niedziela, 28 lutego 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 4

Jest dobrze po północy, a ja dodaję rozdział. A rano trzeba wstać. No, ale skoro nie mogę spać, to pomyślałam, że zrobię coś produktywnego, więc oto On - Rozdział Czwarty. ^^
Nie jest to super-mega-rozdział, ale już w następnym, będzie Prawdziwe spotkanie Effie i Haymitcha. No i następny będzie dłuższy od tego.
___________________________________________________________________________
Effie
- Odszedł? Co masz na myśli, mówiąc "odszedł"?
- Powiedział, że nie może marnować swojej kariery i że ze mną, daleko nie zajdzie.
- Idiota. - prychnął Alexander.
Leżeli na łóżku w pokoju Effie. Wpatrywała się w sufit, podczas gdy jej brat patrzył na nią.
Wyglądało na to, że ten dzień był katastrofą od początku do końca. Najpierw zaspała na śniadanie, później musiała wysłuchiwać matki, która znalazła kolejną rzecz, która jej się nie podobała i oczywiście obwiniła za to Effie. Później ten incydent podczas treningu, kiedy Michael powiedział, że odchodzi. Po treningu mieli iść na lodowisko, żeby w końcu wypróbować układ na lodzie, ale przez to co się stało, nie było już w tym żadnego sensu.
Prawdę mówiąc, Effie miała mieszane uczucia co do tego, że Michael odszedł. Oczywiście była wściekła. Wystawił ją, po dwóch latach współpracy, na miesiąc przed konkursem. Z drugiej strony, poczuła się trochę lepiej. Widywanie Michaela codziennie, po tym co się stało, nie było łatwe. Osoby, które były ze sobą, a później zerwały, nie powinny się widywać. A przynajmniej nie tak często, jak oni. Prowadziło to do, pewnego rodzaju, niezręcznych sytuacji o których nie chciała myśleć.
W tej chwili miała tylko dwa wyjścia - albo się poddać i odpuścić sobie konkurs, co skutkowałoby w kolejnych komentarzach ze strony jej matki, lub znaleźć nowego partnera. Pierwszej opcji nawet nie brała pod uwagę. Jej trener już powiedział, że zwoła kilku kandydatów i że jeszcze w tym tygodniu, będzie mogła z nimi poćwiczyć. Do tego czasu będzie trenowała sama.
Szkoła tańca w której wynajmowali salę do ćwiczeń, nie miała nic przeciwko, żeby przedłużyć wynajem. Jednakże dyrektorka dała jej do zrozumienia, że nie była zadowolona z tego powodu.
- Podejrzewam, że matka jest wniebowzięta. - powiedział Alexander, po długiej chwili ciszy.
Effie nic na to nie odpowiedziała. Eleanor była zachwycona tym, że jej córka znów okazała się porażką. Bo oczywiście, znalazła sposób, żeby o wszystko obwinić Effie. Przecież to jej wina, że Michael z nią zerwał. Przecież to jej wina, że nie chciał do niej wrócić. Nie żeby w ogóle się o to starała. Ale to też jej wina, że okazała się taką beznadziejną łyżwiarką, że jej partner postanowił odejść. Zawsze była wina Effie.
- Wiesz pomógłbym ci. - odezwał się Alexander. Effie przeniosła spojrzenie z sufitu na niego. - Wiesz, że radzę sobie z łyżwami.
- To miłe, naprawdę, ale masz szkołę. - uśmiechnęła się do brata.
- Co z tego? - zapytał, szczerząc się. - Bylibyśmy niepokonani. Mówiliby na nas, Niepokonane Bliźnięta.
- Nie jesteśmy bliźniętami.
- Szczegóły. - zaśmiał się. - Nikt się nie zorientuje.
- Jestem pewna, że matka się zorientuje, kiedy nie wrócisz do Trójki.- pokręciła głową.
- Racja. - spochmurniał. - A szkoła pewnie by ją poinformowała, że nie przyjechałem.
- Właśnie. To miłe, że chcesz mi pomóc, ale poradzę sobie. Znajdę kolejnego mięśniaka, wezmę udział w zawodach i niezależnie od wyniku, rzucę łyżwiarstwo.
- Że co? - Alexander podniósł się do pozycji siedzącej i spojrzał na nią z góry, z szeroko otwartymi oczami.
- To będzie mój ostatni występ. - westchnęła, uśmiechając się smutno. - Podjęłam już decyzję.
- Jesteś pewna?
- Na sto procent. - Niekoniecznie, ale szala przechylała się w stronę tej opcji. - Mam dość bycia rozczarowaniem.
- Więc rzucisz coś, co kochasz, żeby postawić się matce?
- Rzucę coś, co matka kocha, żeby zacząć robić to co kocham ja. - poprawiła go.
Na twarzy Alexandra pojawiło się zrozumienie. Zrozumiał, że Effie chce w końcu wyjść z cienia idealnej siostry. Chce zacząć żyć własnym życiem.
Effie myślała o tym, już od dłuższego czasu. I nadal, mimo iż powiedziała to na głos, wciąż nie była pewna, czy w ostatecznej sekundzie, wystarczy jej odwagi. Bała się, że stchórzy. Będzie potrzebowała impulsu i była tego świadoma. Czegoś co wypchnie ją na spotkanie swoich marzeń.
- Co zamierzasz? - zapytał jej brat.
- Myślałam, żeby wyjechać z Kapitolu. - opowiedziała cicho, znów przenosząc spojrzenie na sufit. Tuż nad nią było małe pęknięcie. Powinna komuś zgłosić, że jej sufit nie jest idealny, ale lubiła myśleć, że jest to dziwna metafora. Rysa na białej powierzchni. Coś, czego nie powinno być, a jednak istniało. Czasami, właśnie tak się czuła. Jakby była rysą w idealnej rodzinie Trinket.
- Dokąd pojedziesz?
- Jeszcze nie wiem. - wzruszyła ramionami. - Pracuję nad tym.
Alexander znów położył się koło niej. Nie odezwał się już więcej.
Była to kolejna rzecz, którą w nim uwielbiała. Nie musieli przy sobie udawać. Nie musieli zagłuszać ciszy bezsensowną rozmową. Alexander idealnie wczuwał się w jej nastrój i wiedział, że to nie rozmowy najbardziej potrzebowała.
Potrzebowała kogoś, z kim mogłaby pobyć. W ciszy. Tylko po to, żeby czuć obecność tej drugiej osoby. A obecność Alexandra, sama w sobie, zawsze podnosiła ją na duchu.
Tak długo leżeli w ciszy, że nawet nie zdała sobie sprawy, w którym momencie zasnęła.

czwartek, 25 lutego 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 3

Dzisiaj krótko, ale za to mamy spotkanie Haymitcha z Effie... W pewnym sensie.
_______________________________________________________________________
Haymitch
Szedł ulicami miasta, w ręce trzymając zwiniętą gazetę. W ogłoszeniach znalazł wpis o tym, że w pobliżu apartamentu, który wynajął razem z Holdenem, mieli ofertę pracy dla kogoś, kto zająłby miejsce  woźnego w szkole tańca.
Nie była to praca jego marzeń, ale spróbować nigdy nie zaszkodzi. Dlatego, kiedy wszedł do budynku, nie miał większych nadziei na to, żeby dostać tą pracę. Po prostu musiał szukać, a to było pierwsze ogłoszenie, jakie rzuciło mu się w oczy w tej gazecie.
Już od kilku dni krążył po mieście, odwiedzając wszystkie miejsca w których mógłby dostać pracę. Nikt się jeszcze do niego nie odezwał, ale nie tracił nadziei. W końcu mu się poszczęści.
W holu znajdował się kontuar, za którym stała elegancka kobieta. Nie mogła mieć więcej, niż trzydzieści parę lat. Uśmiechnęła się do niego, kiedy podszedł do kontuaru.
- W czym mogę panu pomóc? - zapytała miłym głosem. Haymitch zaczął się zastanawiać, czy płacą jej za to, żeby była przyjazna dla klientów.
- Ja w sprawie ogłoszenia. Podobno szukacie kogoś na stanowisko woźnego. - pokazał jej ogłoszenie w gazecie.
- Proszę się zgłosić do dyrekcji. Schodami na drugie piętro i korytarzem do samego końca. Ostatnie drzwi po prawej.
Skinął głową na znak, że zrozumiał i ruszył we wskazanym kierunku. Im bardziej zagłębiał się w budynek, tym bardziej oczywiste stawało się dla niego to, że nie jest to zwyczajna szkoła tańca. Na ścianach znajdowały się obrazy olejne w pozłacanych ramach. Co kawałek znajdowały się gabloty z trofeami. Wszędzie panowała cisza, prawdopodobnie nie odbywały się żadne zajęcia ze względu na przerwę świąteczną. A w każdym razie tak właśnie myślał, do czasu, aż nie dotarł na drugie piętro i usłyszał cichą muzykę, która płynęła zza zamkniętych drzwi na lewo. W drzwiach była szyba, przez którą można było zobaczyć pomieszczenie. Była to przestronna sala taneczna z całą ścianą pokrytą lustrami. Wzdłuż luster biegła poręcz.
Na środku sali stała kobieta ubrana w obcisłe, czarne spodnie dresowe i czarną bluzkę z długim rękawem. Haymitch zatrzymał się przed drzwiami i patrzył na kobietę. Stała tyłem do niego, ale dzięki lustrom na ścianie naprzeciwko niej, mógł zobaczyć jej twarz.
Miała zamknięte oczy i wyglądała, jakby spała na stojąco. Jednak sekundę później, kiedy muzyka uderzyła w inny ton, podniosła prawą nogę i zaczęła się obracać na palcach lewej stopy. Od samego patrzenia Haymitchowi zaczęło kręcić się w głowie.
Stał i patrzył jak zaczarowany, jak kobieta unosi ramiona ponad głowę i... Czar prysnął, muzyka momentalnie się wyłączyła i w pole widzenia Haymitcha wszedł ciemnowłosy mężczyzna, który nie mógł być starszy od niego. Był mocno umięśniony i w porównaniu z jasnowłosą kobietą, wyglądał jak goryl. Kobieta, która wyglądała na niewiele młodszą od niego, spojrzała na faceta i Haymitch miał wrażenie, że zauważył na jej twarzy irytację. Mężczyzna mówił coś do niej, żwawo gestykulując, ale drzwi uniemożliwiały Haymitchowi dosłyszenie o co chodziło.
W jednym momencie para zamarła i spojrzała w stronę drzwi. Niebieskie oczy kobiety, wydawały się go przeszywać na wylot. Serce Haymitcha opuściło jedno uderzenie, poczuł gorąco na twarzy. Szybko ruszył w stronę gabinetu dyrektora, przeklinając się w duchu. Przecież nie zrobił niczego złego. Po prostu patrzył jak kobieta tańczyła. Lub raczej mu się wydawało, że tańczyła, ponieważ nie wyglądało to, jak zwyczajny taniec.
Szybko wyrzucił to całe zdarzenie z głowy, ponieważ doszedł do drzwi z tabliczką na której widniał napis "dyrekcja". Wziął głęboki oddech i zapukał. Po sekundzie usłyszał ciche "proszę wejść", więc nacisnął klamkę i pchnął drzwi.
W pokoju górowało duże dębowe biurko. Na całej długości jednej ze ścian, rozciągały się regały z książkami. Przez okna wpadały promienie zimowego słońca.
Za biurkiem siedziała starsza kobieta z długimi, niemal białymi włosami. Wyglądała jak ktoś, kto ma władzę i lubi to pokazywać.
- Co mogę dla pana zrobić? - zapytała zimnym głosem. Wskazała mu jeden z głębokich foteli, które stały przed biurkiem. Usiadł i pokazał jej gazetę.
- Ja w sprawie ogłoszenia. Podobno szukacie woźnego.
- Owszem. - zmierzyła go oceniającym spojrzeniem. - Nie jest pan trochę za młody?
- Wiek to jakiś problem?
- Nie, skądże. Jednakże potrzebujemy kogoś w rodzaju Złotej Rączki.
- Potrzebuję pracy, umiem naprawiać różne rzeczy i mam mnóstwo wolnego czasu, wydaje mi się, że poradzę sobie w tej roli.
Patrzyła na niego przez całą minutę, jakby oceniając. Oczy były jak dwa lodowe odłamki. Haymitch miał wrażenie, że mogłaby zabić samym spojrzeniem.
- Mówił pan, że jak się pan nazywa? - zapytała w końcu.
- Haymitch Abernathy. - wyciągnął do niej rękę, ale kobieta ją zignorowała.
- Otóż panie Abernathy, moja szkoła potrzebuje pracowników na najwyższym poziomie. Jesteśmy elitarną szkołą, dla wybitnych uczniów. Od moich pracowników wymagam zaangażowania, punktualności i dokładności. Nie toleruję spóźnialskich.
- Rozumiem. Widzi pani... - zdał sobie sprawę, że wciąż nie zna jej nazwiska. Drewniana tabliczka, która stała na jej biurku mówiła "A. Coin". - Widzi pani, pani Coin, potrzebuję pracy. Zależy mi na jakimkolwiek zajęciu, więc wątpię, żebym się spóźniał.
- Zawrzyjmy umowę. - powiedziała, opierając się o biurko. - Zatrudnię pana na okres próbny. Jeśli się pan sprawdzi, może pan zostać. Jeśli nie, zapomnimy o wszystkim.
- Zgoda. - pokiwał głową, nie mogąc uwierzyć, że tak szybko mu się udało.
Kilkanaście minut później, po wypełnieniu kilku formularzy, Haymitch znów znalazł się na korytarzu. Przechodził właśnie koło sali w której wcześniej tańczyła kobieta, kiedy drzwi się otworzyły i z pomieszczenia wypadł ten ciemnowłosy mężczyzna. Widząc Haymitcha, zmierzył go wzrokiem i ruszył szybko po schodach. Sekundę później na korytarzu pojawiła się blondynka. Wyglądała na zrozpaczoną.
- Michael! - zawołała za mężczyzną. - Nie możesz teraz odejść!
- No to patrz! - powiedział facet, nawet się nie odwracając.
- Proszę!
Jednak facet już zniknął. Kobieta westchnęła ciężko. Wyglądało to tak, jakby płakała. Haymitch zdał sobie sprawę, że stoi i patrzy na całą scenę z szeroko otwartymi oczami. Zamrugał i odchrząknął niezręcznie.
- Wszystko w porządku? - zapytał i uświadomił sobie, że było to najgłupsze pytanie jakie mógł zadać.
- Nie bardzo. - odpowiedziała cicho, nie odwracając się do niego. Wydawała się pogrążona w myślach.
- Mogę jakoś pomóc?
- A znasz kogoś, kto zastąpi mi tego głupka? Potrzebuję partnera do tańca.
- Niestety, skarbie. - parsknął - Nie tańczę.
Odwróciła się i spojrzała na niego swoimi niebieskimi oczami. Na jej ustach błąkał się słaby uśmiech.
- Straszna szkoda. - powiedziała z błyskiem w oku. - Dziękuję za troskę.
- Nie ma sprawy. - mrugnął do niej. - Jestem pewien, że szybko znajdziesz kogoś na jego miejsce.
- Mam nadzieję. - westchnęła. Uśmiechnęła się do niego ostatni raz i wróciła na salę taneczną.
Droga powrotna do apartamentu wydawała mu się jeszcze krótsza niż była w rzeczywistości. Kiedy doszedł na miejsce i wszedł do środka, zobaczył Holdena rozłożonego na kanapie przed telewizorem.
Wziął poduszkę, która leżała na fotelu i rzucił nią w twarz brata.
- Ruszaj się. Idziemy na obiad. - powiedział.
- Jak poszło? - zapytał Holden, wstając z kanapy.
- Sukces! - uśmiechnął się.
- Na serio? - wytrzeszczył oczy. - Tak szybko?
- Jasne. Mój urok osobisty potrafi działać cuda. Naprawdę, rusz się, bo konam z głodu.
- Dokąd idziemy?
- Znam fajną knajpkę niedaleko stąd. Będziesz miał szansę, żeby pozwiedzać. 

