poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 10

JESTEM! Spędziłam trochę czasu na sprawdzaniu tego rozdziału, ale wciąż nie jestem w stu procentach pewna, czy wyłapałam wszystkie literówki. Dlatego z góry przepraszam!
___________________________________________________________________
Effie
Minął tydzień odkąd Effie upadła na lód i zbiła kostkę. Już na następny dzień, uparła się, że wszystko jest dobrze i że nie potrzebuje jeszcze jednego dnia przerwy. Musieli trenować, bo z każdym dniem, mieli coraz mniej czasu. Po tygodniu pobytu w Dwunastce, stosunek Haymitcha do niej, widocznie się zmienił. Zaczął ją tolerować. Już wtedy, kiedy rozmawiał z nią o Lissie, czuła, że są na dobrej drodze do zdobycia wzajemnego zaufania.
Haymitch zrobił ogromne postępy w łyżwiarstwie. Już nie musiała mu przypominać o ząbkach, o tym gdzie powinny być jego ręce i jak powinien ustawić nogi, albo w jaki sposób powinien ją podnieść. Z każdym kolejnym treningiem był coraz lepszy. Effie była z niego dumna.
Ona i Haymitch wciąż się kłócili, ale większość kłótni polegała na zwykłym przekomarzaniu się. Nie było to nic poważnego. W większości przypadków, oboje wybuchali śmiechem. Stali się partnerami. Możliwe nawet, że przyjaciółmi. W pewnym sensie.
Ponieważ z każdym kolejnym treningiem, coś dziwnego się działo między nimi. Za każdym razem, kiedy ją dotykał, czuła na swojej skórze elektryzujące iskry. Choć ćwiczyli na dworze, gdzie mróz nie dawał im spokoju, kiedy Haymitch ją obejmował lub po prostu dotykał, czuła, że jej skóra płonie. Miała wrażenie, że nie jest jedyną, która to czuje. Widziała w jaki sposób na nią patrzył, kiedy myślał, że nie widzi. Effie jakimś cudem zawsze wiedziała, kiedy na nią patrzył. Ba, wyczuwała, kiedy wchodził do pokoju. Jednak Haymitch nigdy nie poruszał tematu tego napięcia pomiędzy nimi, więc Effie również nic nie mówiła. Czasami miała wrażenie, że sobie to wszystko wymyśliła i że tak naprawdę nic się nie dzieje.
Haymitch już więcej nie poruszył tematu Lissie. Jednak Effie nie była ślepa. Widziała, że poza treningami, Haymitch w ogóle nie wychodził z domu. A Lissie też przychodziła do niego. Holden powiedział jej któregoś wieczora, że to już nie potrwa długo. Z początku nie rozumiała o co chodzi i choć nie zapytała, Holden wyjaśnił jej, że Haymitch chce dać Lissie trochę przestrzeni, ale to nie ma najmniejszego sensu. Że powinien się obudzić i zobaczyć co się dzieje wokół niego.
- Co masz na myśli? - zapytała wbrew sobie. Twarz Holedna posmutniała, pokręcił głową, ale nie powiedział już nic więcej. Nie wiedziała co o tym myśleć.
Święta zbliżały się wielkimi krokami i można to było poczuć w każdym zakątku domu rodziny Abernathy. Effie wciąż nie mogła się przyzwyczaić do tego, jak głośno było w tym domu. Przez cały czas. Było słychać śmiechy, przekomarzanie się Haymitcha i Holdena, krzyki Alice, która nie mogła już znieść swoich synów. I Effie patrzyła na to wszystko z lekką nutą zazdrości. W jej domu nie było mowy o takich zachowaniach. Jej matka byłaby wściekła, gdyby Effie, Alexander czy Melinda zachowywali się w taki sposób. A w domu Abernathy, nikt się tym nie przejmował. Tutaj było to... Normalne.
- Już myślałem, że cię tam zabili i zakopali w lesie. - usłyszała, kiedy odebrała telefon, dzień przed świętami.
- Przepraszam, byliśmy bardzo zajęci. Nie miałam czasu, żeby zadzwonić.
- W porządku. Melinda kazała cię pozdrowić.
- Och - zmarszczyła brwi. - Wszystko w porządku?
- Tak. Tylko... - głos Alexandra przycichł i Effie musiała się wysilić, żeby go usłyszeć. - Ostatnio się dziwnie zachowuje. Chce ze mną spędzać czas. Wypytuje o ciebie i o mnie.
- To rzeczywiście dziwne.
Odkąd Melinda skończyła trzynaście lat, przestała się interesować Effie i Alexandrem. Matka zaczęła ją zabierać na pokazy mody oraz na przyjęcia i mniej więcej w tym momencie ścieżki rodzeństwa się rozeszły. Od tamtego momentu nie mieli już ze sobą nic wspólnego.
- Ale opowiadaj co u ciebie! - I tak oto dobry humor Alexandra znów był na miejscu. - Jak jest  w Dwunastce? Dobrze cię tam traktują? Czy może mam skopać kilka tyłków?
- Żadnego kopania! - powiedziała ze śmiechem. - Jest dobrze. Rodzina Haymitcha jest naprawdę miła.
- A co z Haymitchem? - po samym głosie mogła poznać, że się szczerzy.
- Też dobrze. - odpowiedziała. - Codziennie trenujemy. Zrobił ogromne postępy. Już się nie przewraca i pamięta cały układ. Jest silny, więc nie ma problemu z podnoszeniami i z używaniem dźwigni. Czasami mam wrażenie, że nasz układ może mieć jakieś szanse...
- Oj, Effie... - zaśmiał się Alexander i Effie przestała mówić. - Wpadłaś po uszy, co?
- O co ci chodzi? - zmarszczyła brwi.
- Podoba ci się.
Choć jeszcze chwilę wcześniej, czuła, że może zamarznąć w kaszmirowym sweterku, teraz czuła, że robi jej się gorąco.
- Nie! - powiedziała szybko. Za szybko. I teraz słyszała, jak po drugiej stronie Alexander wybucha śmiechem. Westchnęła ciężko. - Haymitch ma dziewczynę. - momentalnie śmiech ucichł.
- Cóż... Nie fajnie. - mruknął jej brat.
- To nie ma żadnego znaczenia, ponieważ wcale mnie nie interesuje.
Nie była pewna kogo starała się przekonać: Alexandra czy siebie.
- Jasne. - praktycznie słyszała, jak Alexander przewraca oczami. Przez chwilę słyszała po drugiej stronie stłumioną rozmowę, po czym znów usłyszała głos brata. - Muszę już iść. Matka chce iść jeszcze na zakupy. Wiesz, coroczne polowanie na prezenty w ostatniej chwili.
