. Święta w Dwunastym Dystrykcie, nigdy nie były duże. Ludzie nigdy nie mieli wystarczająco dużo pieniędzy, żeby świętować. Teraz wszystko się powoli zmieniało.
- Możesz mi pomóc? - jej głos dobiegł go, z drugiego końca pokoju.
Odwrócił się od kominka i zobaczył, jak stoi przed kompletnie ubraną choinką. Spoglądała na czubek drzewka, w jej ręce dostrzegł złotą gwiazdę. Wstał i podszedł do niej, jego ramiona oplotły ją w talii. Oparł swoją brodę o jej ramię. Nie było to nic nadzwyczajnego. A może raczej było, bo wcześniej musieli się z tym ukrywać. Teraz, po rebelii, nie musieli się już bać, że ktoś wykorzysta ich uczucia, do skrzywdzenia drugiej osoby.
Pocałował ją w szyję, w to szczególne miejsce, tuż za jej uchem. Nie musiał widzieć jej twarzy, żeby wiedzieć, że się uśmiecha.
- W czym ci pomóc, skarbie? - zapytał, pocierając swoim nosem o jej szyję. Przy każdym jego słowie, jego usta ocierały się o jej skórę. Usłyszał westchnięcie, co sprawiło, że momentalnie się uśmiechnął.
- Rozpraszasz mnie, Haymitch. - wyrzuciła, jednak przechyliła lekko głowę, dając mu lepszy dostęp do jej szyi.
- Ach, tak? - mruknął, po czym znów pocałował ją, za uchem. Poczuł jak zadrżała w jego ramionach. - W czym mam ci pomóc? - zapytał jeszcze raz, wypuszczając ją z ramion i stając koło niej.
- Chciałam, żebyś umieścił gwiazdę na czubku choinki. - powiedziała po chwili, dochodząc do siebie.
Haymitch rzucił spojrzenie na choinkę. Bombki i łańcuchy idealnie umieszczone dookoła drzewka. Lampki świeciły, dodając uroku. Choinka była naprawdę duża; może i był wyższy od Effie, ale chyba przeceniała jego możliwości.
- Mam pomysł. - powiedział. - Zaufaj mi.
- Ufam... - jednak nie zdążyła dokończyć zdania, a Haymitch już jednym zwinnym ruchem, posadził ją sobie na plecach, niczym plecak.
Mimo zaskoczenia, tą nagłą sytuacją, Effie wyciągnęła rękę z gwiazdą i umieściła ją idealnie na czubku choinki. Chciał ją postawić, jednak poczuł, że jej ramiona, oplatają jego szyję. Czuł jej oddech na swojej skórze, kiedy wtuliła swoją twarz w jego włosy.
- Dziękuję. - usłyszał szept w swoim uchu, tuż przed tym, jak jej usta złożyły delikatny pocałunek na jego karku.
Effie ześlizgnęła się z jego pleców, a Haymitch obrócił się do niej, żeby spojrzeć jej w oczy. Nigdy nie mówili o swoich uczuciach, jednak kiedy spojrzał w te uderzająco niebieskie oczy, wiedział, że nie musi nic mówić. Na jej twarzy pojawił się uśmiech, jakby doskonale wiedziała o czym myśli.
- Drodzy słuchacze, teraz mamy coś bardziej nastrojowego. - odezwał się głos spikera z radia. - Idealna piosenka na ten świąteczny czas. "Have Yourself A Merry Little Christmas".
Głęboki, męski głos zaczął śpiewać wolną piosenkę i patrząc na Effie, Haymitch mógł powiedzieć, że bardzo jej się spodobała.
- Zatańczysz? - zapytał, wyciągając dłoń. Uśmiech na jej twarzy, tylko się poszerzył. Ujęła jego dłoń, a on przysunął się bliżej, nie pozostawiając między nimi, nawet centymetra odstępu. Jej drugą dłoń umieścił sobie na szyi, po czym sam położył rękę na jej talii.
Zaczęli się delikatnie kołysać, nie odstępując od siebie na krok. Czuł jej policzek na swoim ramieniu. Zanurzył twarz w jej miękkich włosach. Pachniały jak wanilia. Wciąż mu powtarzała, że ma obsesję na punkcie jej włosów. Ale co mógł na to poradzić? Przez tyle lat, widywał ją w peruce, że teraz, kiedy jej nie nosiła, mógł się w końcu nacieszyć. Ich bliskość wciąż sprawiała, że czuł w brzuchu skurcze. Było to miłe uczucie.
Mężczyzna wciąż śpiewał, a jego głos zdawał się owijać wokół nich. Niesamowity, świąteczny nastrój, stworzony tylko przez tą jedną piosenkę.
Czuł spokojne bicie swojego serca i jej równy oddech. Byli spokojni, zrelaksowani w swoich objęciach. Nareszcie, mogli cieszyć się sobą.
Piosenka się skończyła i zaczęła się inna, jednak była szybsza, więc nie można było do niej zatańczyć. Nie odsunęli się od siebie, ani na milimetr. Zatrzymali się i Effie podniosła głowę z jego ramienia, żeby na niego spojrzeć. Jednak sekundę później, jej spojrzenie powędrowało wyżej, na coś pod sufitem. Podążył za jej wzrokiem i zobaczył, że z żyrandola, tuż nad nimi, zwisa...
- Jemioła. - powiedziała cicho Effie. Spojrzał na nią i uśmiechnął się pod nosem.
- Nieźle to sobie zaplanowałaś, skarbie. - odpowiedziała mu uśmiechem, a w jej oczach zabłyszczały iskierki.
- Znasz mnie. Zawsze mam plan. - mrugnęła do niego.
Pochylił się i ich usta się spotkały w powolnym, słodkim i przepełnionym uczuciem pocałunku. W tym jednym geście było zawarte wszystko, co nigdy nie zostało wypowiedziane. Nie musieli mówić tego na głos. Oboje wiedzieli, co czuje ta druga osoba. Odsunęli się od siebie, żeby móc na siebie spojrzeć.
- Wesołych świąt, Effie. - mruknął cicho.
- Wesołych świąt, Haymtich.
Niewątpliwie, były to najlepsze święta w Dwunastym Dystrykcie.

