Chyba najtrudniejsze zadanie, jakie kiedykolwiek miałam. Ten rozdział jest pisany na podstawie piosenki Adele "All I Ask". A właściwie to, druga część tego rozdziału. Tak genialnie mi pasuje, że nie mogłam się powstrzymać. (MUZYKA) ^^ Mam nadzieję, że rozdział będzie się Wam podobać. ♥
UWAGA: druga część rozdziału, jest bardziej... "zmysłowa", więc jeśli ktoś nie lubi czytać takich rzeczy, to bardzo przepraszam.
+ Jeszcze raz - Aleksandro, bardzo Ci dziękuję za Twoją pomoc! Bez Ciebie, nie ruszyłabym z miejsca. ♥
__________________________________________________________________________
Następny dzień był piekłem. Haymitch nie mógł przestać myśleć o tym, co powiedział i jak bardzo wtedy skłamał. Nic nie znaczy? Problem w tym, że za dużo dla niego znaczyła i teraz, kiedy ją stracił, zdał sobie z tego sprawę z pełną mocą. Bo niewątpliwie ją stracił. Za każdym razem, kiedy próbował ją zagadać i przeprosić, ona zmieniała temat. W jej przepięknych oczach, widział jak bardzo ją zranił. I za każdym razem, kiedy jej wzrok padał na niego z drugiego końca pomieszczenia, czuł okropny ból w sercu.
Jak zwykle, musiał wszystko zepsuć. Mogli spędzić razem całe dwa dni, tuż przed igrzyskami. Teraz było późne popołudnie i zostało zaledwie kilka godzin, przed pójściem wszystkich spać. A oni nawet ze sobą nie rozmawiali.
Nie mógł się pogodzić z myślą, że wróci na arenę, nawet nie mogąc się porządnie pożegnać z osobą, która tak szybko zawładnęła jego światem. Ze świadomością, że to jego wina.
Dlatego wyszedł na godzinę, żeby nie słyszeć jej milczenia. I żeby nie czuć palących skórę spojrzeń, które rzucał mu Peeta. Chłopak nie musiał mu robić wywodów, na temat tego, jak bardzo spaprał sprawę. Sam doskonale o tym wiedział. Siedział teraz w barze, na stołku przy ladzie, dwie ulice dalej od ośrodka. Trzymał w ręce szklankę z whiskey, ale po raz pierwszy nie wypił ani kropelki, odkąd usiadł. Wpatrywał się w złocisty płyn, który teraz kojarzył mu się z kolorem jej włosów, wczorajszego poranka. Tak pięknie wtedy wyglądała.
Spodziewał się, że prędzej czy później, usłyszy jego głos, ale w głębi serca, miał nadzieję, że jednak to nie nastąpi.
- Zły dzień, co? - Chaff usiadł na stołku, obok niego. Haymitch czuł na sobie jego spojrzenie, ale nie odwrócił się, żeby zerknąć na przyjaciela. Zacisnął palce na szklance, przypominając sobie ich ostatnie spotkanie w tym barze.
- Tak jakby. - warknął, po czym w końcu wziął duży łyk. Alkohol wypalał sobie drogę w dół jego przełyku, zostawiając po sobie znajomy, gorzki smak. Jednak, nie pozwoliło mu to się rozluźnić.
- O co chodziło, wtedy, przed windą? - Barman postawił przed Chaffem butelkę i zanim odszedł, rzucił zaniepokojone spojrzenie na Haymitcha. Widać, wciąż miał w pamięci to, jak pobił Chaffa.
- Nie twój interes.
- Słuchaj... - zaczął, ale przerwał, widząc spojrzenie, jakim obdarzył go przyjaciel. Odchrząknął i zmienił temat. - To już jutro.
- Pamiętam, dzięki.
- Chodzi mi o to, co ma się stać.
Haymitch zrozumiał, że Chaff mówi o planie, który przygotował Plutarch. Ścisnęło w dołku. Zapomniał, że jego przyjaciel, również wraca na arenę. I że nie planuje wracać.
Chaff od samego początku powtarzał, że nie ma po co wracać. Nikt na niego nie czeka w Jedenastym Dystrykcie. Mówił, że śmierć jest jedyną ucieczką od igrzysk i że gdy tylko nadarzy mu się okazja, ucieknie.
