poniedziałek, 30 listopada 2015

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 5

Siedziała właśnie na kanapie w salonie i porządkowała coś w dokumentach, kiedy Haymitch wszedł. Zdążyła się przebrać i ponownie zakryć twarz makijażem. Dzięki temu, łatwiej mu było na nią patrzeć. Mógł wmawiać sobie, że skurcze żołądka są spowodowane obrzydzeniem, a nie... czymś innym.
Kiedy tylko zobaczyła, że jego ręka jest we krwi, poderwała się z kanapy z przestraszoną miną.
- Co ci się stało?
- To nic takiego, skarbie.
- Haymitch, ty krwawisz!
- Spokojnie, przecież nie umieram. - Jeszcze.
Usiadł na kanapie, a ona zrobiła to samo. Patrzyła na niego z troską. Wyciągnęła dłoń w stronę jego ręki, ale go nie dotknęła.
- Mogę? - zapytała
Pokiwał głową i podał jej rękę, którą ujęła delikatnie swoimi chłodnymi palcami. Przyjrzała się jej z bliska.
- Masz kawałki szkła w ręce... Poczekaj, mam gdzieś apteczkę.
Wyszła pospiesznie z salonu, zostawiając go na chwilę samego. Starał się uspokoić rozbiegane myśli. Nie chciał zastanawiać się nad tym, co wydarzyło się rano na sesji zdjęciowej. Bo przecież nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Effie po prostu dobrze wczuła się w swoją rolę. Przecież zawsze wiedział, jak dobrze potrafi udawać. I ten pocałunek nie był niczym więcej, tylko kolejną dobrze odegraną sceną.
Potrzebował alkoholu. Potrzebował go natychmiast. Od chwili kiedy uderzył Chaffa, minęło zaledwie piętnaście minut. A on znów musi się napić. Przeklęta Effie. Do diabła z nią.
Jednak, kiedy tylko weszła do pomieszczenia, poczuł jak niewidzialna ręka ściska jego wnętrzności. Zacisnął szczęki, żeby pozbyć się tego uczucia, ale ono było silniejsze.
Usiadła obok niego, kładąc apteczkę na stole. Na jej twarzy malowało się skupienie, a pomiędzy brwiami pojawiła się maleńka zmarszczka. Przyglądał się jak otwiera apteczkę i wyciąga z niej pęsetę, waciki i wodę utlenioną.
Ujęła jego dłoń w swoją. Choć jej palce były zimne, to w miejscach w których go dotykała, czuł przyjemne ciepło.
Napiął mięśnie, żeby odgonić od siebie wszystkie nieproszone myśli i uczucia. Przecież nic do niej nie czuje. I nigdy nie będzie.
Effie wzięła do ręki pęsetę i zaczęła wyjmować szkło z rany na jego dłoni. Każdemu wyciągniętemu kawałkowi, towarzyszyło ukłucie bólu.
- Co się stało? - zapytała jeszcze raz, nie przerywając operowania pęsetą.
- Stłukłem szklankę. - odpowiedział wymijająco.
- Dlaczego?
- Zdenerwowałem się.
- Dlaczego? - zapytała znów.
- Zawsze zadajesz tyle pytań, skarbie?
- Chciałabym wiedzieć, co sprawiło, że postanowiłeś rozciąć sobie rękę.
Zmarszczył brwi. Nie miał zamiaru jej mówić cokolwiek. Nie musiał się przed nią tłumaczyć.
Effie wyciągnęła z jego dłoni największy kawałek szkła, nieco za szybko, co sprawiło, że naprawdę go zabolało.
- Auć! - syknął, odsuwając rękę. Spojrzała na niego karcąco.
- Nie jęcz. - powiedziała. - Gdybyś nie postanowił rozgnieść szklanki gołą ręką, to by nie bolało.
- Nie zrobiłem tego dla zabawy. - warknął, znów podając jej dłoń.
- Więc dlaczego? - zapytała z naciskiem.
- To nie twój interes. - mimo woli podniósł głos.
- Chyba teraz już tak, skoro ci pomagam. - Effie również zaczęła podnosić głos, znów wyciągając kawałek szkła za szybko.
- Nigdy nie prosiłem o twoją pomoc!
- Bo nigdy nie musiałeś! Rok w rok pomagałam ci, kiedy sam nie mogłeś zaciągnąć swojego zadka do pokoju, bo byłeś zalany w trupa! Więc może mnie oświecisz, co takiego się stało?
- Zrobiłem to przez ciebie, jasne?!
Na twarzy Effie malował się szok. Nie mogła mogła wydusić z siebie słowa. Haymitch zdał sobie sprawę, że stoi ciężko dysząc i wpatrując się w nią gniewnie. Po kilku sekundach Effie odzyskała zdolność mówienia.
- Co ci takiego zrobiłam? - Głos się jej załamał. Haymitch zauważył, że jej oczy zrobiły się niebezpiecznie wilgotne.
Haymitch odetchnął głęboko, żeby się uspokoić i zajął swoje miejsce koło niej. Zdrową ręką schwycił jej dłoń. Nie odsunęła się. Nie powiedziała mu, żeby odszedł. Po prostu wpatrywała się w niego, oczekując odpowiedzi.
- Nic nie zrobiłaś. - skłamał. Bo przecież potrząsnęła jego światem. Wciąż miał w myślach, echo tamtego pocałunku. - Chodzi o to co Chaff powiedział.
- A co powiedział? - zmarszczyła brwi.
- Coś nieprzyjemnego.
- O mnie?
Spojrzał jej w oczy. Nie musiał nic mówić. Effie wiedziała, jak brzmiałaby jego odpowiedź. Westchnęła cicho i znów zajęła się jego dłonią. Zwilżyła waciki wodą utlenioną i zaczęła obmywać jego rany. Starał się ignorować pieczenie.
- Dlatego postanowiłeś rozbić szklankę? - zapytała z niedowierzaniem.
- Nie. - odpowiedział - Dlatego postanowiłem dać mu po mordzie. Zapomniałem, że trzymam szklankę.
- Pobiłeś go? - znów podniosła głos. - Przecież to twój przyjaciel!
- To nie ma znaczenia. Nie powinien tak o tobie mówić.
- Nie obchodzi mnie, co powiedział twój pijany znajomy. Nie powinieneś go bić.
- Oberwał tylko raz.
- To nic nie zmienia... - skarciła go. - Nic mu nie jest?
- Ma tylko rozciętą wargę. Jutro prawdopodobnie nie będzie tego pamiętał.
Pokiwała głową. Haymitch obserwował jak wyciąga z apteczki bandaż W najdelikatniejszy sposób, tak jak tylko ona potrafi, obwinęła mu rękę ciasno bandażem Zawiązała opatrunek, ale nie puściła jego dłoni.
Spojrzała na niego tymi swoimi, niebieskimi oczami. Poczuł, że stwór w jego brzuchu budzi się do życia. Chciał coś powiedzieć, ale Effie go ubiegła.
- Dziękuję, że stanąłeś w mojej obronie. - uśmiechnęła się lekko. - Ale proszę cię, nie bij już nikogo więcej. Dobrze?
- Jasne. - mruknął.
Wyszczerzyła się do niego w uśmiechu i nachyliła w jego stronę. Jej usta musnęły jego policzek, przyprawiając go o sensację żołądka. Miejsce w którym jej usta zetknęły się z jego skórą, teraz było niesamowicie ciepłe.
Patrzyli na siebie, zupełnie jakby chcieli sobie coś powiedzieć. Haymitch już prawie otworzył usta, mając nadzieję, że coś sensownego z nich wypłynie, kiedy nagle
- Haymitch, możemy porozmawiać?
Podniósł głowę i spojrzał w kierunku z którego padło pytanie. W drzwiach stał Peeta i patrzył na nich podejrzliwie.
Haymitch zdał sobie sprawę, jak blisko siebie siedzieli. Kiwnął głową i wstał czym prędzej z kanapy. Wychodząc nie spojrzał za siebie, na siedzącą samotnie Effie.
***
- Co to było? - zapytał Peeta.
Siedzieli przy stole w jadalni. Została godzina do obiadu, więc teraz w pomieszczeniu kręciło się kilku avoksów, ale nie zwracali na nich uwagi.
- Co masz na myśli?
- No... To z Effie w salonie...
- Opatrzyła mi rękę. - odpowiedział i szybko pokazał mu bandaż na dłoni.
Peeta uniósł pytająco brew, ale nie poruszył więcej tego tematu.
- Rozmawiałem z naszym wspólnym znajomym. - powiedział Peeta.
Nie mógł wymówić nazwiska Plutarcha, bo zbyt wiele uszu słuchało. Mimo iż mieli pewność, że nikt z obecnych osób ich nie wyda, nie mogli sobie pozwolić na zbyt duże zaufanie.
- I co powiedział?
- Że zastanowi się nad twoją prośbą.
Haymitch uśmiechnął się do siebie pod nosem. Czyli nie wszystko stracone. Wciąż istniała mała szansa na to, że zdoła odwdzięczyć się Effie za jej pomoc. Nawet jeśli sam będzie już dawno martwy.
Jeśli Plutarch zgodzi się, żeby Effie uciekła razem z nimi do Trzynastki, Haymitch mógłby ochronić ją przed gniewem Snowa. Nie miał bowiem żadnych wątpliwości co do tego, że jeśli ich plan wypali, Snow będzie szukał wspólników, szpiegów z Kapitolu. A na czele tej listy widnieje nazwisko Effie Trinket.
Swój upór tłumaczył tym, że po prostu nie chciał mieć długów wdzięczności, wobec kogokolwiek. Jednak głęboko, głęboko we wnętrzu jego świadomości błąkała się inna myśl, połączona ze wszystkimi miłymi wspomnieniami, związanymi z jej osobą. Jak na przykład noc, kiedy poprosiła go, żeby z nią został. Wszystkie razy, kiedy mu pomagała, gdy był zbyt pijany, żeby samemu wejść do łóżka. Nawet ich kłótnie w pewnym sensie były czymś miłym.
- Ziemia do Haymitcha!
Zamrugał i spojrzał na Peetę. Chłopak wpatrywał się w niego z dziwnym, nieprzeniknionym wyrazem twarzy.
- Wiesz, że nie możesz jej tego zrobić, prawda? - zapytał nagle.
- O czym ty mówisz?
- Nie możesz jej skrzywdzić. - powiedział. - Im bliżej niej będziesz, tym większe będzie jej cierpienie, kiedy odejdziesz.
- Nic między nami nie ma. - mruknął Haymitch. Peeta prychnął.
- Myślisz, że jestem ślepy? Widzę jak na nią patrzysz.
- To tylko gra. Sami mnie w to wciągnęliście. To nic nie znaczy.
- Czy ona o tym wie? - Peeta zmarszczył lekko brwi, patrząc na byłego mentora.
- Oczywiście, że wie! - żachnął się Haymitch. - Przecież to wszystko jest częścią planu.
Chłopak westchnął ciężko i pokręcił głową. Wstał od stołu i ruszył w kierunku drzwi, jednak zanim wyszedł odwrócił się i rzekł
- Czasami zadziwia mnie to, jak bardzo alkohol zaślepił ci mózg.

