Siedziała w salonie, przeglądając
dokumenty sponsorów. A właściwie, wpatrując się w kartki leżące przed nią. Była
sama w apartamencie, bo każdy znalazł sobie jakąś wymówkę, żeby tylko wyjść.
Jej myśli były daleko. Rozpamiętywała cały, miniony dzień. Począwszy od
śniadania w łóżku, po kłótnię, która skończyła się ledwie pół godziny temu.
Wciąż nie mogła uwierzyć, że tak szybko się to wszystko potoczyło. W jednej
chwili się śmiali, a już w następnej krzyczeli na siebie. Czuła jak jej serce
rozpada się na milion kawałeczków, za każdym razem, gdy przypominała sobie jego
słowa. Wracamy do normy. Pomyślała, przewracając kartkę, żeby
móc wpatrywać się w kolejne zdania, które i tak do niej nie docierały.
Wciąż słyszała echo krzyków. Przełknęła
wielką gulę, która utkwiła jej w gardle i powstrzymała się od płaczu. I
pomyśleć, że wszystko zaczęło się od pojawienia się Finnicka.
Effie bardzo go lubiła. Był miły i
czarujący. Od lat grali razem w grę, polegającą na wywoływaniu zazdrości w
Haymitchu. Ponieważ chcąc, nie chcąc - Haymitch był zazdrosny. Zawsze. I
wszyscy to widzieli. Nawet jeśli nie czuł do Effie nic poza odrazą, to nie
pozwalał innym zwycięzcom, żeby mówili o niej okropne rzeczy, jak o każdej innej
opiekunce. Tylko on mógł się z niej nabijać. To samo tyczyło się
"nietykalności". Nikt nie mógł dotknąć Effie, żeby na karku Haymitcha
nie pojawiła się czerwona plama. W momencie, kiedy Finnick to odkrył, zaczął
coraz częściej z nią flirtować. Effie rozumiała go, bez żadnych słów.
Wystarczyło, żeby na nią spojrzał i już wiedziała co się szykuje. Było to
poniekąd ich hobby.
Więc, za każdym razem, kiedy Finnick był w
pobliżu, Haymitch starał się być jak najdalej. Żeby nie dać po sobie poznać, że
ręka na kolanie Effie go denerwuje. Kto by pomyślał, że tym razem to skończy
się w taki sposób?
Skończyli jeść obiad, jakąś godzinę temu i
Haymitch musiał na chwilę wyjść. Effie była pewna, że kieliszek wina do obiadu
mu nie wystarczył, więc poszedł po "następną porcję". Mieli się
spotkać na parterze centrum treningowego. Mieścił się tam pokój, do którego
miał dostęp każdy zwycięzca i każda opiekunka. "Bawialnia", jak to
mówiły niektóre opiekunki. Poprosił ją, żeby tam na niego poczekała. Mieli iść
na spacer.
Tak więc Effie siedziała na kanapie, która
z łatwością mogłaby pomieścić dziesięć osób. W pomieszczeniu było jeszcze kilka
osób. Brutus i Enobaria siedzieli przy stoliku w kącie pokoju i rozmawiali o
czymś cicho. Effie była wdzięczna, że nie zwracają na nią uwagi. Dobrze
wiedziała jakie mają o niej zdanie i nie raz słyszała, jak z ich ust padają
kąśliwe uwagi. Przy stole z drinkami stało kilka opiekunek, które plotkowały i
śmiały się. Nie miała pojęcia, w którym dokładnie momencie, przestała do nich
podchodzić, żeby wymienić się najnowszymi ploteczkami. Wiedziała jednak, że tak
jest lepiej.
- Ptaszynko, czemu siedzisz tu samotnie? -
usłyszała znajomy głos i nie mogła się powstrzymać od uśmiechu. Odwróciła się,
żeby zobaczyć jak Finnick Odair opada na kanapę obok niej.
- Już nie jestem sama. - odpowiedziała,
wciąż się uśmiechając. Naprawdę lubiła Finnicka. Mimo tego, że miał dopiero
dwadzieścia cztery lata, potrafili się dogadać. - Przecież ty ze mną jesteś.
- A gdzie jest Haymitch? - zapytał,
spoglądając na nią spod przymrużonych powiek. - Pokłóciliście się? Słyszałem
plotki...