Poczuł się jeszcze podlej, kiedy spojrzał na tak dobrze znaną mu twarz. Chaff zajął się nim, kiedy w wieku szesnastu lat, wrócił z areny, ledwo żywy. To Chaff powiedział mu, że alkohol pomaga. To z nim spędzał każde kolejne igrzyska, pijąc i rwąc włosy z głowy, starając się uratować dzieciaki, które i tak nie miały szansy na wygraną.
- Na arenie nie będzie na to czasu, więc... - zaczął Chaff, ale zaciął się w połowie zdania. Odchrząknął i kontynuował, wpatrując się uporczywie w butelkę. - Chciałem ci podziękować. Jesteś moim jedynym przyjacielem...
Znów się zaciął, pociągnął zdrowy łyk z butelki i spojrzał na niego. W jego oczach była akceptacja. Akceptacja rychłej śmierci. Uśmiechnął się krzywo.
- A jak Katniss? - Chaff zmienił temat.
- Dobrze się trzyma. - odpowiedział. - Chłopak świetnie się nią opiekuje.
- Robi dobrą minę, do złej gry. - westchnął i znów się napił. - Cholernie ciężko jest iść na arenę, zostawiając za sobą ukochane osoby.
Haymitch wiedział do czego Chaff zmierza. Tym razem go nie powstrzymywał. Westchnął tylko z rezygnacją.
- Ta. - mruknął. - Cholernie ciężko.
- Nigdy w życiu bym nie powiedział, że ty i ta Trinket... - zaczął jednoręki mentor, ale w połowie zdania, postanowił je zmienić. - Zawsze jej broniłeś, ale nigdy bym nie przypuszczał, że to dlatego... Niezły z ciebie numer, koleżko.
Haymitch spojrzał na swojego przyjaciela. Na tego, który był mu jak rodzina. Jak brat. Poczuł, że jego klatka piersiowa jest ściśnięta. Wziął kolejny łyk ze szklanki, tym razem, kompletnie nie czując smaku alkoholu.
- To ja powinienem ci podziękować. - powiedział Haymitch. - Byłeś przy mnie, kiedy nie było nikogo innego. Będę za tobą tęsknić.
Cisza, która między nimi zapadła była nie do zniesienia. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale wiedział, że nie musi. Chaff go rozumiał. Patrzyli na siebie przez kilka bardzo długich sekund, aż w końcu Chaff się odezwał.
- Nie myśl sobie, że to znaczy, że nie skorzystam z okazji, żeby skopać ci dupę.
Haymitch się roześmiał. Nie był to prawdziwy śmiech, ale "pijacki rechot", którego używał tak samo, jak Effie używała swojej maski opiekunki trybutów.
Jak zwykle, musiał wszystko zepsuć. Mogli spędzić razem całe dwa dni, tuż przed igrzyskami. Teraz było późne popołudnie i zostało zaledwie kilka godzin, przed pójściem wszystkich spać. A oni nawet ze sobą nie rozmawiali.
Nie mógł się pogodzić z myślą, że wróci na arenę, nawet nie mogąc się porządnie pożegnać z osobą, która tak szybko zawładnęła jego światem. Ze świadomością, że to jego wina.
Dlatego wyszedł na godzinę, żeby nie słyszeć jej milczenia. I żeby nie czuć palących skórę spojrzeń, które rzucał mu Peeta. Chłopak nie musiał mu robić wywodów, na temat tego, jak bardzo spaprał sprawę. Sam doskonale o tym wiedział. Siedział teraz w barze, na stołku przy ladzie, dwie ulice dalej od ośrodka. Trzymał w ręce szklankę z whiskey, ale po raz pierwszy nie wypił ani kropelki, odkąd usiadł. Wpatrywał się w złocisty płyn, który teraz kojarzył mu się z kolorem jej włosów, wczorajszego poranka. Tak pięknie wtedy wyglądała.
Spodziewał się, że prędzej czy później, usłyszy jego głos, ale w głębi serca, miał nadzieję, że jednak to nie nastąpi.
- Zły dzień, co? - Chaff usiadł na stołku, obok niego. Haymitch czuł na sobie jego spojrzenie, ale nie odwrócił się, żeby zerknąć na przyjaciela. Zacisnął palce na szklance, przypominając sobie ich ostatnie spotkanie w tym barze.
- Tak jakby. - warknął, po czym w końcu wziął duży łyk. Alkohol wypalał sobie drogę w dół jego przełyku, zostawiając po sobie znajomy, gorzki smak. Jednak, nie pozwoliło mu to się rozluźnić.