Ogłoszenia parafialne! ♥

Witam Robaczki!
Jeśli kogoś to interesuje, to rozdział pojawi się jeszcze dzisiaj. Najprawdopodobniej po 20.
Nie mogę znaleźć motywacji, żeby zacząć to wszystko poprawić.
W zakładce "Zimowa Opowieść" możecie znaleźć piosenki, które najbardziej mi się kojarzą z tym opowiadaniem. Możliwe, że lista tych piosenek będzie się powiększała.
To chyba wszystko. Wracam do poprawiania.
Miłego wieczoru. I do później. - Mam nadzieję.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 2

Już jestem! Przepraszam za tą krótką przerwę.
Dajcie znać co myślicie.
______________________________________________________________________________
Effie
- Szybciej, Euphemio, nie mamy całego dnia.
Przewróciła oczami na słowa matki. Na szczęście Effie, właśnie się pochylała nad swoją torbą, więc kobieta niczego nie zauważyła. Takie zachowania, jak przewracanie oczami lub wzruszanie ramionami, były "nieeleganckie", jak nie raz już słyszała.
- Już idę. - powiedziała. Nie musiała nawet podnosić wzroku, żeby wiedzieć, że jej matka już wyszła. Poinformowało ją o tym stukanie szpilek o drewnianą posadzkę.
Dzisiejszy trening był kompletną porażką. Od rana Effie męczył okropny ból głowy, przez co muzyka tylko ją irytowała. Nie potrafiła się skupić na odpowiednich krokach.
- Nie poszło najlepiej, co? - usłyszała Michaela, który również pakował swoje rzeczy do torby.
- Przepraszam, to po prostu nie mój dzień. - uśmiechnęła się do niego przez ramię.
- Rozumiem. - pokiwał głową. - Ale lepiej by było, gdyby następnym razem, był twój dzień.
Nic na to nie powiedziała. Nie miała nastroju na kłótnie. Ostatnio i tak nie robili nic innego. Chociaż nieźle się dogadywali, jako partnerzy, to poza lodowiskiem i salą taneczną, byli wrogami. Nie zawsze tak było. Ale ta historia jest bardziej skomplikowana, a od samego myślenia o tym, Effie miała wrażenie, że jej głowa wybuchnie.
Założyła buty, nie zawracając sobie głowy przebieraniem się ze stroju do ćwiczeń, ponieważ wiedziała, że jej matka nie lubi czekać. Wiedziała też, że skomentuje to, że się nie przebrała. Na sto procent. Mimo to, Effie wybrała mniejsze zło.
Założyła swój różowy płaszcz i szary szalik, czapkę i rękawiczki - na zewnątrz właśnie zaczął padać śnieg. - i zarzuciła torbę na ramię.
- Do jutra. - rzuciła, kiedy była już przy drzwiach. Nie odpowiedział.
Wyszła z sali, przeszła przez hol, pożegnała się z recepcjonistką i wyszła na ulicę. Czarny, duży samochód już czekał, zaparkowany przed budynkiem. Tuż przy nim stał szofer, który tylko czekał, żeby otworzyć jej drzwi. Uśmiechnęła się do niego.
- Dziękuję, Tom. - powiedziała, dotykając jego ramienia, w momencie, kiedy wsiadała do samochodu. Tom zamknął za nią drzwi, obszedł samochód i wsiadł na miejsce kierowcy. Odpalił silnik.
Jej matka już siedziała w środku. Przeglądała jeden z tych kolorowych magazynów, które nie miały w sobie żadnych wartościowych informacji. Jej matka je uwielbiała.
Kiedy Effie usiadła obok niej i zapięła pasy, Eleanor rzuciła jej spojrzenie pełne dezaprobaty. Ściągnęła usta, patrząc na nią z chłodną miną. Effie była przyzwyczajona do takiego wyrazu twarzy.
- Nie przebrałaś się. - brzmiało to, jak oskarżenie.
- Przepraszam, ale powiedziałaś, że nie mamy czasu. - powiedziała, udając, że coś ją zainteresowało za oknem, żeby nie musieć patrzeć na matkę. Odpowiedziała jej cisza i Effie nie była tym zaskoczona. W ten sposób matka dawała jej do zrozumienia, że się zawiodła. Cisza często towarzyszyła w ich życiu.
Gdzieś w połowie drogi do domu, jej matka się odezwała.
- Euphemio, rozmawiałam dzisiaj z twoim trenerem. - Effie poczuła jak jej wszystkie mięśnie się napinają. - Pan Travers powiedział, że nie dałaś dzisiaj z siebie wszystkiego.
- To przez ból głowy. - wyjaśniła szybko, zanim zdążyła ugryźć się w język. - Nie mogłam się skupić.
- Nie pytałam o usprawiedliwienia. Nie obchodzi mnie, dlaczego nie mogłaś się skupić. Jutro będziesz musiała dać z siebie wszystko. - zamilkła, a w następnej chwili zmieniła temat. - Michael to przystojny, młody mężczyzna, który wie jak być dżentelmenem. - Effie przewróciła oczami. - Nie rób tej miny. Nie robisz się coraz młodsza, Euphemio. Twoja siostra...
I znowu to samo, pomyślała. Melinda zawsze wkradała się do ich rozmów, nawet jeśli nie było jej w danej chwili w pomieszczeniu. Effie zawsze była porównywana do swojej siostry. Zawsze była na drugim miejscu. Bo przecież Melinda zawsze była najlepsza. Ta najpiękniejsza, najbystrzejsza, najmilsza, najlepiej wychowana - chodzący ideał. Melinda została modelką. Melinda ukończyła szkołę z najwyższymi ocenami. Melinda zawsze znajduje takich miłych dżentelmenów. Melinda jest zaręczona, czyż to nie cudownie? Czas pomyśleć o sobie, Euphemio. Effie zawsze była "nie dość". Nie dość dobra, żeby dorównać siostrze. Podczas gdy ich matka poświęcała tyle czasu Melindzie, ona musiała walczyć o jej uwagę. O trochę uznania. Tylko raz udało jej się wywołać uśmiech na ustach matki, a teraz nawet nie chciała o tym myśleć, ponieważ nie chciała myśleć o Michaelu.
Dlatego wyłączyła się na wszystkie słowa, które już wcześniej słyszała miliony razy. Jej oczy uchwyciły spojrzenie Toma we wstecznym lusterku. Mężczyzna mrugnął do niej, po czym szybko odwrócił wzrok.
Tom był jedną z niewielu osób, które nie zostały zaczarowane przez jej siostrę. Tom był ich szoferem, pracował dla jej ojca odkąd tylko pamiętała. I doskonale wiedział, co się działo za zamkniętymi drzwiami idealnej rodziny Trinket.
Do tego samego grona niezaczarowanych magią Melindy osób, zaliczał się ich młodszy brat, Alexander. Był on najlepszym przyjacielem Effie i tylko jemu mogła powiedzieć o wszystkim co czuła. Nie odważyłaby się iść z tym do kogoś innego.
Oczywiście, sama również kochała Melindę. W końcu była jej jedyną siostrą, no i jak tu nie kochać chodzącego ideału. Ale czasami miała ochotę po prostu na nią spojrzeć i powiedzieć jej, że nie chce jej więcej widzieć. - Co byłoby i kłamstwem i prawdę, jednocześnie.
Jej matka nawet nie zwróciła uwagi na to, że Effie pozostała głucha na jej monolog. W czasie, kiedy ona mówiła, Tom dowiózł już je do domu. Brama wjazdowa otworzyła się automatycznie i wjechali na ścieżkę prowadzącą do ich posiadłości.
Rodzina Trinket nie była obrzydliwie bogata. Mieli pieniądze i żyli w luksusie, ale to tylko i wyłącznie dzięki Tamirowi, ojcu Effie. Był właścicielem kilku dużych sieci handlowych, dzięki czemu mogli żyć w dostatku.
Mieli duży dom, pełen obrazów, dzieł sztuki i innych rzeczy, ale Effie nienawidziła tego domu. Był za duży i za cichy. Jedyny hałas, jaki można było w nim usłyszeć, to okazjonalne krzyki ich rodziców i głośne bim-bom starego zegara, który stał w jadalni.
Samochód zatrzymał się na podjeździe i Tom wysiadł, żeby otworzyć drzwi jej matce. Kiedy wysiadła, obszedł samochód, żeby otworzyć drzwi z jej strony. Sama mogłaby wysiąść z samochodu, ale oboje z Tomem wiedzieli, jak zareagowałaby jej matka. Kobieta musi poczekać, aż mężczyzna otworzy jej drzwi. Eleanor miała całą masę dziwnych i niepotrzebnych zasad, które tylko i wyłącznie utrudniały im wszystkim życie.
Jej matka na nią nie czekała, po prostu weszła do domu. Effie wychodząc z samochodu, znów ścisnęła rękę Toma. W ten sposób okazywała mu wdzięczność i on o tym wiedział. Uśmiechnął się do niej przyjacielsko.
- Effie - powiedział cicho, jakby bał się, że ktoś może go podsłuchać. - nie słuchaj tych wszystkich bzdur. Nikt nie ma prawa sprawiać, żebyś czuła się poniżona.
- Dziękuję, Tom. - uśmiechnęła się smutno. - Ale wiesz, jaka jest matka.
- Wiem. - pokiwał głową. - I mogę cię zapewnić, że wszystko to o czym dzisiaj mówiła, nie jest prawdą. Nie musisz robić niczego, na co nie miałabyś ochoty.
- Doceniam to.
Skinął głową, po czym wrócił do samochodu, żeby móc się nim zająć. Effie weszła do domu przez dębowe drzwi i pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła, była czupryna miodowo-blond włosów. Uśmiechnęła się szeroko na widok Alexandra.
- Effie! - zbiegł z kilku ostatnich schodów i podbiegł do niej, chwytając ją w ramiona, podnosząc i kręcąc się z nią dookoła. Śmiali się bez powodu w swoich objęciach, bo właśnie taki był Alexander. Zarażał uśmiechem i pozytywną energią.
- Nie było mnie tylko kilka godzin. - powiedziała, kiedy już ją puścił.
- Po prostu mam dobry humor. - wzruszył ramionami
- Zawsze masz dobry humor.
- Racja. - zaśmiał się. - Czekaj... - udał niedowierzanie, otwierając usta i wytrzeszczając na nią oczy. - Czy ty się nie przebrałaś ze swojego stroju? Matka wie, że pokazujesz się ludziom w czymś takim?
- Niestety tak. - wywróciła oczami na jego sarkazm, ale uśmiech szybko zniknął z jej twarzy. - I już dosyć się nasłuchałam w samochodzie.
- Daj spokój, chyba się tym nie przejmujesz co? Wiesz jaka ona jest.
- Wiem, ale...
- I pewnie znowu ci mówiła, jaki to Michael jest idealny, co? - na to pytanie, nawet nie musiała odpowiadać. Pogroził jej palcem. - Nawet o tym nie myśl, Effie. Wiem, że jesteś w stanie zrobić wszystko, żeby zadowolić matkę, ale nie to.
- Nawet mi to nie przyszło do głowy! - uderzyła go lekko w ramię.
- Mam nadzieję. - uśmiechnął się. - A teraz, chyba lepiej będzie jeśli pójdziesz się przebrać. Lepiej żeby matka nie miała więcej powodów do wygłaszania swoich kazań. A skoro o tym mowa, to najlepiej będzie, jak do kolacji posiedzimy u ciebie w pokoju. Tata zaprosił znajomych i jeśli się nie mylę, to matka właśnie w tej chwili, stara się go zamordować, bo nie powiedział jej wcześniej.
- Raczej go nie morduje. - powiedziała Effie, chichocząc. Mimo wszystko ruszyła w stronę schodów. - To byłoby nieeleganckie.
***
Effie i Alexander spędzili całe popołudnie w jej pokoju. Rozmawiali o wszystkim i o niczym. Dużo się śmiali, ale to nie było niczym niezwykłym. Z Alexandrem nie dało się smucić. Zawsze tryskał energią i potrafił nawet najgorszy dzień, uczynić jaśniejszym.
Alexander był jej najlepszym przyjacielem. Brzmiało to dziwnie, ale tak właśnie było. W swoim życiu Effie spotkała kilku fałszywych przyjaciół i wyglądało na to, że tylko on był tym jedyny, prawdziwym. Gdyby nie różnica wieku, mogliby uchodzić za bliźnięta. Oboje mieli takie same miodowo-blond włosy, te same niebieskie oczy.
Byli w połowie dyskusji o tym, dlaczego Alexander nie powinien kupować ojcu cygar na święta, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Effie szybko wstała z podłogi na której wcześniej siedziała, usiadła na brzegu łóżka, skrzyżowała nogi w kostkach, wyprostowała się i uśmiechnęła się uprzejmie, zanim powiedziała "proszę". Jednak była to Melinda, więc pozwoliła sobie na zrzucenie swojej maski i znów zsunęła się na podłogę.
Melinda była uroczą osobą. Słodką i delikatną, która łamała mężczyzną serca, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Była tym typem osoby, która nawet w worku, wyglądałaby ślicznie. Miała włosy w kolorze ciemnego blondu, które ledwie dosięgały jej ramion. Pełne usta i duże oczy.
Weszła do pokoju i uśmiechnęła się na widok swojego młodszego rodzeństwa.
- Niedługo przyjadą goście, mama prosi, żebyście się przyszykowali i zeszli na dół.
- Jasne. - uśmiechnął się Alexander. - Będziemy za chwilkę.
Oczy Melindy padły na Effie i miała wrażenie, że siostra chce jej coś powiedzieć. Jednakże tylko skinęła głową i wyszła, zostawiając ich samych.
- Czas zacząć przedstawienie. - powiedział Alexander, wstając z fotela, który stał w kącie jej pokoju. - I nie myśl, że nasza rozmowa się skończyła. Wciąż uważam, że cygara to dobry pomysł.
- Nie zaczynaj od nowa. - uśmiechnęła się, również wstając. - Palenie tego świństwa tylko mu szkodzi.
Jego jedyną odpowiedzią, było wywrócenie oczami. Podszedł do drzwi, ale jeszcze spojrzał na nią przez ramię.
- To tylko trzy godziny. Później będziemy mogli się stamtąd urwać. - Effie miała wrażenie, że mówił to bardziej do siebie niż do niej, ale mimo to pokiwała głową.
- Damy radę.