niedziela, 20 grudnia 2015

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 12


Chyba najtrudniejsze zadanie, jakie kiedykolwiek miałam. Ten rozdział jest pisany na podstawie piosenki Adele "All I Ask". A właściwie to, druga część tego rozdziału. Tak genialnie mi pasuje, że nie mogłam się powstrzymać. (MUZYKA) ^^  Mam nadzieję, że rozdział będzie się Wam podobać. ♥
UWAGA: druga część rozdziału, jest bardziej... "zmysłowa", więc jeśli ktoś nie lubi czytać takich rzeczy, to bardzo przepraszam.
+ Jeszcze raz - Aleksandro, bardzo Ci dziękuję za Twoją pomoc! Bez Ciebie, nie ruszyłabym z miejsca. ♥
__________________________________________________________________________
Następny dzień był piekłem. Haymitch nie mógł przestać myśleć o tym, co powiedział i jak bardzo wtedy skłamał. Nic nie znaczy? Problem w tym, że za dużo dla niego znaczyła i teraz, kiedy ją stracił, zdał sobie z tego sprawę z pełną mocą. Bo niewątpliwie ją stracił. Za każdym razem, kiedy próbował ją zagadać i przeprosić, ona zmieniała temat. W jej przepięknych oczach, widział jak bardzo ją zranił. I za każdym razem, kiedy jej wzrok padał na niego z drugiego końca pomieszczenia, czuł okropny ból w sercu.
Jak zwykle, musiał wszystko zepsuć. Mogli spędzić razem całe dwa dni, tuż przed igrzyskami. Teraz było późne popołudnie i zostało zaledwie kilka godzin, przed pójściem wszystkich spać. A oni nawet ze sobą nie rozmawiali.
Nie mógł się pogodzić z myślą, że wróci na arenę, nawet nie mogąc się porządnie pożegnać z osobą, która tak szybko zawładnęła jego światem. Ze świadomością, że to jego wina.
Dlatego wyszedł na godzinę, żeby nie słyszeć jej milczenia. I żeby nie czuć palących skórę spojrzeń, które rzucał mu Peeta. Chłopak nie musiał mu robić wywodów, na temat tego, jak bardzo spaprał sprawę. Sam doskonale o tym wiedział. Siedział teraz w barze, na stołku przy ladzie, dwie ulice dalej od ośrodka. Trzymał w ręce szklankę z whiskey, ale po raz pierwszy nie wypił ani kropelki, odkąd usiadł. Wpatrywał się w złocisty płyn, który teraz kojarzył mu się z kolorem jej włosów, wczorajszego poranka. Tak pięknie wtedy wyglądała.
Spodziewał się, że prędzej czy później, usłyszy jego głos, ale w głębi serca, miał nadzieję, że jednak to nie nastąpi.
- Zły dzień, co? - Chaff usiadł na stołku, obok niego. Haymitch czuł na sobie jego spojrzenie, ale nie odwrócił się, żeby zerknąć na przyjaciela. Zacisnął palce na szklance, przypominając sobie ich ostatnie spotkanie w tym barze.
- Tak jakby. - warknął, po czym w końcu wziął duży łyk. Alkohol wypalał sobie drogę w dół jego przełyku, zostawiając po sobie znajomy, gorzki smak. Jednak, nie pozwoliło mu to się rozluźnić.
- O co chodziło, wtedy, przed windą? - Barman postawił przed Chaffem butelkę i zanim odszedł, rzucił zaniepokojone spojrzenie na Haymitcha. Widać, wciąż miał w pamięci to, jak pobił Chaffa.
- Nie twój interes.
- Słuchaj... - zaczął, ale przerwał, widząc spojrzenie, jakim obdarzył go przyjaciel. Odchrząknął i zmienił temat. - To już jutro.
- Pamiętam, dzięki.
- Chodzi mi o to, co ma się stać.
Haymitch zrozumiał, że Chaff mówi o planie, który przygotował Plutarch. Ścisnęło w dołku. Zapomniał, że jego przyjaciel, również wraca na arenę. I że nie planuje wracać.
Chaff od samego początku powtarzał, że nie ma po co wracać. Nikt na niego nie czeka w Jedenastym Dystrykcie. Mówił, że śmierć jest jedyną ucieczką od igrzysk i że gdy tylko nadarzy mu się okazja, ucieknie.
Poczuł się jeszcze podlej, kiedy spojrzał na tak dobrze znaną mu twarz. Chaff zajął się nim, kiedy w wieku szesnastu lat, wrócił z areny, ledwo żywy. To Chaff powiedział mu, że alkohol pomaga. To z nim spędzał każde kolejne igrzyska, pijąc i rwąc włosy z głowy, starając się uratować dzieciaki, które i tak nie miały szansy na wygraną.
- Na arenie nie będzie na to czasu, więc... - zaczął Chaff, ale zaciął się w połowie zdania. Odchrząknął i kontynuował, wpatrując się uporczywie w butelkę. - Chciałem ci podziękować. Jesteś moim jedynym przyjacielem...
Znów się zaciął, pociągnął zdrowy łyk z butelki i spojrzał na niego. W jego oczach była akceptacja. Akceptacja rychłej śmierci. Uśmiechnął się krzywo.
- A jak Katniss? - Chaff zmienił temat.
- Dobrze się trzyma. - odpowiedział. - Chłopak świetnie się nią opiekuje.
- Robi dobrą minę, do złej gry. - westchnął i znów się napił. - Cholernie ciężko jest iść na arenę, zostawiając za sobą ukochane osoby.
Haymitch wiedział do czego Chaff zmierza. Tym razem go nie powstrzymywał. Westchnął tylko z rezygnacją.
- Ta. - mruknął. - Cholernie ciężko.
- Nigdy w życiu bym nie powiedział, że ty i ta Trinket... - zaczął jednoręki mentor, ale w połowie zdania, postanowił je zmienić. - Zawsze jej broniłeś, ale nigdy bym nie przypuszczał, że to dlatego... Niezły z ciebie numer, koleżko.
Haymitch spojrzał na swojego przyjaciela. Na tego, który był mu jak rodzina. Jak brat. Poczuł, że jego klatka piersiowa jest ściśnięta. Wziął kolejny łyk ze szklanki, tym razem, kompletnie nie czując smaku alkoholu.
- To ja powinienem ci podziękować. - powiedział Haymitch. - Byłeś przy mnie, kiedy nie było nikogo innego. Będę za tobą tęsknić.
Cisza, która między nimi zapadła była nie do zniesienia. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale wiedział, że nie musi. Chaff go rozumiał. Patrzyli na siebie przez kilka bardzo długich sekund, aż w końcu Chaff się odezwał.
- Nie myśl sobie, że to znaczy, że nie skorzystam z okazji, żeby skopać ci dupę.
Haymitch się roześmiał. Nie był to prawdziwy śmiech, ale "pijacki rechot", którego używał tak samo, jak Effie używała swojej maski opiekunki trybutów.
***
Nie było aż tak późno, kiedy wrócił do apartamentu, jednak wszędzie było cicho. Światła były zgaszone. Prawdopodobnie Effie zarządziła ciszę nocną, żeby wszyscy się porządnie wyspali. Z jednej strony czuł rozczarowanie, a jego poczucie winy tylko wzrosło, że zranił ją do tego stopnia, że nawet się nie pożegna. Jednak z drugiej strony, był wdzięczny. Naprawdę nie chciał patrzeć, jak ta drobna istota płacze.
Wszedł do swojego pokoju. Postanowił wziąć ostatni prysznic, więc ruszył do łazienki. Rozebrał się i stanął pod strumieniem ciepłej wody. Starał się zapamiętać, jakie to uczucie, kiedy woda obmywa ciało, ale szybko dał sobie z tym spokój. Nie był w nastroju na sentymenty.
Umył się od stóp do głów, skupiając się maksymalnie na każdej czynności, żeby tylko odciągnąć swoje myśli od Effie i od tego, żeby pójść do jej pokoju. Skoro na niego nie zaczekała, to znaczy, że nie chce go widzieć.
