sobota, 30 stycznia 2016

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 21

Obróciła głowę w jego stronę tak szybko, że poczuła ostry ból w szyi. Oczy Haymitcha wciąż były zamknięte. Miał miarowy oddech; wszystko wskazywało na to, że wciąż spał.
Czuła jak w jej klatce piersiowej rozlewa się coś ciepłego. Pierwsze słowo, jakie wypowiedział po miesiącu rozłąki i było to jej imię. Jego palce znów delikatnie ścisnęły jej dłoń. Wpatrywała się w jego twarz, oczekując, że za chwilę otworzy oczy. Nie zrobił tego. Odetchnął głęboko i wciąż spał.
- Muszę wracać do Katniss. - usłyszała za sobą Peetę. Tym razem się nie obejrzała, żeby na niego spojrzeć. - Zostaniesz z nim?
- Nie zamierzam się stąd ruszać. - co za głupie pytanie. Czy z nim zostanie? Tak długo, jak to będzie możliwe. Nie zamierzała go spuszczać z oczu.
- Jeśli coś by się działo... Po prostu zawołaj kogoś, dobrze?
- Dobrze.
Kilka sekund później usłyszała jak zamyka za sobą drzwi. I znów została sama z nieprzytomnym Haymitchem. Patrzyła jak jego powieki drgają, jak żyła na jego szyi pulsuje, dając jej pewność, że wciąż żyje. Bała się, że jeśli zostawi go na sekundę, to znów stanie się coś złego. Nie mogła na to pozwolić. Effie była egoistką i nie przeżyłaby kolejnej rozłąki.
Nie miała pojęcia kiedy zasnęła, ale jedyne co wiedziała to to, że w jednej chwili patrzyła na Haymitcha, a w drugiej poczuła, jak coś dotyka jej włosów. Wciąż była na łóżku Haymitcha, policzek dotykał jego dłoni, którą wciąż trzymała jedną ręką. Czyjeś palce były wplątane w jej włosy. Usiadła szybciej, niż mogłaby pomyśleć. Zignorowała to, że jej ciało było odrętwiałe. Jej oczy napotkały spojrzenie szarych tęczówek. Na jej ustach pojawił się słaby uśmiech. Serce biło jej tak mocno, że zastanawiała się, kiedy wyskoczy z jej piersi.
- Effie - szepnął, pochłaniając jej twarz wzrokiem. Wpatrywał się w nią, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół jej twarzy.
Pokiwała głową, niezdolna do wypowiedzenia jednego słowa. Zagryzła dolną wargę. Tak długo czekała, żeby znów móc zobaczyć jego oczy, żeby móc z nim porozmawiać, a teraz nie mogła wydusić z siebie żadnego dźwięku.
- Czy ja umarłem? - poczuła łzy, które wzbierały w jej oczach. Mówienie sprawiało mu trudności, jego głos był niski, słaby i zachrypnięty.
- Nie - pokręciła głową, starając się powstrzymać od płaczu. Jednak kilka łez spłynęło po jej policzkach.
Wpatrywał się w nią z lekko zmarszczonymi brwiami, jakby coś mu się nie zgadzało. Wyswobodził swoją dłoń z jej uścisku i uniósł, jakby chciał jej dotknąć. Nie miał tyle siły, więc Effie znów ujęła jego dłoń i przycisnęła ją do swojego policzka. Haymitch zamknął oczy, jakby dotyk jej skóry przynosił mu ulgę. Jednak, kiedy znów na nią spojrzał w jego oczach malował się ból.
- Powiedzieli, że nie żyjesz. - wyszeptał. Poczuła jak coś jej się przewraca w żołądku.
- Żyję... I ty także. - Jego kciuk pocierał skórę jej policzka.
- Czy to sen?
- Nie. Haymitch, jestem tutaj. - pocałowała wnętrze jego nadgarstka. - Jesteś bezpieczny.
- Effie...
Wydawał się oderwany od rzeczywistości. Nie potrafił przetrawić tego, że nie jest już w celi w Kapitolu. Po prostu patrzył na nią, a w jego oczach odbijało się coś na kształt tęsknoty. Nie przyjmował do wiadomości, że ona siedzi obok niego. Że jest prawdziwa.
Jak wiele razy siedział w swojej celi i wyobrażał sobie, że Effie jest koło niego? Jak wiele razy mu się to śniło? Jak wiele razy przychodziły do niego halucynacje?
Nie ważne jak wiele razy mu powtarzała, że jest prawdziwa, że żyje, że oboje są bezpieczni, on wydawał się pogrążony w swoich własnych myślach.
Nie płakał. Nie krzyczał. Po prostu leżał na łóżku, wyglądając jakby był jedną nogą w grobie i wpatrywał się w nią.
Ile czasu upłynie, zanim zrozumie, że naprawdę nie jest już w Kapitolu?
Nie wiedziała ile czasu minęło odkąd się obudziła, ale Haymitch wyglądał na zmęczonego. Coraz trudniej było mu otworzyć oczy po każdym mrugnięciu. Effie odgarnęła mu włosy z czoła. Potrzebował wizyty u fryzjera.
- Śpij. - powiedziała, wciąż bawiąc się jego włosami.
- Jeśli zasnę, to znikniesz. - jego słowa zlewały się w jedno i trudno było go zrozumieć. - Nie chcę cię znów stracić.
- Nie stracisz. - głos jej się załamał. Ile jeszcze razy będzie płakać? - Będę tu, kiedy się obudzisz. Obiecuję.
Pochyliła się powoli i złożyła delikatny pocałunek w kąciku jego ust. Zamknął oczy i tym razem już ich nie otworzył. Nie minęła sekunda i znów spał.
Effie czuła ciepło w okolicach serca, kiedy patrzyła, jak spokojnie spał, a jednocześnie czuła nienawiść do ludzi, którzy mu to zrobili. Snow za to zapłaci.
Drzwi za nią się otworzyły. Kiedy spojrzała przez ramię, zobaczyła tego samego lekarza, który jej powiedział, że może wejść.
- Pani wciąż tutaj? - zapytał lekarz, niezbyt zdziwiony jej widokiem. - Coś się działo?
- Obudził się. - powiedziała cicho. - Kilka minut temu, znowu zasnął.
- Mówił coś? - lekarz zaczął sprawdzać odczyty z maszyn.
- Myślał, że nie żyje. A później chyba myślał, że wciąż jest w Kapitolu.
Lekarz pokiwał głową, jakby dokładnie tego się spodziewał.
- Jest w szoku. Nie potrafi wpasować się w rzeczywistość. Przez miesiąc trzymali go w okropnych warunkach, torturowali go... Nic dziwnego, że bierze to wszystko za sen lub halucynacje.
- Czy można mu jakoś pomóc... Dostosować się? Przekonać go, że to jest rzeczywistość? Że jest bezpieczny?
- Po pierwsze, powinny tu zaglądać osoby, które zna. Ktoś, z kim miał kontakt przed tym wszystkim. Obecność znajomych powinna go przekonać, że nie jest już w więzieniu.
- I to starczy?
- Powinno. - pokiwał głową. - Dużo przeszedł w bardzo krótkim czasie. Byłbym zdziwiony, gdyby nie zrobiło to na nim... Że tak powiem... Wrażenia.
Skończył sprawdzać maszyny i kroplówki do których Haymitch był podłączony. Spojrzał na nią i Effie miała wrażenie, że za chwilę ją wygoni. Powie, że pacjent potrzebuje odpoczynku. Ale zaskoczył ją. Uśmiechnął się słabo.
- Wrócę za kilka godzin. Gdyby coś się działo, proszę kogoś zawołać.
Pokiwała głową.
Kiedy lekarz wyszedł, Effie zaczęła myśleć o tym co jej powiedział. Haymitch potrzebował otoczenia znajomych twarzy. A skoro o niej myślał, jak o śnie, to potrzebował kogoś innego. Pomyślała o Peecie, Katniss... Może nawet udałoby się sprowadzić Finnicka, oczywiście z Annie. Być może Plutarch też mógłby go odwiedzić. Effie obiecała sobie, że nie ważne czego będzie musiała użyć, sprawi, że Haymitch zrozumie, że nic więcej mu nie grozi.
Że Effie jest przy nim.
___________________________________________________________________
Okej, dzisiaj krótko, ale następny rozdział będzie dłuższy - obiecuję! ♥

czwartek, 28 stycznia 2016

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 20

Effie była kłębkiem nerwów. Nie pomagało jej to, że Katniss i Peeta stali po jej obu stronach i powtarzali, że wszystko będzie dobrze.
W hangarze było pełno ludzi. Finnick, którego wypuścili ze szpitala, Beetee, wciąż na wózku, Plutarch i Fluvia; tuż za nimi stało co najmniej dziesięciu lekarzy, gotowych do szybkiego przetransportowania wszystkich do szpitala. Tu i ówdzie kręcili się żołnierze. Nikt się nie odzywał. Panowała grobowa cisza i Effie miała wrażenie, że to cisza przed burzą.
Brama do hangaru była otwarta, żeby ułatwić lądowanie, ale na niebie wciąż nie pojawiał się poduszkowiec. Nawet nie pomyślała o tym, że to pierwszy raz, od ponad miesiąca, kiedy widzi niebo. Kiedy oddycha prawdziwym, świeżym powietrzem.
Plutarch co chwilę sprawdzał swój komunikator. Poduszkowiec powinien już wrócić. Nie chciała myśleć o tym, że coś poszło nie tak. A przecież plan nie był doskonały. W każdej chwili mogło się zdarzyć coś nieprzewidzianego.
Effie zaczęła obgryzać paznokcie, coś czego nie robiła, odkąd skończyła sześć lat. Katniss chwyciła ją za rękę i posłała jej pocieszający uśmiech.
- Pewnie za chwilę tu będą. - powiedziała, chociaż chyba sama w to nie wierzyła.
Jak na zawołanie, na niebie zmaterializował się poduszkowiec. Wybuchło poruszenie. Żołnierze trzymali w gotowości karabiny, lekarze czekali, aż w końcu będą mogli zobaczyć pacjentów. Serce Effie galopowało jak szalone. Nie zdawała sobie sprawy, że kurczowo trzyma Katniss za rękę, dopóki dziewczyna syknęła z bólu. Mimo to, nie puszczała jej dłoni. Potrzebowała jakiegoś połączenia z rzeczywistością, a tym czymś, była ręka Katniss.
Poduszkowiec wylądował ciężko, wzbijając w powietrze tumany kurzu. Lodowaty podmuch wiatru załopotał ich mundurami.
Nie minęła sekunda i wejście do poduszkowca się otworzyło. Lekarze nie tracili czasu, od razu wbiegli do środka. Wszystko działo się niesamowicie szybko. Effie wstrzymała oddech. - Jeśli go tam nie było... Jeśli go nie uratowali...
Pierwszą osobą, która została wyniesiona z poduszkowca, była Johanna. Gdyby nie to, że krzyczała wniebogłosy, Effie by jej nie poznała. Była posiniaczona, miała ogoloną głową i była wychudzona. Owinięta w koce, żeby zatrzymać ciepło jej ciała. Krzyczała, jakby ją obdzierano ze skóry.
Wiress wyszła o własnych siłach. Nie wyglądała, jakby jej coś dolegało. Jeden z lekarzy szedł razem z nią, sprawdzając czy rzeczywiście nic jej nie jest, ale wtedy podjechał do nich Beetee. Wiress przytuliła go mocno, a Effie poczuła, że jest zazdrosna.
- Annie! - głos Finnicka sprawił, że podskoczyła. Spojrzała na niego i zobaczyła jak obejmuje Annie Crestę, która też nie wyglądała na poszkodowaną.
Mijały sekundy, które wydawały się być godzinami, a z poduszkowca nikt nie wychodził. Nikt nie został wyniesiony. Oddech Effie przyspieszył. Miała wrażenie, że wszyscy w pomieszczeniu słyszą, jak mocno bije jej serce. Czuła ucisk w gardle i zimne dreszcze, które spływały jej po plecach.
I wtedy, po minucie, która zdawała się być wiecznością, medycy wynieśli go na noszach. Jak wiele razy w ciągu jednego miesiąca, można mieć złamane serce? Bo kiedy Effie go zobaczyła, poczuła się jeszcze gorzej, niż minutę wcześniej.
Haymitch był wychudzony, zupełnie jak reszta, ale nikt z pozostałych, nie wyglądał tak jak on. Całe jego ciało, które - w odróżnieniu od Johanny - nie było przykryte kocem, pokrywały fioletowo-czarne sińce. Miał przecięty łuk brwiowy z którego wciąż ciekła krew. Był tak wychudzony, że można było zobaczyć każdą poszczególną kość. Jego usta były popękane, Wyglądały, jakby za dużo razy je zagryzał. Jego dłonie były poobcierane i zakrwawione.
Wyglądał jak trup. Skóra - tam, gdzie nie była pokryta sińcami - miała niezdrowy, żółty odcień.
Effie nie wiedziała w którym momencie zaczęła płakać, ale wiedziała, że nie może się ruszyć. Po prostu stała w miejscu i patrzyła, jak lekarze przenoszą nieprzytomnego Haymitcha w stronę wyjścia z hangaru.
- Słaby puls...
- Trzeba go szybko zabrać do szpitala...
- Pacjent jest odwodniony...
- Mamy mało czasu...
Mówili jeden przez drugiego, wymieniając się obserwacjami. Jedyne co ona mogła zaobserwować to to, że jedna z rąk Haymitcha zsunęła się z noszy, kiedy przenosili go obok miejsca w którym stała. Wyciągnęła rękę i musnęła palcami jego lodowatą dłoń. Dotyk nie trwał nawet sekundę.
- Proszę się odsunąć. - jeden z lekarzy rzucił w jej stronę.
Inny lekarz - jedyna kobieta - podeszła do niej z bardzo poważną miną. Effie miała problem ze skupieniem swojej uwagi na kobiecie. Jej wzrok, wciąż powracał do oddalającego się ciała Haymitcha.
- Na razie mogę powiedzieć tylko tyle, że jego stan jest krytyczny. Zrobimy co w naszej mocy.
Jedyne co Effie mogła zrobić, to pokiwać głową na znak, że rozumie. Kiedy lekarka odeszła, Effie poczuła, że ktoś ją obejmuje. Nigdy by nie powiedziała, że Katniss potrafi okazywać tyle czułości.
- Jeśli chcesz, pójdziemy z tobą do szpitala, żeby poczekać na więcej informacji. - odezwał się Peeta.
Pokręciła głową, wciąż niezdolna do wydania z siebie jakiegokolwiek dźwięku.
- Żyje. - powiedział chłopak. - Na razie to się liczy.
***
Nigdy by nie pomyślała, że będzie siedziała na podłodze szpitalnego korytarza, ale dookoła nie było żadnych krzeseł, ani żadnej poczekalni. Dlatego nie miała większego wyboru.
Siedziała tutaj już od dwóch godzin. Lekarze wchodzili i wychodzili z pomieszczenia przed którym siedziała. Słyszała przytłumione głosy, jakieś szmery, ale nic konkretnego. Nie umiała odróżnić słów.
Wciąż cała drżała. W głowie cały czas przywoływała widok ciała Haymitcha. Nie mogła się pozbyć tego wspomnienia. Widoku jego zakrwawionego, pokrytego sińcami, wychudzonego ciała. Za każdym razem, kiedy w jej głowie pojawiał się ten widok, w jej sercu otwierała się ogromna rana.
Przestała płakać, nie miała już na to siły. Jedyne co się dla niej teraz liczyło to to, że Haymitch żył i że był już bezpieczny. Już nic złego mu się nie stanie - Effie tego dopilnuje.
Drzwi się otworzyły i z pomieszczenia wyszedł jeden z lekarzy. Wyglądał, jakby mógł zasnąć na stojąco. Kiedy zobaczył ją siedzącą na podłodze pod ścianą, przywołał na twarz słaby uśmiech.
- Jego stan jest stabilny. - powiedział cicho. Musiał być naprawdę zmęczony. - Zrobiliśmy co w naszej mocy. Miał złamane dwa żebra, był odwodniony, podejrzewam, że bili go do nieprzytomności. Na jego ciele są też ślady po innych torturach, ale... Nie jestem pewien czy powinienem pani o tym mówić.
- Czy mogę... - jej głos był zachrypnięty. Nie musiała kończyć zdania. Lekarz pokiwał głową.
- Nie widzę przeszkód. Pacjent śpi, ale jeśli pani chce...
- Chcę. - odpowiedziała szybko. Wstała z podłogi i zanim weszła do pomieszczenia w którym znajdował się Haymitch, odwróciła się do lekarza. - Dziękuję.
- Miał dużo szczęścia. Jeszcze chwila i nic by mu nie pomogło.
Pokiwała głową, czując w gardle ogromną gulę. Otworzyła drzwi i weszła do pokoju. Wszystko tonęło w bieli. Oprócz łóżka i kilku maszyn monitorujących funkcje życiowe Haymitcha, w pokoju nie było nic. Kiedy weszła, dwójka pozostałych lekarzy na nią spojrzała. Wyglądali na równie zmęczonych, co lekarz z którym rozmawiała. Właśnie wychodzili. Kiedy ją mijali, na ich twarzach pojawiło się coś co przypominało współczucie.
Effie nie odrywała wzroku od Haymitcha. Wyglądał minimalnie lepiej, niż dwie godziny wcześniej w hangarze. Ktoś musiał go umyć, rozcięcie na łuku brwiowym zostało zaszyte, dłonie zabandażowane. W jego ramionach i prawej dłoni znikały rurki, kable i przewody. Wyglądał tak... bezbronnie, słabo. Haymitch nigdy tak nie wyglądał. Nie był słaby, ani bezbronny.
W tej chwili, Effie znienawidziła Kapitol. Choć sama pochodziła ze stolicy, nie chciała mieć nic wspólnego z ludźmi, którzy mu to zrobili. Chciała zapomnieć o tym, że kiedykolwiek cieszyła się z Głodowych Igrzysk. Jak bardzo głupia wtedy była, myśląc, że to zabawa? Teraz czuła, jak w jej klatce piersiowej narasta paląca nienawiść do Kapitolu.
Ostrożnie usiadła na brzegu jego łóżka i wpatrywała się w jego twarz. Delikatnie ujęła jego lodowatą dłoń. Drugą dłonią odgarnęła mu włosy z czoła. Jego powieki zadrżały, ale nie otworzył oczu. Nie spojrzał na nią tymi szarymi oczami, nie uśmiechnął się półgębkiem i nie powiedział jej, że wreszcie przestała wyglądać jak klaun. Po prostu leżał, pogrążony we śnie. A ona siedziała na jego łóżku, wpatrując się w niego i nie mogąc oderwać wzroku. Bała się, że jeśli tylko na chwilę odejdzie, to znów stanie się coś złego.
Nie miała pojęcia jak długo tak siedziała. Kiedy do pomieszczenia wszedł Peeta, wiedziała, że musiało minąć sporo czasu.
- Co z nim? - zapytał chłopak.
- Śpi. - powiedziała cicho, spoglądając na Peetę przez ramię.
- To dobrze. - pokiwał głową. Minęła chwila zanim znów się odezwał. - Miał dużo szczęścia. Rozmawiałem z ekipą ratunkową... Jego cela... Podobno nie należało to do najmilszych widoków.
Effie poczuła ucisk w żołądku. Nie chciała myśleć o tym co mu robili. Czego musieli użyć, żeby doprowadzić go do takiego stanu.
W jednej chwili poczuła, że dłoń Haymitcha, którą wciąż trzymała, delikatnie ściska jej rękę i usłyszała najcichszy szept, który sprawił, że jej serce zaczęło szybciej bić.
- Effie...

