wtorek, 26 kwietnia 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 12

Effie
W bożonarodzeniowy poranek, Effie leżała z szeroko otwartymi oczami, wpatrując się w sufit. Haymitch nie wrócił do wschodu słońca. Nie wrócił na śniadanie. Sądząc po twarzach Holdena i Alice, oni również nie zmrużyli w nocy oka. Kiedy siedzieli przy stole, jedząc naleśniki i popijając herbatę, mało kto się odzywał. Tak naprawdę, cała trójka czekała, aż otworzą się frontowe drzwi i do domu wejdzie Haymitch. Jednak on tego nie robi.
Holden i Effie wymieniali kilka znaczących spojrzeń ponad stołem. Alice wciąż wyglądała przez okno. Atmosfera była nieco napięta; jak nigdy w domu Abernathy.
Kiedy po śniadaniu, razem z Holdenem zaczęli ubierać choinkę, Effie zapytała go, czy nie powinni zacząć go szukać. Chłopak tylko pokręcił głową i nie odezwał się ani słowem. Miał zaciśnięte usta i ściągnięte brwi. Jego barki były napięte. Nie trzeba było być geniuszem, żeby wiedzieć, że Holden się denerwował. Skończyli ubierać drzewko i do salonu weszła Alice. Powiedziała, że zapomniała kupić kilka rzeczy, więc pójdzie na Ćwiek - miejscowy targ. Poprosiła Holdena, żeby poszedł razem z nią, a Effie, żeby przypilnowała ciasteczka, które piekły się w kuchni.
Jednak w momencie w którym Holden i Alice wyszli z domu, a Effie weszła do kuchni, zobaczyła, że piekarnik jest wyłączony. Blacha z jeszcze ciepłymi ciasteczkami, leżała na blacie. Zorientowała się, że Alice po prostu chciała iść poszukać Haymitcha i nie martwić przy tym Effie.
Ledwo usiadła przy stole, kiedy usłyszała, że frontowe drzwi się otwierają i ktoś wchodzi do środka. Poderwała się z miejsca i wybiegła na korytarz, tylko po to, żeby zobaczyć, jak Haymitch zamyka za sobą drzwi.
- Haymitch! - wykrzyknęła z ulgą, jednak zanim zdążyła do niego podbiec, coś przykuło jej uwagę.
Nawet z miejsca w którym stała, mogła wyczuć smród alkoholu. Kiedy podniósł głowę, jego wzrok nie był skupiony, oczy miał przekrwione, jego ubrania wyglądały, jakby wytarzał się w śniegu. Podtrzymywał się ściany, żeby się nie przewrócić.
- Co się stało? - zapytała, postępując jeden krok naprzód. Skrzywił się i Effie zamarła w miejscu.
- Nie wrzeszcz, kobieto. - wymamrotał, ruszając w stronę schodów. Chciał ją wyminąć, ale ona zastąpiła mu drogę. Zmierzył ją gniewnym wzrokiem. - Rusz się.
- Nie, dopóki mi nie powiesz co się stało. - skrzyżowała ramiona na piersi. Nie tylko on potrafił robić gniewną minę.
- Dobrze wiesz co się stało. - syknął, starając się przejść koło niej, ale mu nie pozwoliła, kładąc mu dłoń na piersi. Jego ubrania były przemoczone. Prawdopodobnie przewrócił się kilka razy, kiedy szedł do domu.
- Nie, nie wiem. Wiem, że wróciłeś wczoraj na chwilę do domu, a później wyszedłeś. Co się stało?
- Nie jestem teraz w nastroju, żeby się z tobą użerać, Trinket. - warknął; jego szare oczy ciskały w nią gromy. - Rusz się, albo sam cię przestawię.
Effie stała oszołomiona i tym razem nie zareagowała, kiedy starał się ją wyminąć. Nigdy nie zwracał się do niej w taki sposób. Oczywiście, kłócili się przez cały czas, ale zawsze wiedzieli, gdzie leży granica. Zazwyczaj ich kłótnie polegały w większości na przekomarzaniu się i w głównej mierze flirtowaniu. Ale teraz Effie czuła się inaczej.
Stała tak, jak sparaliżowana, aż usłyszała głośne uderzenie i jeszcze głośniejsze przekleństwo. Odwróciła się na pięcie, w samą porę, żeby zobaczyć, jak Haymitch traci równowagę i spada ze schodów. Był dopiero na trzecim stopniu, jednak uderzenie wyglądało naprawdę groźnie. Krzyknęła przerażona i podbiegła do niego czym prędzej.
- Haymitch! - krzyknęła przerażona. - Nic ci nie jest? Odezwij się, głupku!
- Przestań krzyczeć! - mruknął, starając się podnieść z podłogi.
- Przysięgam ci, że kiedy będziemy na lodzie, dam ci porządny wycisk. - powiedziała gniewnie, ale mimo wszystko schyliła się, żeby pomóc mu wstać. - Pożałujesz tego wszystkiego.
Zarzuciła sobie jego jedno ramię na barki i pomogła mu się podnieść, biorąc na siebie większość jego ciężaru. Mało brakowało, a jej nogi by się pod nią ugięły.
- Zostaw mnie. - warknął, jednak w żaden sposób nie próbował się jej wyrwać. - Sam sobie dam radę.
- Oczywiście. - prychnęła drwiąco, ledwo łapiąc oddech. Kto by pomyślał, że Haymitch był taki ciężki.