Woda wciekała mu do oczu, ale nie dbał o to. Kiedy skończył, wytarł się ręcznikiem, zostawiając mokre włosy. Owinął się ręcznikiem w pasie. Stanął przed lustrem; jego odbicie, wyglądało na zmęczone. Westchnął ciężko, po czym nałożył na twarz piankę, wziął do ręki maszynkę i zaczął się golić. Pewnymi ruchami, ściągał kolejne warstwy pianki, odkrywając tym samym, gładką skórę. Opłukał twarz, pozbywając się resztek białej piany i mając ochotę się utopić. Przez cały czas miał wrażenie, że niewidzialna ręka ściska jego serce, utrudniając mu bicie. Naprawdę się starał, ale Effie zajęła cały jego umysł i cokolwiek by nie robił, nie mógł przestać o niej myśleć. Była w każdej czynności. W każdym oddechu.
Otworzył drzwi łazienki i wrócił do pokoju. Jego włosy ociekały wodą, a kropelki spływały w dół po jego szyi i ramionach. Nie dbał o to.
Stał odwrócony plecami do drzwi, ale i tak usłyszał, że ktoś wszedł. Bardzo ciche i delikatne kroki. Serce zabiło mocniej. Odwrócił się, doskonale wiedząc, kogo tam zobaczy.
I oto stała, u progu jego pokoju. Bez makijażu. Bez peruki. Bez wysokich szpilek i dopasowanych sukienek. Jej miodowo-złote loki opadały na jej ramiona. Jej porcelanowa cera, kontrastowała z szafirowymi oczami, które wpatrywały się intensywnie w jego twarz. Ubrana w różowy, jedwabny szlafrok. Była boso.
Nie powiedziała ani słowa. Nie musiała. Wszystko to, co oboje chcieli sobie powiedzieć, zawisło w powietrzu, opuszczając ich ciała i dając im odetchnąć. To była ich ostatnia noc, nie mogli jej zmarnować na wyrzucanie z siebie słów, które tak naprawdę, zostały już wypowiedziane.
Podeszła do niego powoli, jakby wciąż nie była pewna, co dokładnie chce zrobić. Nie ruszał się, pozwalając jej podejść tak blisko, jak tylko ma ochotę. Nie spuszczali wzroku ze swoich oczu. Miał wrażenie, że utonął w tej głębi oceanu. Kiedy się zatrzymała, ich ciała prawie się stykały.
Wyciągnęła rękę i delikatnie przejechała opuszkami, po jego piersi, przyprawiając go o dreszcze. Schwycił jej dłoń, która wciąż wędrowała po jego torsie i przycisnął ją do swojego serca. Teraz oboje mogli poczuć, jak mocno bije.
Jej druga dłoń, przejechała po jego ramieniu w górę, lądując na jego barku, a później na szyi, wysyłając iskry i podpalając, każdy jego nerw. Stanęła na palcach i ich usta, niespodziewanie spotkały się w pocałunku. Haymitch zamknął oczy, oplatając ją w talii, przyciągając jeszcze bliżej do siebie i rozkoszując się słodyczą jej ust. Ich wargi ocierały się o siebie, z początku delikatnie, a już po chwili spragnione swojego dotyku. Pocałunek zabrał im ostatni oddech, więc Haymitch odsunął się tylko o milimetr, przyciskając swoje czoło do jej czoła.
- Effie... - westchnął, pozbawiony tchu. Kiedy się odezwał, ich usta znów się o siebie otarły.
- Ciii... - szepnęła. - Wszystko zepsujesz.
Tak więc, zamiast dokończyć zdanie, pocałował ją jeszcze raz, nie mogąc się powstrzymać. Haymitch nie wiedział w jaki sposób się to stało, bo nie przypominał sobie, żeby się przemieszczał, ale nagle wylądował plecami na łóżku, ciągnąc za sobą Effie. Obrócił się i teraz to ona leżała pod nim. Jego usta wędrowały powoli po linii jej żuchwy, a później w dół szyi. Kiedy pocałował ją w obojczyk, usłyszał ciche westchnienie.
Chwycił za pasek, który przytrzymywał jej szlafrok i jednym ruchem go rozwiązał. Effie usiadła, sięgając swoimi wargami jego ust. Zsunął jedwabny materiał z jej ramion, odsłaniając gładką, kremową skórę. Chłonął wzrokiem ten widok, starając się zapamiętać każdy szczegół. Chciał zapamiętać to, jak pięknie wyglądała, naga na jego łóżku, z błyszczącymi oczami. Jego dłonie wędrowały po jej ciele, pieszcząc, najlżejszym dotykiem.
W ułamku sekundy, ręcznik, który wciąż oplatał jego biodra, znalazł się na podłodze. Wpił się w usta Effie, a ona oddała pocałunek z równie wielką żarliwością. Całowała go gorączkowo, jakby chciała w tym jednym pocałunku wyrazić swoją miłość i pożądanie, wiedząc, że ma ku temu jedyną i ostatnią okazję.
Haymitch przyciągnął Effie do siebie jeszcze bliżej, tak, by móc czuć ją całym ciałem. Przez chwilę jeszcze spoglądał jej w oczy: było w nich wszystko, czego tylko mógłby pragnąć: pożądanie. Namiętność. Miłość. Nie wahał się ani sekundy dłużej, a ich ciała spotkały się ze sobą w najbardziej intymny sposób. Ich dłonie splatały się ze sobą, zupełnie jak ich całe ciała. Ciepłe oddechy mieszały się w jeden wspólny oddech. Współgrali, jakby byli stworzeni do tego, żeby być ze sobą.
***
Leżeli na łóżku, zaplątani w kołdrę i w swoje ramiona. Głowa Effie spoczywała na jego nagiej piersi. Wodził bezwiednie dłonią, po jej plecach, w górę i w dół. Oddychali równocześnie, zupełnie jak jeszcze chwilę temu. Haymitch czuł spokój, jednak w jego głowie szalała burza. Niedługo noc się skończy. Nastanie ranek, a wraz z pobudką słońca, rozpoczną się igrzyska.
Po raz pierwszy w jego głowie, zrodziła się myśl, że jeśli umrze, ktoś za nim zapłacze. A on nie chciał, żeby Effie płakała. Nie mógł znieść tego obrazu, więc szybko wyrzucił go z głowy.
Poczuł, że Effie, zaczyna zasypiać. A przecież miał jej jeszcze tyle do powiedzenia.
- Effie? - mruknął cicho.
- Hmm? - wymamrotała sennie. Wtuliła policzek w jego szyję.
- Muszę ci coś powiedzieć.
Spojrzała na niego, a kiedy zobaczyła, że ma poważny wyraz twarzy, oparła się na łokciu, żeby móc lepiej mu się przyjrzeć. Nie było śladu po senności. Zniknęła jak bańka.
- Przyjdzie taki czas... - zaczął Haymitch ostrożnie, nie chcąc zdradzać zbyt wiele szczegółów. - Na igrzyskach... Może się coś wydarzyć.
- Co takiego? - nie spuszczała wzroku z jego oczu. Marszczyła brwi, starając się zrozumieć.
- Cokolwiek się stanie, musisz mi obiecać, że pójdziesz z Peetą i Plutarchem.
Wsparł się na łokciu, żeby ich twarze były na tym samym poziomie. Wtulił dłoń w jej policzek i potarł go kciukiem, zatrzymując się na dolnej wardze.
- Obiecaj mi to. - wyszeptał.
- Obiecuję. - powiedziała, a na jego ustach pojawił się cień uśmiechu. Pocałował ją krótko, po czym przyciągnął do siebie, sprawiając, że znów leżeli, wtuleni w swoje ciała.
Zapanowała cisza i Haymitch wiedział o czym Effie myśli. Nie musiał nawet na nią patrzeć, żeby wiedzieć, że pomiędzy jej brwiami pojawiła się zmarszczka, która wskazywała na to, że się martwi.
- Obiecaj mi, że wrócisz... Proszę. - szepnęła i mocniej wtuliła się w jego pierś.
Jej słowa zawisły w powietrzu i brzmiały w jego głowie, niczym gong. Już w chwili, kiedy weszła do jego pokoju, obiecał sobie, że jej nie zostawi. Że nie pozwoli na to, żeby została sama.
- Zawsze do ciebie wrócę, skarbie. - powiedział po chwili.