- Jakie plotki? - zdziwiła się Effie i jej
spojrzenie powędrowało do grupki roześmianych kobiet.
- Więc mówisz, że nie pokłóciliście się na wczorajszym balu? - dopytywał się Finnick. - Że nie krzyczeliście na siebie, a później... - wyszczerzył się w uśmiechu, który mógł znaczyć tylko jedno. Szturchnęła go zaczepne w ramię, czując rumieniec, który ukrywał się pod
jej makijażem.
- Nie! - powiedziała, wywracając oczami.
Finnick zrobił zawiedzioną minę.
- To gdzie teraz jest twój książę z bajki?
- Jego ramie oplotło jej ramiona. Robił to tak często, że prawdopodobnie nie
był tego świadomy.
- Właśnie na niego czekam.
- Wiesz, Effie... - westchnął teatralnie i
wydął wargi. - Zawiodłem się na tobie. Zdradziłaś mnie.
- Finnick, myślałam, że już o tym
rozmawialiśmy. - grali w tą grę, nawet gdy Haymitcha nie było w pobliżu. Po
prostu, żeby nie musieć poruszać ważnych tematów. Jak, na przykład igrzyska.
- Moje serce krwawi, ptaszynko. Jak możesz
mi to robić?
Rozmawiali na tyle głośno, że opiekunki,
które wciąż stały przy stoliku, zaczęły na nich zerkać. Effie już mogła słyszeć
kolejne plotki na jej temat. Jeden zwycięzca to dla niej za mało. Teraz
dodatkowo uwiodła Finnicka, którego pożądał cały Kapitol.
Jednak zanim zdążyła odpowiedzieć, do
pomieszczenia wszedł Haymitch. Kiedy tylko ich zobaczył, zatrzymał się w
połowie drogi. Jego oczy powędrowały do ręki Finnicka, która wciąż spoczywała
na jej ramionach, a później do tego, jak blisko siebie siedzieli.
- Wszedł, prawda? - zapytał cicho Finnick,
nie odwracając od niej wzroku.
- Uhmm. - wymamrotała.
- Jest już czerwony?
- Jeszcze nie. - Dłoń Finnika spoczęła na
jej kolanie. Effie znów poczuła, że się czerwieni. Ściągnęła jego dłoń ze
swojego kolana. - Starczy. - mruknęła.
Wstała, strącając przy okazji jego drugą
rękę ze swoich ramion. Finnick zagrał idealnie, zranionego szczeniaka.
- Ale, Effie... - jęknął. - Jak możesz?
Wszystkie opiekunki, obecne w
pomieszczeniu na nich patrzyły. Na ich twarzach można było zauważyć różny
stopień niedowierzania. Jednak Effie patrzyła tylko na Haymitcha. Jego twarz
nie była czerwona - była purpurowa. Nie był to dobry znak. Podeszła do niego i
wzięła go za rękę, jednak on wciąż patrzył na Finnicka.
- Chodźmy. - powiedziała, ciągnąc go za
sobą w stronę wyjścia.
Szli w milczeniu przez korytarz. Effie
kierowała ich w stronę windy; przeszła jej ochota na spacer.
- Powiedz coś. - odezwała się, kiedy
czekali na windę.
- Niby co mam ci powiedzieć? - warknął.
Wciąż na nią nie patrzył.
- Cokolwiek.
Jednak jedyną odpowiedzią była cisza.
Drzwi windy się otworzyły i ze środka wyszedł Chaff. Wyszczerzył się na widok
Haymitcha, ale ten miał kamienną twarz.
- Wszystko w porządku, Hay? - zapytał, a
po chwili jego wzrok padł na Effie. Wiedziała, że przyjaciel Haymitcha za nią
nie przepada.
- Wspaniale. - odpowiedział, nieco zbyt
szorstko. Wyminął Chaffa i wszedł do windy, zostawiając przyjaciela z wyrazem
szoku na twarzy. Effie chcąc nie chcąc, zrobiła to samo.
- Hay... - jednak, nigdy nie dowiedzieli
się co Chaff chciał powiedzieć, bo drzwi windy się zamknęły i ruszyli na górę.
- Odezwiesz się w końcu? - zapytała Effie,
po dwóch sekundach ciszy. Miała wrażenie, że to milczenie na nią napiera. -
Rozumiem, że jesteś zazdrosny, ale...