wtorek, 16 lutego 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 1

Dodaję to dzisiaj, bo do poniedziałku nie będę miała czasu, żeby cokolwiek dodać. Dajcie znać co sądzicie, Robaczki.
_______________________________________________________________________________
Haymitch
Pociąg jechał naprawdę szybko. W takim tempie, w Kapitolu będzie już następnego ranka. Już teraz na zewnątrz było ciemno. Musiało być dobrze po północy. Przedział był zatłoczony. Masa ludzi z Dwunastki wybierała się do stolicy. Większość z nich jechała do rodziny na święta, inni do pracy, a jeszcze inni po prostu wybierali się na wypoczynek. Gdzieś w tle słyszał płacz dziecka. Ludzie rozmawiali ze sobą beztrosko.
Pociąg miał bezpośrednie połączenie z Kapitolem, co oznaczało, że nie zatrzymywał się w żadnym innym dystrykcie. To nawet lepiej. Haymitch nie był pewny czy wytrzymałby dwa dni w pociągu, słuchając krzyków małego potworka, który siedział na kolanach swojej matki, kilka siedzeń od niego. Już samo to, że Holden uparł się, że też chce jechać, go dobijało.
Kochał swojego młodszego brata, naprawdę, ale chłopak nie miał już sześciu lat, żeby Haymitch musiał go wciąż niańczyć. Jechał do stolicy, żeby znaleźć pracę na zimę. Latem pracował na budowie, ale zima w Dwunastce zawsze była sroga, dlatego praca została zawieszona. Na dobrą sprawę nie potrzebował pracy, miał dość pieniędzy, żeby przeżyć i w dodatku wyżywić rodzinę, ale nie chciał myśleć o tym, dlaczego nie musiał pracować. Złe wspomnienia przyprawiały go koszmarne sny i o chęć złapania za butelkę. Dlatego potrzebował pracy, żeby nie siedzieć bezczynnie i nie pogrążyć się w myślach. Chciał czymś się zająć, żeby zapomnieć. Żeby nie mieć czasu, żeby myśleć. To właśnie dlatego – z potrzeby znalezienia sobie zajęcia, chciał znaleźć pracę. Jakąkolwiek, naprawdę. Jeśli mu się poszczęści, wynajmie mieszkanie i na zimę zamieszka w Kapitolu.
Wszystko to wyjaśniał swojej matce, chyba tysiąc razy, ale za każdym razem, kończyli na kłótni, która szybko przeradzała się w dobrze znane argumenty, które były powtarzane przez ostatnie lata, więcej niż ktokolwiek chciałby przyznać.
Jego matka, Alice, twierdziła, że Haymitch potrzebuje dziewczyny. Nie zwracała uwagi na to, że już miał jedną. Ostatnio kłócili się z Lissie więcej niż zwykle, ale Haymitch twierdził, że to przejściowe. Że potrzebują od siebie odpocząć. To był kolejny powód dla którego chciał jechać do Kapitolu.
Matka nie przepadała za Lissie, chociaż starała się to ukryć. Była dla niej miła, lecz chłodna. Za każdym razem, kiedy wchodzili razem do salonu lub do kuchni, uśmiechała się do niej tym wymuszonym uśmiechem, który Haymitch znał aż za dobrze. Oczywiście, nigdy nie powiedziała o niej złego słowa, o nie! Ale wystarczyło na nią spojrzeć, żeby wiedzieć, o czym myśli. Haymitch zbyt dobrze ją znał,
- Daleko jeszcze? - usłyszał głos Holdena.
- Jeszcze raz zadasz to pytanie, to oberwiesz. - wycedził przez zęby. Oczywiście, to tylko sprawiło, że Holden wyszczerzył zęby i już otwierał usta, żeby znów się odezwać, kiedy pięść Haymitcha wylądowała na jego ramieniu.
Oczywiście nie chciał go zranić, po prostu byli braćmi, a jako bracia, czuli tą potrzebę, żeby denerwować się wzajemnie.
- Ał! - syknął młodszy z braci.
- Och, przestań jęczeć. - westchnął Haymitch. - Zachowujesz się jak baba.
- To bolało!
- To bolało. - zaczął udawać głos brata. Uśmiechnął się, kiedy zobaczył mordercze spojrzenie Holdena. - Wyluzuj. Do Kapitolu jeszcze kilka godzin.
- Jak tam jest?
Holden jeszcze nigdy nie przekroczył granic Dwunastki. Nic dziwnego, że był podekscytowany wycieczką do Kapitolu. Haymitch natomiast, miał już za sobą kilka dłuższych wypraw. Za każdym razem chodziło o pracę, ale przy okazji mógł pozwiedzać. W samym Kapitolu był już kilkanaście razy i miał wrażenie, że przynajmniej połowę miasta, zna jak własną kieszeń.
- Inaczej. - odpowiedział Haymitch, odwracając głowę, żeby spojrzeć przez okno. Przy takiej prędkości i ciemnościach panujących na zewnątrz, nie było mowy o tym, żeby podziwiać widoki. Wszystko wyglądało jak rozmazana plama. - Miasto jest ogromne. Czasami się zastanawiam, czy ludzie z Kapitolu w ogóle sypiają.
Holden nic na to nie odpowiedział, a Haymitch za dobrze znał swojego brata, żeby nie wiedzieć o czym myśli. Mógł się założyć, że właśnie w tej chwili wyobrażał sobie całe miasto.
Przyjrzał się swojemu młodszemu bratu. Holden był siedemnastolatkiem. Miał ciemne włosy i szare oczy, jak wszyscy w ich rodzinie. Nie imponował budową ciała, ale był silniejszy niż wyglądał. Haymitch zastanawiał się, kiedy zdążył tak urosnąć; jeszcze trochę i chłopak go przerośnie. 
Holden zawsze był ciekawski. Ciekawiło go wszystko co nowe i nieznane. Wciąż łaził po drzewach, zupełnie jak za czasów, kiedy byli młodsi. Oboje zakładali się o to, kto wejdzie wyżej. Przez tą zabawę, Haymitch skończył ze złamaną ręką. Kiedy wrócili wtedy do domu i powiedzieli co się stało, ich matka zdzieliła ich po głowach i zakazała chodzenia po lesie. Powiedziała, że Haymitch jest nieodpowiedzialny, pozwalając młodszemu bratu łazić po drzewach.
Dziecko, które wcześniej płakało na kolanach matki, teraz zaczęło wrzeszczeć wniebogłosy. Haymitch mógł wyczuć nadchodzący ból głowy, tuż za gałkami ocznymi. Zacisnął zęby, starając się opanować i nie zwracać uwagi, na wrednego bachora.
- Przysięgam, że jeśli się nie zamknie to stracę cierpliwość. - mruknął pod nosem.
- Przecież lubisz dzieci. - wyszczerzył się Holden.
- Ta. Najbardziej, kiedy śpią.
Holden wybuchnął śmiechem. Starsza kobieta, która siedziała kilka miejsc dalej, rzuciła im karcące spojrzenie. Zupełnie tak, jakby to oni robili największy hałas w całym przedziale. Było to trochę niesprawiedliwe, biorąc pod uwagę to, że dzieciak wciąż krzyczał.
- Mogę cię o coś zapytać? - powiedział Holden. 
- Właśnie to zrobiłeś. - westchnął. - Pytaj.
- Co jest z tobą i Lissie?
- Co masz na myśli?
- Za każdym razem, jak się widzicie, mam wrażenie, że któreś z was zabije to drugie.
- Kłócimy się. - wzruszył ramionami.
- Ale o co? - właśnie taki był problem z Holdenem. Zadawał za dużo pytań. Nie dawał nikomu spokoju, dopóki nie dowiedział się wszystkiego.
- O wszystko. A co z tobą? Widziałem, jak kręcisz się koło tej dziewczyny... Jak miała na imię? Maddie?
- Melanie. - Holden wydawał się lekko zakłopotany, ale nie dał się odciągnąć od tematu. - I nie zmieniaj tematu. O co się kłócicie?
- Ostatnio powiedziała, że się zmieniłem. - wzruszył ramionami; był to jego nawyk, za który nie raz matka zwracała mu uwagę.
- Przecież jesteście ze sobą od dwóch lat. - Holden zmarszczył brwi. - Jak mogłeś się nie zmienić przez ten czas?
- Ją o to zapytaj. Bo najwidoczniej tego nie rozumie.
- Kochasz ją? -  pytanie było tak niespodziewane, że gdyby coś jadł, to właśnie by się zakrztusił.
Czy kochał Lissie? Odpowiedź była oczywista. Kochał ją. I nie było co do tego żadnych wątpliwości. Nie dogadywali się, ale przecież w żadnym związku nie było idealnie, prawda? Nie lubił mówić o uczuciach i w sumie nigdy jej nie powiedział, że ją kocha. Ale miał nadzieję, że to wiedziała. Przecież pokazywał jej to prawie na każdym kroku.
- Co to za pytanie? - wyszczerzył się, czując, że czas zmienić temat. - Opowiedz mi o tej Maddie.
- Melanie. - poprawił go automatycznie, nieco zirytowany. - Co mam ci powiedzieć?
- Nie wiem. Cokolwiek. Po prostu zagłusz tego dzieciaka. - chłopiec wciąż krzyczał, a jego matka nie robiła kompletnie nic, żeby go uspokoić. Zupełnie, jakby nikomu to nie przeszkadzało.
W taki właśnie sposób, dowiedział się, że Holden chodził z Melanie do szkoły. Byli na tym samym roku, ale w oddzielnych grupach. Dowiedział się też, że była miła i trochę nieśmiała. Że była przyjazna. Spędzili tak dwie godziny, rozmawiając o dziewczynie, w której podkochiwał się jego młodszy brat. Jednak kiedy zapytał, czy z nią rozmawiał, Holden powiedział tylko, że kilka razy się do siebie uśmiechnęli na stołówce. Kiedy to usłyszał, wybuchnął śmiechem.
- Skoro ci się podoba, to z nią porozmawiaj. - wykrztusił między dwoma wybuchami śmiechu.
- Zamknij się! - warknął Holden, szturchając go w ramię.
W międzyczasie jak rozmawiali, dzieciak się uspokoił. Teraz w przedziale panował przyjazny gwar cichych rozmów. Przejeżdżali właśnie przez tunel wydrążony w górze.
- Jeszcze trochę i będziemy na miejscu. - powiedział do brata.
- Ekstra! - ucieszył się.
Haymitch pokręcił głową. Mimo swoich siedemnastu lat, Holden wciąż zachowywał się jak niewinne, naiwne dziecko. Było to na swój sposób ujmujące.
Resztę drogi przejechali w milczeniu. Haymitch był zmęczony, a ból głowy nie dawał mu spokoju. Dlatego poczuł ulgę, kiedy wyjechali z tunelu i zobaczyli w oddali, światła Kapitolu. A kiedy wysiedli na stacji i poczuli na twarzach chłodny wiatr, Haymitch odetchnął głęboko. Nigdy nie myślał, że podróż pociągiem będzie mu się tak dłużyć, ale nareszcie dojechali na miejsce. Słońce właśnie zaczęło wschodzić.
- Witaj w Kapitolu, braciszku. - powiedział do Holdena, klepiąc go po ramieniu.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Zimowa Opowieść: Prolog

Zaczynamy "Zimową Opowieść"! Nie macie pojęcia, jak bardzo się ekscytuję tym, że w końcu możecie to przeczytać. Jeszcze nie napisałam połowy, ale nie mogłam się powstrzymać! ♥ To AU za bardzo mnie wciągnęło. xd
Będę publikować tak samo, jak "Alternatywne Ćwierćwiecze" - co dwa dni. Jeśli coś się zmieni, dam znać.
Bardzo dziękuję Lynn, za to, że zrobiła dla mnie tą grafikę! ♥ Zajrzyjcie na jej bloga! ♥
Zaczynamy! Dajcie znać co myślicie. ;)
___________________________________________________________________
Za każdym razem, kiedy zawodnicy wchodzą na lód, publika szaleje. Wszyscy klaszczą, krzyczą, gwiżdżą. A później zapada sekundowa cisza. Publika się uspokaja. Można mieć wrażenie, że wszyscy wstrzymują oddech.
Tak też było i tym razem, cisza napierała na jego bębenki uszne, mocniej niż najgłośniejszy krzyk. Serce obijało się o jego żebra. Starał się uspokoić oddech.
Kobieta, która była obok niego, wyczuła jego nerwy. Zbyt dużo czasu ze sobą przebywali. Zbyt dobrze się poznali. Teraz bez problemu mogli wyczuć swój nastrój, nawet na siebie nie patrząc. Poczuł, że dłoń, którą trzymał, delikatnie ścisnęła jego palce. "Będzie dobrze", mówiła to chyba tysiące razy. Spojrzał na nią i zobaczył, że się uśmiecha. Mrugnęła do niego i poczuł się znacznie lepiej. Rozluźnił się i wziął głęboki oddech. Co mogło pójść nie tak? Ćwiczyli wszystko setki razy. Znali wszystko na pamięć. Nie było żadnego powodu, żeby się martwić.
Wziął jeszcze jeden głęboki oddech i spojrzał przed siebie.
Tuż przed nim, na widowni siedział on. Wpatrywał się w niego swoimi zimnymi oczami. Na jego ustach widniał przyjacielski uśmiech, ale w jego oczach było ostrzeżenie. Ich spojrzenia się spotkały. Mężczyzna na widowni lekko przechylił głowę, jakby się nad czymś zastanawiał.
Przełknął ślinę z trudnością, czując w gardle ogromną gulę. Było mu niedobrze. Odwrócił wzrok i wczuł się w nastrój kobiety, która stała tuż koło niego. Była spokojna. Wziął jeszcze jeden głęboki oddech.
Za każdym razem, tuż przed początkiem, zapada sekunda ciszy. Wszyscy wstrzymują oddech. Zupełnie, jak przed skokiem do wody, głową w dół. Dokładnie sekunda dzieli człowieka przed uderzeniem w taflę wody. Tak samo było teraz. Tylko sekunda. A później rozbrzmiały pierwsze tony muzyki i wszystko dookoła zniknęło. Nie liczyło się nic. Mężczyzna na widowni. Publika. Trener. Sędziowie.
Tylko ona.
Kobieta w jego ramionach.