piątek, 18 grudnia 2015

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 11

Siedziała w salonie, przeglądając dokumenty sponsorów. A właściwie, wpatrując się w kartki leżące przed nią. Była sama w apartamencie, bo każdy znalazł sobie jakąś wymówkę, żeby tylko wyjść. Jej myśli były daleko. Rozpamiętywała cały, miniony dzień. Począwszy od śniadania w łóżku, po kłótnię, która skończyła się ledwie pół godziny temu. Wciąż nie mogła uwierzyć, że tak szybko się to wszystko potoczyło. W jednej chwili się śmiali, a już w następnej krzyczeli na siebie. Czuła jak jej serce rozpada się na milion kawałeczków, za każdym razem, gdy przypominała sobie jego słowa. Wracamy do normy. Pomyślała, przewracając kartkę, żeby móc wpatrywać się w kolejne zdania, które i tak do niej nie docierały.
Wciąż słyszała echo krzyków. Przełknęła wielką gulę, która utkwiła jej w gardle i powstrzymała się od płaczu. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od pojawienia się Finnicka.
Effie bardzo go lubiła. Był miły i czarujący. Od lat grali razem w grę, polegającą na wywoływaniu zazdrości w Haymitchu. Ponieważ chcąc, nie chcąc - Haymitch był zazdrosny. Zawsze. I wszyscy to widzieli. Nawet jeśli nie czuł do Effie nic poza odrazą, to nie pozwalał innym zwycięzcom, żeby mówili o niej okropne rzeczy, jak o każdej innej opiekunce. Tylko on mógł się z niej nabijać. To samo tyczyło się "nietykalności". Nikt nie mógł dotknąć Effie, żeby na karku Haymitcha nie pojawiła się czerwona plama. W momencie, kiedy Finnick to odkrył, zaczął coraz częściej z nią flirtować. Effie rozumiała go, bez żadnych słów. Wystarczyło, żeby na nią spojrzał i już wiedziała co się szykuje. Było to poniekąd ich hobby.
Więc, za każdym razem, kiedy Finnick był w pobliżu, Haymitch starał się być jak najdalej. Żeby nie dać po sobie poznać, że ręka na kolanie Effie go denerwuje. Kto by pomyślał, że tym razem to skończy się w taki sposób?
Skończyli jeść obiad, jakąś godzinę temu i Haymitch musiał na chwilę wyjść. Effie była pewna, że kieliszek wina do obiadu mu nie wystarczył, więc poszedł po "następną porcję". Mieli się spotkać na parterze centrum treningowego. Mieścił się tam pokój, do którego miał dostęp każdy zwycięzca i każda opiekunka. "Bawialnia", jak to mówiły niektóre opiekunki. Poprosił ją, żeby tam na niego poczekała. Mieli iść na spacer.
Tak więc Effie siedziała na kanapie, która z łatwością mogłaby pomieścić dziesięć osób. W pomieszczeniu było jeszcze kilka osób. Brutus i Enobaria siedzieli przy stoliku w kącie pokoju i rozmawiali o czymś cicho. Effie była wdzięczna, że nie zwracają na nią uwagi. Dobrze wiedziała jakie mają o niej zdanie i nie raz słyszała, jak z ich ust padają kąśliwe uwagi. Przy stole z drinkami stało kilka opiekunek, które plotkowały i śmiały się. Nie miała pojęcia, w którym dokładnie momencie, przestała do nich podchodzić, żeby wymienić się najnowszymi ploteczkami. Wiedziała jednak, że tak jest lepiej.
- Ptaszynko, czemu siedzisz tu samotnie? - usłyszała znajomy głos i nie mogła się powstrzymać od uśmiechu. Odwróciła się, żeby zobaczyć jak Finnick Odair opada na kanapę obok niej.
- Już nie jestem sama. - odpowiedziała, wciąż się uśmiechając. Naprawdę lubiła Finnicka. Mimo tego, że miał dopiero dwadzieścia cztery lata, potrafili się dogadać. - Przecież ty ze mną jesteś.
- A gdzie jest Haymitch? - zapytał, spoglądając na nią spod przymrużonych powiek. - Pokłóciliście się? Słyszałem plotki...
- Jakie plotki? - zdziwiła się Effie i jej spojrzenie powędrowało do grupki roześmianych kobiet.
- Więc mówisz, że nie pokłóciliście się na wczorajszym balu? - dopytywał się Finnick. - Że nie krzyczeliście na siebie, a później... - wyszczerzył się w uśmiechu, który mógł znaczyć tylko jedno. Szturchnęła go zaczepne w ramię, czując rumieniec, który ukrywał się pod jej makijażem.
- Nie! - powiedziała, wywracając oczami. Finnick zrobił zawiedzioną minę.
- To gdzie teraz jest twój książę z bajki? - Jego ramie oplotło jej ramiona. Robił to tak często, że prawdopodobnie nie był tego świadomy.
- Właśnie na niego czekam.
- Wiesz, Effie... - westchnął teatralnie i wydął wargi. - Zawiodłem się na tobie. Zdradziłaś mnie.
- Finnick, myślałam, że już o tym rozmawialiśmy. - grali w tą grę, nawet gdy Haymitcha nie było w pobliżu. Po prostu, żeby nie musieć poruszać ważnych tematów. Jak, na przykład igrzyska.
- Moje serce krwawi, ptaszynko. Jak możesz mi to robić?
Rozmawiali na tyle głośno, że opiekunki, które wciąż stały przy stoliku, zaczęły na nich zerkać. Effie już mogła słyszeć kolejne plotki na jej temat. Jeden zwycięzca to dla niej za mało. Teraz dodatkowo uwiodła Finnicka, którego pożądał cały Kapitol.
Jednak zanim zdążyła odpowiedzieć, do pomieszczenia wszedł Haymitch. Kiedy tylko ich zobaczył, zatrzymał się w połowie drogi. Jego oczy powędrowały do ręki Finnicka, która wciąż spoczywała na jej ramionach, a później do tego, jak blisko siebie siedzieli.
- Wszedł, prawda? - zapytał cicho Finnick, nie odwracając od niej wzroku.
- Uhmm. - wymamrotała.
- Jest już czerwony?
- Jeszcze nie. - Dłoń Finnika spoczęła na jej kolanie. Effie znów poczuła, że się czerwieni. Ściągnęła jego dłoń ze swojego kolana. - Starczy. - mruknęła.
Wstała, strącając przy okazji jego drugą rękę ze swoich ramion. Finnick zagrał idealnie, zranionego szczeniaka.