- O co chodziło, wtedy, przed windą? - Barman postawił przed Chaffem butelkę i zanim odszedł, rzucił zaniepokojone spojrzenie na Haymitcha. Widać, wciąż miał w pamięci to, jak pobił Chaffa.
- Nie twój interes.
- Słuchaj... - zaczął, ale przerwał, widząc spojrzenie, jakim obdarzył go przyjaciel. Odchrząknął i zmienił temat. - To już jutro.
- Pamiętam, dzięki.
- Chodzi mi o to, co ma się stać.
Haymitch zrozumiał, że Chaff mówi o planie, który przygotował Plutarch. Ścisnęło w dołku. Zapomniał, że jego przyjaciel, również wraca na arenę. I że nie planuje wracać.
Chaff od samego początku powtarzał, że nie ma po co wracać. Nikt na niego nie czeka w Jedenastym Dystrykcie. Mówił, że śmierć jest jedyną ucieczką od igrzysk i że gdy tylko nadarzy mu się okazja, ucieknie.
Poczuł się jeszcze podlej, kiedy spojrzał na tak dobrze znaną mu twarz. Chaff zajął się nim, kiedy w wieku szesnastu lat, wrócił z areny, ledwo żywy. To Chaff powiedział mu, że alkohol pomaga. To z nim spędzał każde kolejne igrzyska, pijąc i rwąc włosy z głowy, starając się uratować dzieciaki, które i tak nie miały szansy na wygraną.
- Na arenie nie będzie na to czasu, więc... - zaczął Chaff, ale zaciął się w połowie zdania. Odchrząknął i kontynuował, wpatrując się uporczywie w butelkę. - Chciałem ci podziękować. Jesteś moim jedynym przyjacielem...
Znów się zaciął, pociągnął zdrowy łyk z butelki i spojrzał na niego. W jego oczach była akceptacja. Akceptacja rychłej śmierci. Uśmiechnął się krzywo.
- A jak Katniss? - Chaff zmienił temat.
- Dobrze się trzyma. - odpowiedział. - Chłopak świetnie się nią opiekuje.
- Robi dobrą minę, do złej gry. - westchnął i znów się napił. - Cholernie ciężko jest iść na arenę, zostawiając za sobą ukochane osoby.
Haymitch wiedział do czego Chaff zmierza. Tym razem go nie powstrzymywał. Westchnął tylko z rezygnacją.
- Ta. - mruknął. - Cholernie ciężko.
- Nigdy w życiu bym nie powiedział, że ty i ta Trinket... - zaczął jednoręki mentor, ale w połowie zdania, postanowił je zmienić. - Zawsze jej broniłeś, ale nigdy bym nie przypuszczał, że to dlatego... Niezły z ciebie numer, koleżko.
Haymitch spojrzał na swojego przyjaciela. Na tego, który był mu jak rodzina. Jak brat. Poczuł, że jego klatka piersiowa jest ściśnięta. Wziął kolejny łyk ze szklanki, tym razem, kompletnie nie czując smaku alkoholu.
- To ja powinienem ci podziękować. - powiedział Haymitch. - Byłeś przy mnie, kiedy nie było nikogo innego. Będę za tobą tęsknić.
Cisza, która między nimi zapadła była nie do zniesienia. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale wiedział, że nie musi. Chaff go rozumiał. Patrzyli na siebie przez kilka bardzo długich sekund, aż w końcu Chaff się odezwał.
- Nie myśl sobie, że to znaczy, że nie skorzystam z okazji, żeby skopać ci dupę.
Haymitch się roześmiał. Nie był to prawdziwy śmiech, ale "pijacki rechot", którego używał tak samo, jak Effie używała swojej maski opiekunki trybutów.
***
Nie było aż tak późno, kiedy wrócił do apartamentu, jednak wszędzie było cicho. Światła były zgaszone. Prawdopodobnie Effie zarządziła ciszę nocną, żeby wszyscy się porządnie wyspali. Z jednej strony czuł rozczarowanie, a jego poczucie winy tylko wzrosło, że zranił ją do tego stopnia, że nawet się nie pożegna. Jednak z drugiej strony, był wdzięczny. Naprawdę nie chciał patrzeć, jak ta drobna istota płacze.
Wszedł do swojego pokoju. Postanowił wziąć ostatni prysznic, więc ruszył do łazienki. Rozebrał się i stanął pod strumieniem ciepłej wody. Starał się zapamiętać, jakie to uczucie, kiedy woda obmywa ciało, ale szybko dał sobie z tym spokój. Nie był w nastroju na sentymenty.