niedziela, 29 listopada 2015

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 4

Effie nie miała czasu, żeby zaprzątać sobie głowę jakąś rebelią. Zbyt wiele miała obowiązków do wypełnienia. Musiała pomóc Peecie, zorganizować spotkania ze sponsorami (a było ich całkiem sporo), do tego dochodziły spotkania z Cinną i Portią, żeby sprawdzać jak idą prace nad strojami dla Katniss i Haymitcha. Musiała ściśle przestrzegać planu, w którym nie było ani chwili na zamartwianie się jakimś spiskiem. Poza tym mogła źle usłyszeć lub po prostu mówiąc "rebelia", Peeta mógł mieć na myśli coś innego.
No i nie zapominajmy o tym, że Effie musiała pokazywać się z Haymitchem w różnych miejscach, żeby podtrzymać historyjkę o Złotej Parze.
Dlatego teraz obserwowała jak Haymitch stoi na planie zdjęciowym. Ubrany tylko i wyłącznie w poszarpane spodnie, ucharakteryzowany na dzikiego, nieokiełznanego zawodnika.
W tym roku zostało zarządzone, żeby każdy trybut podszedł indywidualnie do sesji zdjęciowej. Effie mogła sobie wyobrazić, jak w trakcie Igrzysk w każdym sklepie będzie można kupić zdjęcia z ulubionym zawodnikiem. Kartki, pocztówki... Cała seria przeróżnych rzeczy, które każdy będzie mógł kupić.
Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że wpatruje się w nagi tors Haymitcha. Że patrzy na jego napięte mięśnie. Na to w jaki sposób spodnie opinają jego biodra. Poczuła skurcz w okolicach pępka.
Zamrugała i rozejrzała się dookoła, żeby upewnić się, że nikt nie widział jak na niego patrzyła. Na szczęście wszyscy byli zajęci przygotowywaniem planu zdjęciowego, który dla Haymitcha zmienił się w dżunglę. Dookoła niego zostały poustawiane drzewa, na podłodze walała się ściółka. Zupełnie jakby ktoś wyciął kawałek lasu i wstawił go do tego pomieszczenia. Ludzie uwijali się jak mrówki, żeby wszystko wyglądało realistycznie.
Ktoś położył jej rękę na ramieniu, co sprawiło, że podskoczyła przerażona. Odwróciła się na pięcie i zobaczyła młodego mężczyznę. Ubrany był w coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak skrawki przypadkowo pozszywanych ze sobą czarnych tkanin; wyglądało to jak łachmany. Jednak materiał był drogi, a wykonanie całego stroju pewnie zajęło jego stylistom sporo czasu. Czarne włosy, przeplatane złotymi pasemkami, sięgały mu do ramion. Błękitne oczy wpatrywały się w Effie z nieskrywaną radością.
- Effie! - wykrzyknął mężczyzna. - Jak miło cię znów widzieć!
- Nathaniel. - uśmiechnęła się i przytuliła go na powitanie.
Nathaniel Rich był najlepszym fotografem w całym Kapitolu. Każda modelka marzyła o tym, żeby pozować do jego zdjęć.
- Miałem nadzieję, że tu będziesz. - powiedział z entuzjazmem - Potrzebuję twojej pięknej osoby do nowego projektu.
Effie zachichotała. Nathaniel wielokrotnie proponował jej udział w sesjach, jednak zgodziła się tylko kilka razy.
- Już ci mówiłam, Nate, że z tym skończyłam. To nie dla mnie.
- Ach - westchnął. - Znów nie mam szczęścia.
Pokręcił głową, ale uśmiechnął się przyjaźnie.
- No nic. - powiedział - Muszę zająć się twoim mężczyzną. Nie obrazisz się, że go na chwilę pożyczę?
- Pod warunkiem, że zwrócisz go w stanie nienaruszonym.
Nathaniel zaśmiał się głośno i mrugnął do niej.
- Tego nie mogę obiecać.
Kiedy odchodził w stronę planu zdjęciowego, Effie zauważyła, że ponad jego ramieniem patrzy na nią Haymitch. Uśmiechnęła się do niego lekko, ale jego wzrok był nieobecny. Zupełnie jakby był pogrążony w myślach. Zamrugał kiedy stanął przed nim Nate i zmierzył go chłodnym spojrzeniem.
Effie obserwowała jak Nate stara się skłonić go do współpracy. Nie było to takie proste. Haymitch trzymał się sztywno i nie potrafił sprostać oczekiwaniom fotografa. Po dziesięciu minutach, Nate miał delikatne wypieki na twarzy. Uwielbiał kiedy coś sprawiało mu trudność. Wtedy czuł, że efekt końcowy będzie jeszcze lepszy niż mógłby przypuszczać. Jednak nikt nigdy nie opierał mu się tak długo.
- Nie, Haymitch! - powiedział gniewnie. - Chcę tutaj widzieć bestię, a dostaję kociaka. Pokaż mi pazury! Roar!
Haymitch uniósł brew i spojrzał na Nate'a z politowaniem. Ten westchnął i rozejrzał się po pomieszczeniu w poszukiwaniu inspiracji. Wtedy jego wzrok padł na Effie, a na ustach pojawił się szaleńczy uśmiech.
- Effie! - wykrzyknął, a jego asystent już popychał ją w jego stronę. - Potrzebuję czegoś co wyzwoli w nim najdziksze emocje.
- Ale...
- Ostatni raz, Effie, przysięgam.
Zrozumiała o co mu chodzi. Zobaczyła to w jego błękitnych oczach, które płonęły żywym ogniem, kiedy na nią patrzył. Spojrzała na Haymitcha, który marszczył brwi nie rozumiejąc o co chodzi.
- Ja nie... - ale nie dane jej było dokończyć, bo Nate znów jej przerwał.
- Zrób to dla swojego mężczyzny, kotku. - mrugnął do niej, uśmiechając się złośliwie.
Wiedziała, że nie może mu odmówić. I on również to wiedział. Musiała się zgodzić, żeby nie wzbudzić jego podejrzeń. Przecież jest w nim "zakochana", powinna mu pomagać i go wspierać.
- Oczywiście, że to dla niego zrobię.
- Tylko... - Nathaniel rzadko się jąkał, dlatego Effie zrobiła się podejrzliwa. - Będziemy musieli trochę zmodyfikować twoją sukienkę... I całą resztę.
- Słucham?
Spojrzała na swoją sukienkę, była czerwona, przed kolano i dopiero ją kupiła. Nate lubił szaleć z modyfikacjami. Nie mogła się jednak wycofać, więc kiwnęła tylko głową, na co mężczyzna się rozpromienił i pstryknął palcami. Momentalnie koło niej pojawiły się trzy osoby, które zaczęły majstrować przy jej sukience, makijażu i peruce.
Czuła jak materiał jej sukienki się rwie, jak czyjaś ręka zmywa jej makijaż, a ktoś inny ściąga jej perukę. Jej naturalne włosy zostały potargane i delikatnie napuszone.
Kilka minut i było po wszystkim. Bardzo starała się nie patrzeć w dół, na to co zostało z jej sukienki. Niestety jakiś młody avoks przyniósł lustro, żeby mogła na siebie spojrzeć. Chcąc nie chcąc zerknęła i nie mogła uwierzyć.
Kobieta, która stała przed nią, wyglądała na przestraszoną. Miała szeroko otwarte oczy, rozchylone wargi oraz potargane, złociste włosy, które sływały jej na plecy i ramiona. Jej czerwona sukienka była w strzępach. Teraz sięgała do połowy uda, miała pogłębiony dekold i dziury w kilku przypadkowych miejscach. Kobieta, która patrzyła na nią z lustra była na swój naturalny sposób seksowna.
Avoks zabrał lustro i kobieta zniknęła z jej pola widzenia. Zamiast niej, był Haymitch, który wyglądał jakby zobaczył ducha.
Patrzył na nią osłupiały, ogarniając ją wzrokiem od stóp do głów. Effie poczuła się skrępowana jego spojrzeniem, które ślizgało się po jej niestosownie ubranym ciele. Czuła, że się czerwieni, a nie miała na sobie ani grama makijażu, który mógłby to ukryć.
- Idealnie! - wykrzyknął Nathaniel, klaszcząc w dłonie. - Kotku, wyglądasz niesamowicie! Chciałem dodać trochę różu, ale ten uroczy rumieniec załatwi sprawę. Pięknie!
Chwycił ją pod ramię i delikatnie zaciągnął ją na środek planu, żeby stanęła obok Haymitcha. Zerknęła na niego kątem oka i okazało się, że wciąż na nią patrzył. Jego szare tęczówki pociemniały. Zmarszczył brwi i zamrugał. Przeniósł szybko wzrok na Nathaniela, który udzielał im wskazówek. Haymitch kiwał głową na każdą jego sugestię. Rola Effie polegała na całkowitym poddaniu się emocjom. W każdym razie tylko tyle usłyszała, bo przez większość czasu była skupiona na tym, żeby nie myśleć jak wyzywająco wygląda.
- Wspaniale. Zaczynamy. - Nathaniel wyszedł poza plan i ustawił się z aparatem, gotowy zrobić idealne zdjęcia.
W jednej chwili Effie zerknęła na Haymitcha, a już w drugiej, ten popchnął ją na sztuczne drzewo, przypierając ją do niego całym swoim ciężarem i całując namiętnie, zapierając jej dech w piersi.
Pocałunek był inny niż ten, który wymienili na wywiadzie z Caesarem. Wargi Haymitcha były wygłodniałe, spragnione. Zachłannie spijały słodycz z jej ust. Adrenalina zaczęła krążyć w jej żyłach. Już po chwili odpowiadała mu na ten pocałunek, dorównując mu zaangażowaniem. Objęła jego szyję, przyciągając go jeszcze bliżej do siebie.
Poczuła jego dłoń na swojej talii. Oplotła jego biodro swoim udem. Haymitch zagryzł jej dolną wargę i nie umiała się powstrzymać przed uśmiechem.
Całkowicie zapomniała o obecności innych ludzi. Dopiero kiedy Nathaniel krzyknął
- Niesamowicie! Mamy to!
Oderwali się od siebie, pozbawieni tchu. Wpatrywali się w siebie, jakby zobaczyli się po raz pierwszy w życiu. Rumieńce pojawiły się na ich twarzach.
Haymitch odsunął się dwa kroki, nie spuszczając wzroku z oczu Effie. Miała wrażenie, że złapał ją w jakąś pułapkę. Nie mogła odwrócić spojrzenia.
- Dziękuję wam bardzo. - powiedział Nathaniel, podchodząc do nich.
Haymitch odwrócił się w stronę mężczyzny, a Effie poczuła, że znów może oddychać. Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie.
- Muszę już iść. - mruknął Haymitch po czym odszedł czym prędzej, nie oglądając się za siebie. Patrzyła jak odchodzi i jak znika za drzwiami.
- Wszystko w porządku? - zapytał Nate.
- Jak najbardziej. - odparła Effie, przywołując na usta uśmiech. - Ma jeszcze kilka rzeczy do zrobienia.
***
- Jeszcze. - mruknął, wskazując na swoją szklankę.
Musiał oczyścić umysł z wszelkich myśli. A szczególnie z myśli o Effie. Ta kobieta wdarła się do jego głowy, zupełnie jakby ją tam zaprosił. Jakby pozwolił jej wejść i się rozgościć.
Zagarnęła każdy zakamarek jego umysłu. Tak nie mogło być. To musiało się skończyć.
Barman napełnił jego szklankę, ale widząc, że Haymitch momentalnie ją opróżnił, po prostu postawił przed nim butelkę whiskey i odszedł.
Haymitch wciąż czuł jej ciepło na swoim ciele. Wciąż czuł smak truskawek na swoich ustach. Czuł jej dotyk i jej miękką skórę. Wszystko to przyprawiało go o przyjemne dreszcze.
Potrząsnął głową i pociągnął kilka łyków wprost z butelki.
Jego gardło zapłonęło żywym ogniem. To uczucie pomogło mu wyzwolić umysł od zaklęcia, które rzuciła na niego ta przeklęta kobieta.
Co ona sobie wyobraża? Ten pocałunek miał być udawany. Jak śmiała na niego odpowiadać? I to w taki sposób!
Jednak nie mógł zapomnieć o tym jak wyglądała w tej czerwonej sukience. O tym, że nie miała na sobie makijażu i że z łatwością mógł zobaczyć rumieńce na jej policzkach. I kilka pojedynczych piegów na nosie. Że po raz pierwszy zobaczył jak intensywnie niebieskie są jej oczy. Że jej tęczówki są naznaczone zielonymi plamkami. Jak mógł wcześniej tego nie zauważyć?
Cholera. Wlał w siebie kolejną porcję whiskey.
- Od tego są szklanki. - usłyszał znajomy głos za sobą.
- Etap szklanek mam już za sobą. - mruknął posępnie, nie odwracając się.
Chwilę później Chaff usiadł koło niego i przyglądał mu się z posępną miną. Przyszedł barman, stawiając przed Chaffem osobną butelkę, bez pytania go o zdanie. Przyjaciel Haymitcha był tutaj stałym kientem.
- Problemy z kobietą? - zapytał Chaff.
- Nie. - odpowiedział odruchowo. - Piję dla zabicia czasu.
- Ach. - westchnął drugi. - Kobiety. Wszystkich nas wykończą.
Haymitch się nie odzywał. Wpatrywał się w złocisty płyn w butelce, starając się nie myśleć o niczym. Jednak jego przyjaciel od szklanki nie widział, że Haymitch chciałby zostać sam.
- Słuchaj no, ja cię szanuję. - powiedział nagle Chaff. - I szanuję twoje wybory. Nawet te najgorsze... Ale ta kobieta.
Haymitch zacisnął palce na pustej szklance. Nie miał zamiaru rozmawiać o tym z Chaffem.
- ... Kapitolinka. - mówił Chaff. - Myślałem, że kto jak kto, ale ty nigdy nie wybierzesz kogoś takiego jak Effie Trinket. Zawsze mówiłem, że one wszystkie są jednorazowe. Użyjesz raz i wyrzucasz. - zaniósł się pijackim rechotem.
Szklanka pękła w dłoni Haymitcha, a kawałki szkła wbijały mu się boleśnie w skórę, ale nie dbał o to. Zacisnął pięść, która chwilę później wbiła się w szczękę Chaffa.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że Chaff spadł z krzesła i leży na podłodze, że on sam stoi i że z jego dłoni, jak i z wargi Chaffa cieknie krew.
- Nigdy więcej, nie waż się tak mówić. - wycedził przez zaciśnięte zęby.