Jakimś cudem udało im się pokonać schody, ale Effie jeszcze nie odetchnęła z ulgą. Zabrała go do łazienki i posadziła go na zamkniętej klapie od toalety. Oparł głowę o ścianę i zamknął oczy, nie robiąc żadnego ruchu, żeby jej pomóc, kiedy zaczęła ściągać z niego przemoczony płaszcz. Kiedy mokry płaszcz wylądował w wannie, żeby obciekł z wody, Effie zabrała się za ściąganie z niego swetra i koszulki, którą miał pod spodem. Odpinając guziki swetra, zorientowała się, że Haymitch ją obserwuje. Na jego ustach błądził leniwy uśmieszek.
- Jeśli chciałaś mnie nago, skarbie, wystarczyło powiedzieć. - zakpił, ale zabrzmiało to bez przekonania. Jej policzki zaczęły płonąć.
- Nie bądź śmieszny. - prychnęła, starając się ukryć swoje zakłopotanie. - Jeśli zostawię cię w tych mokrych rzeczach, przeziębisz się.
Sweter i bluzka również wylądowały w wannie, a wzrok Effie padł na ciało Haymitcha. Był umięśniony; był umięśniony, jeszcze zanim zaczęli trenować, a te wszystkie treningi tylko mu pomogły w budowaniu rzeźby. Ale to co przykuło jej uwagę, to duża blizna, niemal biała na opalonej skórze. Zaczynała się centymetr od pępka i ginęła na lewym biodrze, pod gumką od jego bokserek.
Czuła na sobie jego wzrok, kiedy drżącym palcem przesunęła wzdłuż blizny. Sekundę za późno, zdała sobie sprawę co robi i odchrząknęła, cofając dłoń. Spojrzała na niego i odsunęła się o krok. Jego wzrok wciąż nie był skupiony, a jego oczy były zamglone. Effie była niemal pewna, że w połowie nie zdawał sobie sprawy z tego, co właśnie się wokół niego działo.
- Powinieneś się wykąpać. - powiedziała, czując się niezręcznie. - Przyniosę ci suche rzeczy.
Była już przy drzwiach, kiedy usłyszała jego głos.
- Nie dołączysz? Wanna jest duża, skarbie.
Odwróciła się i zobaczyła, że na jego twarzy widnieje ten denerwujący uśmieszek. Znów się z nią przekomarzał. Pijany czy nie i tak działał jej na nerwach. Nie mogła się jednak powstrzymać od delikatnego uśmiechu.
- Dziękuję, ale nie skorzystam.
Wychodząc zamknęła za sobą drzwi. W pokoju Haymitcha wciąż panował taki sam bałagan, jak dzień wcześniej, więc znalezienie czystych ubrań sprawiło jej trochę problemu, ale po kilku minutach znalazła w szafie czyste spodnie i czarny sweter. Podała mu jego ubrania i zaczekała pod drzwiami od łazienki, żeby mieć pewność, że nie przewróci się w wannie i nie złamie karku.
Przez cały czas zastanawiała się nad tym co stało się po tym, jak zostawiła go samego w mieście. I o tym, że naprawdę się cieszyła, że Haymitch wrócił - choć pijany - bez śladów pobicia.
Kilkanaście minut później, wyszedł z łazienki, podtrzymując się ściany. Effie dobrze zrobiła, że na niego zaczekała, bo sądząc po tym, jak niepewnie trzymał się na nogach, nie była pewna czy doszedłby te kilka kroków do swojej sypialni. Jego włosy ociekały wodą. Jego spojrzenie było trochę bardziej przytomne, ale to nie znaczyło, że był mniej pijany.
- Co tu robisz? - zapytał niewyraźnie, starając się nie przewrócić idąc do swojego pokoju.
- Bałam się, że możesz się utopić. - odpowiedziała, zarzucając sobie jego rękę na swoje ramiona i obejmując go w pasie. Prychnął, ale nic już nie powiedział, tylko pozwolił jej, zaprowadzić się do pokoju. Kiedy w końcu tam dotarli, Effie miała wrażenie, że jej nogi były zrobione z galarety.
Pomogła mu położyć się na łóżku i Haymitch momentalnie zwinął się w kłębek. Coś w jej piersi ją zabolało na sam widok.
- Odeśpij kilka godzin. - powiedziała, wciąż stojąc przy jego łóżku. - Alice mówiła, że wieczorem przyjdą goście.
Miała zamiar wyjść i pozwolić mu spać, kiedy jego palce zacisnęły się na jej nadgarstku. Spojrzała na niego. Patrzył na nią, niemal błagalnie.
- Nie idź. - wymamrotał. Mówił cicho i Effie myślała, że się przesłyszała.
- Słucham?
- Nie idź. - powtórzył, ciągnąć ją lekko za rękę. Nie miała innego wyboru, tylko usiąść koło niego, oparta o wezgłowie jego łóżka. Momentalnie położył głowę na jej nogach, używając ich jak poduszki. Wtulił głowę w jej nogę, niczym przestraszone dziecko, które szukało schronienia. Effie nie zwracała uwagi na to, w jaki sposób jej wnętrzności się skręciły w jej brzuchu, a serce zaczęło galopować, bo w następnej chwili Haymitch wymamrotał - Koszmary.