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 19

Od wywiadu minęły dwa tygodnie. Od tego czasu, ekipa przygotowawcza Katniss pracowała na pełnych obrotach. Co oznaczało, że Effie wciąż nie miała chwili wytchnienia. Nie skarżyła się - Effie Trinket nigdy nie narzeka na swoją pracę. Ale zmęczenie dawało jej się we znaki i Peeta rzucał jej zaniepokojone spojrzenia ponad stołem w Centrum Dowodzenia. Kiedy Plutarch zarządził dziesięciominutową przerwę, chłopak podszedł i usiadł na krześle, tuż obok niej.
- Kiedy ostatni raz spałaś? - zapytał cicho, tak, żeby inni nie usłyszeli.
- Nie bardzo mam na to czas. - mruknęła, wykreślając ze swoich notatek kolejne zdania. Będzie musiała przepisać wszystko na nowo.
Wszyscy zgodzili się co do tego, żeby Katniss poleciała do szpitala w Ósemce. Cressida, razem ze swoją ekipą filmową, miała z nią lecieć, żeby nagrać, jak Kosogłos wspiera rannych rebeliantów. Razem z nimi mieli lecieć żołnierze. - Tak na wszelki wypadek.
Ale, ponieważ Katniss miała lecieć do dystryktu, Effie musiała wszystko przygotować. Cinna zostawił jej swoje projekty. Strój Kosogłosa był już gotowy. Effie musiała zająć się wyglądem Katniss, a to mogło jej zająć trochę czasu.
- Nie chcę żebyś się przemęczała. - powiedział Peeta. - Katniss cię potrzebuje, ale musisz też spać. I jeść.
- Jem. - zaprotestowała. Jedzenie w Trzynastce nie należało do najsmaczniejszych, ale nie była głupia, wiedziała, że musi jeść. Mimo to, straciła kilka kilogramów. Widziała to po tym, jak leżał na niej uniform. Stratę na wadze przypisywała stresowi, a nie niedożywieniu.
- Effie, masz iść w tej chwili do swojej kwatery i się przespać. Nie chcę cię tutaj widzieć, przez następne dwie godziny.
- Słucham? - zapytała z niedowierzaniem. Miała tyle do zrobienia. Jeśli teraz pójdzie spać, będzie musiała wszystko nadrobić później.
- Natychmiast. - głos Peety był stanowczy. Wstał z krzesła i miał zamiar odejść na swoje miejsce.
- Peeta... - powiedziała, a chłopak się odwrócił. W jego oczach była nowa iskra. Coś, czego nie było przed rebelią. Stanowczość. Wojna zmienia chłopców w mężczyzn.
- To rozkaz. - kilka głów się obróciło, żeby zobaczyć co się dzieje. - Żołnierzu Trinket, odmaszerować.
Effie otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale szybko zrezygnowała. Zacisnęła wargi z irytacją i wstała od stołu. Wyszła z Centrum Dowodzenia i choć miała ochotę trzasnąć drzwiami, nie zrobiła tego.
Szła korytarzami, które wyglądały identycznie. Wszystko w Trzynastce było szare. Nawet ludzie wydawali się być szarzy od braku słońca. Było... Depresyjnie. I nie pomagało to jej w "pozytywnym myśleniu", do czego zachęcała ją Cressida. Ich stosunki się zmieniły. Rozmawiały coraz częściej, kiedy natrafiły na siebie w kwaterze. Effie potrzebowała przyjaciółki. Kogoś, z kim mogłaby porozmawiać o czymś, co nie było związane z rebelią. A Cressida potrafiła jej to zaoferować. Jednak kiedy dotarła do pokoju, nie było jej tam. Był czas pracy i prawdopodobnie siedziała teraz w studiu.
Położyła się na łóżku, obiecując sobie, że to tylko na pięć minut, ale gdy tylko jej głowa dotknęła twardej poduszki, poczuła, jak bardzo jest zmęczona. Była wdzięczna Peecie, za to, że odesłał ją do kwatery. Jej oczy zaczęły się zamykać. Nie miała nawet siły, żeby myśleć. I właśnie, kiedy powoli odpływała w niebyt... Ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę. - mruknęła sennie. Kiedy drzwi się otworzyły, stanęła w nich Katniss. Wyglądała trochę niepewnie.
Effie podniosła się do pozycji siedzącej i przetarła oczy. Podkurczyła nogi i objęła je ramionami, opierając plecy o ścianę. To by było na tyle, jeśli chodzi o sen.
- Obudziłam cię? - zapytała dziewczyna, wciąż stojąc w progu.
- Nie. - westchnęła. - Wejdź.
Dziewczyna weszła, zamykając za sobą drzwi. Usiadła koło niej na łóżku, w podobny sposób co Effie. Wcześniej ściągnęła buty. Wpatrywała się w ścianę na przeciwko nich. Wyglądała, jakby coś ją gryzło.
- Co się stało? - zapytała Effie, przyglądając się Katniss.
- Chciałam cię o coś zapytać. - mówiła tak cicho, że Effie miała trudności ze zrozumieniem poszczególnych słów, a przecież siedziały koło siebie.
- Możesz mnie pytać o wszystko.
- Tylko... - zawahała się. - Nie smuć się, dobrze?
Wiedziała już, dokąd to zmierza. Widziała na własne oczy, jak Katniss pytała o to Haymitcha, kiedy byli na arenie. Całe państwo widziało. Wzięła głęboki oddech. Nie zamierzała płakać przy Katniss. Nie chciała jej pokazywać, jak słaba jest.
- Pytaj.
Teraz to Katniss odetchnęła głęboko, starając się ubrać swój problem w słowa. Trwało to kilka długich sekund i w końcu
- Kochasz go, prawda?
Zapadła cisza. Nie musiała pytać o kogo jej chodzi. Czy go kocha?
- Tak. - nie podlegało to dyskusji. Nie musiała się nad tym zastanawiać. Doskonale zna swoje uczucia.
- Skąd wiesz? - Katniss spojrzała na nią, jakby starała się zobaczyć odpowiedź na jej twarzy. Jej oczy były tak podobne do oczu Haymitcha. Bolało, kiedy na nie patrzyła.
- Ja... - objęła mocniej swoje nogi, przyciskając je do piersi. - Nie potrafię bez niego żyć.
Może brzmiało to, jak tekst z filmu, ale taka była prawda. I życie w Trzynastce jej to udowodniło. Nie potrafi normalnie funkcjonować, kiedy nie ma go przy niej. Nie umie sobie poradzić w świecie, w którym nie ma jego silnych ramion.
- Ale skąd wiesz. że go kochasz? - naciskała dziewczyna.
- To się czuje. - odpowiedziała. - Kochasz Peetę?
- Nie wiem. - mruknęła po dłuższym milczeniu. - Potrzebuję go.
- Pomyśl o jednej rzeczy. - powiedziała Effie, przyglądając się Katniss. Wyglądała jak zagubione dziecko. - O czymś, czego nie jesteś w stanie stracić. Bez czego nie wyobrażasz sobie życia.
- Myślę o Prim. - powiedziała po chwili. - Ale to chyba nie to samo.
- Nie. - odpowiedziała.
- Czuję się bezpiecznie, kiedy jestem z Peetą. Wiem, że to głupie, ale...
- W takim razie, masz swoją odpowiedź. - Effie położyła swoją dłoń na dłoni Katniss.
Dziewczyna patrzyła na nią przez chwilę, po czym wbiła wzrok w ich ręce. Pokiwała powoli głową.
- Dziękuję. - powiedziała cicho. Katniss ścisnęła jej dłoń w geście pocieszenia. - Znajdziemy go, Effie. Obiecuję.
***
Mimo wszystko, Effie zaznała kilka godzin snu. Zaraz po tym, jak Katniss wyszła z jej pokoju, przyszła Cressida. Wyglądała na równie wykończoną, ale nie miała czasu, żeby się położyć. Musiała iść do Centrum Dowodzenia, żeby złożyć raport. Obiecała Effie, że przekaże Peecie, że zobaczą się na obiedzie.
Kiedy stawiła się w stołówce, z tacą w ręce, od razu wiedziała, że coś jest nie tak. Trwało jakieś poruszenie i ludzie dookoła szeptali. Effie rozejrzała się dookoła i zobaczyła znajome twarze. Podeszła do stolika, przy którym siedzieli Peeta, Plutarch, Katniss i Cressida. Wszyscy wpatrywali się w ekran telewizora na ścianie. Jej serce zabiło mocniej, zanim usłyszała jego głos. Zanim zdała sobie sprawę, że znów emitują wywiad.
Jej wzrok padł na ekran i odebrało jej dech w piersi. Minęły dwa tygodnie od poprzedniego wywiadu, a Haymitch zmienił się diametralnie. Był wychudzony, jego oczy się szkliły, a dłonie, które zaciskał na poręczach fotela, okropnie drżały. Miał spierzchnięte i popękane usta, zupełnie jak przy odwodnieniu. I nawet makijaż na jego twarzy, nie mógł ukryć dużego siniaka, który wystawał spod jego kołnierzyka.
Łzy napłynęły jej do oczu. Co oni mu zrobili?
- Witajcie mieszkańcy Panem. - kamera pokazała Caesara w zielonym garniturze i peruce. - Nazywam się Caesar Flickerman, a wraz ze mną jest Haymitch Abernathy... Haymitch, miło znów cię widzieć.
- Wzajemnie. - jego głos był jeszcze bardziej zachrypnięty, niż dwa tygodnie temu.
- Ostatnim razem, gdy rozmawialiśmy, powiedziałeś, że nie wiedziałeś nic o rebelii. Pomyślałem, że może coś ci się przypomniało na ten temat. Chciałbyś się z nami tym podzielić?
Oczy Haymitcha były skierowane na coś za kamerą. Effie słyszała jak Peeta rozmawia z Plutarchem.
- Manipulują nim. - powiedział Peeta. - Albo do niego celują, albo...
- Albo wykorzystują Johannę lub Wiress. - dodał Plutarch. - Mogą mu grozić, że jeśli nie będzie współpracował, skrzywdzą jedną z nich.
Effie zrobiło się niedobrze. Jak można być tak okrutnym? Krzywdzić ludzi, tylko po to, żeby zmotywować innych do rozmowy? Nie chciała nawet myśleć o tym, że to jej ludzie. Ludzie z którymi mieszkała przez całe życie. Nie chciała myśleć o tym, że kiedyś była taka jak oni. 
- Wiedziałem o rebelii. - usłyszała, jak mówi z trudem. - Nie wiedziałem, co chcieli zrobić. Ale ludzie gadali. Na prawo i lewo były rzucane pogłoski, plotki...
- Ale co wiedziałeś?
- Że coś się szykuje. Ludzie w dystryktach też to czuli. Widziałem co się działo podczas Tournee.
- A powiedz mi... Nasi widzowie pewnie też są tego ciekawi... Jaki udział w tym miała Effie Trinket? Nie powiesz mi, że chodziło tylko o zdobycie sponsorów, prawda? Po naszej ostatniej rozmowie, otrzymałem masę telefonów i nasi widzowie nie wierzą, że Złota Para, była tylko na pokaz.
- Effie nie ma nic wspólnego z rebelią. - jego oczy były rozbiegane. Wyglądał jak zwierze złapane w pułapkę.
- A jednak mamy informacje, że panna Trinket przebywa teraz z rebeliantami. - naciskał Caesar.
- Nie ma z tym nic wspólnego. - powtórzył, znów wpatrując się w coś za kamerą.
- Więc, Złota Para naprawdę była udawana?
Haymitch zamilkł na chwilę, starając się przełknąć ślinę. Ta mała czynność wyraźnie sprawiała mu ból. Wzrok Effie powędrował do siniaka na jego szyi. Co jeśli to był tylko kawałek tego, co mogło się ukrywać pod jego koszulą? 
- Nie. - powiedział w końcu. - Nie było udawane.
- Więc jednak czujesz coś do Effie Trinket?
Mówienie o uczuciach nigdy nie było jego mocną stroną. Zmuszanie go do tego, przed kamerami, było jeszcze gorsze, niż miałby to powiedzieć sam. Effie nie chciała tego słuchać. Nie chciała, żeby powiedział to w taki sposób.
- Tak. - zabrzmiało to słabo i cicho. Jak przyznanie się do słabości.
- A co z Peetą Mellarkiem i Katniss Everdeen? - Caesar zmienił temat i Effie odetchnęła z ulgą. Nie chciała być powodem dla którego miałby cierpieć. - Co oni mają wspólnego z rebelią?
- Katniss jest Kosogłosem. 
- Co masz na myśli?
- Jest symbolem rebelii.
- Myślisz, że ludzie za nią podążą?
- Właściwie już to zrobili, prawda? - nie takiej odpowiedzi oczekiwali. Effie widziała to jak na dłoni, kiedy jego oczy się rozszerzyły, ale nie ośmielił się powiedzieć nic więcej.
- Niedobrze. - powiedział Peeta. - Powinien odpowiadać na pytania. Dlaczego to robi?
- Żeby nas wszystkich chronić. - wyszeptała Effie. Do tej pory nikt nie zauważył, że wciąż stała tuż za nimi. Peeta obrócił się do niej i jego twarz złagodniała.
- Powinien chronić siebie. - powiedziała Katniss. 
- Gdzie jest Beetee? - mruknął Plutarch i jak na zawołanie, emisja wywiadu została przerwana. Obraz na początku był zamazany, a po chwili wszyscy zobaczyli to wyraźnie.
Kosogłos pojawił się na ekranie na dwie sekundy, po czym znów pokazała się twarz Haymitcha. Wyglądał na zdenerwowanego i zmartwionego jednocześnie. I znów przekaz został przerwany. Tym razem pojawiła się Katniss. Szła przez zgliszcza Dwunastki.
- Katniss. - Haymitch znów się pojawił i tym razem nic już nie przeszkodziło transmisji. Kiedy znów się odezwał mówił szybko i nie każde słowo można było zrozumieć. - Nie daj się zabić, Katniss. Nie daj...
Ekran pociemniał. Nic więcej się już nie pojawiło.
- To był wasz plan? Teraz pewnie ich katują. - głos Katniss drżał z wściekłości.
***
Po wywiadzie, Effie przez następny tydzień nie mogła się podnieść z łóżka. Świadomość tego, że Haymitch w każdej chwili może zginąć, sprawiała, że sama miała nadzieję na śmierć. Chciała być z nim. Chciała móc go przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Chciałaby mu zagwarantować, że naprawdę będzie dobrze. Jednak było to słodkie kłamstwo. W ich świecie nigdy nie było dobrze. Effie była przekonana, że rebelianci nie mają żadnych szans, przeciwko Kapitolowi.
Dlatego znów wpadła w stan otępienia. Pogrążyła się w swojej fantazji o lepszym świecie. Cressida starała się z nią rozmawiać, ale na nic się to nie zdawało. Effie była daleko od Trzynastego Dystryktu.
Do czasu, kiedy do jej pokoju wpadła Katniss. Nie zapukała, po prostu otworzyła drzwi i podbiegła do jej łóżka.
- Lecą po nich, Effie. - powiedziała szybko. W pierwszej sekundzie nie zrozumiała. A później do niej dotarło.
Lecą po nich. Uratują ich. Uratują Haymitcha.