- Ale, Effie... - jęknął. - Jak możesz?
Wszystkie opiekunki, obecne w pomieszczeniu na nich patrzyły. Na ich twarzach można było zauważyć różny stopień niedowierzania. Jednak Effie patrzyła tylko na Haymitcha. Jego twarz nie była czerwona - była purpurowa. Nie był to dobry znak. Podeszła do niego i wzięła go za rękę, jednak on wciąż patrzył na Finnicka.
- Chodźmy. - powiedziała, ciągnąc go za sobą w stronę wyjścia.
Szli w milczeniu przez korytarz. Effie kierowała ich w stronę windy; przeszła jej ochota na spacer.
- Powiedz coś. - odezwała się, kiedy czekali na windę.
- Niby co mam ci powiedzieć? - warknął. Wciąż na nią nie patrzył.
- Cokolwiek.
Jednak jedyną odpowiedzią była cisza. Drzwi windy się otworzyły i ze środka wyszedł Chaff. Wyszczerzył się na widok Haymitcha, ale ten miał kamienną twarz.
- Wszystko w porządku, Hay? - zapytał, a po chwili jego wzrok padł na Effie. Wiedziała, że przyjaciel Haymitcha za nią nie przepada.
- Wspaniale. - odpowiedział, nieco zbyt szorstko. Wyminął Chaffa i wszedł do windy, zostawiając przyjaciela z wyrazem szoku na twarzy. Effie chcąc nie chcąc, zrobiła to samo.
- Hay... - jednak, nigdy nie dowiedzieli się co Chaff chciał powiedzieć, bo drzwi windy się zamknęły i ruszyli na górę.
- Odezwiesz się w końcu? - zapytała Effie, po dwóch sekundach ciszy. Miała wrażenie, że to milczenie na nią napiera. - Rozumiem, że jesteś zazdrosny, ale...
- Zazdrosny? - głos mu drżał. Prawdopodobnie tracił nad sobą kontrolę. - Zazdrosny o tego gogusia z Czwórki?
- Tak, bo...
- A niby czemu miałbym być zazdrosny? - przerwał jej ponownie. Coraz bardziej podnosił głos. - Bo obściskiwałaś się z nim, na oczach tych wszystkich ludzi?
- Nie obściskiwałam się.
- Och, proszę cię! - przewrócił oczami. Tracił kontrolę. - W ogóle mnie to nie rusza. Nic mnie to nie obchodzi.
- Chcesz powiedzieć, że nie obchodzi cię to, jeśli rzeczywiście bym się z kimś obściskiwała? - zapytała z niedowierzaniem.
- A dlaczego powinno mnie to obchodzić, skarbie?
Winda się zatrzymała na dwunastym piętrze. Haymitch nie czekał na odpowiedź, po prostu wyszedł, zostawiając ją za sobą. Ruszył w stronę salonu, jednak Effie nie dała za wygraną. Musiała to wyjaśnić, więc ruszyła za nim.
- Może dlatego, że podobno coś dla ciebie znaczę? - zawołała za nim.
- Nigdy nic takiego nie powiedziałem! - Odkrzyknął. Nie odwrócił się.
Kiedy weszli do salonu, zobaczyli, że na kanapie siedzą Katniss i Peeta. Patrzyli na nich pytającym wzrokiem, jednak oni całkowicie ich zignorowali. Effie wpatrywała się w Haymitcha, a ten w końcu się odwrócił w jej stronę. W jego oczach, była czysta wściekłość.
- Jeszcze tego nie załapałaś, skarbie? - krzyknął - Nic nie znaczysz! To tylko gra, która ma na celu pomóc mi przeżyć! Przedstawienie, nic więcej!
- Przestań. - wyszeptała, ale chyba jej nie usłyszał.
- Dlaczego miałbym być zazdrosny, skoro nic do ciebie nie czuję? Podobno znasz się na grze aktorskiej? Powinnaś rozpoznać, kiedy inni odstawiają teatrzyk, tuż przed twoim nosem!
- Haymitch! - krzyknął Peeta, zrywając się z kanapy. Jego twarz płonęła czerwienią, jednak ani Haymitch, ani Effie nie zwrócili na niego uwagi. Wpatrywali się w siebie. Haymitch dyszał ze złości.
Czuła jak jej oczy wypełniają się łzami, jednak nie pozwoliła im spłynąć po policzkach. Zacisnęła pięści. Wiedziała, że wszystkie jego słowa, są popędzane przez złość, ale nie pomogło jej to w pokonaniu bólu, który czuła w sercu. Miała wrażenie, jakby jej serce się rozpadło.
- Jesteś dobrym aktorem, Haymitch. - wyszeptała, jednak tym razem jej szept został usłyszany, bo w pokoju zaległa cisza. - Mam nadzieję, że to przedstawienie pomoże ci przeżyć.
Twarz Haymitcha drgnęła; jego maska na ułamek sekundy zniknęła i Effie mogła dostrzec, że Haymitch już żałuje swoich słów. Jednak, już w następnej chwili, znów pojawiła się złość na jego twarzy.
Odwróciła się od niego i ruszyła w stronę swojego pokoju. Była już na korytarzu, kiedy usłyszała Peetę
- Powinieneś...
- Nawet nie próbuj. - ostrzegł go Haymitch, szorstkim głosem.
Effie nie usłyszała, że ktoś wszedł do salonu. Była zbyt zajęta wpatrywaniem się w dokumenty. Więc, kiedy ktoś odchrząknął głośno, podskoczyła jak oparzona. Szybko otarła policzki, bo zdała sobie sprawę, że płakała. Kiedy odwróciła się, z szerokim uśmiechem na ustach, zobaczyła Haymitcha, który stał w drzwiach. Miał smutne oczy, zupełnie jakby poczucie winy nie dawało mu spokoju.
- Effie, ja... - zaczął, jednak ta mu przerwała.
- Przejrzałam te dokumenty, jednak wciąż nie zgadzają mi się proponowane kwoty. Wciąż czegoś brakuje, ale porozmawiam o tym z Peetą. - mówiła swoim zwykłym, radosnym głosem. Głosem Effie Trinket, opiekunki Dwunastego Dystryktu.
- Skarbie...
- Możesz przejrzeć te dokumenty, jeśli chcesz. - powiedziała, nie dopuszczając go do głosu.
- Czy możesz...? - ale znów nie dane mu było dokończyć
- Nie, Haymitch. - zrezygnowała z radosnego szczebiotania. Dobrze wiedziała o co zapyta. Nie chciała go dopuścić do głosu, bo z chwilą gdy zacznie mówić, ona mu wybaczy. - Jestem wykończona. Dobranoc.
Wstała z kanapy, zostawiając papiery na stole i ruszyła do pokoju. Kiedy mijała go w drzwiach, miała ochotę się zatrzymać i go przytulić, jednak nie pozwoliła sobie na to. W złości, czy też nie - powiedział okropne rzeczy. I na razie zbyt ją bolało, żeby mu wybaczyć.