- No tak. - westchnęła. - Powodzenia. Zadzwonię do ciebie jutro.
- Ok. Do usłyszenia! I baw się dobrze w Dwunastce.
Kiedy Alexander się rozłączył, Effie westchnęła ciężko. Nazajutrz miały być święta. Dlatego tego dnia Effie i Haymitch zrobili sobie wolne od treningu. Effie chciała wybrać się do miasta, żeby kupić prezenty dla Alice, Holdena i Haymitcha. Jednak nie chciała wychodzić sama, ponieważ nie znała okolicy. Mogła się zgubić i nie znaleźć drogi powrotnej do Wioski. Potrzebowała kogoś, kto poszedł by razem z nią.
Dlatego pięć minut po zakończeniu rozmowy z Alexandrem, znalazła się pod drzwiami do pokoju Haymitcha. Wzięła głęboki oddech i zapukała trzy razy. Nikt jej nie odpowiedział. Wiedziała, że jest u siebie, ponieważ pół godziny wcześniej słyszała jak zamykał za sobą drzwi. Zapukała jeszcze raz. I jeszcze raz. Kiedy unosiła już dłoń, żeby zapukać po raz kolejny, z drugiej strony rozległ się znudzony głos.
- Po prostu wejdź!
Otworzyła drzwi i weszła do jego pokoju. Jeszcze nigdy tam nie była. W przeciwieństwie do swojego brata, Haymitch miał straszny bałagan. Ubrania wysypywały się z otwartej szafy; całe pomieszczenie wyglądało, jakby przeszło przez nie tornado. Haymitch leżał na łóżku, opierając się o wezgłowie z nogami wyciągniętymi przez sobą i z książką w ręce. Obrzucił ją spojrzeniem i wywrócił oczami. Podejrzewała, że chodzi mu o jej strój. Ten sweterek rzeczywiście nie był najcieplejszy.
- Czego chcesz? - zapytał, patrząc na nią spod przymrużonych powiek. Pewnie myślał, że chce go wyciągnąć na kolejny trening, choć umówili się, że tego dnia będą mieli wolne.
- Pójdziesz ze mną do miasta?
- Czy wyglądam, jak twoja opiekunka? - zaśmiał się ze swojego własnego dowcipu. Effie przyjrzała mu się uważnie po czym westchnęła.
- Nie, ona była pomarszczoną wiedźmą. W ogóle jej nie przypominasz. - I całe szczęście, pomyślała. Pani Roberts była okropną kobietą, która nie traktowała ich dobrze. I mimo licznych skarg ze strony dzieci, ich matka nie zmieniła jej przez całe cztery lata. Przez cztery lata musieli się bać, tej strasznej baby.
Haymitch rzucił jej zaciekawione spojrzenie, po czym zachichotał pod nosem. Zamknął książkę, nawet nie patrząc gdzie skończył i odłożył ją na bok.
- Mogłem się spodziewać, że jesteś bogatą córeczką tatusia. - westchnął.
- Nie jestem córeczką tatusia. A stan konta mojej rodziny, też nie ma nic do rzeczy. Pójdziesz ze mną, czy mam poprosić Holdena?
Haymitch pokręcił głową z tym irytującym uśmieszkiem na twarzy. Nic nie powiedział, tylko wstał z łóżka i zaczął grzebać w rzeczach, które wciąż były w szafie, a nie na podłodze.
- Po co chcesz iść? - zapytał nawet się do niej nie odwracając.
- Jutro Wigilia. - wyjaśniła, czując, że na jej policzkach pojawia się rumieniec. Nie miała zbyt wiele makijażu na twarzy, który mógłby to ukryć. - A ja nie mam dla was żadnych prezentów, a wcześniej nie było czasu, żeby się wybrać, więc pomyślałam, że skoro mamy wolne, to warto by było się wybrać.
Patrzyła jak wyciągnął z szafy czarny, gruby sweter i założył go na siebie, po czym znów zaczął grzebać w szafie. Po chwili wyciągnął z niej szarą bluzę bez kaptura, która wyglądała na naprawdę ciepłą i rzucił ją do niej. Złapała ją tylko dzięki refleksowi. Spojrzała na bluzę, a później na Haymitcha.
- Chyba nie chcesz iść w tym, prawda? - przewrócił oczami, wskazując na to co nosiła na sobie.
- Nie mam cieplejszych rzeczy.
- Tak, dlatego daję ci tą bluzę. - jego ton i spojrzenie mówiły jej, że ma ją za idiotkę. Pokręciła głową i wyciągnęła rękę w której trzymała bluzę, żeby mu ją oddać.
- Nie będę nosić twoich ubrań.
- Jest świeżo wyprana. - wzruszył ramionami. Patrzyli na siebie przez chwilę i w końcu Haymitch westchnął. - Albo ją zakładasz, albo nigdzie nie idę.
- Szantażujesz mnie? - zapytała unosząc brew.
- Można to tak nazwać. - wyszczerzył się.
Zacisnęła usta, żeby nic więcej już nie powiedzieć, po czym założyła jego bluzę. Była o wiele za duża; sięgała jej do połowy uda. Ale była ocieplana od środka i była taka ciepła. I pachniała Haymitchem, co - choć wolała tego nie przyznawać. - sprawiało, że jej wnętrzności zawiązywały się w ciasny supeł. Zapach był bardzo przyjemy i odruchowo miała ochotę, nigdy mu nie oddawać owej bluzy.
***
Wycieczka do miasta była zaskakująco udana. Effie kupiła wszystkim prezenty, dbając o to, żeby Haymitcha nie było w pobliżu, kiedy wybierała prezent dla niego. Miała nadzieję, że mu się spodoba, bo prawdę mówiąc nie miała pojęcia co powinna mu dać.
Wszystko szło świetnie. Dopóki Haymitch i Effie nie przeszli koło piekarni. Effie na początku nie wiedziała o co chodzi, kiedy z każdym kolejnym krokiem, Haymitch coraz bardziej się napinał. Czuła to doskonale, ponieważ trzymała go pod ramię, żeby się nie poślizgnąć. Dopiero, kiedy doszli do małego budynku wciśniętego pomiędzy dwa inne, Effie to zobaczyła.
Lodowaty dreszcz, który nie miał nic wspólnego z pogodą, spłynął jej po plecach. Poczuła, że robi jej się niedobrze.
Oto tuż przed drzwiami piekarni, gdzie każdy mógł ją zobaczyć, stała Lissie. Nie zauważyła ich. A to dlatego, że była zajęta.
Całowaniem się z innym, wysokim, jasnowłosym chłopakiem.
__________________________________________________________________________
TA DAM! No i mamy dramat! Co myślicie?