niedziela, 14 lutego 2016

My Funny Valentine

Tak naprawdę to "My Funny Valentine", nie jest one-shot'em, tylko częścią dłuższego opowiadania, którego nigdy nie skończyłam. Zmieniłam szczegóły, żeby wszystko trzymało się kupy. Mam nadzieję, że się spodoba, no bo czym byłyby Walentynki, bez Hayffie? ^^
"My Funny Valentine" to piosenka, która nie daje mi spokoju... No i Effie kocha Franka Sinatrę. ^^
(MUZYKA)
_______________________________________________________________
- Dobrze, zostawmy na razie ten taniec, mamy poważniejszy problem. Musicie się bardziej starać. Pokazywać, że jesteście zakochani do granic możliwości. - Effie stała przed Katniss i Peetą w przedziale, który służył im za salon. Wszystkie zbędne meble, zostały przesunięte pod ściany, żeby zrobić miejsce na "parkiet". W kącie stał odtwarzacz z którego płynęła wolna muzyka.
Oboje patrzyli na nią, jakby nic nie zrozumieli. Zbliżała się wizyta w Ósmym Dystrykcie. Wieczorem odbędzie się bankiet i wszystkie oczy i kamery, będą zwrócone w stronę dwójki zwycięzców. To oznaczało, że będą musieli tańczyć, a Katniss miała dwie lewe nogi.
Haymitch zaczynał współczuć chłopakowi, ponieważ widział, jak Katniss depcze mu po palcach.
Cinna i Portia siedzieli na jednej z kanap, które zostały podsunięte pod ścianę. On sam siedział na fotelu w drugim kącie, obserwując całe zdarzenie i czasami wtrącając swoje rady.
- Ale jak? - odezwała się Katniss - Nigdy nie byłam "zakochana do granic możliwości". Co mam robić?
- Nie odsuwaj się od niego za każdym razem, kiedy stara się przedłużyć pocałunek. - wtrącił się Haymitch.
Dziewczyna na niego spojrzała jak na wariata. Haymitch nie mógł jej winić - w końcu nic nie czuła do Peety, albo tak twierdziła, bo Haymitch nie był do końca o tym przekonany. Ale wszyscy teraz mieli przez to problemy i jeśli nie przekonają ludzi w dystryktach, że naprawdę się kochają... Cóż, to oznaczało kłopoty.
- Na przykład! - powiedziała Effie, zgadzając się z Haymitchem. - Odskoczyłaś od niego, ostatnim razem w Dziewiątce. I wszyscy to widzieliśmy, a skoro my to widzieliśmy, to znaczy, że całe państwo to widziało.
- To była moja wina. - powiedział Peeta. - Nie powinienem był...
- Włożył mi język do buzi. - przerwała mu dziewczyna. Haymitch miał ochotę zacząć walić głową o ścianę. Miał też ochotę ją udusić.
- Następnym razem, postaraj się cieszyć z pocałunku. - powiedział, starając się brzmieć spokojnie, co było naprawdę trudne.
Katniss westchnęła i usiadła na wolnej kanapie. Peeta usiadł razem z nią, bo jakżeby inaczej. Dziewczyna skrzyżowała ręce na piersi i wpatrywała się w nich spode łba.
- Macie być zakochani. - wtrącił cicho Cinna. - Zakochani korzystają z każdej okazji, żeby być blisko siebie.
- Żywy dowód. - Effie wyciągnęła rękę, wskazując na Cinnę i Portię, którzy momentalnie zamarli.
Siedzieli tak blisko siebie, że Portia prawie siedziała mu na kolanach. Ramię Cinny spoczywało na oparciu kanapy, tuż za głową Portii, a jego palce wędrowały w górę i w dół jej szyi. Haymitch był pewny, że mężczyzna, nie był tego nawet świadomy.
- Musicie być bardziej... Razem. - powiedziała Effie.
- Effie - westchnął Peeta. - Jesteśmy ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jak możemy być bardziej razem?
- Cóż... - zająknęła się, a Haymitch stwierdził, że ma już tego dosyć. Wstał i podszedł do miejsca w którym stała Effie. Stanął tuż obok niej; spojrzała na niego, lekko unosząc pytająco brwi. Katniss i Peeta wyglądali na zbitych z tropu. Postanowił, że trzeba nauczyć te dzieciaki kilku przydatnych rzeczy. A Effie była akurat pod ręką.
- Musisz ją obejmować. - odezwał się Haymitch, obejmując Effie jedną ręką w talii i przyciągając ją do siebie. - Kiedy mówisz, patrz na nią, jakbyś nie widział świata poza nią. - spojrzał na Effie, a ona na niego. Widział, że pod warstwą pudru się zaczerwieniła. Uśmiechnął się kącikiem ust. To było wyzwanie, a Effie Trinket nigdy nie przepuszczała rzuconego jej wyzwania.
Kątem oka zobaczył, że Portia i Cinna wymieniają złośliwe uśmieszki. Dwójka stylistów od początku rzucała komentarze na temat Effie i Haymitcha. Działało mu to na nerwy, bo byli trochę za bardzo spostrzegawczy. On i Effie nie byli parą, ale nie byli też tylko przyjaciółmi. Nigdy jednak o tym nie rozmawiali. Zawsze wychodzili ze swoich pokojów, tak szybko jak skończyli i udawali, że nic się nie stało. Jednak od jakiegoś czasu, cała sytuacja stała się bardziej skomplikowana. Haymitch nie wychodził już z jej pokoju w takim pośpiechu. Zdarzało mu się, że nawet z nią zasypiał. Przerażało go to. Wiedział, że nie może pozwolić, żeby to zaszło za daleko, ponieważ rebelia miała wybuchnąć już niedługo. Jeśli ktoś by się dowiedział, że Effie i on... To było niebezpieczne. Ale i tak miał tą głupią świadomość, że już za późno. Nigdy nie rozmawiali o uczuciach, ale oczywiste było to, że Effie coś do niego czuła. I przez bardzo długi czas, Haymitch myślał, że on nie czuje nic a nic. Teraz nie był już tego taki pewny.
Poczuł jak ręka Effie delikatnie go obejmuje w pasie. Zupełnie jakby była niepewna, jak zareaguje na takie "okazywanie uczuć". Kiedy zobaczyła, że nic z tym nie robi, a nawet się uśmiecha, rozluźniła się i zrobiła się bardziej pewna siebie. Objęła go mocniej.
- Połóż głowę na jego ramieniu. - Wtuliła swoją głowę w jego ramię. Poczuł zapach lakieru do włosów, który unosił się z jej złotej peruki. - Nie tak jakbyś była śpiąca. Bardziej, żeby pokazać, że jego bliskość sprawia ci przyjemność.
- Wróćmy jeszcze na chwilę do całowania. - wtrąciła się Portia i Haymitch słyszał po samym głosie, że uśmiecha się szeroko. Dobrze wiedział do czego zmierzała. - To nie takie trudne udawać, że podoba ci się pocałunek, prawda Effie?
- Prawda. - odpowiedziała. W jej głosie była ostrzegawcza nuta. Portia uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
- Może moglibyście zaprezentować? - powiedział Cinna, szybko łapiąc o co chodzi jego partnerce. - Jestem pewien, że Katniss będzie łatwiej, jeśli zobaczy na własne oczy o co ci chodzi. - Spojrzał na Katniss, a ta się uśmiechnęła.
- Tak. - powiedziała szybko, kiwając głową - Potrzebuję prezentacji. - Świetnie, pomyślał Haymitch. Czyli teraz nawet dzieciaki nie dadzą im spokoju.
- W takim razie, czemu wy tego nie zaprezentujecie? - zapytał Haymitch, odwracając się do Cinny i Portii.
- Ponieważ my nie musimy udawać. - powiedziała Portia. - A skoro wy nie jesteście w związku, ani nigdy wcześniej się nie całowaliście, to będzie naprawdę udawane. Effie, nigdy nie całowałaś Haymitcha, prawda?
- Oczywiście, że nie. - skłamała nawet nie mrugając powieką.
- W takim razie załatwione. - powiedział Peeta.
Wymienili spojrzenia z Effie. W jej niebieskich oczach było pytanie, a jego jedyną odpowiedzią było uniesienie jednej brwi i drwiący uśmiech. Westchnęła, rozumiejąc go lepiej, niż ktokolwiek inny.
- Dobrze. - powiedziała, odwracając się do Katniss i grożąc jej palcem. - Ale jeśli ci udowodnię, że to nic trudnego, to nie będziesz więcej narzekać i wrócimy do tańca. I będziesz się starać.
- Przekonaj mnie. - powiedziała dziewczyna, uśmiechając się wyzywająco.