sobota, 23 stycznia 2016

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 18

Nie miałam czasu, żeby to sprawdzić, więc przepraszam za wszelkie błędy i nieścisłości. No i miłego czytania! ^^
__________________________________________________________________
Wpadła w szał pracy. Codziennie pojawiała się jako pierwsza w Centrum Dowodzenia i wychodziła jako ostatnia, razem z Plutarchem i Peetą. Przestrzegała rozkładu dnia i nigdy się nie spóźniała. Planowała razem z Fluvią, asystentką Plutarcha, wszystkie wystąpienia Kosogłosa.
Właśnie teraz były w środku kłótni o to, co Katniss powinna powiedzieć. Siedziały w stołówce, przy obiedzie, który nie zachęcał ani wyglądem, ani smakiem. Bezsmakowa papka, która miała być gulaszem. Plutarch i Peeta siedzieli jeszcze w Centrum Dowodzenia, rozmawiając z prezydent Coin. Effie nie lubiła pani prezydent, z wzajemnością. Nie zwracały się do siebie bezpośrednio, jeśli mogły temu pomóc. Effie była pewna, że to przez to, że jest z Kapitolu i że była Opiekunką. Bardzo wielu mieszkańców Trzynastego Dystryktu okazywało jej niechęć. Rzucali jej pogardliwe spojrzenia, szeptali za jej plecami. Nie miała im tego za złe. Większość czasu i tak była zbyt zajęta, żeby myśleć o takich sprawach. Właśnie to było jej celem. Wrzucić się w wir zajęć, żeby nie mieć czasu, żeby myśleć. A mimo to i tak nie mogła przestać się zamartwiać. Martwiła się o Haymitcha. To co mogli mu w tej chwili robić, śniło jej się po nocach. Martwiła się także o Katniss.
Effie znała Katniss na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że dziewczyna nie jest dobrą aktorką. Fluvia najwidoczniej jeszcze tego nie zrozumiała, bo starała się wcisnąć w usta Katniss skomplikowane, długie zdania, które nie brzmią naturalnie.
- To powinny być krótkie hasła, które łatwo zapamiętać! - powiedziała Effie, coraz bardziej tracąc nad sobą panowanie. Ostatnimi czasy, zdarzało się to coraz częściej. Starała się, wciąż grać roześmianą Opiekunkę, którą już więcej nie była.
- Nikt jej nie posłucha, jeśli nie będzie miała niczego do powiedzenia. - upierała się Fluvia.
- Jest symbolem rebelii. - Effie zacisnęła dłoń na widelcu, żeby się uspokoić. - Jest Kosogłosem. Ludzie pójdą za nią, jeśli będzie naturalna.
- Nie wydaje mi się. Powinna być przekonywująca.
- Co się dzieje? - powiedział Peeta, który właśnie położył swoją tacę tuż obok jej. Plutarch usiadł koło Fluvii, naprzeciwko nich. Razem z nimi przyszła Katniss. Coraz więcej czasu spędzała z chłopakiem i Effie zaczęła się zastanawiać, czy czasami zaczyna już rozumieć, co do niego czuje.
- Rozmawiamy na temat filmików z Kosogłosem. - odezwała się Fluvia, rzucając Effie dziwne spojrzenie. Czyżby bała się, że Effie zabierze jej stanowisko asystentki Plutarcha?
- I co ustaliłyście? - zapytał Plutarch, patrząc na gulasz na swoim talerzu, jakby ten go obraził.
- Nic. - powiedziała Effie, zgodnie z prawdą. - Nie możemy się zgodzić co do tego, jak powinniśmy zaprezentować Katniss.
- A nie mogę po prostu... No, nie wiem... Być sobą? - wtrąciła Katniss, mieszając widelcem w talerzu.
- Właśnie o tym mówię. - Effie szybko się zgodziła. - Najlepiej wypadasz, kiedy jesteś naturalna. Spontaniczna.
- Raczej nie mamy czasu na bycie spontanicznym. - powiedziała uszczypliwie Fluvia. - Potrzebujemy materiałów już teraz.
- Więc co proponujesz? - Effie była już na skraju wytrzymałości. - Wcisnąć ją do studia i kazać recytować swoje teksty? Nic w ten sposób nie osiągniesz.
- W takim razie, co ty proponujesz?
Nie zauważyły, ale obie zaczęły podnosić głosy. Głowy Katniss, Peety i Plutarcha obracały się raz w jedną, raz w drugą stronę, jakby oglądali mecz tenisa. Effie i Fluvia piorunowały się wzrokiem. Ludzie w stołówce rzucali im zaciekawione spojrzenia. W tym miejscu nie było zbyt wiele rozrywek, więc zamieszanie przy ich stole, zdecydowanie przyciągało uwagę.
- Potrzebujemy czegoś co mogłoby wywołać w niej silne uczucia. Nie mówię, żeby rzucić ją na pole walki, bo to zbyt niebezpieczne, ale...
- Czemu nie? - wtrąciła się Katniss. Effie obróciła się w jej stronę. W oczach dziewczyny, można było zobaczyć dziwną iskrę.
- Czemu nie? - powtórzył Peeta. - Bo to niebezpieczne. Nikt nie może ci zagwarantować, że wszystko pójdzie zgodnie z planem.
- No tak, bo przecież jak dotąd wszystko szło zgodnie z planem, prawda? - sarkazm w głosie dziewczyny, był aż za bardzo słyszalny. - Haymitch by się zgodził. Wiedziałby, tak samo jak Effie, że w studiu nic nie wyjdzie.
Effie poczuła, jak jej serce pęka, na samo wspomnienie jego imienia. Nie może płakać. Nie tutaj, przy tych wszystkich ludziach. Przełknęła wielką gulę w krtani, czując, że nie może normalnie oddychać. Wiedziała, że jej reakcja była widoczna, bo czuła na sobie spojrzenia osób siedzących przy stole. Peeta położył rękę na jej dłoni, która leżała na stole i drżała. Ścisnął ją lekko, w geście pocieszenia.
- Znajdziemy go, Effie. - powiedział cicho. - Osobiście pilnuję grup poszukiwawczych. Szukamy ich wszystkich, ale Kapitol ma kilka miejsc, w których mogą się znajdować i wszystkie są pilnie strzeżone. Ale uda nam się.
- Dopilnuję tego. - dodała Katniss. Uśmiechnęła się pod nosem. - Jakby nie było, jestem Kosogłosem. Mogę ich zmusić, żeby się pospieszyli.
Nie miała siły, żeby im odpowiedzieć. Po prostu wpatrywała się w swój pełny talerz, jakby to była najciekawsza rzecz na świecie. Prawda była taka, że myślami była daleko. Gdyby tylko mogła, zrobiłaby wszystko, żeby go uratować. Gdyby tylko miała taką okazję, to zajęłaby jego miejsce. Tylko po to, żeby Haymitch był bezpieczny. Nie widziała sensu w życiu w świecie, w którym go nie było przy niej. Żeby mógł ją objąć, pocałować. Zupełnie, jakby ta myśl wyskoczyła z jej głowy, usłyszała jego głos. Podniosła wzrok, ale nie było go w pomieszczeniu. Dopiero po chwili zrozumiała, co się dzieje.
Telewizor, który wisiał na ścianie, pokazywał Caesara Flickermana. Ubrany w soczysty fiolet, siedział naprzeciwko...
Z jej piersi wyrwał się cichy okrzyk, kiedy zobaczyła na ekranie Haymitcha. Całego i zdrowego. Ubranego w czarny garnitur z białą różą w butonierce. Nie był to dobry znak. Biała koszula, którą miał założoną, była zapięta pod samą szyję. Nie było to w jego stylu. Choćby prosiła go milion razy, zawsze zostawiał odpięty jeden guzik. I nigdy nie nosił krawata, chyba, że sama mu go założyła. Effie chłonęła wzrokiem jego twarz. Nie widziała żadnych zadrapań, siniaków, ani innych znaków, które mówiłyby, że ktoś go skrzywdził. A jednak ta koszula, zapięta na ostatni guzik... Możliwe, że ktoś wydał rozkaz. Żadnych śladów, tam, gdzie można je zobaczyć. Możliwe, że był to make-up. Effie znała się na tym jak nikt inny. Makijaż potrafił zdziałać cuda.
- Witam wszystkich mieszkańców Panem. Nazywam się Caesar Flickerman, a wraz ze mną siedzi Haymitch Abernathy, zwycięzca Pięćdziesiątych Głodowych Igrzysk, uczestnik w ostatnich Siedemdziesiątych Piątych Głodowych Igrzyskach. Dobry wieczór, Haymitch.
Skinął głową. Jego twarz miała nieprzenikniony wyraz. Effie mogła się założyć, że wszyscy w pomieszczeniu, słyszeli jak szybko i głośno bije jej serce. Patrzyła na niego i w jej głowie powtarzało się jedno słowo: Żyje.
- Haymitch, bardzo się cieszę, że zgodziłeś się ze mną porozmawiać.
- Raczej nie miałem zbyt dużego wyboru, prawda? - jego głos był zachrypnięty i... Twardy. Effie nie mogła znaleźć innego określenia. Był to ten sam ton, którego używał przy niej, na początku ich znajomości. Wyrażał pogardę. Wzrok Caesara był ostrzegający. Nie mógł pozwolić na to, żeby temperament Haymitcha zniszczył ten wywiad. Effie była święcie przekonana, że w pokoju w którym siedzą, jest nie jeden Strażnik Pokoju i że w głowę Haymitcha jest wycelowany nie jeden pistolet.
- Zaprosiłem cię tutaj, bo nasi widzowie są ciekawi, co się stało podczas ostatnich Igrzysk. Możesz nam to przybliżyć?
- Mógłbym. Gdybym pamiętał. - Haymitch zacisnął dłonie na poręczach fotela, na którym siedział. -Wszystko działo się bardzo szybko. W jednej chwili biegaliśmy po arenie, a w drugiej świat eksplodował.
- Tak, wszyscy pamiętamy, jak biegłeś za głosem Effie Trinket. - Serce Effie zatrzymało się na sekundę. Czuła na sobie spojrzenia ludzi, którzy znajdowali się w stołówce. Miała problemy z oddychaniem. Oczy Haymitcha zrobiły się zamglone, a jego dłonie zacisnęły się jeszcze mocniej na poręczach fotela. Zacisnął szczękę, tylko po to, żeby za chwilę się rozluźnić.
- Musisz zrozumieć, Caesar, że będąc na arenie, myślisz tylko o tym, żeby przeżyć. Masz świadomość, że dwudziestu trzech ludzi, stara się ciebie zabić. I że sam musisz ich zabić, tylko po to, żeby wrócić do najbliższych. - Caesar kiwał głową, spijając każde słowo z jego ust. Wzrok Haymitcha wciąż był zamglony i Effie wiedziała, że jest daleko od pokoju w którym teraz siedział. - Już raz przez to przechodziłem. Tylko po to, żeby dowiedzieć się, że nikt na mnie nie czeka.
- Doskonale znamy twoją historię, Haymitch. Wybuchł pożar. Twoja rodzina zginęła.
Haymitch znów się napiął. Tym razem się nie rozluźnił, a kiedy znów się odezwał, jego głos był jeszcze bardziej zachrypnięty.
- Dwa pożary, trzy ulice od siebie. Nie wygląda to przekonująco. Tym bardziej, że w Dwunastce nie zdarzają się pożary. Ludzie są zbyt ostrożni...
- Co chcesz przez to powiedzieć? - Caesar dawał mu szansę, żeby odwołał swoje słowa. Haymitch to wiedział.
- Nic. Głośno myślę. - wziął głęboki oddech, żeby się uspokoić.
- Powiedz nam, Haymitch, co tak naprawdę łączy cię z Effie Trinket?
Effie wlepiała wzrok w ekran, na którym Haymitch przełknął ślinę i wziął jeszcze jeden głęboki oddech. Na bardzo krótką chwilę, w jego oczach pojawiło się jakieś uczucie, ale zniknęło równie szybko jak się pojawiło.
- Nic. - Czy można usłyszeć, jak komuś pęka serce? Bo w tej sekundzie Effie została ogłuszona tym jednym słowem, jak wybuchem z armaty. - To wszystko było tylko grą. Musiałem ją w sobie rozkochać, żeby dobrze odegrała swoją rolę.
- Rolę? - Caesar wydawał się zdziwiony. - O czym mówisz?
- Cała ta historyjka była tylko po to, żeby znaleźć dla mnie sponsorów. Było to konieczne, sponsorzy są maszyną napędową Igrzysk. To oni tak naprawdę decydują, który trybut wygra.
- Więc mówisz, że te zdjęcia, które zostały zrobione na sesji zdjęciowej, są tak naprawdę udawane? Bo można na nich zobaczyć... Namiętność. A takie uczucia trudno udać.
Na ekranie pokazało się zdjęcie, do którego pozowali przed Igrzyskami. Wydawało się, jakby to było lata temu. Effie widziała siebie i Haymitcha, który całował ją namiętnie i z pasją, przyciskając ją do sztucznego drzewa. Duch tego pocałunku, jego dotyku na jej skórze i ust na jej ustach. To wszystko było dla niej, jak cios w brzuch.
- Kompletnie udawane. - mruknął Haymitch i coś w jego głosie ją zaalarmowało. Wydawało jej się, że stara się coś powiedzieć, właściwie tego nie mówiąc. I Effie wiedziała już co to było. Starał się ją ochronić. W razie, gdyby coś poszło nie tak, chciał ją ochronić przed Snowem. Powiedzieć wszystkim, że tak naprawdę ją wykorzystał i że Effie nie ma nic wspólnego z rebelią. Tylko, że to już nie było do końca prawdą. - Trinket o tym nie wiedziała. Żeby to było przekonujące, musiała uwierzyć, że to prawda.
- Rozumiem. - powiedział Caesar i Effie była pewna, że rzeczywiście rozumiał. - A co z rebelią? To rebelianci przejęli resztę zawodników, wiesz o tym, prawda?
- Widziałem nagrania. - Haymitch pokiwał głową.
- Wiedziałeś o tym, że będą się starali odbić trybutów?
- Nie. - Effie wiedziała, że to kłamstwo. On starał się ich wszystkich ochronić. Nawet jeśli było to dla niego niebezpieczne. - Nikt nie wiedział. Kiedy byliśmy na tej arenie, jakoś nikt nie miał czasu, żeby myśleć o rebelii. Wszyscy staraliśmy się przeżyć.
- A jednak, Finnick, Katniss i Beetee... Oni wszyscy zdawali się mniej spanikowani, kiedy arena wybuchła.
- Może dlatego, że nie do końca zdawali sobie sprawy z tego, co się dzieje? - Effie nie mogła się powstrzymać przed słabym uśmiechem. Jego sarkazm, pozwolił jej twierdzić, że wciąż jest tym samym Haymitchem. - Kiedy ludzie są w szoku, nie reagują tak jak należy
- Czy chciałbyś coś powiedzieć rebeliantom?
- Chciałbym powiedzieć wiele rzeczy, ale nie sądzę, żeby panowie z pistoletami mi na to pozwolili. 
- A co z innymi? Gdybyś miał pewność, że twoi przyjaciele cię oglądają, co chciałbyś im powiedzieć?
Haymitch spojrzał prosto w obiektyw kamery i Effie miała wrażenie, że patrzy prosto na nią. W jego szarych oczach znów pojawiło się uczucie. Kiedy się odezwał, w jego głosie brzmiało echo bólu.
- Nie dajcie się zabić.