czwartek, 26 listopada 2015

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 3


Następnego ranka obudziła się niesłychanie wypoczęta. Zerknęła na drugą połowę łóżka. Była pusta. Haymitch musiał wyjść, kiedy tylko zasnęła. Westchnęła i przeciągnęła się, żeby rozprostować kości.
Myśl o tym jak ciemność nocy pozwoliła im ze sobą normalnie porozmawiać, nie dawała jej spokoju. Oczywiście, zdarzało im się rozmawiać i nie krzyczeć na siebie jednocześnie, jak na przykład, kiedy przyszła do niego zaraz po orędziu prezydenta Snowa. Jednak zawsze następnego dnia wszystko wracało do normy. Znów sobie dogryzali i kłócili się na każdym kroku.
Dlatego bała się dziś zmierzyć z Haymitchem. Nie chciała, żeby znów musieli się kłócić. Chciała, żeby mogli sobie zaufać, choć w małym stopniu. Tym bardziej teraz, kiedy całe Panem myśli, że są parą. Jeśli nie będą w stanie na siebie patrzeć bez cienia odrazy, nikt nie uwierzy, że są zakochani i cały plan będzie na nic.
W czasie kiedy Effie wstała i zaczęła się ubierać, do jej głowy wleciało wspomnienie tamtego dnia, kiedy to razem z Katniss i Peetą przedstawili Haymichowi plan zdobycia sponsorów. Wciąż słyszała jego głos w swojej głowie.
- Co to? Przyjęcie niespodzianka? - znajdowali się w pociągu, który wiózł ich wprost do Kapitolu. Haymitch właśnie wszedł do przedziału, który służył jako salon. W ręce trzymał szklankę pełną złocistego płynu.
- Usiądź Haymitch, chcemy z tobą porozmawiać. - Mina Katniss mówiła, że nie przyjmuje sprzeciwu.
Rozejrzał się po ich twarzach, zatrzymując się o sekundę dłużej na twarzy Effie, która za wszelką cenę unikała jego wzroku. Koncentrowała się na swoich dłoniach, które trzymała na kolanach.
Haymitch usiadł na fotelu, naprzeciwko całej trójki. Nie spuszczał oczy z twarzy Katniss.
- No to o co chodzi? - zapytał zniecierpliwiony.
- Chodzi o to, że trzeba ci zapewnić sponsorów. - odpowiedział Peeta.
- Po co?
- Bo na arenie, Katniss przyda się sojusznik, najlepiej taki, który jej pomoże w walce. I taki który ma w zanadrzu sponsorów, którzy pomogą im w nagłym wypadku.
- A co to za problem? - zdziwił się Haymitch. - Podzwonisz, popytasz i załatwione.
- To nie takie proste. - wtrąciła się Katniss. - Większość Zwycięzców przez lata pokazywała się w Kapitolu. A z tego co wiem to twoje kontakty wygasły dawno temu. Z tego co mówi Effie, wynika, że większość ludzi już dawno wybrała swoich ulubieńców i już wiedzą, kogo chcą sponsorować.
- Dlatego musimy sprawić, żeby zmienili zdanie i zechcieli sponsorować ciebie. - dokończył Peeta.
- I co? Chcecie, żebym wyszedł na miasto i odstawiał jakieś szopki, żeby zwrócili na mnie uwagę?
- Już na to za późno. - odparł Peeta. - Katniss wpadła na pomysł. Oczywiście nie możecie razem wykorzystać "Nieszczęśliwych Kochanków", ale możesz wykorzystać tą ideę.
Zmarszczył brwi, nie do końca rozumiejąc co chłopak chce mu powiedzieć. Jak ma wykorzystać ten zeszłoroczny plan? Wymyślili to razem z Peetą w zeszłym roku, żeby zdobyć sponsorów dla Katniss, żeby pokazać ją w innym świetle. Co ma zrobić tym razem?
- Chodzi o to, żebyś powiedział wszystkim, że jesteś zakochany. - powiedziała Katniss, tak jakby to było oczywiste.
- Wspaniały plan. - zakpił. - Mam wynająć jakąś kobietę, która będzie udawać, że jest we mnie zakochana?
- To nie będzie konieczne. - odparła. - Zapominasz o kimś, Haymitch.
Jego wzrok momentalnie powędrował do Effie, która czuła że kurczy się w sobie. Jednak spojrzała mu w oczy, niemal wyzywająco. Haymitch pobladł. Twarz mu stężała.
- Nie ma mowy. - powiedział, podnosząc się z fotela.
- Siadaj. - warknęła Katniss. Spojrzał na nią zdziwiony. Coś w jej twarzy sprawiło, że posłusznie znów opadł na siedzenie. - Nie masz wyboru. Będziesz mi potrzebny na arenie, ale jeśli nie będziesz miał sponsorów to możemy się pożegnać z jakąkolwiek nadzieją. Ludzie nie będą chcieli cię sponsorować, jeśli nie pokażesz im, że pod tą fasadą obdartusa i alkoholika, skrywasz kogoś całkiem innego. Dlatego będziesz udawał miłość do Effie, czy ci się to podoba czy nie. I lepiej będzie jeśli na wywiadzie Caesar Flickerman w to uwierzy, bo jeśli tak to uwierzą wszyscy inni mieszkańcy.
Zapadła cisza podczas której Haymitch przejechał dłonią po swoich brudnych włosach. Westchnął ciężko i spojrzał na Effie, która wciąż nie wypowiedziała ani jednego słowa.
- A ty co o tym myślisz? - zapytał.
- Jestem w stanie to zrobić, jeśli w ten sposób zdobędziemy dla ciebie sponsorów. - jej głos był silny, co zupełnie nie pasowało do tego jak naprawdę się czuła. W rzeczywistości miała wrażenie. że za chwilę się rozpadnie. Nie uśmiechało jej się udawanie miłości do Haymitcha, ale jeśli to mogło mu pomóc to zrobi to.
Haymitch pokręcił głową. Wstał z fotela i nie zważając na protesty Katniss, ruszył w stronę drzwi.
- Dokąd idziesz? - zawołał za nim Peeta.
- Będę potrzebował czegoś mocniejszego niż to. - uniósł szklankę ze złotym płynem, nawet się do nich nie odwracając. - Możecie dołączyć, jeśli chcecie.
Później tamtego dnia, znalazła Haymitcha w przedziale barowym, gdzie z butelką trunku w dłoni, rozmawiał przyciszonym głosem z Peetą. Pomyślała wtedy, że to dziwne, bo nigdy nie widziała ich w podobnej sytuacji, ale najwyraźniej to o czym rozmawiali nie było przeznaczone dla jej uszu, więc nawet do nich nie podeszła.
To o czym wtedy rozmawiali, musiało podziałać na Haymitcha, bo wieczorem przy kolacji, zgodził się na plan Katniss.
- Może być, niech ci będzie. - powiedział wtedy z rezygnacją.
Effie już ubrana i umalowana, szła przez korytarz, zmierzając w stronę jadalni. Była pewna, że Haymitch i Katniss są już na treningu, Cinna i Portia w pracowni, a Peeta stara się zdobyć sponsorów.
Dlatego, kiedy przechodziła pod drzwiami do pokoju Haymitcha i usłyszała swoje imię, zatrzymała się momentalnie. Odwróciła się, ale nikt za nią nie stał. Mogła przysiąc, że słyszała jak ktoś wypowiedział jej imię. Słuch musiał jej płatać figle.
- Nie, Haymitch! - podskoczyła na dźwięk głosu Peety, który wydobywał się zza drzwi.
Effie zamrugała zdezorientowana. Nie była w stanie nawet zdenerwować się na Haymitcha za to, że nie jest na treningu. Zbyt była zaintrygowana faktem, że rozmawiają o niej. Bo w końcu słyszała swoje imię.
- Nic nie rozumiesz. - usłyszała Haymitcha.
- Więc mi wyjaśnij. - upierał się Peeta.
Effie rozejrzała się jeszcze raz po korytarzu. Bardzo chciała, żeby ktoś przyszedł i ją przegonił, bo nie chciała podsłuchiwać, jednak na korytarzu nikogo nie było, a ona była zbyt ciekawa, żeby teraz odejść. Czuła, że wrosła w podłogę.
- Nie możemy jej tutaj zostawić. - odezwał się głos Haymitcha.
- Dlaczego?
- Co będzie jeśli po wszystkim będą myśleli, że nam pomagała?
- Haymitch - westchnął Peeta. Brzmiał jakby był zmęczony. - Sam mówiłeś, że Effie będzie bezpieczniejsza jeśli zostanie. Więc dlaczego teraz zmieniłeś zdanie?
- Po prostu zastanowiłem się nad tym dokładniej.
- Plutarch mówi...
- Do diabła z nim!
- Pomyśl tylko, Effie jest bezpieczniejsza tutaj. Nic jej nie zrobią. Gdybyśmy ją zabrali ze sobą, narazilibyśmy resztę ekipy. A nie możemy zabrać ich wszystkich... Effie jest jedną z nich...
- Nic o niej nie wiesz! - głos Haymitcha wydawał się bardziej agresywny niż zazwyczaj, ale może to tylko jej wyobraźnia.
- A ty wiesz? - odgryzł się Peeta. - Skąd masz pewność, że nie zagrozi rebelii?
Effie zakryła usta dłonią, żeby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Rebelia? O czym oni mówią? Czuła jak krew odpływa jej z twarzy. Dłonie miała lodowate. Po całym ciele przechodziły jej ciarki.
- ... znam ją.  - mówił Haymitch. - Porozmawiaj z Plutarch'em. Proszę.
Cisza. A później westchnienie.
- Dobra, ale niczego ci nie obiecuję.
Musiała iść. Nie mogła zostać przyłapana na podsłuchiwaniu. To o czym rozmawiali, zdecydowanie nie powinno do niej dotrzeć. Nie powinna usłyszeć ani słowa z tej rozmowy, nawet jeśli mało z tego rozumiała.
Rebelia. Wolała nie zastanawiać się co to wszystko znaczy.
Odeszła czym prędzej, zostawiając za sobą zamknięte drzwi do pokoju Haymitcha. Nie chciała, żeby ją przyłapali. Nie mogła się przed nimi zdradzić, że cokolwiek słyszała.
Na jej szczęście, umiała dobrze grać.
Piętnaście minut później do jadalni wszedł Haymitch. Do tego czasu Effie zdążyła się opanować. Uspokoiła drżące dłonie i zachowywała się normalnie.
- Myślałam, że jesteś na treningu? - powiedziała Effie, kiedy tylko Haymitch wszedł.
- Nie. - wymamrotał. - Dzisiaj sobie odpuściłem.
Starała się nie myśleć o tym co usłyszała wcześniej. Kiedy na niego spojrzała z łatwością udało jej się przywołać na twarz łagodny uśmiech.
- Dlaczego? - zapytała.
- Musiałem załatwić jedną sprawę. - mrugnął do niej.
Effie tylko pokiwała głową. Mimo wszystko w jej myślach w kółko i w kółko powracało jedno słowo. Rebelia. Jeśli rzeczywiście istnieje ruch oporu, który planuje rebelię, to jedyny powód dla którego Haymitch rozmawiał o tym z Peetą był taki, że oboje do tego ruchu należeli. Tak samo jak tegoroczny główny organizator Igrzysk.
Pięknie, i co teraz? Pomyślała.