- Nie pójdę... - powiedziała cicho, na co się nieco rozluźnił. Jej ręka bezwiednie powędrowała do jego mokrych włosów, które już zostawiały mokre ślady na jej spodniach. Nie przejmowała się tym. Po prostu zaczęła się bawić kosmykami jego włosów. Westchnęła i przymknęła oczy. - Ale powiedz mi.
- Nie chcę. - znów się napiął.
- Więc powiedz mi o czymś innym. - powiedziała, głaszcząc go po włosach. - Czymkolwiek.
Zapadła cisza. Był cicho przez tak długi czas, że Effie zaczęła myśleć, że zasnął. Zaczęła się zastanawiać, czy powinna go zostawić i wrócić na dół do kuchni, czy zostać, kiedy w końcu się odezwał. Jego głos był niski i zachrypnięty, jakby z trudem wydobywał z siebie słowa.
- Kilka lat temu... - zaczął bardzo cicho, z trudem przełykając ślinę. - Był wypadek. W kopalni. - Nie śmiała mu przerwać. Jej serce zamarło na sekundę. Właśnie miała usłyszeć o tym, jak Haymitch ledwo przeżył w kopalni. Wpatrywała się w jego głowę, jednak nie widziała jego twarzy. Nie była pewna, czy chciała widzieć wyraz jego twarzy. - Pracowałem tam. Dół się zawalił. Belka przebiła mi brzuch. Nie mogłem oddychać. Wszędzie krzyczeli ludzie. Zginęła masa ludzi. Everdeen po mnie wrócił. - Effie poczuła na swojej nodze mokre kropelki, które przesiąkały przez materiał jej spodni. Nic nie powiedziała. Wiedziała, że Haymitch płacze i sama myśl, sprawiła, że nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. - Byliśmy prawie przy wyjściu, kiedy coś wybuchło. Everdeen mnie popchnął i przez to zginął. Tamtego dnia w kopalni było nas czterdziestu ośmiu. Wyszedłem tylko ja...
- Haymitch... - wyszeptała, ale chyba jej nie usłyszał. A jeśli ją usłyszał, to nie zwrócił na nią uwagi.
- Firma wiedziała, że to była ich wina. - ciągnął dalej; w jego głosie pobrzmiewał gniew. - Sprzęt nie był sprawdzony. Wysłali nas głębiej, niż powinni. Kiedy leżałem w szpitalu, przyszli do mnie i powiedzieli, że dadzą mi pieniądze w zamian za milczenie. Nie zgodziłem się. Tego samego dnia, przyszła do mnie mama z Holdenem i powiedziała, że ktoś się włamał do domu. Nic nie ukradli, ale wiadomość była jasna. Zażądałem, żeby wypłacili też odszkodowanie pozostałym czterdziestu siedmiu rodzinom. Zgodzili się bez mrugnięcia okiem. A teraz co miesiąc przychodzi czek na moje nazwisko, z sumą większą niż kiedykolwiek mogłem wymyślić. Brzydzę się sobą...
- Przestań. - powiedziała. Nie mogła już więcej znieść. Czuła, jak pod powiekami palą ją łzy. - To nie twoja wina.
- Mama też tak mówi. - prychnął, pociągając nosem.
- Bo to prawda. - pociągnęła go lekko za włosy, żeby zrozumiał. - Haymitch, gdyby ten mężczyzna po ciebie nie wrócił, nie żył byś. A gdybyś nie wziął tych pieniędzy, kto wie co mogłoby się stać.
- Nie powinien po mnie wracać.
- Nie mów tak. - syknęła - Gdyby tego nie zrobił, nie byłoby się teraz tutaj.
Znów zapadła cisza, podczas której Effie nie mogła się pozbyć z głowy okropnych obrazów. Widziała to wszystko. Widziała, jak zapada się kopalnia, jak Haymitch zostaje przygnieciony spadającą belką i jak ta sama belka przebija jego brzuch w miejscu, w którym teraz miał bliznę. Widziała, jak inny mężczyzna mu pomaga i jak zabiera go do wyjścia z kopalni. I wtedy cały świat eksploduje.
Effie miała problemy z przełykaniem. Była wdzięczna mężczyźnie, którego nawet nie znała, za to, że go uratował. Za to, że teraz mogła z nim siedzieć i czuć jego ciepłe ciało przy swoim.
- Lissie powiedziała, że chciała mi powiedzieć wiele razy. - odezwał się po pewnym czasie, wyrywając ją z ponurych myśli. - Powiedziała, że ona i Patrick spotykają się od dłuższego czasu. Powiedziałem jej, że wystarczyło powiedzieć. - odwrócił się do niej, żeby móc na nią spojrzeć. Jego szare oczy były zaczerwienione i wilgotne. - Bo nie jestem na nią zły. Nie za to, że mnie zdradziła. Tylko za to, że nic mi nie powiedziała. Kiedy z nią byłem, nic nie czułem. Okłamywałem sam siebie, że ją kocham. Ale to nie była prawda. - Wyciągnął dłoń i przesunął palcami po jej policzku. Nie spuszczał wzroku z jej niebieskich oczu. - A później pojawiłaś się ty...
- Przestań. - wykrztusiła przez zaciśnięte gardło, przykrywając jego dłoń swoją własną i odciągając ją, od swojego policzka. Ze wszystkich sił starała się powstrzymać łzy, które cisnęły się do jej oczu.- Uwierz mi. Podziękujesz mi, kiedy wytrzeźwiejesz.