środa, 20 stycznia 2016

Pamiętnik

Okej, więc razem z Aleksandrą wpadłyśmy na pomysł, żeby napisać dwie wersje jednego pomysłu i zobaczyć, jak różnią się nasze wyobrażenia. Pomysł jest jasny: Haymitch znajduje pamiętnik Effie. 
Niestety, Ola nie opublikuje swojej wersji.
Chyba najdłuższy one-shot jaki tutaj wstawiłam.
(MUZYKA) <- Ok, wiem! Nie lubię Britney Spears, ale słowa tej piosenki pasują do Effie. ^^
_________________________________________________________
- To był zły pomysł. - usłyszał szept Finnicka. - Co jak nas nakryje?
- Siedź cicho i stój na czatach. - syknął Chaff.
- Nie chcę, żeby Effie nas nakryła.
- Za bardzo się przejmujesz, przecież...
- Możecie oboje się zamknąć? - warknął Haymitch.
Wiedział, że to zły pomysł i nie potrzebował Finnicka, żeby mu o tym przypominał, ale brak alkoholu wcale mu nie pomagał w trzeźwym myśleniu.
Effie stwierdziła, że w tym roku, Haymitch nie będzie pił. Od tak, po prostu. I skonfiskowała cały zapas alkoholu, po czym schowała wszystkie butelki. Zamknęła je w kredensie, który można było zamknąć na klucz. (Nie żeby powiedziała mu gdzie je schowała. Po prostu o tym wiedział.) Po czym, klucz schowała gdzieś w swoim pokoju.
To dlatego Haymitch, Chaff i Finnick stali teraz przed drzwiami do jej pokoju. Effie była na spotkaniu z innymi opiekunkami dystryktów. Haymitch był przygotowany na to, że kiedy wróci, będzie wściekła. Effie nienawidzi Opiekunki Dwójki - Thalii. Obie co roku prowadziły otwartą wojnę. Caesar nawet zapraszał je osobno na wywiady, co tylko dolewało oliwy do ognia. A Haymitch musiał co roku wysłuchiwać o tym, co też znowu Thalia zrobiła.
Dlatego wiedział, że wycieczka do jej pokoju nie była najmądrzejszym pomysłem. Wściekła Effie Trinket jest niczym tornado. Nie patrzy na to, co stoi jej na drodze.
Jednak, nawet wiedząc, jak bardzo będzie wściekła i że będzie krzyczała tak, że będzie ją słyszał nawet Finnick, na swoim czwartym piętrze, to wiedział też, że nie wytrzyma kolejnych godzin bez alkoholu. Ich trybuci zginęli w rzezi przy Rogu Obfitości, zupełnie tak samo, jak trybuci Chaffa. Co do Finnicka, to jak na razie był za młody, żeby być mentorem. Jego obowiązki przejęła Mags.
Haymitch nacisnął klamkę w drzwiach do pokoju Effie, błagając, żeby było otwarte. Miał szczęście.
Wszedł, skradając się niczym złodziej. To zabawne, bo po części nim był. W końcu chciał wykraść klucz, prawda? Chaff był tuż za nim, a Finnick stanął na progu.
- Wciąż twierdzę, że to zły pomysł. - powiedział Finnick, patrząc jak Haymitch i Chaff rozchodzą się po pokoju.
- Cicho, chłopcze. - odezwał się Chaff. - Byliśmy w tym pokoju więcej razy, niżbym chciał przyznać.
Co prawda, to prawda. To nie był pierwszy raz, kiedy razem z Chaffem wkradali się do tego pokoju. Haymitch pamiętał ten pamiętny raz, kiedy byli tak pijani, że ukradli jej peruki i paradowali w nich w głównym holu Centrum Treningowego. Tańcowali dookoła wielkiej fontanny, udając Kapitolińczyków. Zanim Strażnicy Pokoju się pojawili, zjawiła się Effie. Była wściekła i nawet pijany umysł Haymitcha, mógł zarejestrować to, że gdyby wzrok mógł zabijać, to padłby martwy już w pierwszej sekundzie, kiedy tylko go zobaczyła. Nie krzyczała na niego tamtego wieczora, on nie. Poczekała do następnego poranka, kiedy obudził się na kacu. Wtedy zaczęła krzyczeć, a kac tylko podwoił jego ból głowy.
- Ja tylko mówię, że Effie jest naprawdę miła, a to co robimy, nie jest w porządku. - Finnick wydawał się lekko zakłopotany.
- Jesteś nią zauroczony, to jasne, ale zrozum, że robiliśmy to setki razy. - Chaff nawet na niego nie spojrzał, kiedy otworzył szafę i zaczął przedzierać się przez wszystkie sukienki.
- Nie jestem zauroczony. - zaprzeczył chłopak.
- Jasne, - zarechotał Chaff. - Lepiej trzymaj się od niej z daleka, bo Haymitch cię zabije.
- Zamknij się. - warknął Haymitch. Stał przy jej łóżku i przeszukiwał szafkę nocną. Chaff zarechotał jeszcze głośniej.
- Co? Chyba lepiej, żeby młody wiedział już teraz, że planujesz morderstwo za każdym razem, kiedy ktoś dotknie Trinket, co nie?
- Coś ci się pomyliło. - mruknął Haymitch, klękając i zaglądając pod łóżko. - Nie słuchaj go, chłopcze, alkohol wyżarł mu mózg.
- Czyli mówisz, że mogę podrywać Effie? - nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, że Finnick szczerzy się w ten swój chłopięcy sposób. Więc Chaff zyskał sojusznika.
- Możesz próbować, ale Trinket woli starszych, nie młodszych.
- Starszych, czyli takich jak ty?
Chaff o mało się nie przewrócił ze śmiechu.
- Młody szybko się uczy. - wydusił między dwoma atakami śmiechu.
- Zamknijcie się oboje. - warknął Haymitch.
Haymitch podniósł poduszkę z łóżka i znalazł tam notes. Gruby, oprawiony w brązową skórę notes. W prawym dolnym rogu znajdowały się wytłaczane złote litery E.T. Haymitch wziął notes do ręki i otworzył. Już na pierwszej stronie znajdowało się jej schludne, pochyłe pismo. Znajdowała się także data. Jeśli wzrok Haymitcha nie mylił, to pierwszy wpis pochodził z czasów, kiedy Effie nie mogła mieć więcej niż dwanaście lat. Czyli z roku, kiedy Haymitch wygrał w Głodowych Igrzyskach.
Kiedy tylko przeczytał kilka zdań, zrozumiał co trzyma w rękach. - Pamiętnik. Jej myśli, przemyślenia i uczucia, wszystko w jego dłoniach. Wiedział, że powinien odłożyć notes na miejsce, ale ciekawość zwyciężyła. Przerzucił kilka kartek i znalazł swoje imię.
Kochany pamiętniku,
Haymitch Abernathy został wylosowany w Dożynkach, jako trybut Dwunastki. Jest taki przystojny! Ma niesamowite, szare oczy. I jest strasznie słodki! Matka mówi, że nie ma żadnych szans, bo w tym roku liczba zawodników jest podwojona, ale ja jej nie słucham. Gdybym mogła stawiać, stawiałabym na niego.
Haymitch poczuł, że coś mu się przewraca w żołądku. Nigdy nie myślał o Effie Trinket w kategorii dziecka. Nie zastanawiał się nad tym, że kiedyś przecież musiała być dzieckiem, a teraz miał przed sobą myśli jej dwunastoletniej osoby. Przewrócił kartki w poszukiwaniu kolejnych wpisów z nim w roli głównej. Nie musiał długo szukać.
Kochany pamiętniku,
Dzisiaj Haymitch przyjechał do Kapitolu. Byłam na stacji, razem z innymi mieszkańcami. Stałam w pierwszym rzędzie. Na żywo jest jeszcze przystojniejszy. Chociaż nie wiem czemu, wydawał się smutny i zamknięty w sobie. Powinien się cieszyć, w końcu ma okazję, żeby wziąć udział w Igrzyskach! Nie codziennie ludzie dostają takie szanse.
Dwunastoletnia Effie była zaślepiona Kapitolem, to było dla niego jasne. Mógł się założyć, że zorientowała się o co chodzi, dopiero, kiedy po raz pierwszy musiała patrzeć na śmierć dzieci, którymi się opiekowała. Haymitch był wtedy w tym samym pokoju. Widział, jak ze wszystkich sił, starała się nie płakać. A później słyszał, jak szlocha w swoim pokoju.
Kochany pamiętniku,
Haymitch wygrał! Mówiłam Matce, że wygra, a ona mi nie wierzyła. Alexander powiedział, że też trzymał za niego kciuki. Ma dopiero dziesięć lat i Ojciec mówi, że nie powinien tak bardzo angażować się w Igrzyska. Nie rozumiem, dlaczego. Przecież to świetna rozrywka.
Nie mogę się doczekać Tournée Zwycięzców. Może Matka pozwoli mi pójść na spotkanie z Haymitchem, które będzie organizowane pod koniec Tournée. Mam taką nadzieję.
Nie miał pojęcia, kim jest ten cały Alexander, ale podejrzewał, że jest to jej młodszy brat. Nawet nie wiedział, że ma brata. Szczerze mówiąc, nic o niej nie wiedział. Nie chciał czytać więcej o przemyśleniach Effie-dziecka. Dlatego przekartkował notes do ostatniej zapisanej strony. Data wskazywała na wczorajszy dzień. Były na niej tylko dwa zdania.
Jak można kogoś nienawidzić i kochać jednocześnie? Dlaczego Haymitch?
Poczuł, jakby ktoś wylał na niego wiadro zimnej wody. Serce zaczęło mu szybciej bić. Co miała na myśli? Co to znaczyło? Czyżby... Nie. To przecież śmieszne. Czuł, ze zaczyna panikować.
Spojrzał kilka wpisów do tyłu i znów znalazł swoje imię.
Znów się kłóciliśmy. Dlaczego nie możemy po prostu ze sobą pracować? Dlaczego zawsze, każda nasza rozmowa, musi prowadzić do kłótni?
Haymitch jest okropny. Niewychowany, nieokrzesany, brakuje mu manier. Alkoholik. Dlaczego musiałam się zakochać właśnie w nim?...
Haymitch zamknął notes. Nie chciał czytać już ani jednego słowa. Było mu niedobrze. Jak to możliwe, że Effie Trinket była w nim zakochana? Od kiedy dokładnie? Przecież nie mogła się w nim kochać, odkąd miała dwanaście lat, prawda?
- Mogę wiedzieć, co robicie w moim pokoju?
Wszyscy podskoczyli. Haymitch odwrócił się w stronę drzwi, żeby zobaczyć, jak Effie Trinket stoi u progu drzwi i patrzy na nich z wściekłością. Haymitch spojrzał na Finnicka, który miał stać na straży, ale chłopak stał przy toaletce w kącie, wyglądając, jak małe dziecko złapane na gorącym uczynku. Nie ufa się szesnastolatkom. Miał pilnować czy nie idzie Effie, a tym czasem sam zajął się poszukiwaniami, co on sobie myślał?
- No? Słucham. - Effie spojrzała na Haymitcha, przeszywając go na wskroś, swoimi niebieskimi oczami. Jej wzrok padł na brązowy notes, który wciąż trzymał w ręku i w jej oczach pojawiła się zgroza. Spojrzała mu w oczy, jakby czegoś szukała, ale nie odezwała się ani jednym słowem.
- Effie, ja... - odezwał się Finnick, ale kiedy tylko Effie na niego spojrzała, zamilkł i spuścił wzrok, jak zbity szczeniak.
- Zawiodłam się na tobie, Finnick. - powiedziała. - Po tej dwójce, mogłam się tego spodziewać, ale miałam nadzieję, że jesteś na tyle inteligentny, żeby trzymać się od nich z daleka.
- Przepraszam. - powiedział na tyle głośno, żeby go usłyszała. Haymitch przewrócił oczami. Urokiem osobistym to on by mógł oczarować każdego, jednak Effie widocznie już na to nie reagowała.
- Marsz na dól, albo powiem o wszystkim Mags. I nie myśl sobie, że nie wiem, że chodzisz razem z nimi do barów.
Finnick powlókł się do wyjścia. Mijając Effie, pocałował ją w policzek i jeszcze raz przeprosił. Effie nie wydawała się poruszona. Haymitch czuł na sobie spojrzenie Chaffa, ale jego przyjaciel się nie odezwał. A Haymitch wcale nie był zazdrosny. Nie miał o co. Finnick to jeszcze nastolatek, a notes, który wciąż trzymał w ręku, był doskonałym dowodem na to, że nie miał o co być zazdrosny.
Haymitch nie chciał analizować swoich uczuć do Effie. Wiedział, że na przestrzeni lat, zdążyły się zmienić. Zaczęło się od nienawiści. Teraz sam nie miał pojęcia. Nie był jednak w stanie, zignorować tej iskry między nimi. Za każdym razem, kiedy się kłócili miał ochotę przygwoździć ją do ściany swoim ciałem i pocałować, tak, żeby obojgu zabrakło tchu w piersi. Nigdy jednak się nie poddał temu uczuciu. Wiedział, że byłoby to zbyt niebezpieczne.
- Tobie też radzę wyjść, zanim wezwę Gladys, Chaff.
Gladys była Opiekunką Jedenastki. Nie były najlepszymi przyjaciółkami, ale zawsze łączyły siły, kiedy Chaff i Haymitch robili coś głupiego. Gladys była tak samo sroga w swoich karach, jak Effie. I była też pierwszą Opiekunką, której Chaff nie mógł zmusić do rezygnacji. Zazwyczaj ich opiekunki rezygnowały po roku. To była jedna z ich wielu rozrywek. Doprowadzanie ich do szału, żeby odeszły jak najszybciej. Gladys i Effie były nieugięte.
Chaff nawet się nie odezwał. Po prostu wyszedł, rzucając Haymitchowi ostatnie, na wpół rozbawione, na wpół współczujące spojrzenie.
Oczy Effie wbijały się w Haymitcha i ten miał wrażenie, że jeszcze chwila, a naprawdę padnie trupem. Mijały sekundy, a cisza narastała i stawała się coraz bardziej nieprzyjemna.
- Więc? - zapytała, przerywając ciszę. Wiedział, że jeśli się nie odezwie, to jeszcze bardziej ją rozwścieczy.
- Szukaliśmy alkoholu. - powiedział, chociaż tak naprawdę doskonale wiedzieli, gdzie ten alkohol jest. Effie nie musiała o tym wiedzieć.
- Pod moją poduszką? - Skrzyżowała ręce na piersi i w tej chwili wyglądała, jak typowa matka, która oczekiwała wyjaśnień od swojego dziecka.
- Można tak powiedzieć. - wzruszył ramionami.
- Wyjdź. - rzuciła dobitnie. - Nie chcę cię tu więcej widzieć.
- Effie... - ale ona mu przerwała.
- Wiem, że czytałeś. Nie chcę z tobą o tym rozmawiać. Po prostu wyjdź.
Nie ruszył się z miejsca, zupełnie jak ona. Wciąż stali i na siebie patrzyli. Haymitch widział, że pod warstwą wściekłości i pudru, ukrywa smutek. Prawdopodobnie miała ochotę się rozpłakać. Nie lubił, kiedy płakała. Nie lubił patrzeć na jej łzy. Sprawiały, że miał ochotę zabić każdego, kto doprowadził ją do takiego stanu. Effie Trinket była twarda. Nie płakała z byle powodu.
- Czytałem. - przyznał. Nie widział powodu, żeby kłamać, skoro dowody były oczywiste. - I nie mogę zrozumieć, dlaczego? Przecież...
- Oszczędź sobie. - powiedziała tak cicho, że ledwie ją słyszał. Jej oczy się zaszkliły. - Nie musisz mi mówić, jak głupia jestem, bo się w tobie zakochałam. Doskonale o tym wiem. Wyjdź, proszę.
Wiedział, że jeśli teraz wyjdzie, straci tą dziwną relację, która ich łączyła. Effie była jego przyjaciółką. - Chaff by go wyśmiał. "Przyjaciel z Kapitolu? Chyba kpisz!" Ale prawda była taka, że Effie była przyjaciółką. Jedną z bardzo niewielu. I wiedziała o nim większość rzeczy, które wolałby zachować dla siebie. Widziała go w najgorszych momentach. Pomagała mu, kiedy był zbyt pijany, żeby samemu położyć się do łóżka. Kilka razy nawet pomagała mu pod prysznicem, kiedy zwymiotował na siebie. Nikt wcześniej tego dla niego nie robił. I prawda była taka, że nie chciał jej stracić. Dlatego zamiast wyjść, podszedł do niej i ujął jej twarz w obie dłonie, zmuszając ją, żeby na niego spojrzała.
Kiedy ich oczy się spotkały, Haymitch zrozumiał, jak niewiele brakowało, żeby wybuchnęła płaczem. Musiał naprawdę ją zranić, skoro nie była nawet w stanie dobrze tego zamaskować. I nienawidził siebie za to.
Stali tak blisko siebie, że Haymitch znów poczuł ową iskrę, która towarzyszyła im od zawsze. Naturalna potrzeba, żeby rzucić się w ramiona drugiej osoby.
- Nie powiem, że jest to mądre. - powiedział, starając się, żeby zabrzmiało to jak najdelikatniej. - To nie jest dobra pora na historie miłosne, skarbie...
- A czy w ogóle istnieje idealna pora? - zapytała smutno.
- Nie przerywaj mi. - uśmiechnął się pod nosem, na co Effie zmarszczyła brwi. - Nie jest to zbyt mądre, ale zawsze mi powtarzałaś, że jestem głupkiem. Więc mogę podejmować złe decyzje.
Nie czekając na jej reakcję, pochylił się i zmiażdżył jej usta swoimi wargami. Nie był to słodki pocałunek. Nie było w nim żadnej delikatności. Po prostu poddał się tej potrzebie, która towarzyszyła im od samego początku ich znajomości. Potrzebie, która nakazywała mu trzymać ją mocno w ramionach i nie puszczać. I uśmiechnął się pod nosem, kiedy poczuł, że Effie również się poddała, odpowiadając na jego pocałunek z równą zawziętością. Oplotła ramionami jego szyję, i wplotła palce w jego włosy, przyciągając go jeszcze bliżej.
Może i nie był to najsłodszy pocałunek, ale na pewno był niezapomniany.
- Więc... - powiedział Haymitch, kiedy oboje przypomnieli sobie o oddychaniu. - Uważasz, że jestem "strasznie słodki"?
- Miałam dwanaście lat. - wywróciła oczami z uśmiechem. - Zdążyłam zmienić zadnie.
- Ach, tak? To może powinienem wyjść? - Chciał ją puścić, ale Effie go pocałowała. Tym razem krótko.
- Ani mi się waż.