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 2


"W siedemdziesiątą piątą rocznicę, dla przypomnienia buntownikom, że nawet najsilniejsi z nich nie mogą pokonać potęgi Kapitolu, trybuci obojga płci zostaną wylosowani z puli dotychczasowych zwycięzców w dystryktach"
Z tymi słowami wciąż rozbrzmiewającymi w jej głowie, weszła do domu Haymitcha, nawet nie zaprzątając sobie głowy pukaniem. Okoliczności były ponad wszelkie maniery i etykietę.
Uderzył ją smród, zepsutego jedzenia. Po podłodze walały się puste butelki, ale nie miała głowy, żeby się tym zajmować.
- Haymitch? - rzuciła w przestrzeń.
- Przyszłaś świętować, skarbie? - usłyszała głos za swoimi plecami.
Odwróciła się i ujrzała go, siedzącego na kanapie przed rozbitym telewizorem. Z jedną butelką w ręku i z czterema pustymi, leżącymi pod jego nogami.
- Przyszłam, żeby sprawdzić, czy wciąż żyjesz.
Spojrzał na nią, swoimi stalowo-szarymi oczami, przeszywając ją dogłębnie.
- Niestety. Ale prawdopodobnie już niedługo, skarbie. Możliwe, że właśnie patrzysz na przyszłego zawodnika.
Pociągnął zdrowy łyk, opróżniając tym samym butelkę. Niespodziewanie rzucił ją z krzykiem w ścianę, gdzie roztrzaskała się na milion kawałków. Każdy odłamek poleciał w innym kierunku.
Effie podskoczyła przerażona jego gwałtownym zachowaniem. Haymitch ukrył twarz w dłoniach i ciężko oddychał.
Podeszła do kanapy i usiadła obok niego. Z wahaniem położyła dłoń na jego ramieniu i delikatnie je ścisnęła w geście pocieszenia. Nie wiedziała jak inaczej mu pomóc.
- Haymitch... - zaczęła. - Ja... Tak strasznie mi przykro.
- Mnie też. - wymamrotał w swoje dłonie.
Nie miała pojęcia co powiedzieć. Bo w tej sytuacji nie istniały odpowiednie słowa. Nie można pocieszyć osoby, która być może już niedługo umrze. I to ona będzie osobą, która się do tego przyczyni. To jej ręka wybierze kartkę i jej usta wypowiedzą imię.
- Nie zrobię tego. - wyszeptała, bardziej do siebie niż do niego.
- Czego nie zrobisz? - zapytał, podnosząc na nią wzrok. Oczy miał zaczerwienione, a na policzkach widniały czerwone plamy. - Nie wylosujesz naszych imion? - zaśmiał się krótko. - Oboje dobrze wiemy co się stanie, jeśli tego nie zrobisz.
Miał rację. Oboje to wiedzieli. Wszyscy to wiedzieli. Gdyby odmówiła, niedługo później w gazetach pojawiłyby się informacje o jej tajemniczym zniknięciu. A później o zwłokach znalezionych w którymś z dystryktów. Ktoś niewinny mógłby zostać oskarżony o morderstwo i zostać stracony. Jako przykład na to, że każda osoba z Kapitolu jest o wiele cenniejsza niż tuzin ludzi z któregokolwiek dystryktu.
Tak, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że musi to zrobić. Chce czy nie chce.
- Po prostu wyjdziesz na tą scenę, tak jak to robisz co roku i będziesz cieszyć się z kolejnych Głodowych Igrzysk.
Spojrzała ma niego z niedowierzaniem.
- Naprawdę myślisz, że cieszą mnie Igrzyska? Że wszystkie te dzieci... Że to dla mnie zabawa?
- A nie? - zmarszczył brwi.
- Nie! - podniosła głos - Jak w ogóle coś takiego mogło ci przyjść do głowy? Nienawidzę tego.
- Więc dlaczego nie odejdziesz?
W odróżnieniu od niego, Effie nie była tu uwięziona. Mogła odejść w każdej chwili. W ciągu kilku minut Organizatorzy znaleźliby kolejną dziewczynę na jej miejsce. Dlaczego nie odejdzie?
- Ponieważ chcę dać tym dzieciom to na co zasługują. - mruknęła. - Chcę dać im nadzieję, wiarę w to, że mogą wygrać. A że muszę im do tego wpajać maniery... Staram się jak mogę, żeby ich ostatnie dni były jak najmilsze. Żeby mogły się najeść do syta, być może pierwszy raz w życiu...
Nie wiedziała co dalej ma powiedzieć. Teraz wydawało jej się to bezsensowne. To że dawała tym dzieciom złudne nadzieje.
Jednak kiedy spojrzała na twarz Haymitcha, coś się w niej zmieniło. W jego oczach nie było zdenerwowana, irytacji czy choćby obrzydzenia. Znalazła tam cień podziwu.
Przewróciła się na drugi bok, leżąc na swoim łóżku. Nie mogła zasnąć. Ostatnio przydarzało się jej to coraz częściej.
Myślała o tamtym dniu, kiedy prezydent ogłosił zasady kolejnego Ćwierćwiecza. O tym jak on wtedy na nią spojrzał. I o tym, że znów wrócili do normy. W jego oczach nie ma już tamtego cienia. Wróciło wszystko inne i to ze zdwojoną siłą.
Wszystko przez to, że teraz byli na siebie skazani. Że przez plan Katniss, od tej pory musieli udawać coś co za żadne skarby świata nie mogło mieć miejsca w prawdziwym życiu. Ona i Haymitch Abernathy jako para. Na świecie nie było bardziej niedorzecznej rzeczy niż to.
Jednak zgodziła się na ten plan, bo naprawdę chciała mu pomóc. Nie chciała żeby umierał...
Wierciła się jeszcze trochę w łóżku. Było zdecydowanie zbyt duże i zbyt zimne. Jednak po pewnym czasie zmęczenie wygrało. Powieki jej opadły, głowa zapadła się w poduszce. Umysł odpłynął.
Śniła o Igrzyskach. Nie było jej tam, jednak wszystko widziała. Jakby z obiektywu kamery, która śledziła wszystkie wydarzenia. Śniła o tym, jak Katniss biegnie między drzewami, goniona przez straszliwe potwory. Widziała jak ginie za sprawą ognia, który spalił ją żywcem. Słyszała jej krzyki i błagania o pomoc.
Znalazła się w szklanej pułapce z której nie było wyjścia. Przed nią tuż za taflą szkła, na ziemi leżał Haymitch, twarzą do dołu. Jego ciało drżało, zupełnie jakby szlochał. Nagle jego kręgosłup wygiął się w łuk, wyrywając z jego gardła potworny krzyk.
Po chwili znikąd wybiegł inny trybut. Jego pięści, kolana i stopy wbijały się w ciało Haymitcha, wydobywając z niego najokropniejsze krzyki i jęki. Próbował bronić się rękami; osłonić twarz, ale na nic się to zdało. Kałuża krwi pod głową Haymitcha wciąż rosła.
Zaczęła tłuc w szybę, chcąc mu pomóc, ale nie mogła. Nie dało się zbić szkła. Mogła jedynie patrzeć jak krew wycieka z niego z każdym kolejnym ciosem. Nie mogła nic zrobić.
- Effie! Effie! Obudź się!
Czyjeś ręce potrząsały jej ramieniem. Otworzyła oczy. Czuła, że po policzkach spływają jej łzy, ale nie dbała o to.
W pokoju nadal było ciemno, jednak widziała zarys postaci. Kilka sekund później jej oczy przyzwyczaiły się do ciemności i zobaczyła Haymitcha, który przysiadł na brzegu jej łóżka.
- Haymitch? Co ty tutaj robisz? - głos miała zachrypnięty. Usiadła, podkurczając nogi i przyciągając je do brody.
- Krzyczałaś. - odparł - Myślałem, że coś się stało.