środa, 16 grudnia 2015

Ogłoszenia parafialne! ♥

Bardzo Was przepraszam za przerwę w pisaniu, ale utknęłam w impasie. Palce już mnie bolą od stukania w klawiaturę, ale postaram się, żeby kolejny rozdział pojawił się jak najszybciej.
Przewiduję, że "najszybciej" rozdział numer 11, pojawi się na blogu, dopiero pojutrze. (18 grudnia.)
Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe, Robaczki.
Wynagrodzę to Wam... W jakiś sposób. ^^
Miłego dnia!
~ Bainel.

sobota, 12 grudnia 2015

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 10


Samochód zatrzymał się i Haymitch wysiadł z samochodu, po czym otworzył drzwi przed Effie. Wysiadła i rozejrzała się dookoła. Pomiędzy dwoma ogromnymi wieżowcami, wciśnięty był mały budynek - cel ich podróży. Budynek nie wyglądał imponująco w porównaniu do drapaczy chmur. Jego ściany były pomalowane na kolor łososiowy, gdzieniegdzie odpadała farba. Do wejścia prowadziły trzy schodki, które wyglądały, jakby mogły się w każdej chwili zarwać.
Jednak nie należy oceniać po pozorach. To właśnie tutaj przyjeżdżał Haymitch, za każdym razem gdy nie miał ochoty przebywać w barze, w trakcie Igrzysk. A teraz przy jego boku stała Effie, która wyglądała, jakby nie wiedziała jak zareagować.
Haymitch objął Effie ramieniem w talii i poprowadził ją do budynku. Weszli po schodkach, które zatrzeszczały pod ich ciężarem i wkroczyli do środka.
Wnętrze prezentowało się lepiej. Było w iście Kapitolińskim, bogatym stylu. Na ścianach, pomalowanych na beżowo, wisiały obrazy w pozłacanych ramach. Gdzie nie spojrzeć, tam można było dostrzec różnego rodzaju kwiaty. Z sufitu zwieszał się kryształowy żyrandol.
Na prawo od wejścia stał kontuar z czarnego hebanu, a za nim stała recepcjonistka, ubrana w równie czarny uniform. Kiedy podeszli, podniosła głowę znad dokumentów i uśmiechnęła się szeroko.
- Pan Abernathy. - powiedziała wysokim, piszczącym głosem. - Jak miło pana znowu widzieć.
- Saro. - przywitał się.
- Pani to zapewne Effie Trinket. - powiedziała Sara, patrząc na Effie. - To zaszczyt panią poznać.
- Miło mi. - Effie wyglądała na zdezorientowaną.
- Co to zawsze, panie Abernathy?
- Nie tym razem. Nie jestem tu, żeby się napić. - odparł Haymitch. - Chciałem zabrać Effie na zewnątrz.
W oczach Sary pojawił się błysk zrozumienia. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Kapitolińczycy kochają historie miłosne.
- Rozumiem. Jednak będą musieli państwo, chwileczkę zaczekać.
- Nie ma problemu.
Sara wyszła zza kontuaru i ruszyła korytarzem w głąb budynku. Haymitch spojrzał na Effie. Jej mina była bezcenna.
- Powiesz mi, co to za miejsce? - zapytała szeptem. Wyglądała na zniecierpliwioną.
- Niewiedza bywa irytująca, prawda?
Nachylił się, żeby ją pocałować, jednak Effie zakryła jego usta dłonią, trzymając go na dystans. Uniosła jedną brew, domagając się odpowiedzi. Haymitch odsunął się i westchnął ciężko.
- Nie da się nazwać tego miejsca jednym słowem. - wyjaśnił. - Jest tutaj restauracja, bar i hotel, ale najlepsze jest na zewnątrz. Sama zobaczysz.
- Skąd znasz to miejsce? Wygląda jakbyś był stałym bywalcem.
- Kiedy wychodziłem z apartamentu podczas igrzysk, nie zawsze znalazłabyś mnie w barze. Tutaj się ukrywałem, kiedy chciałem być sam. Mało kto zna to miejsce. Mieszkańcy Kapitolu, raczej rzadko tu przychodzą.
- To twój azyl? - w jej oczach pojawiła się ciekawość i coś na kształt troski.
- Można tak powiedzieć. - przyznał.
- Ale wciąż nie wiem, jak to miejsce się nazywa.
- Oficjalna nazwa to "Paradise".
- Oryginalnie. - powiedziała z lekkim sarkazmem.
- Prawda? - uśmiechnął się.
Znów nachylił się, żeby ją pocałować i tym razem Effie się nie odsunęła. Oddała jego pocałunek i Haymitch poczuł, że się uśmiecha. Usłyszeli westchnienie i odsunęli się od siebie. Sara stała w korytarzu, patrząc na nich z rozmarzonym wzrokiem.
- Wszystko gotowe, panie Abernathy. - ocknęła się dziewczyna.
- Dziękuję, Saro.
Chwycił dłoń Effie i poprowadził ją przez korytarz. Minęli Sarę, która odprowadziła ich wzrokiem. Na samym końcu, korytarz skręcał w prawo, a kilka kroków dalej, mieściły się hebanowe drzwi z pozłacaną gałką. Zatrzymali się przed nimi.
- Zamknij oczy. - polecił.
- Dlaczego? - zdziwiła się Effie.
- Bo na tym polegają niespodzianki. - powiedział. - No, zamknij.
Zamknęła oczy, a Haymitch przekręcił gałkę i otworzył drzwi. Owiał ich ciepły wietrzyk, kiedy tylko wyszli na zewnątrz. Haymitch prowadził Effie za rękę, pilnując, żeby się nie wywróciła.
Poprowadził ją jeszcze kilka kroków naprzód, puścił jej dłoń i odsunął się o krok.
- Otwórz oczy. - powiedział cicho.
Kiedy zrobiła co kazał, jej oczom ukazał się cudowny widok.
Stała na środku brukowanej ścieżki, która wiodła w głąb małego parku. Na samym początku stało kilka stoliczków i krzeseł, które pewnie stanowiły część restauracji. Ale dalej, była tylko alejka, która ginęła wśród drzew, krzewów i kwiatów. Wyglądało to, jak scena z bajki. Jakby na tyłach tego małego budynku, znajdowało się wejście do innego świata.
Pomiędzy krzewami dostrzegła dwa, przepiękne pawie. W koronach drzew, mogła dosłyszeć trel innych ptaków. Wszystko to było niesamowite.
Haymitch obserwował jak na jej twarzy, z zachwytu wykwitają rumieńce. Oczy zaczęły jej błyszczeć. To były dwa najważniejsze znaki, które dawały mu do zrozumienia, że jej się spodobało.
- Przepięknie. - westchnęła, odwracając się do niego z szerokim uśmiechem. - Rzeczywiście, Raj.
- A jednak, trafna nazwa. - powiedział.
- Zdecydowanie. - przyznała.
- Masz ochotę na spacer? - zapytał. - Tam dalej są ławki... Chyba widziałem też hamak.
- A która ławka, jest twoją ulubioną?
Tak więc, Haymitch przeprowadził Effie spacerkiem, przez ten mały raj, po drodze mijali zielone krzewy, grządki z kolorowymi kwiatami, ławki na których można było usiąść. Raz tuż przed nimi przemaszerował biały paw, zupełnie się nimi nie interesując.
Aż w końcu doszli do oczka wodnego. Na tafli wody unosiły się lilie wodne. Słychać było cichutki rechot żab. A pod wierzbą płaczącą, która rosła tuż na skraju oczka, stała drewniana ławka.
Usiedli na niej. Haymitch objął Effie ramieniem, a ta wtuliła głowę w jego szyję.
- Jak mogłam nigdy tu nie trafić? - zastanawiała się na głos.
- Biorąc pod uwagę to, że nigdy nie byłaś w tej części miasta... - zaczął, ale szybko urwał, bo Effie szturchnęła go zaczepnie w bok. - Przecież pytałaś!
- A "pytanie retoryczne", coś ci mówi, skarbie? - zapytała, uśmiechając się drwiąco.
- Chyba coś mi się obiło o uszy. - przyznał, kiwając głową.
Obdarzyła go jednym z tych pięknych, łamiących serca uśmiechów. Wpatrywał się w jej oczy. W te urocze, zielone plamki, które znaczyły błękit oceanu. Zastanawiał się, kto umieścił cały wszechświat w jej oczach.
Nie miał pojęcia, w którym momencie, Effie nachyliła się żeby go pocałować. Poczuł jej miękkie usta na swoich i świat zwolnił. To tak, jakby w tej jednej chwili, na całym świecie byli tylko oni i ławka, na której siedzieli.
Odsunął się i zaczął całować ją po linii żuchwy. Effie odchyliła lekko głowę, żeby dać mu lepszy dostęp, więc jego usta powędrowały niżej, na szyję. Ciche westchnienie wyrwało się z jej ust. Uśmiechnął się pod nosem.
- Ekhm. - odwrócił się i na ścieżce zobaczył Sarę, która przed sobą pchała wózek z jedzeniem. - Pomyślałam, że może mieliby państwo ochotę, na coś słodkiego.
- Dziękujemy, Saro. - powiedział Haymitch z uśmiechem.
- To miło z twojej strony. - odezwała się Effie.
Sara dygnęła i odeszła w stronę budynku, zostawiając wózek na ścieżce. Haymitch wstał i podszedł do wózka. Były tam ciasta, ciasteczka, lody, owoce i wiele innych słodkości. Jednak wybrał coś, co od razu skojarzyło mu się z Effie - truskawki w czekoladzie.
- Skąd wiedziałeś? - zapytała zaskoczona, kiedy znów koło niej usiadł z miseczką truskawek oblanych czekoladą.
- Twoje usta smakują jak truskawki.
Uśmiechnęła się, rumieniąc się delikatnie. Wybrał jedną z truskawek i miał zamiar ją nakarmić, jednak kiedy Effie otworzyła usta, przejechał truskawką po jej policzku, zostawiając na nim czekoladę. Zaskoczona Effie zaczęła się śmiać.
- Jak śmiesz? - zapytała ze śmiechem.
- Wyglądasz przepysznie. - mruknął.
Przysunął się bliżej i kciukiem starł czekoladę z jej policzka, po czym oblizał palec.
- No i miałem rację. - powiedział, po czym złożył pocałunek na jej policzku.
Przez cały czas się śmiali. Rozmawiali o wszystkim, tylko nie o Igrzyskach. Ten temat omijali szerokim łukiem. Haymitch pytał ją o różne rzeczy, dotyczące jej życia prywatnego. Mimo faktu, że pracowali ze sobą wiele lat, bardzo mało o niej wiedział. Dzięki temu, że rozmawiali, mógł się dowiedzieć kilku rzeczy.
- A co z twoją rodziną? - zapytał, podczas gdy zajadali się truskawkami.
- A co ma być? - Haymitch zmarszczył brwi. Unikała tematu.
- Nie pamiętam, żebyś kiedyś o niej wspominała.
- Ojciec jest właścicielem banku, a matka rozkoszuje się dobrobytem, który jej zapewnił. - wzruszyła ramionami i wzięła kolejną truskawkę.
Haymitch miał wrażenie, że coś jest nie tak, ale nie chciał naciskać. Najwyraźniej był to dla niej drażliwy temat.
Przez resztę czasu, po prostu siedzieli i rozmawiali. Po chwili rozmowa zeszła na Katniss i Peetę. Effie była zdania, że mogłoby im się kiedyś udać.
- Niee. - powiedział Haymitch. - Katniss za bardzo go odpycha.
- Ale z drugiej strony, stara się go chronić. - upierała się Effie.
Każde z nich miało odmienne zdanie. Kiedy tak rozmawiali, śmiali się i zajadali się słodkościami, czas mijał. I to mijał w zawrotnym tempie. Haymitch mógłby przysiąc, że dopiero co usiedli na tej ławce, lecz w rzeczywistości, powinni już wracać.
- Powiedziałem Peecie, że wrócimy na obiad. - powiedział.
- Nie jestem głodna. - mruknęła Effie.
- Przydałoby się zjeść coś innego, niż tylko słodycze. - pocałował ją w policzek. - Jesteś wystarczająco słodka, sama w sobie.
- To rzeczywiście, za dużo słodkości. - wyglądała na autentycznie zmartwioną, jednak sekundę później się roześmiała.
Chcąc nie chcąc, musieli wracać. Jednak dzień się jeszcze nie skończył. A Haymitch miał w zanadrzu, jeszcze kilka niespodzianek.