wtorek, 19 stycznia 2016

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 17

Otworzyła oczy mając nadzieję, że wszystko to co się stało, to jakiś okropny żart. Sen, z którego właśnie się obudziła. Jednak, wystarczyło jedno spojrzenie na pomieszczenie w którym się znajdowała i iluzja zniknęła. Chciała znów zasnąć, żeby tylko nie czuć tego przenikliwego bólu. Zupełnie jakby ktoś okładał ją pięściami.
Czuła okropną pustkę. Miała wrażenie, że wypłakała już wszystkie swoje łzy. Teraz po prostu patrzyła się w przestrzeń, niezdolna do zrobienia czegokolwiek. W jej głowie wciąż i wciąż tłukły się te same słowa.
Zawsze do ciebie wrócę, skarbie.
Leżała na twardym łóżku, zwinięta w kłębek, w jednej z wielu kwater. Została przydzielona do pokoju, razem z niejaką Cressidą. Effie cieszyła się, że jej współlokatorka więcej czasu przebywała poza pokojem. Kiedy jej nie było, nie musiała udawać, że wszystko jest dobrze. Że wciąż się uśmiecha i że wcale nie płakała.
Od czasu, kiedy razem z Peetą i Plutarchem przybyli do Trzynastki, minęły dwa dni. Dwa dni, przesiedziała w pokoju, wstając tylko po to, żeby skorzystać z toalety. Nie jadła, nie wychodziła z kwatery. Nie dbała też o to, jak wygląda. Prawie nie spała. Jeśli już, to śniły jej się okropne koszmary o tym, co teraz działo się z Haymitchem. Cressida musiała ją już dwa razy budzić, żeby przestała krzyczeć.
Gdyby Effie nie była tak oderwana od rzeczywistości, to mogłaby się z nią zaprzyjaźnić. Cressida również była z Kapitolu i w Trzynastce zajmowała się nagrywaniem działań Kosogłosa, żeby pokazać rebeliantom, że Katniss jest z nimi.
Effie nawet nie podniosła wzroku, kiedy drzwi do kwatery się rozsunęły. Cressida często robiła sobie przerwy, żeby wejść po coś do pokoju. Po kolejną kamerę, obiektyw lub inną rzecz, która zaśmiecała jej połowę pokoju. Dlatego wzdrygnęła się, kiedy usłyszała męski głos.
- Effie, czy ty w ogóle stąd wychodzisz?
Przekręciła głowę, żeby spojrzeć na Peetę. Ubrany w szary, standardowy mundur, wyglądał jak prawdziwy żołnierz. Rękawy podwinął do łokci.
Nie odpowiedziała mu. Po prostu na niego patrzyła, jakby był średnio interesującym programem telewizyjnym. Peeta westchnął i nie czekając na jej zaproszenie, usiadł tuż przy niej, na brzegu jej łóżka. Patrzył na nią z zaniepokojeniem.
- Nie możesz przez cały czas tu siedzieć. - powiedział, a jego głos odbił się echem w jej głowie. - Od kiedy to nie przestrzegasz planu dnia? Wiedziałaś, że jest tu coś takiego?
Czekał na odpowiedź, ale ta nie nadeszła. Chciała mu odpowiedzieć, naprawdę. Jednak słowa zamieniały się w wielką gulę w jej gardle. Nie miała nawet siły, żeby schować się za roześmianą Opiekunką Dwunastego Dystryktu.
- Effie - westchnął Peeta. - Katniss cię potrzebuje. Będziemy nagrywać z Cressidą i Plutarchem różne propagandy. Będziesz jej potrzebna, jako wsparcie... I będąc w Centrum Dowodzenia, prędzej dowiesz się czegoś o Haymitchu.
Na dźwięk jego imienia, poczuła fizyczny ból. Jakby coś ciężkiego uderzyło ją w twarz. Wiedziała co Peeta stara się zrobić. Każdy kolejny argument miał na celu wyciągnięcie ją z tego pokoju i przekonanie do tego, że siedzenie i gapienie się w ścianę nic nie da. I nie chciała się do tego przyznawać, ale to działało. Z każdą sekundą czuła coraz większą potrzebę, żeby działać. Żeby coś robić.
Zawsze do ciebie wrócę, skarbie.
Wróci. Effie tego dopilnuje.
Podniosła się do pozycji siedzącej. W oczach Peety zabłysła iskierka nadziei.
- Daj mi pół godziny. - powiedziała zachrypniętym głosem. Nie odzywała się do nikogo od dwóch dni, nie licząc krzyków w nocy.
- Poczekam tutaj. - Mimo, że tego nie powiedział, to i tak to usłyszała: "Poczekam tutaj, w razie gdybyś zmieniła zdanie."
***
Ciemność. Ból. Gdzieś w tle coś kapało. Jęki i szlochy. To wszystko co mógł usłyszeć. Nie wiedział ile czasu minęło. Nie wiedział, która jest godzina. Nie było okna. Nie było zegara. Nie miał pojęcia, jak długo siedział w tym pomieszczeniu.
Leżał na boku, przyciskając policzek do podłogi, wykładanej kafelkami. Czuł przeraźliwe zimno. Nie wiedział co się stało z jego ubraniem. Wiedział tylko tyle, że go nie było. Że zostały tylko bokserki. Leżał pół-nagi, na zimnej podłodze.
Miał wrażenie, że ciemność go pochłonęła. Że tak naprawdę już nie istnieje.
Zastanawiał się, czy nie żyje.
Zastanawiał się, w którym momencie mógł umrzeć.
Nie pamiętał.
Ostatnia rzecz, którą pamiętał, to arena.
Krzyk Effie. Ból. Eksplozja. A później ciemność.
Nie wiedział jak się znalazł w tym pomieszczeniu. Wiedział tylko tyle, że wszystko poszło nie tak. Rebelianci zawiedli. Wiedział, że jest w Kapitolu. Wiedział, że rebelianci zostawili go, żeby ratować Kosogłosa. I nie mógł sam sobie uwierzyć, ale naprawdę nie miał im tego za złe. Zrobiłby to samo.
Wiedział, że ma halucynacje, kiedy poczuł jak ktoś delikatnie ujmuje jego dłoń. Nie miał siły, żeby wyrwać rękę z uścisku, a nawet gdyby miał, to by tego nie zrobił.
- Haymitch. - słyszał jej głos i wiedział, że jeszcze nigdy nie miał tak rzeczywistych halucynacji. - Mój chłopcze... Bądź silny. Nie poddawaj się.
Chciał jej odpowiedzieć. Chciał powiedzieć, jak bardzo mu przykro za to, że przez niego nie żyje. Chciał ją przeprosić, za to, że nie zginął na arenie dwadzieścia pięć lat temu. Wiedział, że gdyby żyła, to powiedziałaby mu, że to nie była jego wina. Żeby się nie obwiniał i żeby żył dalej. Ale jak miał żyć dalej, teraz, kiedy leżał nagi w celi? Chciał jej powiedzieć, jak bardzo ją kochał, kiedy był dzieckiem i że wszystko co robił, robił dla niej. Dla niej i dla swojego brata.
Jego matka nigdy by mu nie pozwoliła na to, żeby się poddał. Chciała, żeby żył. Ale w tej chwili, jego wola walki drastycznie opadła. Nie miał siły na to, żeby walczyć.
Kiedy drzwi do celi otworzyły się z hukiem, nie zareagował. Zamknął oczy, żeby nie widzieć oślepiającego, białego światła. Chwilę później dwie pary rąk, brutalnie chwyciły go za ramiona i wywlokły z celi, nie dbając o to, że ciągnęli go po podłodze. Nie miał siły, żeby zareagować. Nie miał siły, żeby zacząć się wyrywać. Po prostu zaciskał oczy, prosząc w myślach, żeby dali mu święty spokój.
Posadzili go na krześle. Związali jego ręce i nogi.
- Panie Abernathy. - wystarczyły dwa słowa, żeby całe jego ciało się napięło. Żeby poczuł adrenalinę krążącą w jego żyłach. Jego oddech przyspieszył. - Miło pana znów widzieć.
- Wal się. - wysyczał przez zęby, na tyle głośno, żeby usłyszał.
- Zła odpowiedź. - słyszał, że się uśmiecha, zupełnie, jakby oczekiwał takiej odpowiedzi.
Nie minęło kilka sekund, a Haymitch poczuł jak prąd razi jego ciało. Jęknął i był blisko krzyku, ale zacisnął zęby i ze wszystkich sił się powstrzymał. Nie da mu tej satysfakcji.
Kiedy ból minął podniósł głowę, żeby na niego spojrzeć. Stał tam, tylko kilka kroków do niego. Uśmiech na ustach, idealny biały garnitur z czerwoną chusteczką w butonierce. Włosy i broda idealnie zaczesane. I błysk w oczach. Widok pół-nagiego mężczyzny, siedzącego przed nim, dyszącego z bólu, widocznie napawał go satysfakcją. Haymitchowi zrobiło się niedobrze. Wiedział po co się znalazł w tym pomieszczeniu.
- Zacznijmy jeszcze raz. - powiedział Snow, uśmiechając się uprzejmie. - Pańscy przyjaciele zostawili pana, a to oznacza, że teraz należy pan do mnie.
- Możesz mnie pocałować w dupę. Nic ci nie powiem. - Gniew jaki odczuwał, pozwalał mu zebrać resztki sił, na to, żeby się postawić. Jeśli miał zginąć, to będzie się starał walczyć.
Spodziewał się tego, ale jednak, kiedy znów poczuł ból, spowodowany porażeniem prądem, tym razem nieco silniejszy, z jego gardła wyrwał się okrzyk bólu. Starał się zacisnąć zęby, żeby zdławić krzyk, ale było za późno. Ból minął tak szybko jak się pojawił, jednak jego ciało wciąż drżało.
- Czuję, że przed nami długa noc, panie Abernathy.
Tym razem poczuł pięść, która spadła na jego twarz. Czuł smak krwi w ustach.
Rzeczywiście. Zapowiadała się długa noc.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Ogłoszenia parafialne! ♥