Effie odwróciła się do Haymitcha, który wciąż ją obejmował z drwiącym uśmieszkiem na ustach. Z jej ust nie znikał przyjazny uśmiech, ale jej oczy ciskały pioruny, jakby chciała mu przypomnieć, żeby nie próbował robić niczego niewłaściwego, bo źle to się dla niego skończy. Stali tak blisko siebie, że wystarczyło tylko, żeby lekko przybliżyła swoją twarz do jego. Jej dłoń dotknęła jego policzka, kciukiem przejechała po jego dolnej wardze. Haymitch nie spuszczał wzroku z jej niebieskich tęczówek.
Przybliżyła swoją twarz do jego i ich wargi się o siebie otarły kilka razy. A chwilę później pogłębiła pocałunek otwierając usta. Objęła jego szyję. Haymitch przyciągnął ją jeszcze bliżej do siebie. Czuł dziwną sensację w żołądku, której nie chciał analizować w tym momencie. Kiedy jego dłoń zsunęła się trochę za nisko po jej plecach, trzepnęła go w ramię.
- Nie przeginaj. - wymamrotała w jego usta. Jeszcze raz go pocałowała, po czym odsunęła się i spojrzała na Katniss. Poczuł chłód, kiedy nie czuł jej ciała blisko swojego.
Chcąc nie chcąc, też odwrócił wzrok i starał się nie wyglądać jak ktoś, kto właśnie przeżył jeden z lepszych pocałunków w życiu. Choć byli kochankami - całowali się tylko kilka razy i za każdym, pod wpływem emocji.
Peeta i Katniss wyglądali na obrzydzonych i pod wrażeniem jednocześnie.
- No i? - zapytała Effie zakładając ręce na piersi.
- Trochę straszne. - powiedział Peeta. - Nie róbcie tak więcej.
- Katniss?
Dziewczyna patrzyła na nią, a Haymitch był pewien, że nie znalazła żadnego dobrego argumentu, bo po chwili westchnęła ciężko i spuściła wzrok.
- Będę się starać. - mruknęła.
Effie uśmiechnęła się szeroko. Kątem oka widział, jak Cinna i Portia wymieniają wymieniają znaczące spojrzenia. Zaczynało go to irytować.
- W takim razie, wracamy do tańca. - powiedziała Effie, klaszcząc w dłonie.
- A może mały konkurs? - zapytała Portia. - Też mam ochotę potańczyć. Haymitch, co ty na to? Ja i Cinna, kontra ty i Effie. Katniss i Peeta mogą popatrzeć i ocenić, komu poszło lepiej.
- Nie tańczę. - powiedział Haymitch, a Portia tylko się wyszczerzyła.
- Marny z ciebie kłamca. Sama widziałam, jak tańczyliście na przyjęciu na zakończenie igrzysk.
Haymitch wpatrywał się w nią, zgrzytając zębami. Kobieta mrugnęła do niego z ogromnym, złośliwym uśmiechem na ustach. Nie wiedział co go podkusiło, ale koniec końców westchnął i spojrzał na Effie. Wyglądała na zaskoczoną.
Cinna puścił muzykę trochę głośniej i wyciągnął rękę do Portii. Chwilę później już kręcili się po pokoju, śmiejąc się jak para nastolatków. Haymitch i Effie byli wolniejsi. Ujął jej dłoń i przyciągnął do siebie, tak że stykali się klatkami piersiowymi. Drugą rękę położył nisko na jej plecach. Dłoń Effie wylądowała na jego karku. Jej palce zaczęły bawić się jego włosami.
Nie spuszczali z siebie wzroku i Haymitch przez chwilę pożałował, że trzymał ją tak blisko. Było mu zdecydowanie zbyt gorąco. W kąciku jej ust czaił się uśmiech.
- Pamiętasz, że mieliśmy tańczyć, prawda? - wyszeptała tak cicho, że tylko on mógł ją usłyszeć. Zdał sobie sprawę, że wciąż stali w miejscu. Uśmiechnął się i chwilę później kołysali się dookoła pokoju w rytm muzyki. Przez te kilka minut, podczas których kręcili się po pokoju, Haymitch zapomniał o obecności pozostałych. Liczyła się tylko Effie i to jak jej ciało pasowało idealnie do jego ramion. Musiała myśleć o czymś podobnym, bo uśmiechnęła się do niego czule, a Haymitch poczuł, jak coś ciepłego formuje się w jego żołądku.
***
Ubrany w czarny garnitur, siedział przy jednym ze stolików, które były porozstawiane dookoła parkietu w Pałacu Sprawiedliwości w Ósemce. W dłoni trzymał szklankę z whiskey, ale nie pił. Za bardzo był zajęty obserwowaniem Effie, która tańczyła z jednym z asystentów Paylor. Na widok dłoni mężczyzny, które spoczywały na jej ciele, poczuł coś co dziwnym sposobem przypominało zazdrość. Miał wielką ochotę pójść tam i pokazać temu palantowi, gdzie jest jego miejsce.
Nagle ktoś odsunął krzesło obok niego. Kiedy oderwał wzrok od Effie, zobaczył, że była to Cecelia. Zwyciężczyni z Ósemki. Uśmiechnął się na jej widok.
- Nikt ci nie mówił, że to nieładnie się tak gapić, Haymitch? - zapytała z przyjaznym uśmiechem.
Cecelia nie miała więcej niż trzydzieści parę lat. Była łagodną osobą i Haymitch darzył ją sympatią.
- Ktoś, coś wspominał. - mruknął, mrugając do niej. Upił łyk whiskey ze swojej szklanki.
- Naprawdę, powinieneś tam iść i poprosić ją do tańca.
- Ktoś tutaj rozmawiał z Chaffem, co? - zapytał parkając śmiechem.
- Może. - również się zaśmiała. - Idź. Zanim ktoś inny cię uprzedzi.
Nie dając mu czasu na odpowiedź, wstała i odeszła. Śledził ją wzrokiem i zobaczył, jak podchodzi to trójki dzieci w różnym wieku. Cecelia była jedyną Zwyciężczynią, która założyła rodzinę po swoich igrzyskach. Nikt inny, nigdy tego nie zrobił.
Chcąc nie chcąc, wziął sobie jej radę do serca. Wstał, odkładając szklankę na stolik. Przeszedł przez parkiet i dotarł do Effie, akurat w momencie, kiedy skończyła się jedna piosenka i zaczęła się inna, wolniejsza, bardziej romantyczna. Klepną mężczyznę w ramię, starając się zrobić to delikatnie.
- Można? - zapytał, chociaż tak naprawdę nie czekał na odpowiedź. Od razu zajął miejsce faceta.
Co dziwniejsze, Effie nawet mu nie powiedziała, że było to nieuprzejme. Kiedy objął ją w talii i przyciągnął do siebie, ona tylko objęła ramionami jego szyję. Znów byli za blisko i znów poczuł, że jest mu gorąco, ale nie odsunął się od niej. Czuł jak przeskakuje jakaś iskra, tak jak za każdym razem, kiedy tańczyli. Miał wrażenie, że świat zwalnia. Że dookoła nich nie ma nikogo innego.
- Masz wyczucie. - powiedziała z uśmiechem. - Uwielbiam tą piosenkę.
- W takim razie, może powinienem pozwolić ci zatańczyć z kimś innym? - zapytał i nie mógł przestać myśleć o asystencie Paylor z którym tańczyła wcześniej.
- Nie wygłupiaj się. - trzepnęła go w ramię. - Jest idealnie.
W jej oczach tańczyły iskierki i Haymitch nie mógł się powstrzymać od uśmiechu. Miał świadomość tego, że to co robili było niebezpieczne. Byli w miejscu publicznym. Nagrywani przez ekipy filmowe. Każdy mógł ich zobaczyć. A skoro tyle osób z ich otoczenia widziało, że coś między nimi jest... Skoro nawet Cecelia z którą nie miał za dużo kontaktu mogła to zobaczyć, to oznaczało, że równie dobrze wszyscy mogli to zobaczyć.
A jednak... Nie potrafił się zmusić, żeby od niej odejść. Żeby zakończyć to coś między nimi. Był samolubny.
Effie oparła głowę na jego ramieniu.
- Chciałeś kiedyś, żeby jakaś chwila trwała wiecznie? - wyszeptała tuż przy jego uchu, tak że tylko on mógł ją usłyszeć.
Każdy jego nerw krzyczał, żeby odejść jak najszybciej, a jednak jedyne co zrobił, to przytulił ją mocniej do siebie.
- Dzisiaj nawet dwa razy. - odpowiedział, uśmiechając się drwiąco. Jednak ten uśmieszek był tylko grą. Podniosła głowę z jego ramienia, żeby na niego spojrzeć. Patrzyła mu prosto w oczy, jakby czegoś w nich szukała. Chyba znalazła to czego szukała, bo uśmiechnęła się czule. Miał ochotę ją pocałować, żeby znów poczuć jej usta na swoich.
- To jest nas dwoje. - powiedziała, całując go krótko w policzek. Nie było to nic więcej, jak tylko cmoknięcie, a jednak poczuł gorąco w miejscu w którym jej usta, zetknęły się z jego skórą.
Poczuł, że tonie. Że jest bezsilny. A wszystko za sprawą osoby, której powinien nienawidzić. Uczucia mają niezłe poczucie humoru, pomyślał.