Umył się od stóp do głów, skupiając się maksymalnie na każdej czynności, żeby tylko odciągnąć swoje myśli od Effie i od tego, żeby pójść do jej pokoju. Skoro na niego nie zaczekała, to znaczy, że nie chce go widzieć.
Woda wciekała mu do oczu, ale nie dbał o to. Kiedy skończył, wytarł się ręcznikiem, zostawiając mokre włosy. Owinął się ręcznikiem w pasie. Stanął przed lustrem; jego odbicie, wyglądało na zmęczone. Westchnął ciężko, po czym nałożył na twarz piankę, wziął do ręki maszynkę i zaczął się golić. Pewnymi ruchami, ściągał kolejne warstwy pianki, odkrywając tym samym, gładką skórę. Opłukał twarz, pozbywając się resztek białej piany i mając ochotę się utopić. Przez cały czas miał wrażenie, że niewidzialna ręka ściska jego serce, utrudniając mu bicie. Naprawdę się starał, ale Effie zajęła cały jego umysł i cokolwiek by nie robił, nie mógł przestać o niej myśleć. Była w każdej czynności. W każdym oddechu.
Otworzył drzwi łazienki i wrócił do pokoju. Jego włosy ociekały wodą, a kropelki spływały w dół po jego szyi i ramionach. Nie dbał o to.
Stał odwrócony plecami do drzwi, ale i tak usłyszał, że ktoś wszedł. Bardzo ciche i delikatne kroki. Serce zabiło mocniej. Odwrócił się, doskonale wiedząc, kogo tam zobaczy.
I oto stała, u progu jego pokoju. Bez makijażu. Bez peruki. Bez wysokich szpilek i dopasowanych sukienek. Jej miodowo-złote loki opadały na jej ramiona. Jej porcelanowa cera, kontrastowała z szafirowymi oczami, które wpatrywały się intensywnie w jego twarz. Ubrana w różowy, jedwabny szlafrok. Była boso.
Nie powiedziała ani słowa. Nie musiała. Wszystko to, co oboje chcieli sobie powiedzieć, zawisło w powietrzu, opuszczając ich ciała i dając im odetchnąć. To była ich ostatnia noc, nie mogli jej zmarnować na wyrzucanie z siebie słów, które tak naprawdę, zostały już wypowiedziane.
Podeszła do niego powoli, jakby wciąż nie była pewna, co dokładnie chce zrobić. Nie ruszał się, pozwalając jej podejść tak blisko, jak tylko ma ochotę. Nie spuszczali wzroku ze swoich oczu. Miał wrażenie, że utonął w tej głębi oceanu. Kiedy się zatrzymała, ich ciała prawie się stykały.
Wyciągnęła rękę i delikatnie przejechała opuszkami, po jego piersi, przyprawiając go o dreszcze. Schwycił jej dłoń, która wciąż wędrowała po jego torsie i przycisnął ją do swojego serca. Teraz oboje mogli poczuć, jak mocno bije.
Jej druga dłoń, przejechała po jego ramieniu w górę, lądując na jego barku, a później na szyi, wysyłając iskry i podpalając, każdy jego nerw. Stanęła na palcach i ich usta, niespodziewanie spotkały się w pocałunku. Haymitch zamknął oczy, oplatając ją w talii, przyciągając jeszcze bliżej do siebie i rozkoszując się słodyczą jej ust. Ich wargi ocierały się o siebie, z początku delikatnie, a już po chwili spragnione swojego dotyku. Pocałunek zabrał im ostatni oddech, więc Haymitch odsunął się tylko o milimetr, przyciskając swoje czoło do jej czoła.
- Effie... - westchnął, pozbawiony tchu. Kiedy się odezwał, ich usta znów się o siebie otarły.
- Ciii... - szepnęła. - Wszystko zepsujesz.
Tak więc, zamiast dokończyć zdanie, pocałował ją jeszcze raz, nie mogąc się powstrzymać. Haymitch nie wiedział w jaki sposób się to stało, bo nie przypominał sobie, żeby się przemieszczał, ale nagle wylądował plecami na łóżku, ciągnąc za sobą Effie. Obrócił się i teraz to ona leżała pod nim. Jego usta wędrowały powoli po linii jej żuchwy, a później w dół szyi. Kiedy pocałował ją w obojczyk, usłyszał ciche westchnienie.