Witam, witam! 
Okej, więc po pierwsze: Mam nadzieję, że mi wybaczycie, bo miałam w planach dodać kolejny rozdział dzisiaj, a wyszło jak wyszło. Nie lubię, kiedy coś idzie nie po mojej myśli.
W każdym razie, postaram się dodać Rozdział 17, już jutro.
Najpóźniejsza godzina, o której możecie się spodziewać publikacji to między 19 a 20.
Po drugie: Od teraz ustaliłam sobie limit czasowy, a przynajmniej będę się starać, żeby wprowadzić to w życie. Dlatego, rozdziały do "Alternatywnego Ćwierćwiecza" będą się pojawiać co DWA DNI. Jeśli coś się będzie zmieniać - dam znać.
Po trzecie: Kolejny one-shot jest w drodze! Będzie się nazywał "My Funny Valentine", ponieważ jest to piosenka Franka Sinatry, która siedzi mi w głowie i idealnie pasuje! ♥ One-shot pojawi się dopiero 14 lutego, jako taki mały prezencik na Walentynki. 
Po czwarte (już ostatnie, przysięgam): Będzie jeszcze jedno, jednoczęściowe opowiadanie o nazwie "Pamiętnik". Aleksandra już opublikowała swoją wersję i możecie ją przeczytać TUTAJ.
Opublikuję to w środę, 20 stycznia.
Okej, to już wszystko co chciałam ogłosić. Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam.
Do jutra, Robaczki! ♥

czwartek, 14 stycznia 2016

Say You Love Me.


No i mamy kolejny, króciutki Bonusik! Dziś jest Dzień Ukrytej Miłości!
Więc mam nadzieję, że to co napisałam się Wam spodoba. Dajcie znać, czy chcecie jeszcze kilka Bonusów, bo mam parę w zanadrzu. ^^ ;) (MUZYKA)
_______________________________________________________________
Kłócili się non stop, ale raz do roku przychodziła jedna, wielka kłótnia, która ciągnęła się tygodniami. Potrafili wtedy krzyczeć na siebie godzinami, nie dając sobie na wzajem spokoju. I właśnie byli w środku jednej z tych kłótni. Haymitch dziękował losowi, że Effie musiała wyjść na spotkanie z kolejnymi sponsorami, wiedząc, że on sam się nie ruszy. Głowa mu pękała od ciągłych wrzasków. Jedyne co mógł zrobić w tej chwili, to się napić. To zawsze pomagało. A przy okazji, mógł liczyć na to, że odpłynie, zanim Effie wróci.
Siedział na kanapie, pijąc whiskey z butelki. 
Szukanie sponsorów było bezsensowne, jak zdążył jej to wykrzyczeć w twarz. Tegoroczni trybuci byli tak samo przegrani, jak cała reszta. Nie było żadnego sensu w tym, żeby szukać sponsorów. Pomijając fakt, że żaden sponsor, przy zdrowych zmysłach, nie będzie ich dofinansowywał.
Haymitch przystawił butelkę do ust, pochłaniając prawie połowę trunku za jednym razem. Nie zawracał sobie głowy szklankami. Kiedy zabierał się do jeszcze jednego łyku, usłyszał ciche "ding" windy i zachłysnął się alkoholem. Whiskey popłynęła po jego brodzie, ale nie miał czasu, żeby się tym zająć. Odłożył szybko butelkę na podłogę.
Przeklinał ją w myślach za to, że wróciła wcześniej. Nie był w nastroju, żeby znów kłócić się z tą kobietą. Pierwsza rzecz, która przyszła mu to udawać, że śpi. Więc, tak właśnie zrobił. Kładąc się akurat w porę na kanapie, żeby usłyszeć, jak wchodzi na korytarz. Stukanie jej szpilek, niosło się po całym apartamencie. Nie miał czasu na to, żeby ułożyć się jakoś wygodnie. Jedna ręka zwisała z kanapy i dotykała podłogi.
- Haymitch! - usłyszał jej głos, który wskazywał na to, że czegoś od niego chciała. - Haym...
Usłyszał westchnienie, kiedy tylko zobaczyła, że leży "nieprzytomny" na kanapie. Słyszał stukot jej szpilek, kiedy podeszła bliżej do miejsca w którym leżał. Starał się nawet nie oddychać.
- I co ja mam z tobą zrobić, co? - westchnęła cicho. Poczuł jej delikatną dłoń, kiedy podniosła jego rękę i ułożyła ją na jego brzuchu. Chwilę później okryła go kocem, który zawsze leżał na oparciu kanapy. Była taka troskliwa, że Haymitch o mało nie poczuł wyrzutów sumienia, za udawanie pijanego.
Jednak najbardziej zdziwiło go to, że zamiast odejść, Effie usiadła na brzegu kanapy. Czuł ciepło jej ciała, tuż obok swojego. Zimna dłoń odgarnęła włosy z jego twarzy, po czym ujęła jego własną dłoń. Haymitch poczuł się skołowany. Nigdy nie okazywali sobie żadnych czułości.
Jasne, były incydenty. Jak na przykład, pojedyncze pocałunku w policzek, przytulenie drugiej osoby, kiedy zginął kolejny trybut. Oboje w tych momentach potrzebowali ciepła drugiej osoby. Ale między nimi nic, nigdy nie było romantyczne. A jednak sposób, w jaki trzymała jego dłoń, był zbyt... Czuły. W jego brzuchu obudziło się coś, o czym nie chciał nawet myśleć. I wszystko tylko przez jeden, delikatny gest.
Ale na trzymaniu za rękę się nie skończyło. Chwilę później poczuł jej usta na swoich wargach i miał wrażenie, jakby w jego głowie coś eksplodowało. To nie był nawet pocałunek, raczej coś w rodzaju cmoknięcia, a jednak nie mógł uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Co się dzieje z tą kobietą? W jednej chwili się na niego wydziera, a teraz go całuje?
- Kocham cię, głupku. - wyszeptała, tuż przy jego ustach, tak że ich wargi się o siebie ocierały.
Zabawne, jak osoba, która się nie rusza, może "zamrzeć bez ruchu". Haymitch miał wrażenie, że coś mu się przesłyszało. Przecież Effie nie mogła go kochać. Co to miało znaczyć? Musiał się powstrzymywać, żeby nie otworzyć oczu.
Effie westchnęła jeszcze raz, po czym wstała, puszczając jego dłoń. Stukot jej szpilek, pozwolił Haymitchowi zaryzykować i uchylić powieki. Zdążył zobaczyć, jak Effie wychodzi z salonu. Co to miało znaczyć?
***
Przy obiedzie, Haymitch nie mógł oderwać od niej wzroku. Nie mógł wyrzucić z myśli tego co się stało. Jakim cudem Effie mogła go kochać? Nigdy jej niczego nie obiecywał, nie okazywał jej czułości, a wręcz przeciwnie - wyśmiewał ją na każdym kroku, kłócił się z nią o wszystko. Od pierwszej chwili, kiedy tylko się spotkali, jego życiowym celem było, nie zgadzać się z nią we wszystkim. Mówić "czarny", kiedy ona mówiła "biały" i "góra", kiedy ona mówiła "dół".
Nie mógł nawet sobie wyobrazić, co takiego mogła kochać we wraku człowieka, jakim był. Jego gburowatość, chamstwo, brak manier czy może to, że więcej był pijany niż trzeźwy? Ta kobieta była zagadką. A jednak... Jednak Haymitch nie mógł przestać myśleć o tym, jak się czuł, kiedy poczuł jej usta na swoich. Nie mógł przestać się w nią wpatrywać. Była piękna i nie można było temu zaprzeczyć. Nawet kiedy wyglądała jak klaun, Haymitch mógł zauważyć, że była piękna. Była też dobra. Nie znał żadnej innej opiekunki, która tak bardzo przejmowałaby się losem jej trybutów. Effie płakała za każdym razem, kiedy któreś z nich zginęło.
- Nikt ci nie powiedział, że to nieładnie się gapić? - zapytała, nawet nie podnosząc na niego wzroku, znad swoich dokumentów. Sprawdzała foldery potencjalnych sponsorów. Haymitch był tak w nią zapatrzony, że słowa same uciekły z jego ust.
- Pocałowałaś mnie.
To przykuło jej uwagę. W pierwszej chwili, na jej twarzy pojawiło się coś w rodzaju strachu, ale w ułamku sekundy, strach zastąpiła jej zwyczajna, radosna maska. Zawsze to robiła. Chowała się za maską Opiekunki, żeby ukryć swoje prawdziwe uczucia.
Uśmiechnęła się do niego uprzejmie.
- Słucham? Chyba się przesłyszałam.
- Wcześniej, kiedy leżałem na kanapie. - powiedział. Przyglądał się jej uważnie. Szukał rys w jej masce, czegoś co zdradzałoby uczucia.
- Nie wydaje mi się. - powiedziała uprzejmie, po czym wróciła do przeglądania swoich folderów, a jednocześnie jadła swój obiad.
- A mi się bardzo wydaje, skarbie. - dlaczego ciągnął tą rozmowę? Przecież wiedział, że będzie tego żałował. Mimo to, uparcie starał się wydobyć z niej prawdę.
- Nawet jeśli to prawda, choć tak nie jest, to skąd mógłbyś to wiedzieć?
Znów podniosła na niego wzrok, unosząc pytająco brew. To pytanie zbiło go z tropu. Skąd mógłby wiedzieć, że go pocałowała, skoro spał?
- Szminka. - skłamał. Jej usta były pomalowane na krwisty odcień czerwieni.
Maska opadła i pojawiło się niedowierzanie. Jej niebieskie oczy wpatrywały się w niego ze strachem. Starał się wyglądać jak najniewinniej.
- To nic nie znaczyło. - powiedziała, odwracając wzrok. - Zwykły, przyjacielski gest.
Westchnął i postanowił, że trzeba zakończyć te kłamstwa... Cóż, w pewnym sensie. Wstał ze swojego krzesła i podszedł do miejsca w którym siedziała. Zamarła, kiedy położył jej dłonie na ramionach i nachylił się nad nią, tak, że kiedy się odezwał, jego usta ocierały się o jej ucho.
- Do przyjaciół nie mówi się "głupku". Nikt ci nie powiedział? -wyszeptał, a Effie zadrżała. Odwróciła się do niego z przerażeniem w oczach. Nawet przez warstwę pudru, mógł zobaczyć, że jest czerwona jak burak. Ich usta dzielił teraz tylko centymetr.
- Haymitch... - słowa zamarły jej w gardle, kiedy zobaczyła sposób w jaki na nią patrzył.
- Następnym razem, kiedy będziesz chciała mnie pocałować, po prostu poproś, skarbie.
Szok minął po sekundzie. Zamiast niego pojawił się prowokujący uśmieszek. Właśnie to w niej lubił. Potrafiła podjąć jego wyzwanie.
- Ja nie proszę o nic, Haymitch. - powiedziała z tym uśmiechem. - Kiedy chcę, to biorę.
- Więc, weź.
I tak po prostu, wystarczyło, że przysunęła się o centymetr w jego stronę, a już w następnej sekundzie się całowali. Haymitch powinien czuć się nieswojo, ale zamiast tego, czuł niesamowitą sensację w żołądku. Pocałunek bardziej przypominał walkę o dominację. Napierali na swoje wargi, chcąc przejąć kontrolę nad drugą osobą. Zupełnie, jakby się kłócili.
Haymitch miał nadzieję, że od tej pory, każda kłótnia będzie się kończyła w ten sposób.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 16