sobota, 13 lutego 2016

Can't Help Falling In Love

Kolejny one-shot, który napisałam dla kogoś. Tym Robaczkiem jest Lynn, która bardzo mi pomogła, tworząc grafikę do nowego FF. - Jeszcze raz, wielkie dzięki! ♥
Było mi trochę trudno napisać coś z perspektywy dwunastoletniej Effie, bo czułam się odmóżdżona jej nieświadomością tego co się naprawdę dzieje podczas Igrzysk. Nie jest to dobre opowiadanie. Nie miałam weny, żeby napisać coś lepszego, więc mam nadzieję, Lynn, że mi wybaczysz.
Przepraszam, że jest takie krótkie. Jutro dla odmiany będzie długo! ^^
________________________________________________________________________________
Głodowe Igrzyska były największym wydarzeniem w roku. A w tym szczególnym roku, całe zdarzenie było nawet jeszcze bardziej ekscytujące. Wszystko dlatego, że był to rok Ćwierćwiecza Poskromienia. Co każde dwadzieścia pięć lat, miały miejsce specjalne Igrzyska. Effie nie mogła się doczekać, żeby móc zobaczyć, dlaczego wszyscy są aż tak podekscytowani. Wszyscy w jej szkole mówili tylko o tym.
Dlatego kiedy przyszedł dzień Dożynek, Effie razem ze swoją rodziną usiadła przed telewizorem i oglądała, jak nie dwoje, ale czworo dzieci z każdego dystryktu zostało wybranych, aby móc zmierzyć się w walce o sławę i chwałę. Jej matka oczywiście obstawiała kogoś z Dwójki lub Czwórki. Jej ojciec, zazwyczaj nie wygłaszał swojej opinii, wolał się nie wtrącać w sprawy związane z Igrzyskami. Effie nie rozumiała dlaczego, przecież była to najlepsza rozrywka w ciągu całego roku.
Tegoroczne Dożynki straszliwie się dłużyły, jako, że liczba trybutów została podwojona, więc kiedy nadszedł czas ostatniego dystryktu, Effie była już trochę znudzona. Dystrykt Dwunasty i tak nigdy nie wygrywał. Był to najbiedniejszy dystrykt. Cecilia, opiekunka tego dystryktu, wywołała kolejno dwie dziewczyny. Jedna z nich wyglądała na dwunastolatkę, to znaczy, że była w wieku Effie. Druga z dziewcząt, była starsza - szesnaście lat, prawdopodobnie. Dziewczyna miała zacięty wyraz twarzy. Wyglądała na zezłoszczoną. Zupełnie, jakby się nie cieszyła, że może wystąpić w telewizji.
Następni byli chłopcy i Effie już naprawdę chciała wrócić do swojego pokoju. Wiedziała jednak, że nie może. Jej matka byłaby niezadowolona, gdyby Effie wyszła wcześniej. Dlatego siedziała, prawie nie zwracając uwagi na to co dzieje się na ekranie, myślami będąc przy najnowszych plotkach, które krążyły po jej szkole.
Na pierwszego chłopca, który wszedł na scenę, nawet nie zwróciła uwagi. Wiedziała tylko tyle, że płakał. Natomiast drugi chłopiec...
- Haymitch Abernathy. - powiedziała Cecilia, czekając aż wyczytany wejdzie na scenę.
Chłopak był wysoki, ale nie miał więcej niż szesnaście lat. Wyglądał dumnie. Zupełnie inaczej niż reszta trybutów z jego dystryktu. Wszedł na scenę wyprostowany z podniesionym czołem. To dlatego Effie zwróciła na niego uwagę. A przynajmniej tak chciała myśleć, ponieważ według niej, wygląd u mężczyzn to nie wszystko. Chociaż prawda była taka, że ten chłopak, był przystojny. Oliwkowa karnacja, ciemne włosy, które wpadały mu w oczy, wystające kości policzkowe... A kiedy kamera zrobiła zbliżenie na jego twarz, Effie zobaczyła, że chłopak ma niesamowite, szare oczy.
Poczuła, że się czerwieni, nie za bardzo wiedząc dlaczego. W brzuchu coś się jej przewróciło, ale nie było to złe uczucie. Raczej coś miłego. Ciepłego. Chyba właśnie znalazła swojego faworyta. To jemu będzie kibicować.
Kilka dni później, kiedy trybuci przyjechali do miasta, Effie starała się namówić matkę, żeby pozwolili jej iść na stację, żeby móc ich zobaczyć. W rzeczywistości chciała zobaczyć tylko jednego z nich. Młodego, szarookiego boga. Jej matka się nie zgodziła. Powiedziała, że jest za młoda.
Kiedy przyszedł czas wywiadów, nie mogła się już doczekać, żeby tylko go zobaczyć. Przetrwała w spokoju wywiady wszystkich dystryktów, ale w środku krzyczała, żeby się pospieszyli. Naprawdę, tegoroczna liczba trybutów, zaczynała jej działać na nerwy.
Ale oto, godzinę po rozpoczęciu wywiadów, wszedł na scenę. Ubrany w szary garnitur z lekko drwiącym uśmieszkiem na ustach. Na sam jego widok zaczął ją boleć brzuch. Nie zdawała sobie sprawy, że się uśmiecha, dopóki jej siostra nie rzuciła jej zdziwionego spojrzenia. Momentalnie pozbyła się uśmiechu.
Haymitch był czarujący i uroczy. Idealnie dogadywał się z Caesarem, nowym, młodym prowadzącym. Żartowali ze sobą, jakby byli starymi, dobrymi znajomymi.
A później wywiad się skończył.
Effie każdego wieczora, odkąd zaczęły się Igrzyska, zasypiała z uśmiechem na ustach, wcześniej wpatrując się w zdjęcie, które wycięła z gazety. Był to portret Haymitcha, do którego pozował zaraz po przybyciu do Kapitolu. Każdy trybut miał takie zdjęcie.
I nadszedł dzień Igrzysk. Już podczas pierwszych dziesięciu minut, zginęła prawie większość uczestników. Effie wpatrywała się w ekran, bojąc się, że zobaczy gdzieś Haymitcha, leżącego na ziemi. Jednak nigdzie go nie widziała. Odetchnęła z ulgą. Nie zginął.
Te Igrzyska nie były za bardzo krwawe. W dziejach Igrzysk zdarzały się naprawdę bardziej urozmaicone areny. Ta była zwykłym lasem, łąką pełną kwiatów, a niedaleko widać było górę. Jednak to nie oznaczało, że nie było ciekawie. Wszystko działo się naprawdę szybko. Przy takiej liczbie zawodników, trudno się było dziwić.
Trzeciego dnia, wszystko wskazywało na to, że Igrzyska dobiegają końca. Haymitch był trochę podrapany, ale nie miał żadnych poważniejszych ran. Sprzymierzył się z dziewczyną ze swojego dystryktu, jednak kiedy kamera ich pokazała, właśnie się kłócili, stojąc nad urwiskiem. Po chwili stwierdzili, że lepiej będzie się rozdzielić. Maysilee nie odeszła kilkanaście metrów, kiedy zaatakowały ją ptaki. Zanim jeden z nich przeszył jej gardło, wydała z siebie wysoki krzyk. Haymitch nie zastanawiał się dwa razy. Po prostu pobiegł w stronę z której dobiegł go krzyk jego koleżanki.
Kiedy dotarł na miejsce, jego Maysilee leżała na ziemi, otoczona kałużą krwi. Haymitch siedział z nią, aż nie zabrzmiał wystrzał z armaty, który oznaczał, że kolejny zawodnik zginął.
Nagle znikąd pojawił się kolejny trybut. Trzymał w dłoni siekierę. Komentator właśnie mówił o tym, że Haymitch i ten chłopak, zostali ostatnimi żyjącymi zawodnikami. Haymitch miał ze sobą nóż, ale w porównaniu z siekierą niewiele to dawało.
Effie wstrzymała oddech, kiedy chłopak zamachnął się na Hymitcha i siekiera trafiła go w brzuch. Nie wiedziała, że to ona krzyknęła, dopóki jej matka nie powiedziała "Euphemia!", karcącym głosem. Przeprosiła, ale nie odrywała wzroku od ekranu. Haymitch dźgnął chłopaka nożem i dzięki temu zyskał kilka minut przewagi.
Uciskając otwartą ranę na brzuchu i starając się nie upuścić własnych wnętrzności, biegł tak szybko, jak tylko mógł w stronę urwiska. Jednak zawodnik z Dwójki go dogonił, Haymitch nie miał już dokąd uciec. Jedyną drogą był skok z urwiska. Chłopak zdawał sobie z tego sprawę i z uśmiechem się zamachnął po czym wyrzucił siekierę w stronę Haymitcha. Ten w ostatniej chwili się uchylił i siekiera spadła w przepaść. Chłopak z Dwójki zbliżał się do Haymitcha, a Effie nie mogła na to patrzeć. Po raz pierwszy bała się o jakiegoś trybuta.
Zanim chłopak mógł znowu zaatakować, siekiera wróciła jak bumerang i trafiła go w pierś, powalając go na ziemię. Rozległ się wystrzał.
- Biedny dzieciak. - usłyszała swojego ojca. Patrzył na Haymitcha ze współczuciem. Jej matka spojrzała na niego ostrzegawczo. Effie nie miała pojęcia o co chodziło, ale nawet się tym nie przejmowała. Liczyło się to, że Haymitch wygrał! Nie mogła w to uwierzyć.
Właśnie wtedy, w tamtym momencie, postanowiła sobie, że któregoś dnia zostanie opiekunką jego dystryktu. I któregoś dnia Haymitch się w niej zakocha.
___________________________________________________________________________
+ Jeśli ktoś znalazł jakiś błąd - pisać! 

piątek, 12 lutego 2016

Ogłoszenia parafialne! ♥

Miałam dzisiaj coś dodać, ale nie mam za bardzo czasu. Tylko teraz na szybko weszłam, żeby powiedzieć, że jutro pojawi się jeszcze jeden one-shot, który napisałam dla Lynn, w niedzielę będzie obiecany Bonus Walentynkowy, a w poniedziałek/wtorek (obstawiam wtorek).... TAK! "Zimowa Opowieść" proszę państwa! ♥ Nie mogę się doczekać, żeby się dowiedzieć czy Wam się spodoba czy nie. ^^ To w sumie tyle... A nie! Chwila! Posty z jutra i z niedzieli, będę publikowała pod wieczór. Najpóźniejsza godzina to 19 lub 20.
Ok, teraz już wszystko. :D

wtorek, 9 lutego 2016

Too Much Tequila.