Chwycił za pasek, który przytrzymywał jej szlafrok i jednym ruchem go rozwiązał. Effie usiadła, sięgając swoimi wargami jego ust. Zsunął jedwabny materiał z jej ramion, odsłaniając gładką, kremową skórę. Chłonął wzrokiem ten widok, starając się zapamiętać każdy szczegół. Chciał zapamiętać to, jak pięknie wyglądała, naga na jego łóżku, z błyszczącymi oczami. Jego dłonie wędrowały po jej ciele, pieszcząc, najlżejszym dotykiem.
W ułamku sekundy, ręcznik, który wciąż oplatał jego biodra, znalazł się na podłodze. Wpił się w usta Effie, a ona oddała pocałunek z równie wielką żarliwością. Całowała go gorączkowo, jakby chciała w tym jednym pocałunku wyrazić swoją miłość i pożądanie, wiedząc, że ma ku temu jedyną i ostatnią okazję.
Haymitch przyciągnął Effie do siebie jeszcze bliżej, tak, by móc czuć ją całym ciałem. Przez chwilę jeszcze spoglądał jej w oczy: było w nich wszystko, czego tylko mógłby pragnąć: pożądanie. Namiętność. Miłość. Nie wahał się ani sekundy dłużej, a ich ciała spotkały się ze sobą w najbardziej intymny sposób. Ich dłonie splatały się ze sobą, zupełnie jak ich całe ciała. Ciepłe oddechy mieszały się w jeden wspólny oddech. Współgrali, jakby byli stworzeni do tego, żeby być ze sobą.
Chwycił za pasek, który przytrzymywał jej szlafrok i jednym ruchem go rozwiązał. Effie usiadła, sięgając swoimi wargami jego ust. Zsunął jedwabny materiał z jej ramion, odsłaniając gładką, kremową skórę. Chłonął wzrokiem ten widok, starając się zapamiętać każdy szczegół. Chciał zapamiętać to, jak pięknie wyglądała, naga na jego łóżku, z błyszczącymi oczami. Jego dłonie wędrowały po jej ciele, pieszcząc, najlżejszym dotykiem.
W ułamku sekundy, ręcznik, który wciąż oplatał jego biodra, znalazł się na podłodze. Wpił się w usta Effie, a ona oddała pocałunek z równie wielką żarliwością. Całowała go gorączkowo, jakby chciała w tym jednym pocałunku wyrazić swoją miłość i pożądanie, wiedząc, że ma ku temu jedyną i ostatnią okazję.
Haymitch przyciągnął Effie do siebie jeszcze bliżej, tak, by móc czuć ją całym ciałem. Przez chwilę jeszcze spoglądał jej w oczy: było w nich wszystko, czego tylko mógłby pragnąć: pożądanie. Namiętność. Miłość. Nie wahał się ani sekundy dłużej, a ich ciała spotkały się ze sobą w najbardziej intymny sposób. Ich dłonie splatały się ze sobą, zupełnie jak ich całe ciała. Ciepłe oddechy mieszały się w jeden wspólny oddech. Współgrali, jakby byli stworzeni do tego, żeby być ze sobą.
***
Leżeli na łóżku, zaplątani w kołdrę i w swoje ramiona. Głowa Effie spoczywała na jego nagiej piersi. Wodził bezwiednie dłonią, po jej plecach, w górę i w dół. Oddychali równocześnie, zupełnie jak jeszcze chwilę temu. Haymitch czuł spokój, jednak w jego głowie szalała burza. Niedługo noc się skończy. Nastanie ranek, a wraz z pobudką słońca, rozpoczną się igrzyska.
Po raz pierwszy w jego głowie, zrodziła się myśl, że jeśli umrze, ktoś za nim zapłacze. A on nie chciał, żeby Effie płakała. Nie mógł znieść tego obrazu, więc szybko wyrzucił go z głowy.
Poczuł, że Effie, zaczyna zasypiać. A przecież miał jej jeszcze tyle do powiedzenia.
- Effie? - mruknął cicho.
- Hmm? - wymamrotała sennie. Wtuliła policzek w jego szyję.
- Muszę ci coś powiedzieć.
Spojrzała na niego, a kiedy zobaczyła, że ma poważny wyraz twarzy, oparła się na łokciu, żeby móc lepiej mu się przyjrzeć. Nie było śladu po senności. Zniknęła jak bańka.