Nic nie powiedział. Po prostu znów się odwrócił tak, że nie mogła widzieć jego twarzy, ale chwycił jej dłoń i przyciągnął ją do swojej twarzy. Czuła na wierzchu dłoni jego gorący oddech, tuż przed tym, jak jego usta zetknęły się z jej skórą. Całe szczęście, że na nią nie patrzył, bo Effie nie była już w stanie powstrzymywać łez. Gorące krople spływały po jej twarzy, rujnując jej makijaż.
Dlaczego płakała? Ponieważ, gdyby Haymitch nie był pijany, nigdy by jej nie powiedział tego, co właśnie jej powiedział. Nigdy nawet by nie wspomniał o wypadku w kopalni. A później jeszcze to o Lissie i o niej. Nie pozwoliła mu dokończyć, bo wiedziała, że kiedy wytrzeźwieje, najprawdopodobniej nie będzie tego pamiętał, a ona nie była gotowa na to, żeby złamał jej serce w taki sposób.
______________________________________________________________________
Dajcie znać co myślicie!
+ Jeśli wyłapiecie błędy, dajcie mi znać.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 11

Haymitch
Stał jak sparaliżowany, wpatrując się w Lissie, która wciąż go nie zauważyła. Patrzył, jak chłopak o piaskowych włosach obejmował jego dziewczynę i jak całował ją, tak jak on miał w zwyczaju ją całować. Czuł, jak wściekłość w nim buzuje. Jak dłonie, które nieświadomie zacisnął w pięści, zaczynają mu drżeć. Jego mózg zaślepiła kotara, która nie pozwalała mu racjonalnie myśleć. Jedyne co się dla niego liczyło, to to, że jego dziewczyna - ta sama, z którą kłócił się na porządku dziennym, z którą przeżył tyle niesamowitych dni - obściskiwała się z Patrickiem Mellarkiem, najstarszym synem piekarza.
Poczuł, że ktoś kładzie mu rękę na ramieniu i podskoczył jak oparzony. Odwrócił się i ujrzał Effie. Kompletnie zapomniał o tym, że wciąż stała koło niego. Na jej twarzy malowało się współczucie, smutek i złość. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale Haymitch odezwał się pierwszy; mimo wściekłości, która nim targała, jego głos zabrzmiał spokojnie.
- Idź prosto tą drogą. - powiedział, wskazując na drogę przed nimi. - Dojdziesz do Wioski, za jakieś piętnaście minut. Czwarty dom na prawo. Dogonię cię.
- Ale... - zaczęła, ale jej przerwał.
- Idź. - popchnął ją delikatnie w kierunku Wioski.
- Nie zrób niczego głupiego. - wyglądała na naprawdę zmartwioną. Nie odpowiedział jej, tylko jeszcze raz popchnął ją lekko, żeby ponaglić ją do ruszenia się z miejsca. Nie chciał, żeby była świadkiem tej sceny. Odwróciła się kilka razy, żeby sprawdzić, czy wszystko wporządku, ale Haymitch ani razu na nią nie spojrzał. Wpatrywał się w Lissie.
Cała ta scena nie trwała więcej niż kilka sekund, chociaż Haymitch miał wrażenie, że minęły długie minuty. Lissie i Patrick wciąż się całowali. Gdzieś w głębi duszy, wiedział, że odkryje coś podobnego prędzej czy później. Nie pomogło mu to jednak; wciąż buzował z wściekłości.
Kiedy miał pewność, że Effie już nie zawróci, ruszył w kierunku całującej się pary. Z każdym kolejnym krokiem, coraz wyraźniej słyszał szum buzującej krwi w swoich uszach. Był o kilka kroków od nich, kiedy Lissie odsunęła się od Patricka i spojrzała w jego kierunku.
Zaskoczenie. Właśnie to widział na jej twarzy w tamtym momencie. Zupełnie, jakby nie zdawała sobie sprawy, że w każdej chwili mógł przejść tą drogą i ją zobaczyć, obściskującą się z innym. Natomiast na twarzy Patricka odbijała się chęć do podjęcia ewentualnej bójki. Haymitch nie był w nastroju do walki. Owszem, był wściekły, ale nie na tego chłopaka. Był wściekły na Lissie.
- Haymitch - było to pierwsze słowo, które wypowiedziała. Jej ton brzmiał przepraszająco. ale również trochę, jakby była zmęczona. On również był już zmęczony.
Zmęczony udawaniem, że wszystko było dobrze.
*****
Effie
Nie mogła usiedzieć w miejscu. Nie wiedziała ile czasu minęło, odkąd wróciła z miasta, ale wiedziała, że minęło dostatecznie dużo, żeby zacząć się martwić.
Effie siedziała w pokoju - a raczej krążyła po swoim pokoju - gotując się z wściekłości; nie znała Lissie, nigdy nawet z nią nie rozmawiała, a jednak była na nią wściekła. Jak ona mogła potraktować Haymitcha w taki sposób? Effie miała ochotę coś uderzyć, lub w tym przypadku, kogoś. Haymitch był jej przyjacielem i możliwe, że czuła do niego coś więcej, chociaż nie zamierzała się do tego przyznawać lub nad tym zastanawiać. Był także jej partnerem. Nie mogła pozwolić na to, żeby ktoś go skrzywdził. To właśnie powinni robić prawdziwi partnerzy - móc na sobie polegać i pomagać sobie wzajemnie. Nie powinna go zostawiać w mieście. Powinna z nim zostać. Powinna podejść do Lissie i uderzyć ją w twarz.