czwartek, 10 grudnia 2015

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 9

Upewnił się, że Effie zasnęła, po czym wysunął się powoli z łóżka, żeby jej nie zbudzić. Okrył ją kołdrą, żeby nie zmarzła. Wyglądała tak spokojnie, kiedy spała. Ale nie mógł rozkoszować się tym widokiem. Peeta wciąż stał w drzwiach, czekając na niego. Dlatego odwrócił się i wyszedł za nim z pokoju, zamykając drzwi jak najciszej.
Przeszli do salonu, gdzie usiedli na fotelach, naprzeciwko siebie. Lampa, stojąca w kącie była zapalona i rzucała pomarańczowe światło dookoła.
- Co jest? - zapytał Haymitch. - Czego chciał Plutarch?
- Widział cię z Effie na balu, dzisiejszego wieczora... - powiedział Peeta. - Stwierdził, że kiedy nasz plan wejdzie w życie, będzie ona na liście osób do przesłuchania. Będą podejrzewać, że o wszystkim wiedziała, bo gołym okiem widać, że jesteście blisko. Dlatego Plutarch stwierdził, że zabierzemy Effie ze sobą.
- Próbowałem ci to przetłumaczyć, ale nie słuchałeś. - Haymitch z całym sił starał się, żeby nie uśmiechać się szeroko.
- Nie sądziłem, że ty i Effie, to coś poważnego... Tylko... - zawahał się. - Haymitch, będziesz musiał się postarać, żeby przetrwać. Nie mogę sobie wyobrazić, jak bardzo będzie cierpieć, jeśli umrzesz.
Haymitch spochmurniał. Im bliżej niej będziesz, tym większe będzie jej cierpienie, kiedy odejdziesz. Zdawał sobie sprawę z tego, że dzieciak ma rację. I nie chciał sobie nawet wyobrażać twarzy Effie, jeśli zobaczy w telewizji, jak umiera, ale...
- Jeśli będzie trzeba, spełnię swój obowiązek wobec Kosogłosa. - spojrzał Peecie w oczy, żeby wiedział, że mówi szczerze.
- Więc postaraj się, żebyś nie musiał go spełniać.
W oczach Peety rozniecił się ogień. Wola walki i potrzeba chronienia Katniss, wzbudzały w nim wojownika. Ale nie był on egoistą. Nawet jeśli Katniss była dla niego najważniejsza, to martwił się także o innych. Jak na przykład o Effie.
- Czy to wszystko? - zapytał Haymitch, zmieniając temat.
- Nie mów Effie o rebelii. - powiedział chłopak. - To zalecenie Plutarcha. Tak na wszelki wypadek, gdyby coś poszło nie tak. Jeśli nie będzie nic wiedziała, będzie bezpieczna. Jednak uprzedź ją, żeby w razie czego, była gotowa z nami pójść.
- Jasne. - odpowiedział, kiwając głową.
- W takim razie, to już wszystko. - Peeta uśmiechnął się, wstając z fotela. - Dobrej nocy.
- Dobranoc.
Miał już odejść, kiedy coś mu się przypomniało. Odwrócił się do chłopaka i powiedział
- Rano zabieram Effie w jedno miejsce, więc będziecie mieli z Katniss czas dla siebie.
- Randka? - zapytał Peeta, uśmiechając się przyjaźnie.
- Można tak powiedzieć.
- Tylko pamiętaj, że Effie to typ kwiatów i czekoladek... I nie lubi róż.
- Skąd to wiesz? - zdziwił się Haymitch.
- Rozejrzyj się po tym apartamencie. - poradził Peeta. - Nie ma tu ani jednej róży i nigdy nie było. A to przecież Effie doradza avoksom, jakie kwiaty mają włożyć do wazonów. Wszędzie są tulipany.
Pokiwał głową. Będzie musiał się bardziej przyglądać wszystkiemu co robi ta kobieta. Małe rzeczy tworzą całość. Jak puzzle, które musi zacząć układać.
- Dzięki za radę. - powiedział Haymitch.
- Nie ma za co.
Rozeszli się do pokojów.
Haymitch wrócił do pokoju Effie, która wciąż smacznie spała. Położył się koło niej, pod kołdrą. Kiedy tylko się ułożył wygodnie, poczuł, że Effie się wierci. Po chwili jej głowa wylądowała na jego klatce piersiowej, niczym na poduszce. Objął ją ramieniem i poprawił kołdrę. Pocałował delikatnie czubek jej głowy.
Nie mógł przestać myśleć o minionym wieczorze. O wspomnieniu jej ust na swoich. I nie mógł również uwierzyć, że ta sama kobieta leży teraz koło niego, pogrążona we śnie. Patrzył na jej spokojną twarz.
Podziwiał jej naturalny wygląd. Miodowe fale, które otaczały jej twarz. Zawinął sobie wokół palca jeden kosmyk. Był wciąż lekko wilgotny, ale miękki jak aksamit. Upajał się jej waniliowym zapachem.
Czuł się przy niej spokojnie. I nawet perspektywa powrotu na arenę, nie wydawała się aż tak straszna, kiedy leżał koło niej.
Kiedy zasnął, po raz pierwszy od bardzo dawna, nie nawiedził go żaden sen. Po prostu dryfował w ciemności, odczuwając spokój i szczęście.
***
Budząc się rano, wypoczęty jak nigdy w życiu, poczuł, że coś miękkiego muska jego policzek. Otworzył oczy i ujrzał najpiękniejszy widok. Gdyby mógł wybrać, to właśnie ten widok chciałby oglądać co rano do końca życia. Całkiem możliwe, że tak właśnie będzie. Przecież Igrzyska są już pojutrze.
Effie wyglądała przepięknie w promieniach porannego słońca, które przebijały się przez okna. Refleksy słoneczne igrały w jej miodowo złotych włosach, wydobywając z nich delikatne rudawe odcienie. Jej policzki były zaróżowione, a na jej miękkich ustach błądził uśmiech.
Mógłby tak na nią patrzeć, pogrążoną we śnie, do końca świata, ale musiał wcielić w życie swój plan na dzisiejszy dzień. Wczorajszego wieczoru, kiedy wracali samochodem do apartamentu, wpadł mu do głowy idealny pomysł. I teraz przyszedł czas, żeby rozpocząć ten dzień.
Wymknął się z łóżka, zupełnie jak wczorajszej nocy, starając się nie zbudzić Effie. Wyszedł z pokoju i ruszył do kuchni. Kilku avoksów krzątało się dookoła, szykując śniadanie. Kiedy wszedł do środka, wszyscy stanęli na baczność. Skinął ręką, żeby nie zawracali sobie nim głowy.
Podszedł do brązowowłosej dziewczyny, która wyglądała na dwadzieścia parę lat. Spojrzała na niego wyczekując rozkazu. Jednak on tylko zapytał cicho
- Umiesz robić naleśniki?
Ponieważ sam nigdy sobie nie gotował. Zawsze żywił się resztkami, które wygrzebał z szafek w swoim domu, lub jeśli był na tyle przytomny, zawlókł swoje zapijaczone ciało na Ćwieka, gdzie Śliska Sae karmiła go zupą. Dlatego nie wiedział jak przygotować nawet proste rzeczy, choć postanowił to zmienić, jeśli tylko nadarzy się okazja.
Dziewczyna skinęła głową i od razu wzięła się do roboty. Haymitch obserwował uważnie wszystko co robiła. Starał się zapamiętać każdą czynność, ale po zapamiętaniu składników, stracił koncentrację.
Zamiast obserwować avoksę, poszedł do salonu, gdzie znalazł kilku chłopców, którzy układali kwiaty w wazonach. Tulipany. Zaczepił jednego z nich.