Czyżby rzeczywiście krzyczała? To całkiem możliwe. Ten sen był tak realistyczny. Zadrżała.
- Przepraszam. - powiedziała. - Obudziłam cię?
Zaśmiał się pod nosem i pokręcił głową.
- Nie. Nie sypiam od lat. - Upijam się w trupa, dodał w myślach. - Więc, śniły ci się Igrzyska?
- Skąd wiesz, że śniły mi się Igrzyska?
- Krzyczałaś imię Katniss... - zawahał się - I moje.
Zapiekły ją oczy. Gardło bolało. Nie wiedziała co ma mu powiedzieć. Jak mu wyjaśnić, że strasznie się boi ich stracić? Że boi się o Katniss. Martwi się, że jeśli coś jej się stanie na arenie to Peeta się załamie. Że boi się o niego. Że mimo wszystko nie chce, żeby umierał.
- Chcesz o tym pogadać? - zapytał. Pokręciła głową. - Wiesz, też miewam koszmary. Doskonale wiem jak to jest. Czasami dobrze jest z kimś o tym porozmawiać.
Odetchnęła głęboko przez nos. Poczuła pojedynczą łzę na swoim policzku, więc starła ją szybko.
- Śniło mi się, że Katniss spłonęła żywcem na arenie. A później, że jeden z zawodników katuje cię na moich oczach. I że nie mogłam nic zrobić, żeby ci pomóc. Mogłam się jedynie przyglądać jak umierasz... Było tak dużo krwi...
Głos jej zadrżał. Haymitch schwycił jej dłoń i ścisnął w geście pocieszenia. W takiej sytuacji, żadne słowa nie pomogą. Bo przecież nie może jej powiedzieć, że już niedługo jej koszmar stanie się rzeczywistością. Że już niedługo może umrzeć na arenie, a ona nie będzie mogła temu zapobiec. Jedyne co może teraz zrobić, to zmienić temat i odciągnąć jej myśli w innym kierunku.
- Jestem ci winien przeprosiny. - powiedział.
Podniosła na niego wzrok. W pokoju wciąż było ciemno, więc Haymitch mógł sobie jedynie wyobrazić jak marszczy brwi, nie rozumiejąc o czym mówi.
- Chodzi mi o to co powiedziałem po wywiadzie. Przepraszam.
- Nic nie szkodzi. - mruknęła. Jej głos wciąż był lekko zachrypnięty. - Przecież wciąż sobie dogryzamy.
- Ale chodzi mi o to, że naprawdę doceniam co dla mnie robisz. Że mi pomagasz. Bez ciebie cały plan nigdy by nie wypalił.
Zapadła cisza. Nikt się nie odezwał. Przez ciemność było mu trudniej zgadnąć o czym myśli Effie. Zazwyczaj, kiedy nie towarzyszyły im kamery lub inni ludzie, twarz Effie była jak otwarta księga. Mógł z łatwością odgadnąć co w danej chwili myśli. Teraz było zbyt ciemno, żeby dostrzec jej minę. Zaczęło go to frustrować.
Sięgnął ręką do czegoś co jak miał nadzieję było lampką, stojącą na jej szafce nocnej. Nie mylił się, chwilę później znalazł włącznik i nagle pokój zalało żółte światło.
- Haymitch! - syknęła Effie, osłaniając swoje oczy przed nagłą zmianą.
Kiedy jego wzrok przyzwyczaił się do światła lampki, spojrzał na Effie. Zakrywała twarz dłońmi. Po chwili odsunęła dłonie, żeby przyzwyczaić oczy do światła. I Haymitchowi opadła szczęka. Nie miała na sobie makijażu, ani peruki.
Jakoś nigdy się nie zastanawiał jak Effie wygląda, kiedy śpi. Zazwyczaj myślał o niej wyłącznie w kategorii pomalowanej lalki barbie. I nie przeszło mu przez myśl, że przecież nie może tak wyglądać przez cały czas.
Ale teraz to widział na własne oczy. Nie miała ani grama pudru, cieni, szminki czy czegokolwiek innego.
Na jej głowie nie było peruki. Zamiast tego na ramiona spływały kaskadą jej naturalne, lekko rozczochrane włosy w kolorze blond.
- Łaał! - wyrwało mu się. Czuł, że jego oczy za chwilę wyskoczą z orbit. - Wyglądasz... No... Wyglądasz całkiem ładnie.
Różowa plama wystąpiła jej na policzki.
- Dlaczego codziennie nakładasz na siebie tą całą maskę, skoro normalnie wyglądasz o wiele ładniej?
Spojrzała w kąt pokoju, gdzie stała toaletka z całym zasobem kosmetyków. Mimowolnie westchnęła.
- Prawdą jest to, że jest to trochę męczące, codziennie nakładać wszystko od nowa... Ale chyba już tak bardzo się do tego przyzwyczaiłam, że nie umiałabym od tak przestać. Wolę nie myśleć co powiedzieli by ludzie gdybym tak wyszła na miasto!
Pokręcił głową. Haymitch pomyślał o tym, że ludzie z Kapitolu mają o wiele bardziej pomieszane w głowach niż mu się wydawało. Czy naprawdę mogliby zacząć patrzeć na kogoś inaczej, tylko dlatego, że nie ubiera się i nie maluje jak reszta? Odpowiedź była oczywista.
Poczuł drapanie w gardle. Od kiedy przybiegł do pokoju Effie, nie wypił ani kropelki alkoholu. Jego organizm rozpaczliwie go potrzebował. Żołądek wydawał się kurczyć.
Schwycił jej dłoń i lekko ścisnął.
- Idź spać, Effie. Jeśli znów zaczniesz krzyczeć, przyjdę.
Nie chciała, żeby wychodził. Nie chciała zostawać sama. Chociaż nigdy tego nie przyzna, jego obecność, w jakiś sposób ją uspokajała.
- Musisz już iść? - zapytała i we własnej głowie zabrzmiała jak małe dziecko. Jak mała dziewczynka, która boi się ciemności. Uniósł pytająco brew.
- Jest druga w nocy, skarbie. To nie wypada, żeby mężczyzna był o tej godzinie w pokoju damy.
Przygryzła wargę walcząc sama ze sobą.
- A nie mógłbyś zostać? To znaczy, aż nie zasnę?
Zmarszczył czoło, przyglądając się jej badawczo. W jego głowie toczyła się zaciekła bitwa. Spojrzał na drzwi, jakby to właśnie tam kryła się odpowiedź.
- Wrócę za dwie minuty. - powiedział, jeszcze raz ściskając jej dłoń.
Kiedy tylko wyszedł, Effie poczuła potworne zimno. Jej pokój wydawał się zbyt duży i zbyt pusty.
Haymitch wrócił szybciej niż w dwie minuty. W ręce trzymał pełną butelkę whiskey. Effie wywróciła na ten widok oczami.
Ku jej zaskoczeniu, Haymitch nie usiadł na fotelu, który stał na przeciwko jej łóżka. Zamiast tego położył się na pościeli obok niej. Oparł się plecami o wezgłowie i wpół leżąc, wpół siedząc, zaczął odkręcać butelkę.
Effie pokręciła głową z niedowierzaniem. Był niemożliwy.
Zgasiła lampkę i ułożyła się twarzą do jego ciemnej sylwetki, przykrywając się kołdrą pod samą szyję.
- Wiesz, mogłabym się do tego przyzwyczaić. - mruknęła w ciemność. - Do tego, że normalnie rozmawiamy. Bez zgryźliwości i sarkazmu.
- Nieeee - usłyszała po chwili. Mogła sobie wyobrazić, że się uśmiecha. - Za bardzo byś tęskniła.
Zachichotała pod nosem.
- Być może. - odpowiedziała - Dobranoc, Haymitch.
- Branoc.
Znów znalazła się w tym szklanym pomieszczeniu. Tym razem to ona miała kłopoty. Czuła potworny ból w całym ciele, a później silne ramiona wokół siebie. Te ramiona zdjęły z niej całe cierpienie. Kiedy się odwróciła zobaczyła Haymitcha. Uśmiechał się do niej kącikiem ust.
Był tam, żeby ją ochronić. Żeby jej pomóc. Kiedy był w pobliżu wszystko było dobrze.