Gdyby matka Effie wiedziała, o czym właśnie myślała jej córka, dostałaby ataku serca. Damy nie zachowują się w taki sposób.
Ktoś zapukał do drzwi i Effie podskoczyła, jak oparzona. Niemal podbiegła, żeby je otworzyć, spodziewając się zobaczyć pobitego Haymitcha - trzeba przyznać, że chłopak z którym całowała się Lissie, był mocno umięśniony - jednak, kiedy otworzyła drzwi, przed sobą ujrzała Holdena. Odsunęła się na bok, żeby go wpuścić do środka. Usiadł na łóżku i spojrzał na nią.
- Haymitch kazał przekazać, żebyś się nie martwiła. - powiedział jej z przyjacielskim uśmiechem.
- Wrócił? - była lekko zła, że nie przyszedł do niej osobiście, żeby ją zapewnić, że wszystko w porządku.
- Był na chwilę. - pokiwał głową. - Powiedział, że wychodzi, że wróci późno i żeby za nim nie czekać. No i kazał mi przekazać, żebyś się nie zamartwiała, bo wyjdą ci zmarszczki.
- Powiedział dokąd idzie? - zapytała, siadając koło Holdena.
- Nie, ale pewnie poszedł zobaczyć się z Lissie. - wzruszył ramionami.
Coś ją ukłuło w serce. Effie spojrzała na Holdena, wzięła głęboki oddech i spuściła wzrok, wbijając go w swoje dłonie.
- Holden... Lissie, ona... - nie mogła tego powiedzieć. Wiedziała, że to nie jej sprawa i że nie powinna mówić o czymś, o czym Haymitch najwidoczniej nie chciał mówić.
- Ahh - westchnął chłopak. Effie podniosła wzrok i zobaczyła, że Holden patrzy na nią ze zrozumieniem. Zmarszczyła brwi, ale chłopak tylko się do niej lekko uśmiechnął. - Jak się dowiedziałaś?
- Słucham?
- Lissie zdradza Haymitcha.
Zaniemówiła. Patrzyła na Holdena i nie wiedziała co powiedzieć. Jak długo wiedział? Dlaczego nie powiedział o tym Haymitchowi? Dlaczego nie powiedział nic Lissie? Jak się dowiedział? Holden obserwował ją, jakby się zastanawiał czy dobrze zrobił, mówiąc jej o tym. Effie odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić.
- My... - zająknęła się - Widzieliśmy ją przed piekarnią. I Haymitch powiedział mi, żebym wracała bez niego. - westchnęła spoglądając na chłopaka i marszcząc brwi. - Skąd ty o tym wiesz?
- Widziałem ich kiedyś w piekarni. - powiedział. Wydawało jej się, że mu ulżyło, kiedy jej o tym powiedział. - Ten chłopak to najstarszy z synów piekarza. Pracują razem.
- Dlaczego mu o tym nie powiedziałeś?
Holden wzruszył ramionami. Wyglądał na smutnego, lekko zrezygnowanego. Effie miała wrażenie, że w ciągu kilku sekund postarzał się o kilkanaście lat.
- To nie moja sprawa. - powiedział - Próbowałem go do niej zniechęcić, ale on nigdy nie słucha. Mama też próbowała przemówić mu do rozsądku, ale nic nie działało.
- Czy Alice wie? - myśl o tym, że wszyscy oprócz Haymitcha wiedzieli, sprawiła, że zrobiło jej się niedobrze. Była jeszcze bardziej zła, niż była przed przyjściem Holdena.
- Nie jestem pewny, ale podejrzewam, że w jakiś sposób się dowiedziała. Dwunastka nie jest specjalnie duża, plotki szybko się rozchodzą.
- Od jak dawna wiesz?
- Kilka miesięcy. - westchnął - Wiedziałem na długo przed tym, jak pojechaliśmy do Kapitolu.
Nie wiedziała co powiedzieć. Cała ta sytuacja nie powinna ją obchodzić, a jednak ledwo się powstrzymywała przed pójściem do piekarni i powiedzeniem Lissie, co o tym wszystkim myśli. Myśl, że ktoś krzywdzi Haymitcha sprawiała, że czuła niewypowiedzialną wściekłość. Był jej przyjacielem i partnerem; powinna mu pomagać w takich momentach. Być dla niego, kiedy nie ma nikogo innego. Powinien móc na niej polegać.
Chciała go przytulić, ukryć w swoich ramionach i powiedzieć mu, że wszystko będzie dobrze. Że nikt go już nie skrzywdzi. Nie wiedziała skąd wzięły się u niej takie myśli. A może raczej, wiedziała, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Nie w chwili, kiedy Haymitch cierpiał z powodu odkrycia, że jego dziewczyna go zdradza.
Siedzieli i rozmawiali, nie zdając sobie sprawy, że robi się coraz później, dopóki Alice nie zawołała ich na kolację. Holden i Effie udawali, że nie stało się nic ważnego, żeby nie martwić Alice, ale sądząc po podejrzliwych spojrzeniach, jakie im rzucała, nie robili tego zbyt dobrze.
Effie nie spała przez całą noc. Leżała na łóżku, ubrana w ciepłą bluzę Haymitcha, którą jej wcześniej pożyczył, wmawiając sobie, że to dlatego, że było jej zimno. Przykryta kołdrą pod samą szyję, wdychała jego zapach.