8 komentarzy:

  1. Wiedziałam!!!!!!! Wiedziałam, że chciała mu to powiedzieć!!!! Tzn.... Byłam tak w 99,75% pewna. ;D Przez to nienawidzę Lissie jeszcze bardziej niż wcześniej, ale przynajmnieniej odczepi się od Haymitcha. xD Btw, biedny on...;( A tak poza tym rozdział super, czekam na nexta!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiedzialam ze tak będzie l, dobrze sie stalo (taniec radosci) czemu mam wrażenie, ze ten chlopak to Peeta? Nieważne. Rozdzial super i czekam na nexta. W ogóle czytalam Twoje starsze opowiadania i odświeżyłam stronę i BUM jest post i rozdzial. Ta radosc... :) postaram sie jeszcze dzis wyslac Ci opowiadania, pozdrawiam :) bang my hands

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie. To nie Peeta, ale blisko. :D Przekonasz się jutro.

      Usuń
  3. Ha, haha, haha, ha, ha, ha
    Wiedziałaaaam. Lissie, nienawidzę cie jeszcze bardziej *ekhesukaekhe*
    Eff w bluzie Haymitcha *-* ty wiesz jak sprawić, żeby moje zlodowaciałe serce zaczęło topnieć :D
    Nevermind.
    Rozdział cud miód i orzeszki (tak,znowu polubiłam to jakże gimbusiarskie powiedzonko)
    Weny, weny, jeszcze więcej weny no i widzimy się w kolejnym rozdziale :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Ej olśniło mnie.
    Czy pierwsze rozdziały nie były wzorowane Step Up'em?! ze
    #Spozniony_Zaplon

    OdpowiedzUsuń