środa, 25 listopada 2015

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 1


W jednej chwili Haymitch został oślepiony przez zbyt jasne światło. Jego uszy zostały zaatakowane przez ogłuszający ryk. Wiwaty, aplauz i gwizdy sprawiały, że czuł się skołowany.
Patrzył na kolorowe twarze, uśmiechające się do niego, setki par oczu wpatrywały się w jego twarz. Kamery rejestrowały każdy ruch. Wszyscy ludzie w Panem patrzyli właśnie na niego. A on po prostu siedział i nie mógł się ocknąć.
Co on tutaj robi? Odpowiedź na to pytanie była prosta. Zgłosił się na ochotnika. Peeta został wybrany, ale to Haymitch się zgłosił. I nie było już odwrotu. Weźmie udział w Igrzyskach, jeszcze raz.
Zamrugał, ocknął się z transu. Rozejrzał się po publiczności. Ich kolorowe, fałszywe twarze wykrzywiały się w uśmiechach.
Przypomniało mu się, że musi działać. Ustalili przecież plan. A on się zgodził. Musi go wprowadzić w życie, a to najodpowiedniejsza pora.
W jego głowie rozbrzmiał głos Effie Trinket "Czarujący i pewny siebie, a nie pijany i barbarzyński. Takiego cię przedstawimy. I na miłość boską, Haymitch, uśmiech nie boli!"
Więc przywołał na twarz łamiący serca uśmiech. Jego oczy napotkały spojrzenie Caesara Flickermana.
- Przepraszam, Caesar. Rozkojarzyłem się.
- Tak, mogliśmy to zauważyć, prawda? - zwrócił się do publiczności z wielkim uśmiechem na ustach. Widzowie znów zaczęli wiwatować. Kiedy skończyli, Caesar odwrócił się do Haymitcha. - Powiedz mi Haymitch, jeszcze w zeszłym roku byłeś mentorem. Dziś siedzisz tu, jako trybut. Jakie to uczucie?
Jakie to uczucie? Jakie? Poczuł wściekłość rosnącą we wnętrzu jego trzewi. Jakie to może być uczucie, kiedy zdajesz sobie sprawę, że idziesz na pewną śmierć? Że z każdym dniem zostało ci coraz mniej czasu. I że być może, zginiesz z ręki przyjaciela? Jakie to może być uczucie?
Nie okazał po sobie zdenerwowania. Nie może zawieść. Musi dotrwać do końca tego wywiadu.
- Czuję się jakbym... - zabrakło mu słów. Nie był w stanie dokończyć tego zdania, bo czuł jak wściekłość zawładnęła jego gardłem. - Przepraszam. - powiedział po krótkiej przerwie, z przepraszającym uśmiechem.
- Co cię tak rozprasza, Haymitch? Co kryje się w tej głowie?
Teraz. Idealny moment, żeby wprowadzić plan w życie. Uśmiech Haymitcha lekko przygasł, idealnie odgrywając swoją rolę.
- Myślę o tym co przyniesie jutro. I o tym co zostawiam za sobą. O tym co mogę stracić.
Błysk w oczach Caesara mówił sam za siebie. Był gotów kupić każdą historię, a wraz z nim publiczność... i cała reszta Kapitolu.
- Coś lub kogoś, to chciałeś powiedzieć?
- Właśnie tak. - kiwnął głową, przenosząc wzrok ze swoich dłoni na Caesara.
Caesar westchnął w zachwycie i klasnął w dłonie. Publiczność wydała z siebie westchnienie, zupełnie jak jeden organizm.
- Dziewczyna czeka na ciebie w domu?
- Nie. Jest tutaj. - Haymitch nie mógł uwierzyć, że na prawdę słyszy smutek w swoim własnym głosie. Kolejny okrzyk niedowierzania ze strony widowni. Caesarowi opadła szczęka.
- Dziewczyna z Kapitolu? Coś podobnego! A czy ta piękność ma imię?
- Owszem. Effie. Effie Trinket.
Cisza. Ogłuszająca cisza. A później okrzyki niedowierzania. Caesar po raz pierwszy w swojej karierze, nie wiedział co powiedzieć.
- Effie Trinket? - zapytał po chwili. - Słodka Opiekunka z Dwunastego Dystryktu?
Haymitch kiwnął głową z małym uśmiechem, który uniósł prawy kącik jego ust.
- Od kiedy się spotykacie?
- Od zeszłego roku.
- I nikt nie wiedział?
- To była tajemnica. Nikt nie miał o tym pojęcia.
Caesar zaśmiał się z podziwem. Nie mógł uwierzyć, zupełnie jak wszyscy inni na widowni.
- Może poprosimy twoją ukochaną na scenę, co ty na to? - Widownia odezwała się gromkimi oklaskami. Uśmiech Haymitcha pobladł.
- Nie sądzę, żeby... - ale było już za późno.
Mógł sobie tylko wyobrazić jak wściekła będzie Effie. Jej udział w tym wywiadzie nie był częścią planu. Jednak, kiedy zobaczył jak kobieta ubrana na fioletowo, popycha Effie w stronę sceny, jej twarz nie wyrażała wściekłości. Raczej zaskoczenie.
Widział jak Effie Trinket wchodzi na scenę w swoich monstrualnych szpilkach, różowej peruce i sukience, która raczej przypominała dzieło architektoniczne. Wielki uśmiech zdobił jej usta. Idealnie ukrywała swoje prawdziwe uczucia.
Haymitch wstał instynktownie na jej widok, a ta podbiegła ostatnie kilka kroków i zarzuciła mu swoje ręce na szyję, przytulając go mocno.
- Uśmiechnij się, na miłość boską. Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha. - wyszeptała tak cicho, że tylko on to słyszał.
Oderwała się od niego, wciąż trzymając jego ramiona, z tym idealnie prostym uśmiechem na ustach. Patrzyła na niego z uczuciem. Gdyby Haymitch nie wiedział, mógłby się nabrać.
- Haymitch. - westchnęła, odgrywając swoją rolę.
- Ach, chwileczkę! - zaśmiał się Caesar, ściągając uwagę na siebie. - Nie przy ludziach! - Umarłby, żeby tylko zobaczyć jak ta scena potoczyłaby się dalej, ale upływający czas wywiadu mu na to nie pozwalał.
- Przepraszam - powiedziała Effie z uśmiechem, a wraz z nią zaśmiała się i widownia. Uścisnęła dłoń Caesara. Usiedli razem na sofie. Effie schwyciła dłoń Haymitcha, splatając ich palce razem.
Haymitch czuł, że jej dotyk parzy. Miał ochotę wyrwać swoją rękę z jej uścisku. Dlaczego to musiała być Effie? Ze wszystkich kobiet, właśnie ona? Zakłamana, fałszywa, nienaturalna... Produkt Kapitolu, który teraz razem sprzedają. Nie odsunął jednak ręki. Ten jeden ruch mógłby zniszczyć cały plan.
Skupił się na tym, żeby nie okazać swojej odrazy. Żeby się nie zdradzić z tym, że wszystko to tylko kłamstwo.
Zamrugał i uśmiechnął się. Skup się, Haymitch.
- Jak to się stało? - zapytał Caesar. - Mogę się założyć, że ukrywacie niesamowitą historię miłosną... mam rację? - widownia potwierdziła te słowa, gromkimi brawami. - Zdradzicie ją nam?
- Cóż... - odezwał się Haymitch. - Wszystko zaczęło się na balu Bożonarodzeniowym.
- Błagałam go, żeby ze mną poszedł. - dodała Effie.
- Na początku nie chciałem iść, ale Effie przypomniała mi, że jestem jej dłużny przysługę. Więc chcąc nie chcąc, musiałem. Tańczyliśmy, śmialiśmy się i piliśmy. Nigdy w życiu nie pomyślałbym, że mogę się tak dobrze bawić z Effie Trinket. A punktem kulminacyjnym była jemioła, którą odkryliśmy nad naszymi głowami. Wtedy ją pocałowałem.