Okej, więc kiedy pisałam tego one-shot'a, byłam w stanie... "typowego Haymitcha", więc bardzo przepraszam, jeśli coś jest nie tak. ;D I między innymi, dlatego jest taki krótki. Czuję, że nie wyszło najlepiej, ale mogłam się tego spodziewać. Alkohol nie działa dobrze na myślenie. ^^
Obiecałam #tributeD7 one-shot z Johanną, za to, że podzieliła się ze mną wspaniałą piosenką (teraz mam obsesję, więc wielkie dzięki xd).
Obiecałam, że dodam to zaraz po skończeniu "Alternatywnego Ćwierćwiecza", tak więc... Oto rezultat mojej pracy.
+ Dodałam Hayffie, bo nie umiałam się skupić na samej Johannie.
Miłego czytania! (MUZYKA
_______________________________________________________________________
Effie nie miała pojęcia, jak to się stało, że znalazła się razem z Annie, Katniss i Johanną w salonie domu Mellark'ów. Ostatnie co pamiętała, to to, że były w barze, grały w bilard i razem z Johanną kłóciły się o to, która z nich oszukiwała. Zupełnie jak za dawnych czasów. Haymitch i Peeta niańczyli małego Finnicka, a raczej Peeta się nim opiekował, podczas gdy Haymitch starał się być jak najdalej od dziecka. Było lato, które było niesamowicie gorące, jak na Dwunastkę. Annie i Johanna postanowiły zrobić sobie wakacje, a Effie była zbyt spragniona babskiego wieczoru, żeby odmówić przebywania z Johanną w jednym pomieszczeniu.
Były tylko dwie rzeczy co do których Effie i Johanna się ze sobą zgadzały: tequila i bilard. Dlatego wieczór upływał im na piciu i graniu. W jednej chwili były w barze, a następne co Effie pamiętała to to, że siedziały już w salonie, przy kominku, z butelką czerwonego wina.
Annie zajęła fotel, na którym zwinęła się w kłębek. Tylko chwila dzieliła ją od zaśnięcia. Katniss położyła się na kanapie i zakryła oczy ramieniem. Effie widziała, że usta dziewczyny się ruszają, co znaczyło, że coś mówiła, ale nie mogła wychwycić sensu jej słów. Ona sama z Johanną, usiadły na podłodze, tuż przy kominku. Z całej grupy, to one wypiły najwięcej i Effie czuła, że powoli zaczyna się jej kręcić w głowie. Zazwyczaj się nie upijała. Potrafiła przestać w momencie, w którym była na lekkim rauszu, ale tego wieczora trochę przesadziła. A najgorsze było to, że doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
- ... podobałaś mu się. - usłyszała głos Katniss. Mówiła do Johanny, która przez cały wieczór flirtowała z mężczyzną w barze.
- I co z tego? - zapytała Jo, pociągając zdrowy łyk wina, prosto z butelki. Effie pomyślała, że dziewczyna za dużo czasu przebywała z Haymitchem podczas Igrzysk.
- W domu poznała pewnego rybaka. - mruknęła cicho Annie, ledwo znajdując siłę, żeby otworzyć oczy.
- Nieprawda! - rzuciła Johanna, posyłając jej mordercze spojrzenie.
- Prawda. - powiedziała Annie, uśmiechając się lekko. - Jest słodki.
- Dlaczego nic nie mówiłaś? - odezwała się Effie, nie do końca pewna, dlaczego się wtrąca. Była zbyt zmęczona i zbyt pijana. Jedyne czego chciała, to wrócić do domu i położyć się w łóżku, tuż obok Haymitcha.
- Na pewno będę ci się zwierzać, Trinket. - parsknęła Johanna. - Nie kumpluję się z kapitolińskimi zdzirami.
- Jo... - głos Katniss brzmiał jak ostrzeżenie. Effie była przyzwyczajona do wyzwisk ze strony Mason.
- To, że Haymitch zrobił z ciebie swoją zabawkę, nie znaczy, że muszę cię tolerować. - ciągnęła Johanna.
- Nie jestem jego zabawką.
- Jasne...
- I co z tym rybakiem? - wtrąciła się Katniss, wiedząc, że szykowała się kolejna kłótnia. Z alkoholem czy bez, nigdy nie przepuściły okazji, żeby się pokłócić.
- Jest niezły. - Johanna wzruszyła ramionami z obojętną miną i znów wzięła łyk wina.
- Podoba ci się? - naciskała dziewczyna. Jo spojrzała na nią, jak na idiotkę.
- Jest niezły. - powtórzyła. - Tobie też nie mam zamiaru się zwierzać, bezmózgu.
- Podoba jej się. - powiedziała Annie. Wyglądała, jakby miała za chwilę zasnąć. - Paul codziennie przynosi jej kwiaty.
- Mięczak. - mruknęła Johanna, ale w kąciku jej ust pojawił się uśmiech.
- Przestań. Przecież wiesz, że ci się podoba. - Annie zachichotała. - Codziennie na niego czekasz.
- Nieprawda! Jest zbyt miękki. Nie jestem typem kwiatów i czekoladek.
- Na pewno. - zaśmiała się Effie.
- A co ty o tym wiesz? - śmiech Johanny miał w sobie coś złowieszczego. - Wszystkie dobrze wiemy, jak bardzo Haymitch jest romantyczny.
- Potrafi być. Kiedy chce. - powiedziała Effie, odbierając jej butelkę bez pytania, co było bardzo nieuprzejme, ale nie dbała o to w tej chwili. Nie dbała nawet o to, że nigdy nie piła z tej samej szklanki, czy jak w tym wypadku - z butelki, co ktoś inny. Wypiła łyk wina, czując przyjemne ciepło i wiedziała, że rano będzie tego żałować.
Haymitch potrafił być romantyczny. Na swój sposób. Mieszkała z nim już od roku i co jakiś czas pokazywał, że potrafił być romantyczny. Nie przynosił jej kwiatów i czekoladek, ale nawet tego od niego nie oczekiwała. To nie było w jej stylu. Wiedziała, że jego uczucia do niej, nie są przyjacielskie. Przyjaciele ze sobą nie sypiają. Nie skradają sobie całusów. Nie patrzą na siebie w taki sposób, w jaki on patrzył na nią. Mówił jej, że wygląda pięknie, wtedy gdy nosiła jego flanelową piżamę. Przytulał ją mocno i tak, jakby to miał być ostatni raz. Haymitch przytulał najlepiej.
- Peeta jest romantyczny. - powiedziała nagle Katniss. Jej relacja z chłopakiem, trochę się zmieniła. Zrozumiała, że jej uczucia do niego, nie były jedynie przyjacielskie.
- Gratuluję refleksu. - mruknęła Johanna, wyrywając butelkę z dłoni Effie.
Zapadła cisza, podczas której Effie wpatrywała się w ogień w kominku. Johanna wydawała się pogrążona w myślach.
Było widać, że Paul, kimkolwiek jest, naprawdę jej się podoba. Jednak Johanna była taka sama jak Haymitch. Spragniona miłości, ale zbyt dumna, żeby się do tego przyznać. Effie z całego serca życzyła jej, żeby znalazła siłę, aby pokazać rybakowi, co do niego czuje. Należała jej się chwila wytchnienia, relaksu. W końcu dwadzieścia cztery godziny na dobę, opiekowała się Annie i małym Finnickiem. Potrzebowała kogoś jeszcze. Kogoś, przy kim mogłaby poczuć się kochaną.
Kiedy Annie zasnęła na fotelu, postanowiły, że czas zakończyć spotkanie. Effie wstała z podłogi, czując się niepewnie na własnych nogach. Kręciło się jej w głowie. Miała wrażenie, że pokój wiruje. Jak przeszła drogę od domu Katniss i Peety, do Haymitcha? Nie miała pojęcia. Kiedy weszła, zamykając za sobą drzwi, usłyszała przyciszone głosy w salonie. Trzymając się ściany, przeszła przez korytarz i stojąc w drzwiach salonu, ujrzała Haymitcha i Peetę, siedzących w fotelach przy kominku i małego Finnicka, zwiniętego w kłębek na kanapie, przykrytego kocami.
- Już po imprezie? - zapytał Haymitch, kiedy ją zobaczył. Pokiwała głową, niezdolna do wypowiedzenia jednego słowa. Podeszła do fotela na którym siedział, żeby usiąść na podłokietniku, jednak zamiast tego, skończyła siedząc na jego kolanach, z twarzą wtuloną w jego szyję.
- Wszystko w porządku? - usłyszała Peetę. Był zaniepokojony.
- Tak. - odpowiedział Haymitch. Słyszała po jego głosie, że się uśmiecha. - Jest tylko pijana.
- Nie jestem. - wymamrotała.
- Jasne, nie jesteś. - westchnął.
- Jo znalazła chłopaka. - sama nie wiedziała dlaczego to powiedziała. - Annie, mówi, że jest słodki.
- Na pewno. - mruknął.
- Na mnie już czas. - usłyszała Peetę. - Zabiorę Finnicka ze sobą... Jesteś pewien, że wszystko w porządku?
- Taa, to nie jest pierwszy raz, kiedy się upiła razem z Johanną.
Nie usłyszała odpowiedzi, ale słyszała, jak Peeta wstaje z fotela i jakiś czas później, jak zamykają się drzwi.
- Dobra, czas do spania, skarbie. - Haymitch wstał, biorąc ją jednocześnie na ręce. Nie miała siły, żeby zaprotestować, żeby coś powiedzieć lub żeby po prostu cokolwiek zrobić.
Kiedy położył ją na łóżku, ściągnął jej buty i przykrył kołdrą, jedyne o czym myślała, to to, że Johanna zasługuje na szczęście. Ta myśl była dla niej tak dziwna, że nawet nie słyszała co Haymitch do niej mówił. A może już spała? Nie była pewna.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Alternatywne Ćwierćwiecze: Epilog