Przepraszam też, że pojawiają się coraz dłuższe przerwy, między jednym a drugim rozdziałem, ale to się zmieni, bo do lutego będę miała niesamowicie dużo wolnego czasu. ^^
Mam nadzieję, że się Wam spodoba! I błagam nie krzyczcie na mnie. <3
_____________________________________________________________________
Było niesamowicie cicho. W ciągu ostatniego dnia nikt nie zginął i zaczynało się robić nudno. Nie wróżyło to dobrze, bo przecież nuda nie istniała w słowniku Igrzysk. Było pewne to, że prędzej czy później coś się wydarzy. Haymitch nie mógł pozbyć się wrażenia, że jest zbyt spokojnie. Wciąż siedzieli na plaży, nawet nie starając się ukrywać. Usychali z pragnienia; słońce grzało niemiłosiernie i Haymitch zaczął się zastanawiać, czy czasami Organizatorzy nie chcą ich usmażyć żywcem. Siedzieli pod drzewami, w cieniu, tuż przy linii plaży, tak, żeby mieć jak najlepszy widok na to, co dzieje się dookoła. Nie rozmawiali zbyt dużo, no bo o czym tu rozmawiać?
- Możesz mi już oddać ten topór. - odezwała się Johanna, patrząc prosto na niego. Opierała głowę o pień najbliższego drzewa, ale starała się nie wyglądać na za bardzo zmęczoną. Nie lubiła, kiedy ktoś widział ją słabą. - Wiem, że wziąłeś go specjalnie dla mnie.
Westchnął ciężko, zbyt zmęczony i spragniony, żeby dać się wciągnąć w jej pułapkę. Bez słowa podał jej broń, wiedząc, że i tak lepiej radzi sobie z nożem. Johanna wyglądała na nieco zaskoczoną, jego uległością. Zazwyczaj kłócili się o najmniejszą drobnostkę, a Haymitch nigdy nie przepuszczał takiej okazji. Cóż, zawsze musi być ten pierwszy raz.
Znów zapadła cisza i Haymitch prosił w duchu, żeby Peeta postarał się załatwić im trochę wody. Jednak minuty mijały i nic się działo. Na niebie nie pojawił się żaden spadochron od sponsorów, a arena była pogrążona w ciszy.
Już po chwili okazało się, że była to cisza przed burzą. Uszu Haymitcha dobiegł krzyk, przeraźliwy, rozdzierający serce na kawałeczki. Nie zastanawiał się nawet przez sekundę; poderwał się z miejsca. Zmęczenie wyparowało z jego ciała, kiedy nie zwracając uwagi na krzyki towarzyszy, wbiegł w gęstwinę drzew. Znał ten krzyk, choć nigdy go nie słyszał. Krzyk bólu i błagający o pomoc.
***
Słyszała je. Słyszała swoje własne krzyki, pełne cierpienia i bólu. Po jej ciele pełzały zimne dreszcze, czuła że drży. Okropnie było słyszeć swój własny krzyk - tym bardziej, kiedy widziała na ekranie Haymitcha biegnącego jej na ratunek. Pomijając fakt, że jej nie było na arenie. Nie działa się jej żadne krzywda, która mogłaby wydrzeć z jej gardła ten okropny dźwięk. Każdy krzyk Haymitcha, który wołał jej imię, rozdzierał jej serce. Chciała go przytulić, powiedzieć mu, że nic jej nie jest, że nie nikt jej nie skrzywdził i że to wszystko, to tylko sztuczki organizatorów, którzy chcą za wszelką cenę pozbyć się nudy.
- Effie? - podskoczyła na dźwięk głosu Peety i to właśnie wtedy, zdała sobie sprawę, że niektóre krzyki, rzeczywiście pochodziły od niej. Krzyczała na Haymitcha, że jest dobrze. Jakie to dziecinne. Krzyczeć do telewizora, z nadzieją, że osoba po drugiej stronie ją usłyszy. Jednak dla niej w tej chwili nie wydawało się to dziecinne. Ani trochę.
Nie odwróciła wzroku od ekranu, zbyt przestraszona tym co się działo. Poczuła tylko, jak Peeta przysuwa się bliżej niej na kanapie i jego ramie oplata jej ramiona w pocieszającym uścisku.
- Effie, coś jest nie tak. - wyszeptał chłopak. Mówił cicho, ale dzięki bliskości, mogła go usłyszeć bez żadnych przeszkód. Mówił szybko i Effie wiedziała, że musi się wziąć w garść. - Prezenty od sponsorów do nich nie docierają. Nie mają wody. Nie przetrwają do jutra.
Serce Effie opuściło kilka uderzeń. Jej oczy znów powędrowały do ekranu, na którym pokazana była pełna udręki twarz Haymitcha, który właśnie zorientował się, co się dzieje. Zwinął się w kłębek na ziemi, zakrył uszy dłońmi i wtulił twarz w trawę. Reszta jego drużyny nie była w stanie do niego dotrzeć.
- Musimy przyspieszyć plan. - wyszeptał Peeta. - Nie jutro. Dzisiaj.
Zrozumiała o co mu chodzi. Cokolwiek chcieli zrobić razem z Haymitchem i Plutarchem, musieli to zrobić natychmiast. Pokiwała głową i zagryzła dolną wargę, starając się powstrzymać od łez. Nie udało się jej i gorące łzy, spłynęły po jej policzkach. Peeta przytulił ją mocno i krótko, w jego oczach nie było żadnego śladu, po tym słodkim chłopcu, którego spotkała zaledwie rok temu.
- Bądź gotowa za godzinę. Czekaj na dachu. - już sekundę po wypowiedzeniu tych słów, go nie było.
Siedziała tam, gdzie ją zostawił. Nie widziała żadnego sensu w pakowaniu swoich rzeczy - gdziekolwiek się udawali, jedyne co się dla niej liczyło, to bezpieczeństwo Haymitcha i Katniss. Bała się, że coś może pójść nie tak. Bo przecież coś mogło pójść nie tak.
Kiedy godzinę później, z mocno bijącym sercem, zjawiła się na dachu Centrum Szkoleniowego, zobaczyła, że Peeta i Plutarch już tam czekają. Oboje poddenerwowani.
- Dobrze, jesteśmy gotowi. - powiedział Plutarch i jak na zawołanie, tuż nad nimi pojawił się poduszkowiec. Oddech jej przyspieszył. Nie chciała wsiadać, ale miała zaufanie do Peety. Miała zaufanie do Haymitcha. A to przecież on powiedział jej, żeby poszła razem z nimi. Kazał jej obiecać.
Effie Trinket, nigdy nie łamie obietnic.
Chwilę później cała trójka była już na pokładzie poduszkowca. Przed nimi pojawił się mężczyzna w szarym mundurze. Był dobrze zbudowany, a jego wyraz twarzy mówił, że przeszedł w życiu więcej, niż chciałby przyznać.
- Peeta. Plutarch. - przywitał ich mężczyzna, kiwając lekko głową. Jego wzrok padł na Effie i przez ułamek sekundy, mogła zobaczyć w jego oczach wszystko co o niej myślał. Widziała to spojrzenie setki razy, kiedy pojawiała się w Dwunastce, żeby rozpocząć kolejne Dożynki. Jednak chwilę później jego spojrzenie było na powrót twarde i nieprzeniknione. - Panno Trinket. Moje nazwisko to Rogers. Jest pani tutaj, bo Abernathy poprosił o immunitet dla pani. Jednak będzie musiała się pani dostosować. Mamy tu pewne zasady.
- Może mi ktoś powiedzieć, gdzie my właściwie jesteśmy? - nie wytrzymała w końcu. Jej głos podskoczył o oktawę, z nerwów. Denerwowała się, bo oni sobie ucinali pogawędki, a Haymitch mógł w tej chwili...
- Jesteśmy w drodze do Dystryktu Trzynastego. - odezwał się Plutarch.
- To nie możliwe. - zaprzeczyła. - Trzynastka nie istnieje.
Jej spojrzenie wędrowało od Plutarcha do Peety, spodziewając się, że jeden z nich nagle wybuchnie śmiechem. Nic takiego nie nastąpiło. Oboje opowiedzieli jej, jak to Dystrykt Trzynasty został zniszczony, lecz jednak przetrwał. Jak ludzie rozwinęli życie pod ziemią. I jak od jakiegoś czasu przygotowywali się do wszczęcia wojny z Kapitolem. Effie nie była głupia, wiedziała co się działo przez ostatnie miesiące w dystryktach, jednak nie wiedziała, że sprawy wyglądały tak źle.
Porucznik Rogers wyjaśnił jej, że w Trzynastce panowały zasady i że będzie się musiała do nich dostosować. Zero makijażu, peruk, ekstrawaganckich ubrań (których i tak ze sobą nie zabrała). Każdy był równy i każdy musiał nosić szary uniform, taki sam jaki miał na sobie Rogers i reszta ludzi w poduszkowcu. Jeden z żołnierzy podał jej ubrania i wskazał miejsce, w którym mogła się przebrać.
Uniform był okropny. Bezkształtny i bez poczucia stylu. W dodatku materiał strasznie drażnił jej skórę. Ściągnęła perukę drżącymi dłońmi. Mało kto, widział jej bez peruki. Co do makijażu, to nie mogła zrobić nic poza użyciem wody. Nie miała przy sobie żadnych kremów, które mogłyby pomóc jej w usunięciu warstwy makijażu, jednak i tak poszło lepiej niż mogłaby się spodziewać. Wytarła twarz w szorstki ręcznik, zostawiając na nim resztę tuszu, pudru i innych rzeczy, które cały dzień tkwiły na jej twarzy.
Cieszyła się, że nie ma w tym miejscu lustra. Naprawdę nie była w nastroju, żeby patrzeć sobie w oczy. Nie chciała zobaczyć strachu, który mogłaby tam znaleźć.
Peeta i Plutarch starali się nie wyglądać na zaskoczonych, kiedy zobaczyli jej prawdziwe oblicze. Czuła się naga, ale w tej chwili jej samopoczucie było na drugim planie. Wszystko co się liczyło to to, co działo się teraz z Haymitchem. W poduszkowcu nie było telewizora, żeby mogli być na bieżąco z wydarzeniami z areny. Peeta również wyglądał na rozdrażnionego tym faktem.
Podróż ciągnęła się niemiłosiernie, choć wszyscy zapewniali ją, że nie trwa dłużej niż dwie godziny. Jak dla niej, to było za długo. Więc kiedy w końcu wylądowali w Trzynastce, nie miała nawet siły zauważać to, jak bardzo wszystko tonie w szarości. Była zbyt rozkojarzona. Chciała jak najszybciej się czegoś dowiedzieć. Nie rejestrowała tego co działo się dookoła niej. W jej głowie powtarzało się tylko jego imię. I kiedy dotarli do Centrum Dowodzenia w którym poznali panią prezydent, czuła jakby miała zemdleć.
- Odbiliśmy ich, tak jak przewidywał plan. - odezwał się wysoki, czarnoskóry mężczyzna. - Jednak nie wszystko poszło zgodnie z planem.
- Gdzie oni są? - zapytał Peeta, podczas gdy Plutarch zapytał:
- Co się stało?
- Nie wszystkich udało nam się odbić. - słowa Boggs'a, bo tak brzmiało nazwisko mężczyzny, zawisły w powietrzu. Prezydent Coin wydawała się znudzona całą sytuacją. - Kapitol przejął Johannę, Wiress i Haymitcha.
Ostatnie co zarejestrowała Effie, było to, że nie może oddychać. Chwilę później wszystko pociemniało.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 15