- A ja zdałam sobie sprawę, że od zawsze coś do niego czułam. Tylko nie byłam w stanie przyznać przed sobą, co to za uczucie.
Wymienili spojrzenia i uśmiechy. Haymitch starał się jak mógł. I był zadowolony, kiedy usłyszał głośne, chóralne "Ooooo" z widowni.
- Niesamowita historia. To chyba największa niespodzianka, tego roku. - powiedział Caesar, wlepiając w nich swoje oczy. - Złota Para. Muszę was o to zapytać. Nasi widzowie, pewnie też się nad tym zastanawiają... Skoro spotykacie się już od roku, dlaczego ujawniliście się dopiero teraz?
Znów wymienili ze sobą spojrzenia, po czym Effie przeniosła wzrok na Caesara i westchnęła.
- Widzisz Caesar, chodzi o to, że nigdy nie chcieliśmy rozgłosu. Kto wie jak zareagowaliby ludzie, gdyby dowiedzieli się, że Pijany Mentor spotyka się z Opiekunką swoich trybutów. Nadal tego nie chcemy, ale od kiedy dowiedzieliśmy się, że... - głos jej zadrżał w idealnym momencie - Że Haymitch wraca na Igrzyska... Zdaliśmy sobie sprawę, że nie możemy dłużej z tym zwlekać. Że nie dalibyśmy rady ukrywać się przez ten czas.
- Bardzo ciężko jest nie okazywać sobie uczuć, kiedy wiesz, że tak mało czasu zostało ci z tą drugą osobą. - rzekł Haymitch. - Tym bardziej, jeśli nie jesteś pewny czy kiedykolwiek ją jeszcze zobaczysz.
Spojrzał na Effie, starając się wyglądać na zakochanego i zrozpaczonego. Sądząc po odgłosach dochodzących z widowni, wyszło mu to znakomicie. Aż trudno mu było uwierzyć, że ci ludzie kupują wszystko co im wciskają.
Rozległ się dzwonek, sygnał który oznaczał koniec wywiadu. Caesar wstał i to samo zrobili jego goście.
- Niestety nasz czas dobiegł końca. - westchnął Caesar. - Jednak, może zanim pójdziecie, pozwolicie naszym widzom zobaczyć pocałunek Złotej Pary?
Widownia ryknęła w zachwycie. Ludzie klaskali i gwizdali. A Haymitch stał tam, trzymając Effie za rękę. Uśmiech na jego twarzy przypominał teraz grymas. Nie miał zamiaru tego zrobić. Wolałby wylać na siebie kwas, niż ją pocałować. Effie, widząc jego twarz, wiedziała, że musi przejąć inicjatywę.
- Oczywiście, Caesar. - zaświergotała z uśmiechem.
Ich oczy się spotkały. W ułamku sekundy stoczyli bitwę na spojrzenia. Haymitch zrozumiał wiadomość. Nie było odwrotu. Co nie zmieniało faktu, że obrzydzenie i odraza wzbierały w nim coraz silniej i wyglądało na to, że zwymiotuje.
Effie postąpiła krok w jego stronę i przywarła do jego warg swoimi ustami. Zarzuciła mu ręce na szyję, przyciągając go bliżej. Wszystko w nim krzyczało, żeby ją odepchnąć, żeby uciec stamtąd jak najdalej. Na szczęście nie zdążył, ponieważ Effie przerwała pocałunek. Ich oczy się spotkały i Haymitch poczuł ulgę, że już po wszystkim.
Widownia szalała w zachwycie, Caesar pożegnał ich wylewnie i sekundę później schodzili już ze sceny trzymając się za ręce.
Kiedy tylko znaleźli się z dala od spojrzeń innych ludzi, puścili swoje dłonie jak najszybciej. Tuż przed nimi pojawili się Peeta i Katniss.
Katniss ubrana w suknię ślubną, wyglądała na nieco ponad skołowaną.
- Świetnie wam poszło. Kupili wszystko. - powiedział Peeta - A ta historia z Balem Bożonarodzeniowym... Genialne. Wszystko poszło wspaniale.
- Nieźle zagrane. - przytaknęła Katniss.
Haymitch i Effie spojrzeli na siebie. Effie zmierzyła go zdegustowanym spojrzeniem. Obrzydzenie na ich twarzach było jawnie widoczne. Haymitch wciąż czuł, że jego ręka płonie, mimo że już nie trzymał dłoni Effie. W brzuchu mu się coś przewróciło.
- Jeśli się nie mylę to jutro z samego rana telefon będzie się urywał. - Peeta nie zważał na ich miny. Wyglądał na zadowolonego.
Teraz, kiedy Haymitch się za niego zgłosił, to Peeta został mentorem. To na nim spoczywał obowiązek mówienia im co mają robić. I tak też zrobił.
- Gdzie jest mój drink? - zapytał Haymitch. Minęła cała godzina odkąd ostatni raz wypił i czuł jak jego gardło zaczyna piec, domagając się alkoholu.
- Naprawdę musisz pić teraz? - zapytała Effie z niedowierzaniem. - Nie możesz poczekać, aż wrócimy do Centrum?
- Przypuszczam, że wątpię. - odparł.
- Jesteś żałosny. - stwierdziła, marszcząc przy tym brwi. - Nie możesz wytrzymać przez godzinę bez drinka?
- A ty nie możesz wytrzymać kilku minut bez wnerwiania wszystkich wokół?
Wzrok Effie sprawił, że Haymitch zaczął się zastanawiać nad nową definicją dla stwierdzenia "zabijać wzrokiem". Przed kolejnym komentarzem powstrzymała ją kobieta ubrana na fioletowo, która pojawiła się przy nich.
- Katniss Everdeen, za chwilę twoja kolej. Masz minutę. - odezwała się rzeczowym tonem, po czym odeszła w stronę sceny.
- Katniss, wiesz co robić. - odezwał się Peeta.
- Och, Katniss. - westchnęła Effie. - Byłabyś przepiękną panną młodą.
- Dzięki, Effie. - odrzekła dziewczyna. Haymitch zauważył, że oczy Peety pociemniały, kiedy znów spojrzał na Katniss.
Dziewczyna odeszła. A ich trójka wciąż stała za sceną. Spojrzenie Effie wróciło do Haymitcha, jakby coś chciała jeszcze dodać, ale ten ją ubiegł.
- O! A następnym razem, uprzedź mnie, zanim się na mnie rzucisz. Wolałbym się przygotować psychicznie na taką mękę.
Mina jej zrzedła. Patrzyła na niego jak na zdechłego karalucha. To dało mu pewność, że się na niego obraziła.
- Haymitch! - odezwał się Peeta. - Effie ci pomaga. Okaż jej wdzięczność, bo bez niej cały plan nigdy nie miałby sensu.
- Nie prosiłem o pomoc. - warknął Haymitch.
- Nigdy nie musiałeś. - cichy głos wydobył się z ust Effie. Jej oczy zaczęły się wypełniać łzami. Wyszła zanim ktokolwiek mógł zareagować. Peeta zmierzył go spojrzeniem pełnym wyrzutu.
- Może okazał byś jej szacunek i wdzięczność. - rzucił chłopak. - Ona ci pomaga, Haymitch, chociaż wcale o to nie prosiłeś. I wcale nie zasłużyłeś sobie na pomoc z jej strony. Naprawdę tego nie widzisz?
- Czego?
- Ona nie chce, żebyś zginął na tej arenie. Mimo wszystko, obchodzi ją to. Choć wcale nie powinno.
Zapadła cisza. W telewizji właśnie pokazali jak piękna panna młoda zamieniła się w Kosogłosa.
- Jesteś jej winien przeprosiny.
Peeta odszedł, zostawiając Haymitcha z własnymi myślami. Jak ten dzieciak może w jednej sekundzie wzbudzić w człowieku wyrzuty sumienia?