- Potrzebuję tulipana. - powiedział. Chłopak skinął głową i niewiadomo skąd wyciągnął mały wazonik z wodą, do którego włożył kwiat. Był czerwony z delikatnymi żółto-pomarańczowymi refleksami.
Haymitch wziął wazonik i wrócił do kuchni. Talerz z naleśnikami stał gotowy na tacy, razem z syropem, kubkiem gorącej kawy, nożem i widelcem oraz serwetkami. Obok tego wszystkiego postawił kwiat. Wziął tacę i ruszył do pokoju Effie.
Kiedy otworzył drzwi, Effie właśnie się obudziła. Siedziała na łóżku, ziewając. Lekko rozczochrane włosy i załzawione oczy, tylko dodawały jej uroku. Uśmiechnęła się na jego widok.
- Śniadanie do łóżka. - powiedział Haymitch, stawiając tacę obok niej na łóżku. Nachylił się w jej stronę i pocałował ją krótko w usta.
- Nie musiałeś. - mruknęła, wciąż zaspana.
- Wiem. - odpowiedział. Usiadł na skraju łóżka.
- Muszę obudzić dzieci. - powiedziała spoglądając na zegarek. - Właściwie to zaspałam...
- Nie trzeba. - przerwał jej. - Powiedziałem Peecie, że mają dzisiaj cały dzień dla siebie, bo mam zamiar cię porwać.
- Porwać? - powtórzyła zdziwiona.
- Dokładnie.
Mrugnął do niej, uśmiechając się przy tym. Podobało mu się, w jaki sposób się do niego uśmiechała. Zupełnie jakby najpiękniejsze uśmiechy, chowała specjalnie dla niego.
- Więc dokąd mnie porwiesz? - zainteresowała się, stawiając sobie tacę na kolanach i zabierając się do jedzenia.
- Gdybym ci powiedział, to nie byłaby to niespodzianka, skarbie.
- Mała podpowiedź nie zaszkodzi. - upierała się.
- Nic z tego.
Zmrużyła oczy, starając się go przejrzeć, ale Haymitch tylko się uśmiechał, rozkoszując się poczuciem "władzy".
Kiedy skończyła śniadanie, podziękowała mu i powiedziała
- Daj mi pół godziny. Muszę pozbyć się tego czegoś. - idealnie zacytowała jego wczorajsze słowa, wskazując na swoją koszulkę.
- Dobrze. - odpowiedział.
Poszedł do swojego pokoju, żeby się odświeżyć. Wziął szybki prysznic, założył świeżą koszulę i spodnie. Zdążył nawet pójść do kuchni, żeby zjeść coś na szybko. Właśnie kończył jeść tosty, kiedy do kuchni weszła Effie. Miała na sobie sukienkę w jakiś kwiecisty wzór i różowe szpilki. Złota peruka była na swoim miejscu, jednak na jej twarzy nie było aż tak dużo makijażu. Owszem, był, ale nie w takiej ilości jak zazwyczaj. Dzięki temu bardziej przypominała siebie.
- Gotowa? - zapytał Haymitch, wstając od stołu.
- Chyba tak. Nie bardzo wiem, czego mam się spodziewać.
- Na tym polegają niespodzianki, skarbie. - powiedział. - To dlatego się tak nazywają.
- Naprawdę? - sarkazm w jej głosie był bezcenny. - Nie wpadłabym na to.
Podszedł do niej i wziął ją za rękę. Wyszli z kuchni i poszli w kierunku windy.
- Już idziecie? - usłyszeli głos za sobą. To Peeta, stał w korytarzu, w połowie drogi do kuchni.
- Tak. - powiedział Haymitch. - Wrócimy na obiad.
- Bawcie się dobrze.
Drzwi windy się otworzyły, więc weszli do środka. Haymitch nacisnął guzik i zaczęli zjeżdżać w dół. Jednak na siódmym piętrze, winda się zatrzymała. Drzwi się rozsunęły i do środka weszła Johanna Mason.
- Proszę, proszę. - powiedziała, uśmiechając się drwiąco. - Kogo my tu mamy...
Haymitch pokręcił dyskretnie głową, jednak jej uśmieszek tylko się poszerzył. Johanna była częścią spisku. Zupełnie jak większość innym zawodników. Zadaniem ich wszystkich miało być ochranianie Kosogłosa. Ale na razie nie byli na arenie i Johanna mogła się trochę z nim podroczyć, co zawsze sprawiało jej przyjemność.
- Haymitch, nie przedstawisz mnie swojej nowej zabawce? - zrobiło mu się zimno. Poczuł, że dłoń, którą nie trzymał Effie za rękę, zaciskał w pięść. Johanna uwielbiała takie gierki. Ale ta, była nie na miejscu. Westchnęła ciężko i spojrzała na Effie, która wyglądała na lekko przestraszoną. - Johanna Mason, dystrykt siódmy. A ty, to Effie Trinket.
- Johanna. - mruknął Haymitch ostrzegawczym tonem.
- Och, przestań. - żachnęła się. - Chyba mi nie powiesz, że nagle się zmieniłeś? On i Chaff - zwróciła się do Effie. - złamali nie jedno serce w Kapitolu. Nic dziwnego, że w końcu przyszła twoja kolej.
Uśmiechnęła się szeroko, co bardziej przypominało uśmiech hieny, która widzi swój obiad.
- Oczywiście, żartuję. - mruknęła widząc mordercze spojrzenie Haymitcha. - Jestem po prostu zazdrosna. Miałeś być mój, pamiętasz? - zapytała żartobliwie.
- Nie przypominam sobie. - odpowiedział. Był już spokojniejszy i pozwolił sobie na żarty.
- Byłeś pijany.
- W to uwierzę. - kiwnął głową.
Winda znów stanęła, otworzyły się drzwi i znaleźli się na parterze.
- Fajnie było. - powiedziała Johanna. - Powtórzmy to kiedyś.
Wyszli z windy i ruszyli w stronę drzwi.
- Milutka. - mruknęła Effie.
- Chyba jej nie uwierzyłaś, co? - zapytał, pozornie spokojnym głosem.
Bał się, że Effie mogła uwierzyć w słowa Johanny i zmienić o nim zdanie. Jednak, kiedy spojrzał na jej twarz, zobaczył, że unosi pytająco brwi i uśmiecha się delikatnie. Ten widok rozwiał jego obawy.
- Znam cię zbyt długo, żeby nie wiedzieć, że za każdym razem, jak wychodziłeś z apartamentu, mogłam cię znaleźć w barze. Najczęściej pół leżącego na ladzie, zalanego w trupa.
Pokiwał głową. Co racja, to racja. Za każdym razem, kiedy trwały Igrzyska, Haymitch cały czas spędzał w barze. Tylko czasami zmieniał zdanie i udawał się w inne miejsce, ale o tym Effie nie miała jeszcze pojęcia.
Wyszli przez główne drzwi. Na dworze było ciepło, świeciło słońce, a na ulicach kręciło się mnóstwo kolorowych mieszkańców. Podeszli do jednego z samochodów, które czekały przed budynkiem. Były tu właśnie po to. Gdyby któryś z zawodników chciał spędzić czas inaczej, niż na sali treningowej. Zazwyczaj mało kto z nich korzystał.
Haymitch otworzył tylne drzwi przed Effie, żeby mogła wsiąść do środka. Kierowca złożył gazetę, którą właśnie czytał, odłożył ją na bok i włączył silnik. Haymitch wsiadł z drugiej strony, zamykając za sobą drzwi. Podał kierowcy adres, a ten tylko kiwnął głową i ruszył.
Effie zmarszczyła brwi.
- Nigdy nie byłam na tej ulicy. - powiedziała. - Co tam jest?
- Ile razy mam ci powtarzać, skarbie? - uśmiechnął się. - To niespodzianka.