Nie wiedziała dlaczego nie może zasnąć, dopóki gdzieś o czwartej nad ranem zdała sobie sprawę, że czeka na jakiś dźwięk. Jakiś znak, który zapewni ją, że Haymitch wrócił do domu.
Przeleżała tak całą noc. Nic nie usłyszała; dom był pogrążony w martwej ciszy. Zupełnie, jakby wszyscy jego mieszkańcy czekali, aż coś się wydarzy.
__________________________________________________________________
*Dam-dam-daaaaam!*
Czy Haymitch leży gdzieś w śniegu; pobity i okaleczony? Nie powiem! Musicie poczekać na następny rozdział!
Ten rozdział jest wyjątkowo krótki - wybaczcie -, ale następny będzie dłuższy. W następnym rozdziale będzie przełomowy moment. (hehehe, spoiler! [w pewnym sensie xd])

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 10

JESTEM! Spędziłam trochę czasu na sprawdzaniu tego rozdziału, ale wciąż nie jestem w stu procentach pewna, czy wyłapałam wszystkie literówki. Dlatego z góry przepraszam!
___________________________________________________________________
Effie
Minął tydzień odkąd Effie upadła na lód i zbiła kostkę. Już na następny dzień, uparła się, że wszystko jest dobrze i że nie potrzebuje jeszcze jednego dnia przerwy. Musieli trenować, bo z każdym dniem, mieli coraz mniej czasu. Po tygodniu pobytu w Dwunastce, stosunek Haymitcha do niej, widocznie się zmienił. Zaczął ją tolerować. Już wtedy, kiedy rozmawiał z nią o Lissie, czuła, że są na dobrej drodze do zdobycia wzajemnego zaufania.
Haymitch zrobił ogromne postępy w łyżwiarstwie. Już nie musiała mu przypominać o ząbkach, o tym gdzie powinny być jego ręce i jak powinien ustawić nogi, albo w jaki sposób powinien ją podnieść. Z każdym kolejnym treningiem był coraz lepszy. Effie była z niego dumna.
Ona i Haymitch wciąż się kłócili, ale większość kłótni polegała na zwykłym przekomarzaniu się. Nie było to nic poważnego. W większości przypadków, oboje wybuchali śmiechem. Stali się partnerami. Możliwe nawet, że przyjaciółmi. W pewnym sensie.
Ponieważ z każdym kolejnym treningiem, coś dziwnego się działo między nimi. Za każdym razem, kiedy ją dotykał, czuła na swojej skórze elektryzujące iskry. Choć ćwiczyli na dworze, gdzie mróz nie dawał im spokoju, kiedy Haymitch ją obejmował lub po prostu dotykał, czuła, że jej skóra płonie. Miała wrażenie, że nie jest jedyną, która to czuje. Widziała w jaki sposób na nią patrzył, kiedy myślał, że nie widzi. Effie jakimś cudem zawsze wiedziała, kiedy na nią patrzył. Ba, wyczuwała, kiedy wchodził do pokoju. Jednak Haymitch nigdy nie poruszał tematu tego napięcia pomiędzy nimi, więc Effie również nic nie mówiła. Czasami miała wrażenie, że sobie to wszystko wymyśliła i że tak naprawdę nic się nie dzieje.
Haymitch już więcej nie poruszył tematu Lissie. Jednak Effie nie była ślepa. Widziała, że poza treningami, Haymitch w ogóle nie wychodził z domu. A Lissie też przychodziła do niego. Holden powiedział jej któregoś wieczora, że to już nie potrwa długo. Z początku nie rozumiała o co chodzi i choć nie zapytała, Holden wyjaśnił jej, że Haymitch chce dać Lissie trochę przestrzeni, ale to nie ma najmniejszego sensu. Że powinien się obudzić i zobaczyć co się dzieje wokół niego.
- Co masz na myśli? - zapytała wbrew sobie. Twarz Holedna posmutniała, pokręcił głową, ale nie powiedział już nic więcej. Nie wiedziała co o tym myśleć.
Święta zbliżały się wielkimi krokami i można to było poczuć w każdym zakątku domu rodziny Abernathy. Effie wciąż nie mogła się przyzwyczaić do tego, jak głośno było w tym domu. Przez cały czas. Było słychać śmiechy, przekomarzanie się Haymitcha i Holdena, krzyki Alice, która nie mogła już znieść swoich synów. I Effie patrzyła na to wszystko z lekką nutą zazdrości. W jej domu nie było mowy o takich zachowaniach. Jej matka byłaby wściekła, gdyby Effie, Alexander czy Melinda zachowywali się w taki sposób. A w domu Abernathy, nikt się tym nie przejmował. Tutaj było to... Normalne.
- Już myślałem, że cię tam zabili i zakopali w lesie. - usłyszała, kiedy odebrała telefon, dzień przed świętami.
- Przepraszam, byliśmy bardzo zajęci. Nie miałam czasu, żeby zadzwonić.
- W porządku. Melinda kazała cię pozdrowić.
- Och - zmarszczyła brwi. - Wszystko w porządku?
- Tak. Tylko... - głos Alexandra przycichł i Effie musiała się wysilić, żeby go usłyszeć. - Ostatnio się dziwnie zachowuje. Chce ze mną spędzać czas. Wypytuje o ciebie i o mnie.
- To rzeczywiście dziwne.