Postanowiłam, że dodam to dzisiaj, bo i tak jest króciutkie. No i żeby osłodzić Wam poniedziałek.
Po pierwsze, dziękuję wszystkim, którym chciało się czytać to opowiadanie. Czytanie Waszych komentarzy zawsze sprawia mi ogromną radochę! ♥
Nie jestem szczególnie zadowolona z tego całego opowiadania, bo mogłoby być o wiele lepsze, ale już nic z tym nie zrobię.
Chciałabym podziękować Aleksandrze, za to, że zawsze wysłuchiwała moich szalonych planów i pomysłów co do tego FF. ♥ I za długie rozmowy na temat Hayffie.
Po drugie, to nie jest koniec tego bloga, więc nie będę się tutaj rozczulać z jakimiś ckliwymi gadkami. Przed nami jeszcze sporo przygód z Hayffie, więc mam nadzieję, że ze mną zostaniecie.
Czytajcie, Robaczki.
_______________________________________________________________________
Cały dystrykt został odbudowany. Ludzie zaczęli wprowadzać się do nowych domów. Zaczęli żyć nowym życiem. Wszyscy chcieli zapomnieć o tym co się stało, chcieli po prostu żyć, nareszcie w pokoju. Bez Igrzysk. Bez Snowa. Bez strachu przed śmiercią głodową. I nareszcie mogli to zrobić.
Życie w Dwunastce toczyło się swoim spokojnym tempem. Minął rok od czasu zakończenia rebelii. Wszystko zaczęło się układać. Katniss i Peeta byli w otwartym związku. Prawdziwym związku. Starali się współpracować. Peeta otworzył piekarnię w mieście, Prim mu pomagała. Matka Katniss pracowała w nowej aptece. Haymitch nie budził się z krzykiem w środku nocy, nie pił - a raczej pił tylko kieliszek wina do obiadu. Nikt nie musiał go już przekonywać, że wszystko dzieje się naprawdę. A Effie... Effie była szczęśliwa, mogąc mieć całą swoją rodzinę razem. Bo właśnie tym byli. Nie drużyną. Byli rodziną, trochę rozbitą, ale kochali się nawzajem. I to się liczyło.
Haymitch i Effie często się kłócili. Kiedy coś im nie pasowało, po prostu wyrzucali to z siebie za jednym zamachem. Jednak tak często jak się kłócili, mieli też miłe chwile.
W przeszłości nie mieli zbyt dużo okazji, żeby chodzić na randki, oprócz tego pamiętnego dnia, kiedy Haymitch zabrał ją do "Paradise", żeby posiedzieć z nią na ławce pod drzewem. Dlatego teraz nadrabiali. Chodzili do piekarni Peety po ulubione, truskawkowe babeczki, które chłopak robił specjalnie dla Effie. Chodzili na spacery do lasu, na pikniki na Łące. Lub po prostu zalegali na kanapie, oglądając filmy.
Katniss i Peeta wyśmiewali się z nich, twierdząc, że to nienormalne, żeby w ich wieku zachowywać się jak para zakochanych nastolatków. Prim natomiast twierdziła, że to słodkie. Haymitch nie lubił, kiedy ktoś o nim mówił, że jest słodki, ale Effie musiała przyznać, że był. Rzadko jej mówił, że ją kocha, ale nie dbała o to. Potrafił to mówić, bez wypowiadania tych dwóch słów.
Nie tylko oni wiedli spokojne życie. W Czwórce, Annie i Finnick zostali szczęśliwymi, młodymi rodzicami. Effie prawie codziennie rozmawiała z Annie przez telefon. Kilka razy, razem z Haymitchem wybrali się do nich w odwiedziny.
Johanna wciąż była swoją czarującą osobą, ale z tego co Effie wiedziała od Annie, poznała bardzo przystojnego i miłego rybaka, który wyraźnie był nią zainteresowany.
Beetee i Wiress też utrzymywali z nimi kontakt.
Czas płynął. Mieli wzloty i upadki, ale... Kto ich nie miał?
Najważniejsze było to, że byli razem.
Że żyli.
Nareszcie byli szczęśliwi.

niedziela, 7 lutego 2016

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 24

Nie jestem do końca zadowolona z tego ostatniego rozdziału, ale lepiej już go nie napiszę. Zmieniałam go chyba trzy razy, więc mam nadzieję, że będziecie zadowoleni z końcowego efektu. ^^
______________________________________________________________________
Szybko się okazało, że Effie Trinket, rzeczywiście zawsze ma rację.
Katniss i jej drużyna przeżyli. Kiedy zobaczyli, jak Katniss pojawia się na jednym z nagrań, ktoś mógłby pomyśleć, że prezydent Coin była zawiedziona. Haymitch nie ufał tej kobiecie, miał złe przeczucie. Wyglądało na to, że wymienili Snowa na Coin. Teraz w jego głowie zrodziło się pytanie: które z nich, to mniejsze zło?
Wcześniejsze przemówienie Coin do Panem i rzeczona "śmierć Kosogłosa", spowodowały, że Dystrykty straciły cierpliwość. Żołnierze z Trzynastki zaatakowali Kapitol. Straty w ludziach były ogromne, ale z nadejściem zmierzchu, miasto zostało odbite. Snow został uwięziony i czekał na egzekucję, która miała się odbyć już następnego dnia.
Prezydent Coin zwołała zebranie ze wszystkimi żyjącymi Zwycięzcami. Katniss, Peeta, Haymitch, Finnick, Annie, Johanna, Beetee i Wiress siedzieli dookoła stołu w jednym z pomieszczeń w Pałacu Prezydenckim w Kapitolu. Coin, wraz z Plutarchem stała u szczytu stołu. Panowała ogłuszająca cisza, wszyscy wydawali się lekko zszokowani tym, co ogłosiła pani prezydent. Kolejne Igrzyska, losowanie kapitolińskich dzieci...
Jego mózg zaczął pracować na pełnych obrotach. Co zrobić, żeby temu zapobiec? Nie mogli pozwolić, na stratę kolejnych ludzi. Już wystarczająco dużo osób zginęło. Spojrzał na Katniss i w jego głowie pojawiło się rozwiązanie. Najprostsze i jednocześnie najtrudniejsze. Jego wzrok powędrował do Beetee'ego i ich oczy się spotkały. Wydawało mu się, że myślą o tym samym. Jedyne co mógł teraz zrobić, to mieć nadzieję, że Katniss zrozumie aluzję. Kiedy przyszło do głosowania, Peeta, Annie i Finnick powiedzieli nie. Johanna jako pierwsza się zgodziła. Zaraz za nią Beetee i Wiress. Wszyscy spojrzeli na niego i Katniss.
Przełknął ślinę i spojrzał na dziewczynę, starając się jej wszystko powiedzieć samym spojrzeniem. Kiedy mówił "tak", patrzył jej prosto w oczy. Sądząc po błysku w jej oczach, zrozumiała. Zgodziła się, a Haymitch odetchnął z ulgą, nieświadomy, że wstrzymywał oddech.
***
Siedzieli w jednej z wielu sypialni w Pałacu Prezydenckim. Noc już dawno zapadła, ale oboje nie mogli zasnąć. Prawdą było to, że w ogóle nie próbowali zasnąć. Mieli zbyt dużo do zrobienia. Za kilka godzin miała się odbyć egzekucja, Razem z Effie przygotowywali przemówienie dla Katniss. Haymitch miał wrażenie, że dziewczyna nawet na nie nie spojrzy.
Siedzieli nad notatkami godzinami. Kiedy w końcu skończyli, słońce właśnie budziło się do życia. Haymitch oparł głowę o oparcie kanapy na której siedzieli. Zamknął oczy z nadzieją, że może uda mu się odpłynąć na chwilę. Poczuł jak Effie się do niego przysuwa i kładzie głowę na jego ramieniu. Odruchowo ją objął. Było to teraz tak samo naturalne, jak oddychanie.
Wiedział, że jest wykończona, sam ledwo mógł utrzymać otwarte oczy, ale musiał z nią porozmawiać.
- Effie - powiedział cicho, nie chcąc zakłócać ciszy poranka. Spojrzała na niego, ale się nie odezwała, zbyt zmęczona. - Jutro, kiedy będzie po wszystkim, zabieram dzieciaki do domu.
Zmęczenie momentalnie opuściło jej ciało. Czuł jak napięła wszystkie mięśnie, trawiąc tą informację.
- Do Dwunastki. - wyszeptała, szukając odpowiedzi w jego oczach. W jej tęczówkach malowała się panika.
- Rozmawiałem dzisiaj z Plutarchem. Powiedział, że po wszystkim będziemy musieli zniknąć na jakiś czas. Z dala od mediów, rozgłosu...
- Wyjeżdżasz. - wyrzuciła wraz z oddechem. Przytuliła się do niego mocno, ukrywając swoją twarz w jego szyi. Poczuł jej gorące łzy na swojej skórze.
- Nie płacz.
- Wyjeżdżasz! - powiedziała, odsuwając się od niego na tyle, żeby móc na niego spojrzeć. Jej policzki były mokre od łez. Złość mieszała się z paniką. - Jak mam nie płakać, kiedy mówisz, że wyjeżdżasz z Kapitolu? Oboje dobrze wiemy, że już tutaj nie wrócisz.
Miała rację. Nie miał zamiaru wracać do tego miasta. Zbyt dużo złych wspomnień, Ale nie to było głównym problemem.
- Naprawdę myślisz, że bym cię tutaj zostawił? - patrzył, jak na jej twarzy pojawia się osłupienie. - Chcę, żebyś jechała z nami.
- Co?
- Jedź z nami... Ze mną.
Wpatrywała się w niego z niedowierzaniem. Czuł, że coś mu ściska wnętrzności. Co jeśli powie "nie"? Wiedział, co do niego czuła, ale miłość nie ma nic wspólnego z taką decyzją. W końcu prosił ją, żeby dla niego rzuciła wszystko to co znała i zamieszkała z nim w Dwunastce. Jednak Haymitch był samolubny. I wiedział, że nawet jeśli się nie zgodzi to i tak znajdzie sposób, żeby ją ze sobą zabrać. Nie przeżyłby gdyby znów miał ją stracić.
Czekał w milczeniu, z mocno bijącym sercem. Wydawało mu się, że minęła wieczność, zanim jej spojrzenie złagodniało, a na jej ustach pojawił się lekki uśmiech.
Ujęła jego twarz w dłonie i rozpoczęła swój atak. Obdarowywała go pocałunkami, które sprawiały, że brakowało mu oddechu.
- Czy to znaczy, że się zgadzasz? - wymamrotał pomiędzy dwoma pocałunkami.
- Tak.
Nie mógł się powstrzymać od uśmiechu. W jego życiu rzadko pojawiało się szczęście, ale odkąd pojawiła się w nim Effie... Czuł, że żyje, a nie egzystuje.
Później tego ranka, kiedy od egzekucji Snowa dzieliła ich tylko godzina i powinni już się szykować, a zamiast tego leżeli na kanapie, przytuleni do swoich nagich ciał, Haymitch czuł, że odnalazł swoje miejsce. I było ono przy niej.
Pocałował ja w czoło, czując spokój. Coś czego nie czuł od miesiąca.
- Kocham cię. - wymruczał, z ustami tuż przy jej skórze. Zasługiwała na to, żeby o tym wiedzieć.
Miał wrażenie, że na chwilę wstrzymała oddech. Widział, jak się uśmiecha, a w jej oczach szklą się łzy. Wtuliła się w jego ciało, jakby chciała się w niego wtopić. Poczuł jak jej usta składają pocałunek na jego piersi, tuż nad jego sercem.
- Kocham cię.
***
Nie jechali pociągiem. Lecieli poduszkowcem. Tak było bezpieczniej, ze względu na to, co się stało. Katniss zrozumiała aluzję. Tego ranka zginęły dwie osoby i obie zginęły ze słusznych powodów. Plutarch był zadowolony, ale sam musiał się teraz uporać z bałaganem, który został w Kapitolu. Zdążył załatwić im poduszkowiec, który miał zabrać ich do domu. Obiecał też, że wkrótce się odezwie.
Matka Katniss i Prim zostały w Kapitolu, pomagając lekarzom w opiece nad rannymi. Plutarch obiecał, że odeśle je do domu, jak tylko wszystko się już uspokoi.
Siedzieli w głównym pomieszczeniu, na dwóch kanapach. Katniss i Peeta siedzieli razem na jednej. Chłopak nieśmiało chwycił ją za rękę, a ona tylko się lekko uśmiechnęła. Haymitch poczuł coś w rodzaju dumy. Dziewczyna zaczęła powoli dostrzegać, co tak naprawdę czuje do Peety.
- I co teraz? - zapytał Peeta, przerywając ciszę, która panowała w pomieszczeniu. Wszyscy spojrzeli na Haymitcha, jakby to do niego było skierowane to pytanie. Natomiast on sam, spojrzał na Effie. Siedziała tuż koło niego, z jego ręką, obejmującą jej ramiona. Jej uśmiech był zaraźliwy i czuł, że jego własne usta wyginają się w uśmiechu.
- Teraz... - powiedział, przenosząc spojrzenie na Peetę. - Postaramy się przeżyć.