- Przyjdzie taki czas... - zaczął Haymitch ostrożnie, nie chcąc zdradzać zbyt wiele szczegółów. - Na igrzyskach... Może się coś wydarzyć.
- Co takiego? - nie spuszczała wzroku z jego oczu. Marszczyła brwi, starając się zrozumieć.
- Cokolwiek się stanie, musisz mi obiecać, że pójdziesz z Peetą i Plutarchem.
Wsparł się na łokciu, żeby ich twarze były na tym samym poziomie. Wtulił dłoń w jej policzek i potarł go kciukiem, zatrzymując się na dolnej wardze.
- Obiecaj mi to. - wyszeptał.
- Obiecuję. - powiedziała, a na jego ustach pojawił się cień uśmiechu. Pocałował ją krótko, po czym przyciągnął do siebie, sprawiając, że znów leżeli, wtuleni w swoje ciała.
Zapanowała cisza i Haymitch wiedział o czym Effie myśli. Nie musiał nawet na nią patrzeć, żeby wiedzieć, że pomiędzy jej brwiami pojawiła się zmarszczka, która wskazywała na to, że się martwi.
- Obiecaj mi, że wrócisz... Proszę. - szepnęła i mocniej wtuliła się w jego pierś.
Jej słowa zawisły w powietrzu i brzmiały w jego głowie, niczym gong. Już w chwili, kiedy weszła do jego pokoju, obiecał sobie, że jej nie zostawi. Że nie pozwoli na to, żeby została sama.
- Zawsze do ciebie wrócę, skarbie. - powiedział po chwili.

Nie wierzę, że to piszę, ale Chaff autentycznie mnie wzruszył. Ta atmosfera nadchodzących igrzysk jest nie do zniesienia. I, cholera, rozwalają mnie totalnie te wzmianki o tym, że H. pewne rzeczy robi po raz ostatni w życiu, kurczę, głupi prysznic aż tak mnie poruszył. Cholera, nie wiem, co powiedzieć. Naprawdę. Czuję i poruszenie, i wzruszenie, i smutek, i pustkę. Wydaje mi się, że to najlepszy rozdział, jaki czytałam.
OdpowiedzUsuńA ja muszę się przyznać, że jak pisałam tą scenę z Ch. i H. to uroniłam parę łez. Chyba najlepszy rozdział, jaki napisałam - i to także Twoja zasługa! ^^
UsuńTo ja się cieszę, że zostałam dopuszczona do tworzenia tego cudownego rozdziału. :D
UsuńW tym rozdziale jest tyle emocji i każda krzyczy w mojej głowie i sercu. Matko, nie daj mu zginąć. Nie sprawiaj nam większego bólu, gdy trafią na arenę. Czuje się teraz taka nijaka. Naprawdę zawładnęłaś moim umysłem. Gratuluję wspaniałego rozdziału.
OdpowiedzUsuńCudownie to wszysktko ujęłaś! W jednym rozdziale...tyle wzruszeń...takie to emocjonalne! Ale tak mnie martwią te nadchodząde igrzyska...naprawdę się boję! A swoją drogą, to ten rozdział znakomicie oddaje całą istotę tego utworu ;) Gratuluję i życzę weny na następny rozdział :*
OdpowiedzUsuńCudowny rozdział... Tak jak zwykle. Zawsze wyzwalasz we mnie masę emocji. Ten rozdział uronił dużo dużo łez... Cudowny blog <3
OdpowiedzUsuń~Lily
Ok, jak zaczęła się... No wiesz... TA scena, to zakrztusiłam sie tabletką na gardło xD tek pisze, żebyś wiedziała, że to było BOSKIE *-* mimo, że prawie sie udusiłam ale cii xDD
OdpowiedzUsuńNo... Igrzyska, które niemiłosiernie się zbliżają. Chaff. Uwielbiam go, a dzięki tobie, uwielbiam go jeszcze bardziej <3
Wiedz tylko, że jeśli skrzywdzisz kogoś, to odnajde cię i zamorduje! *ostre słowa jak na piętnastolatke xdd*
Nah... Co by tu jeszcze.
Rozdział genialny, i jak tylko napisze ten komentarz, to ide przesłuchać piosenkę która cię zainspirowała (osatnio brak weny mnie dobija... Potrzebuje jakiejś iskry)
Dobra... Nie wiem co pisać, jeste beznadziejna w wyrażaniu opinii, więc życze powodzenia przy dalszym pisaniu :D