Odkąd Melinda skończyła trzynaście lat, przestała się interesować Effie i Alexandrem. Matka zaczęła ją zabierać na pokazy mody oraz na przyjęcia i mniej więcej w tym momencie ścieżki rodzeństwa się rozeszły. Od tamtego momentu nie mieli już ze sobą nic wspólnego.
- Ale opowiadaj co u ciebie! - I tak oto dobry humor Alexandra znów był na miejscu. - Jak jest  w Dwunastce? Dobrze cię tam traktują? Czy może mam skopać kilka tyłków?
- Żadnego kopania! - powiedziała ze śmiechem. - Jest dobrze. Rodzina Haymitcha jest naprawdę miła.
- A co z Haymitchem? - po samym głosie mogła poznać, że się szczerzy.
- Też dobrze. - odpowiedziała. - Codziennie trenujemy. Zrobił ogromne postępy. Już się nie przewraca i pamięta cały układ. Jest silny, więc nie ma problemu z podnoszeniami i z używaniem dźwigni. Czasami mam wrażenie, że nasz układ może mieć jakieś szanse...
- Oj, Effie... - zaśmiał się Alexander i Effie przestała mówić. - Wpadłaś po uszy, co?
- O co ci chodzi? - zmarszczyła brwi.
- Podoba ci się.
Choć jeszcze chwilę wcześniej, czuła, że może zamarznąć w kaszmirowym sweterku, teraz czuła, że robi jej się gorąco.
- Nie! - powiedziała szybko. Za szybko. I teraz słyszała, jak po drugiej stronie Alexander wybucha śmiechem. Westchnęła ciężko. - Haymitch ma dziewczynę. - momentalnie śmiech ucichł.
- Cóż... Nie fajnie. - mruknął jej brat.
- To nie ma żadnego znaczenia, ponieważ wcale mnie nie interesuje.
Nie była pewna kogo starała się przekonać: Alexandra czy siebie.
- Jasne. - praktycznie słyszała, jak Alexander przewraca oczami. Przez chwilę słyszała po drugiej stronie stłumioną rozmowę, po czym znów usłyszała głos brata. - Muszę już iść. Matka chce iść jeszcze na zakupy. Wiesz, coroczne polowanie na prezenty w ostatniej chwili.
- No tak. - westchnęła. - Powodzenia. Zadzwonię do ciebie jutro.
- Ok. Do usłyszenia! I baw się dobrze w Dwunastce.
Kiedy Alexander się rozłączył, Effie westchnęła ciężko. Nazajutrz miały być święta. Dlatego tego dnia Effie i Haymitch zrobili sobie wolne od treningu. Effie chciała wybrać się do miasta, żeby kupić prezenty dla Alice, Holdena i Haymitcha. Jednak nie chciała wychodzić sama, ponieważ nie znała okolicy. Mogła się zgubić i nie znaleźć drogi powrotnej do Wioski. Potrzebowała kogoś, kto poszedł by razem z nią.
Dlatego pięć minut po zakończeniu rozmowy z Alexandrem, znalazła się pod drzwiami do pokoju Haymitcha. Wzięła głęboki oddech i zapukała trzy razy. Nikt jej nie odpowiedział. Wiedziała, że jest u siebie, ponieważ pół godziny wcześniej słyszała jak zamykał za sobą drzwi. Zapukała jeszcze raz. I jeszcze raz. Kiedy unosiła już dłoń, żeby zapukać po raz kolejny, z drugiej strony rozległ się znudzony głos.
- Po prostu wejdź!
Otworzyła drzwi i weszła do jego pokoju. Jeszcze nigdy tam nie była. W przeciwieństwie do swojego brata, Haymitch miał straszny bałagan. Ubrania wysypywały się z otwartej szafy; całe pomieszczenie wyglądało, jakby przeszło przez nie tornado. Haymitch leżał na łóżku, opierając się o wezgłowie z nogami wyciągniętymi przez sobą i z książką w ręce. Obrzucił ją spojrzeniem i wywrócił oczami. Podejrzewała, że chodzi mu o jej strój. Ten sweterek rzeczywiście nie był najcieplejszy.
- Czego chcesz? - zapytał, patrząc na nią spod przymrużonych powiek. Pewnie myślał, że chce go wyciągnąć na kolejny trening, choć umówili się, że tego dnia będą mieli wolne.
- Pójdziesz ze mną do miasta?
- Czy wyglądam, jak twoja opiekunka? - zaśmiał się ze swojego własnego dowcipu. Effie przyjrzała mu się uważnie po czym westchnęła.
- Nie, ona była pomarszczoną wiedźmą. W ogóle jej nie przypominasz. - I całe szczęście, pomyślała. Pani Roberts była okropną kobietą, która nie traktowała ich dobrze. I mimo licznych skarg ze strony dzieci, ich matka nie zmieniła jej przez całe cztery lata. Przez cztery lata musieli się bać, tej strasznej baby.
Haymitch rzucił jej zaciekawione spojrzenie, po czym zachichotał pod nosem. Zamknął książkę, nawet nie patrząc gdzie skończył i odłożył ją na bok.
- Mogłem się spodziewać, że jesteś bogatą córeczką tatusia. - westchnął.
- Nie jestem córeczką tatusia. A stan konta mojej rodziny, też nie ma nic do rzeczy. Pójdziesz ze mną, czy mam poprosić Holdena?
Haymitch pokręcił głową z tym irytującym uśmieszkiem na twarzy. Nic nie powiedział, tylko wstał z łóżka i zaczął grzebać w rzeczach, które wciąż były w szafie, a nie na podłodze.