Ale miał rację. To nie było fair w stosunku do Effie. W końcu chciała mu tylko pomóc, niszcząc tym samym swój wizerunek. Choć ciężko mu było to przyznać, naprawdę powinien ją przeprosić.

Witajcie!

Przepraszam, że ostatni post jaki jest na tym blogu pochodzi z kwietnia!
Miałam dużo na głowie, wiele się działo i jakoś nie miałam czasu na pisanie kolejnych rozdziałów do "Alternatywnego Ćwierćwiecza". A o opowiadaniu "Chora na serce" (którego jak na razie tutaj nie znajdziecie) już nie wspomnę.
Naprawdę, bardzo, BARDZO przepraszam!
JEDNAKŻE! Przez ten czas moja wizja na "Alternatywne Ćwierćwiecze" bardzo się zmieniła. Dlatego postanowiłam zacząć od nowa. Zupełnie nowy początek, zupełnie nowe wydarzenia. Mam nadzieję, że się to przyjmie, bo jak dla mnie wersja 2.0 (jak ją pieszczotliwie nazwałam) jest o wiele lepsza od pierwszej.
Pierwszy rozdział do NOWEGO "Alternatywnego Ćwierćwiecza" pojawi się już dzisiaj!
... O, a tak przy okazji - Byliście już na drugiej części Kosogłosa? Jak wrażenia? Czy tylko ja piszczałam na końcu z zachwytu (mimo, że od dawna wiedziałam jak będzie)? Piszcie i czekajcie na rozdział!
~ Kochanego Dnia! ♥