Nie miałam czasu, żeby sprawdzić ten rozdział, więc z góry przepraszam za wszelkie błędy i nieścisłości, jeśli takowe się pojawią.
Miłego czytania!
____________________________________________________________
- Powinniśmy przyszykować się na noc. - powiedział Finnick, spoglądając na korony drzew. Przez liście, można było dostrzec pomarańczowe smugi. - Słońce powoli zachodzi.
- Coś szybko. - zauważyła Katniss.
- Widocznie komuś się spieszy. - Finnick wzruszył ramionami, jednak jego spojrzenie powędrowało do Haymitcha.
Haymitch wciąż był lekko oszołomiony tym, że tak łatwo dał się załatwić przez głupie pole siłowe. Powinien wiedzieć; powinien zauważyć lekkie drgania powietrza metr nad ziemią. Jego własne Igrzyska pozwoliły mu zapoznać się z polami siłowymi. Wiedział jak z nich korzystać, a jednak dał się podejść. A wszystko przez to, że nie był dostatecznie skupiony. Nie powinien się tak rozpraszać. Może i Igrzyska były ustawione, ale nie mógł pozwolić, żeby zginąć w tak głupi sposób.
Katniss znalazła jakieś orzechy, które rzucała na pole siłowe, żeby trochę je przypiec. Musiał przyznać, że pomysł był godny uwagi. Mieli co jeść, a w tej chwili równało się to z przeżyciem. Pozostał jeszcze problem związany z brakiem wody. Mogli mieć jedzenie, ale bez wody i przy tej temperaturze, nie pociągną zbyt długo. Haymitch miał nadzieję, że Peeta coś wymyśli. Czas uciekał.
Przygotowali prowizoryczne posłania, które mogłyby ich ochronić przed zimną nocą, na którą się nie zapowiadało. Organizatorom musiało się spieszyć do szybkiego zakończenia Igrzysk, bo z każdą chwilą robiło się coraz ciemniej.
W końcu, po kilku godzinach, rozbrzmiał hymn Panem. Haymitch poczuł skurcz w żołądku. Kto z jego przyjaciół pożegnał się z życiem? Po sekundzie zaczęły się pojawiać zdjęcia. Wyglądało na to, że zostały wyeliminowane cztery dystrykty. Piątka, mężczyzna z Siódemki, Ósemka, Dziewiątka i... Serce Haymitcha opuściło kilka uderzeń, kiedy na niebie pojawiło się zdjęcie Seeder, ale całkowicie zamarło, kiedy zaraz za nią pojawiła się tak dobrze mu znana twarz. Starał się zachować kamienną twarz, ale wiedział, że Katniss, Finnick i Mags na niego patrzą. W oczach Finnicka również czaiło się cierpienie. Zbyt wiele razy, siedzieli razem na dwunastym piętrze, popijając alkohol i śmiejąc się z różnych rzeczy. Zbyt wiele razy, razem naśmiewali się z kolejnych ekstrawaganckich sukienek Effie. Haymitch opuścił wzrok, starając myśleć o tym, że jego przyjaciel w końcu jest wolny. Miał nadzieję, że właśnie teraz, siedzi w raju, który opływa w whiskey i nie martwi się niczym. Wreszcie wrócił do rodziny. Do swojej żony i synka. Być może, nawet odzyskał rękę. Na tą ostatnią myśl, Haymitch uśmiechnął się pod nosem. W ciągu tych wszystkich lat, zbyt wiele razy żartowali sobie z jego kalectwa.
Niebo na nowo pociemniało i poczuł, jak Finnick siada koło niego na ziemi. Poczuł też, że chłopak położył mu rękę na ramieniu.
- Trzymasz się? - zapytał cicho.
- Ta.
Finnick wiedział, że nie powinien drążyć tematu. Wszyscy wiedzieli, że Haymitch i Chaff to dwaj najlepsi przyjaciele i dla nikogo nie było niespodzianką, że jeśli jeden wplątał się w jakieś kłopoty to w pobliżu był też ten drugi. Finnick sam uczestniczył w kilku z ich wygłupów. Jak na przykład kradzież peruki Effie, kiedy ta była na spotkaniu z innymi opiekunkami. Haymitch znów uśmiechnął się do swojego wspomnienia.
- Myślę, że powinniśmy ustalić warty. - powiedział Finnick, Robiło się coraz ciemniej i potrzebowali odpoczynku.
- Mogę iść pierwsza. - odezwała się Katniss. Haymitch spojrzał na nią z niepokojem. Jeśli coś się stanie...
- Nie ma sprawy. Zmieniamy się co kilka godzin. - Finnick okazywał zbyt duże zaufanie. Katniss nic nie wiedziała o ich planie, ale wierzył, że Haymitch, nie pozwoli jej, żeby zabiła ich we śnie.
Położyli się na posłaniach, a Katniss usiadła, opierając się o pień drzewa. Trzymała przy sobie łuk i Haymitch był pewny, że gdyby ktoś zakradł się do nich w nocy, nie zadawałaby pytań. Po kilku minutach, było dla niego jasne to, że nie zaśnie. Był zbyt trzeźwy, a wspomnienia już zaczęły napływać do jego głowy. Odepchnął od siebie wspomnienie swojej rodziny i westchnął ciężko. Musiał się czymś zająć. Gdyby zasnął, mógłby zacząć krzyczeć, a wtedy nie byłoby mowy o tym, żeby się ukryli. Brutus, Enobaria, Cashmere i Gloss, znaleźliby ich w ciągu dziesięciu minut, a wtedy wszystko by się skomplikowało.
Dlatego westchnął ciężko i wstał, tylko po to, żeby usiąść koło Katniss. Trzymał w ręce nóż, żeby zająć czymś dłonie.
- Powinieneś spać. - powiedziała, nawet na niego nie patrząc. Wzrok miała utkwiony w gąszcz dżungli. Ich "obóz" znajdował się na wzgórzu, tuż przy polu siłowym. Mieli stąd całkiem dobry widok na to co działo się poniżej nich.
- Chyba nie muszę ci tłumaczyć, że nie piłem dla przyjemności, prawda?
Podniósł patyk, który leżał koło jego stopy i zaczął go strugać przy użyciu noża. Nie bardzo zdawał sobie sprawę z tego co robi.
Siedzieli w ciszy, która robiła się coraz bardziej nieprzyjemna. Wiedział, że Katniss umiera, żeby go o coś zapytać. Mógł wyczuć jej ciekawość z miejsca w którym siedział, zupełnie jakby mógł jej dotknąć.
- No dalej. - mruknął, wciąż na nią nie patrząc. - Po prostu zapytaj.
- Dlaczego Effie? - wyrzuciła z siebie, a Haymitch w końcu na nią spojrzał. Nie spodziewał się, że Katniss może ciekawić właśnie to. Spodziewał się ponownego pytania o sojusz z Czwórką, ale nie tego. Zmarszczył brwi, zastanawiając się, dlaczego zadała akurat to pytanie. Patrzyła na niego, starając się go przejrzeć.
Nie mógł opowiedzieć jej prawdziwej wersji tej historii. Nawet gdyby mógł, to by tego nie zrobił. To nie był jej interes. Ale teraz, kiedy każdy w Panem, nadstawia uszu, żeby tylko dowiedzieć się czegoś więcej o ich związku, musiał coś powiedzieć. Być może w ten sposób, Peeta znajdzie kolejnych sponsorów.
- Jest... - nagle poczuł się głupio. Jak mógł mówić o czymś takim, kiedy miał świadomość, że nie jest to rozmowa prywatna? Wiedział, że już nie ma odwrotu. - Jest wspaniałą osobą. Potrafi być zabawna i sarkastyczna...
- To wszystko wyjaśnia. - Katniss wyszczerzyła się w uśmiechu, jednak szybko spoważniała. - Skąd wiesz, że coś do niej czujesz?
Naprawdę nie był w nastroju na rozmowy w stylu "ojciec-córka". Jednak nie miał nic innego do roboty, a Katniss wyglądała jakby odpowiedź mogła jej w jakiś sposób pomóc.
- Masz wątpliwości? - zapytał, przyglądając jej się uważnie. Czyżby w końcu zdała sobie sprawę z tego co naprawdę czuje do Peety? Najwyższy czas, pomyślał.
- Nie. - powiedziała szybko, jednak Haymitch wiedział jaka była prawda. - Po prostu... Zastanawiam się, czy we wszystkich przypadkach jest tak samo.
- Posłuchaj - patrzył na nią z poważnym wyrazem twarzy, żeby wiedziała, że nie czas na żarty. - jeśli patrząc na Peetę, myślisz o tym, że przebywanie z nim jest twoją ulubioną rzeczą... Lub jeśli nie możesz nawet myśleć o tym, że mogłabyś go stracić... To właśnie miłość. I jestem pewny, że tak właśnie się czujesz. Prawda?
- Prawda. - powiedziała bez mrugnięcia powieką. Haymitch odetchnął z ulgą. Wiedział, że nie jest to prawda, ale bał się, że Katniss zapomni o tym, że są obserwowani.
Coś przykuło uwagę dziewczyny i Haymitch się rozluźnił, tylko po to, żeby chwilę później zobaczyć coś, co powiedziało mu wszystko czego potrzebował.. Rozległ się huk, a po chwili piorun uderzył w drzewo, które znajdowało się dwa sektory od nich. Kiedy tylko zobaczył piorun, wiedział już wszystko. Więc to była dwunasta. Wiedział już, że mają jeszcze dwie godziny, zanim coś ich zaatakuje. Plutarch wytłumaczył mu działanie areny, powiedział mu o piorunie, ale nie powiedział, co jeszcze na nich czeka. Prawdopodobnie sam jeszcze wtedy nie wiedział.
Haymitch zdawał sobie sprawę, że powinni się zbierać do dalszej wędrówki, ale widział, że Katniss jest zbyt zmęczona, żeby teraz ruszyć. Obserwowali więc, jak raz po raz piorun uderza w drzewo. Kiedy minęła godzina, Haymitch zaczął się niepokoić. Byli coraz bliżej niebezpieczeństwa, ale on nie mógł nic na to poradzić. Gdyby coś powiedział, zdradziłby się, że wie za dużo na temat areny. Czuł się bezużyteczny.
Usłyszeli krzyk, dochodzący na prawo od nich. Poderwali się ze swoich miejsc, ale nikt nie śmiał się dalej ruszyć. Spojrzeli po sobie. Jeśli to zawodowcy, to musieli się zbierać i to szybko. Niesamowite, że Finnick i Mags się nie obudzili. Haymitch spojrzał w ich kierunku, ale wciąż spali. Krzyk ustał tak szybko, jak się pojawił, jednak to go nie uspokoiło. Stał jak sparaliżowany.
- Powinniśmy... - zaczęła Katniss, ale chwilę później znów rozległ się krzyk. Tym razem trochę dalej. Ktokolwiek to był, oddalał się od nich. Nie powinni tego brać za dobry znak.
Haymitch słyszał też szum, coś w rodzaju deszczu. Spojrzał w niebo, ale nie spadła ani kropelka. Dziwne. Katniss wyglądała na uspokojoną. Znów usiadła, jednak Haymitch pozostawał czujny. Jeśli ktokolwiek był blisko nich, powinni ruszać. I to teraz.
- Co to? - usłyszał po jakimś czasie szept Katniss. Nie zdawał sobie sprawy, że odpłynął myślami. Miał być czujny!
Spojrzał w kierunku, który wskazywała dziewczyna. Kawałek za nimi, z miejsca w którym, jak już dobrze wiedział, było pole siłowe, zaczęło się unosić coś, co przypominało mgłę.
Zbyt wiele razy oglądał Igrzyska, żeby nie wiedzieć, że cokolwiek pojawia się na arenie, nie pojawia się przypadkiem. Tym bardziej, gdy miał świadomość, że na tej arenie, co godzinę pojawiają się kolejne rzeczy, które potrafią zabić lub zniszczyć psychicznie.
- Finnick, Mags! - krzyknął, nie mając zamiaru czekać, aż mgła ich dosięgnie. Finnick poderwał się z miejsca, zaalarmowany, a Haymitch chcąc nie chcąc, nie mógł się nadziwić, że poprzednie krzyki go nie obudziły, podczas gdy jego krzyk wystarczył, żeby postawić go na nogi.
Jedno spojrzenie Finnicka starczyło, żeby poderwać Mags i zarzucić ją sobie na plecy. Haymitch wiedział, że w tej chwili się zgadzają. Czas uciekać.
Haymitch zaczął biec, ciągnąc przy okazji za sobą Katniss, która wciąż wpatrywała się w mgłę, jak zaczarowana. Biegli w dół zbocza, ale mgła zdawała się przyspieszać. Z każdym ich krokiem, była coraz bliżej. Usłyszał krzyk i odwrócił się w samą porę, żeby zobaczyć, jak Finnick się potyka i przewraca. Mags upadła na ziemię, a mgła dosięgnęła jej nogi. Wydała z siebie krzyk, który zmroził krew w jego żyłach. Finnick podniósł się czym prędzej i chciał znów wziąć ją na plecy, jednak Mags tylko pokręciła głową. Pocałowała go w czoło i pokuśtykała w stronę mgły. Po kilku sekundach rozmazana postać Mags zaczęła drgać i znów upadła na ziemię.
Zanim mógł cokolwiek zrobić, Haymitch podbiegł do Finnicka i chwycił go za ramię, ciągnąc go za sobą. Chłopak wydał z siebie pełen bólu i rozpaczy krzyk. Sekundę później rozległ się dźwięk wystrzału z armaty. Znów uciekali, aż w końcu, po czymś co wydawało się być wiecznością, dobiegli do plaży. Była pusta. Zero śladu po Zawodowcach. Haymitch odetchnął z ulgą, kiedy dostrzegł, że mgła nie dosięga piasku na którym stali. Jak na razie, byli bezpieczni.
Finnick oddalił się od nich, kierując się w stronę wody. Haymitch obserwował go z niepokojem, wiedział co Mags dla niego znaczyła. Zajęła się nim, tak samo jak Chaff zaopiekował się Haymitchem. On sam, czuł się jakby zawiódł. Miał wydostać z areny tylu trybutów ilu zdoła. Jak najwięcej z nich. Czuł się z tym paskudnie.
Nikt z ich trójki nie został ranny, podczas ucieczki przed mgłą. Nie było żadnych rozcięć, oparzeń, skaleczeń. Uciekli w samą porę.
Kiedy zdali sobie sprawę, że niebezpieczeństwo minęło na jakiś czas, postanowili chwilę odpocząć. Byli zbyt widoczni na tej plaży.
Na prawo od nich, coś zaszeleściło. Haymitch był w pełnej gotowości. Nóż i topór, które wciąż miał przy sobie, zacisnął w obu dłoniach. Katniss naciągnęła strzałę na cięciwę, a Finnick, mimo swojego roztrzęsienia uniósł trójząb.
Nic się nie stało. Nikt się na nich nie rzucił. Jednak po kilku minutach napiętej ciszy, coś się poruszyło. Nagle zza krzaków wybiegła Johanna, ciągnąc za sobą Beetee'ego i Wiress, zawodników z Trójki. Cała trójka była od stóp do głów pokryta krwią. Zrobiło mu się niedobrze, jednak szybko pozbył się tego uczucia. Więc jesteśmy komplecie, pomyślał Haymitch, a jakaś część jego mózgu odnotowała, że "komplet", miał obejmować również Chaffa i Seeder.
Katniss już podniosła łuk, ale Johanna tylko się zaśmiała.
- Schowaj to, dziecino, bo się pokaleczysz. - jej głos brzmiał tak jak zawsze. Czyli nic jej nie było. Jednak skąd ta krew?
- Jesteście ranni? - zapytał Finnick.
- Nie. - odpowiedział Beetee, swoim basem.
- To sprawka areny. W jednej chwili zaczął padać deszcz, a w drugiej się okazało, że to cholerna krew. - Johanna jak zwykle była swoją czarującą osobą.
- Tik-tak... Tik-tak... - powtarzała Wiress. Haymitch miał ochotę nią potrząsnąć. Wiedział, że jest genialna, ale mówienie o zegarze, w tej właśnie chwili, nie było zbyt mądre.
- A z wami wszystko w porządku? - rzuciła Johanna, kompletnie ignorując Wiress. - Gdzie Mags?
Finnick zbladł, a Haymitch spojrzał na dziewczynę, żeby ją ostrzec. Cisza była dla niej wystarczającą odpowiedzią. Nie poruszyła już więcej tego tematu.
Razem z Beetee'm, postanowili pozbyć się tej krwi, która wciąż pokrywała ich od stóp do głów. Weszli do wody, ale Wiress nie była w stanie sama o siebie zadbać, więc Katniss, która wyglądała, jakby potrzebowała jakiegokolwiek zajęcia, pospieszyła jej z pomocą.
Haymitch podszedł do Finnicka, który wyglądał już lepiej, niż jeszcze kilkanaście minut temu. Chciał coś powiedzieć, ale wiedział, że nie musi. Finnick był typem, który wolał nie mówić o swoich uczuciach. Z nich wszystkich to w końcu on ukrywał swoje emocje na tyle dobrze, że żadna z jego kapitolińskich towarzyszek nie zorientowała się, że w każdej sekundzie ich spotkania, chciał krzyczeć.
- Jak myślisz, co jeszcze nas czeka? - zapytał cicho Finnick. Wpatrywał się w wodę, a Haymitch był niemal pewny, że myśli o domu i o Annie. Mało kto wiedział, że to właśnie ona jest jego miłością. Tylko nieliczni Zwycięzcy znali jego sekret.
- Cokolwiek to będzie, nie będzie to przyjemne.
***
- Effie? - głos Peety przebił się do jej świadomości. Była zbyt zajęta wpatrywaniem się w ekran telewizora. Odwróciła się do niego, tylko po to, żeby zobaczyć, że na jego twarzy maluje się niepokój. - Czy ty w ogóle stąd wychodzisz?
Straciła poczucie czasu. Nie chciała stracić żadnego momentu, choć przecież wiedziała, że może obejrzeć wszystko jeszcze raz, rano. Mimo wszystko, wolała być na bieżąco.
- Oczywiście, że wychodzę. - powiedziała, a jej spojrzenie wróciło do ekranu. Po mgle i pojawieniu się Johanny, Beetee'ego i Wiress, nic się nie działo. Nie interesowały ją ujęcia z innych kamer, więc ustawiła odbiór tylko i wyłącznie z jednej, na której pokazywali drużynę Haymitcha.
- Przyniosłem ci kanapki. - usłyszała Peetę. - Jadłaś coś dzisiaj?
- Chyba tak, nie pamiętam.
- Haymitch kazał mi się tobą opiekować. Jeśli się dowie, że nic nie jadłaś, będę miał kłopoty.
- Jesteś słodki, ale nie musisz się mną opiekować. - mimo wszystko, wzięła kanapkę z talerza, który Peeta postawił przed nią na stoliku. Nagle poczuła, jak bardzo jest głodna.
- Effie... - głos Peety zrobił się bardziej poważny i Effie znów na niego spojrzała. Jego mina ją zmartwiła.
- Coś nie tak?
- Czy Haymitch mówił ci... żebyś ze mną poszła? - był niepewny. Zupełnie jakby nie wiedział czy może jej zaufać. Trochę to ją zabolało.
- Wspominał o tym. - powiedziała. Wiedziała, że nie mogą rozmawiać swobodnie. Istniało prawdopodobieństwo, że ktoś ich podsłuchiwał.
- I zgodziłaś się, tak?
- Tak.
Peeta pokiwał głową. Wyglądał na uspokojonego. Effie wiedziała, że wszystko miało związek z rebelią i choć nie chciała być w to wmieszana, wiedziała też, że nie chce stracić Haymitcha. A gdyby nie zgodziła się na pójście z Peetą i Plutarchem, z pewnością by go straciła.
- Dwa dni. - mruknął Peeta, a ona nie musiała pytać o co mu chodzi. Haymitch powiedział, że coś może się wydarzyć. I to było to. - Przygotuj się.