- Po co chcesz iść? - zapytał nawet się do niej nie odwracając.
- Jutro Wigilia. - wyjaśniła, czując, że na jej policzkach pojawia się rumieniec. Nie miała zbyt wiele makijażu na twarzy, który mógłby to ukryć. - A ja nie mam dla was żadnych prezentów, a wcześniej nie było czasu, żeby się wybrać, więc pomyślałam, że skoro mamy wolne, to warto by było się wybrać.
Patrzyła jak wyciągnął z szafy czarny, gruby sweter i założył go na siebie, po czym znów zaczął grzebać w szafie. Po chwili wyciągnął z niej szarą bluzę bez kaptura, która wyglądała na naprawdę ciepłą i rzucił ją do niej. Złapała ją tylko dzięki refleksowi. Spojrzała na bluzę, a później na Haymitcha.
- Chyba nie chcesz iść w tym, prawda? - przewrócił oczami, wskazując na to co nosiła na sobie.
- Nie mam cieplejszych rzeczy.
- Tak, dlatego daję ci tą bluzę. - jego ton i spojrzenie mówiły jej, że ma ją za idiotkę. Pokręciła głową i wyciągnęła rękę w której trzymała bluzę, żeby mu ją oddać.
- Nie będę nosić twoich ubrań.
- Jest świeżo wyprana. - wzruszył ramionami. Patrzyli na siebie przez chwilę i w końcu Haymitch westchnął. - Albo ją zakładasz, albo nigdzie nie idę.
- Szantażujesz mnie? - zapytała unosząc brew.
- Można to tak nazwać. - wyszczerzył się.
Zacisnęła usta, żeby nic więcej już nie powiedzieć, po czym założyła jego bluzę. Była o wiele za duża; sięgała jej do połowy uda. Ale była ocieplana od środka i była taka ciepła. I pachniała Haymitchem, co - choć wolała tego nie przyznawać. - sprawiało, że jej wnętrzności zawiązywały się w ciasny supeł. Zapach był bardzo przyjemy i odruchowo miała ochotę, nigdy mu nie oddawać owej bluzy.
***
Wycieczka do miasta była zaskakująco udana. Effie kupiła wszystkim prezenty, dbając o to, żeby Haymitcha nie było w pobliżu, kiedy wybierała prezent dla niego. Miała nadzieję, że mu się spodoba, bo prawdę mówiąc nie miała pojęcia co powinna mu dać.
Wszystko szło świetnie. Dopóki Haymitch i Effie nie przeszli koło piekarni. Effie na początku nie wiedziała o co chodzi, kiedy z każdym kolejnym krokiem, Haymitch coraz bardziej się napinał. Czuła to doskonale, ponieważ trzymała go pod ramię, żeby się nie poślizgnąć. Dopiero, kiedy doszli do małego budynku wciśniętego pomiędzy dwa inne, Effie to zobaczyła.
Lodowaty dreszcz, który nie miał nic wspólnego z pogodą, spłynął jej po plecach. Poczuła, że robi jej się niedobrze.
Oto tuż przed drzwiami piekarni, gdzie każdy mógł ją zobaczyć, stała Lissie. Nie zauważyła ich. A to dlatego, że była zajęta.
Całowaniem się z innym, wysokim, jasnowłosym chłopakiem.
__________________________________________________________________________
TA DAM! No i mamy dramat! Co myślicie?

Ogłoszenia Parafialne! ♥ (I'M ALIVE!)

ŻYJĘ!
Muszę Was przeprosić za to, że rozdziały nie są wstawiane tak regularnie, jak kiedyś. Niestety trochę się u mnie dzieje... Nie wiem, dlaczego napisałam "niestety", powinnam się cieszyć xd... No nie ważne. Trochę się dzieje i nie mam za bardzo czasu, żeby dodawać rozdziały regularnie.
Rozdział, który mam teraz dodać - Nie pamiętam, który to, a nie chce mi się teraz sprawdzać (jestem totalnym leniem) - miał być dodany już kilka dni temu, ale coś mi przeszkodziło. (czyt. genialny komputer usunął mi połowę rozdziałów; czyt. muszę napisać wszystko na nowo! Huuuuraaa! -.-') Dlatego, jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, dodam go dzisiaj! Jeśli nie, dodam go prawdopodobnie jutro!
Mam nadzieję, że ktokolwiek jeszcze tu wchodzi. Jeśli nie... Cóż... Ja wciąż tu będę.
A! I nawet jeśli nie dodaję rozdziałów tak regularnie jakbym tego chciała, to pamiętajcie, że WCIĄŻ JE DODAJĘ! Nie przerwałam pisania, po prostu nie mam czasu. I komputer się buntuje... Taaa...
Czekajcie na rozdział! ♥ Do później! ♥
O!O!O!
I jeszcze jedno!
Bang My Hands (chyba dobrze zapamiętałam? Nie wiem.) przez przypadek usunęłam połowę zawartości swojej skrzynki pocztowej. I jak pewnie możesz sobie wyobrazić, straciłam Twoje maile. Jeśli wciąż chcesz, możesz wysłać mi je jeszcze raz, ale proszę, wyślij mi wszystkie trzy części razem (w jednym mailu). Odeślę Ci poprawioną wersję i zadecydujesz czy chcesz, żebym to dodała na bloga czy jednak nie. Okay? Okay.