- Zazdrosny? - głos mu drżał.
Prawdopodobnie tracił nad sobą kontrolę. - Zazdrosny o tego gogusia z Czwórki?
- Tak, bo...
- A niby czemu miałbym być zazdrosny? -
przerwał jej ponownie. Coraz bardziej podnosił głos. - Bo obściskiwałaś się z
nim, na oczach tych wszystkich ludzi?
- Nie obściskiwałam się.
- Och, proszę cię! - przewrócił oczami.
Tracił kontrolę. - W ogóle mnie to nie rusza. Nic mnie to nie obchodzi.
- Chcesz powiedzieć, że nie obchodzi cię
to, jeśli rzeczywiście bym się z kimś obściskiwała? - zapytała z niedowierzaniem.
- A dlaczego powinno mnie to obchodzić,
skarbie?
Winda się zatrzymała na dwunastym piętrze.
Haymitch nie czekał na odpowiedź, po prostu wyszedł, zostawiając ją za sobą.
Ruszył w stronę salonu, jednak Effie nie dała za wygraną. Musiała to wyjaśnić,
więc ruszyła za nim.
- Może dlatego, że podobno coś dla ciebie
znaczę? - zawołała za nim.
- Nigdy nic takiego nie powiedziałem! -
Odkrzyknął. Nie odwrócił się.
Kiedy weszli do salonu, zobaczyli, że na
kanapie siedzą Katniss i Peeta. Patrzyli na nich pytającym wzrokiem, jednak oni
całkowicie ich zignorowali. Effie wpatrywała się w Haymitcha, a ten w końcu się
odwrócił w jej stronę. W jego oczach, była czysta wściekłość.
- Jeszcze tego nie załapałaś, skarbie? -
krzyknął - Nic nie znaczysz! To tylko gra, która ma na celu pomóc mi przeżyć!
Przedstawienie, nic więcej!
- Przestań. - wyszeptała, ale chyba jej
nie usłyszał.
- Dlaczego miałbym być zazdrosny, skoro
nic do ciebie nie czuję? Podobno znasz się na grze aktorskiej? Powinnaś
rozpoznać, kiedy inni odstawiają teatrzyk, tuż przed twoim nosem!
- Haymitch! - krzyknął Peeta, zrywając się
z kanapy. Jego twarz płonęła czerwienią, jednak ani Haymitch, ani Effie nie
zwrócili na niego uwagi. Wpatrywali się w siebie. Haymitch dyszał ze złości.
Czuła jak jej oczy wypełniają się łzami,
jednak nie pozwoliła im spłynąć po policzkach. Zacisnęła pięści. Wiedziała, że
wszystkie jego słowa, są popędzane przez złość, ale nie pomogło jej to w
pokonaniu bólu, który czuła w sercu. Miała wrażenie, jakby jej serce się
rozpadło.
- Jesteś dobrym aktorem, Haymitch. -
wyszeptała, jednak tym razem jej szept został usłyszany, bo w pokoju zaległa
cisza. - Mam nadzieję, że to przedstawienie pomoże ci przeżyć.
Twarz Haymitcha drgnęła; jego maska na
ułamek sekundy zniknęła i Effie mogła dostrzec, że Haymitch już żałuje swoich
słów. Jednak, już w następnej chwili, znów pojawiła się złość na jego twarzy.
Odwróciła się od niego i ruszyła w stronę
swojego pokoju. Była już na korytarzu, kiedy usłyszała Peetę
- Powinieneś...
- Nawet nie próbuj. - ostrzegł go
Haymitch, szorstkim głosem.
Effie nie usłyszała, że ktoś wszedł do
salonu. Była zbyt zajęta wpatrywaniem się w dokumenty. Więc, kiedy ktoś
odchrząknął głośno, podskoczyła jak oparzona. Szybko otarła policzki, bo zdała
sobie sprawę, że płakała. Kiedy odwróciła się, z szerokim uśmiechem na ustach,
zobaczyła Haymitcha, który stał w drzwiach. Miał smutne oczy, zupełnie jakby
poczucie winy nie dawało mu spokoju.
- Effie, ja... - zaczął, jednak ta mu
przerwała.
- Przejrzałam te dokumenty, jednak wciąż
nie zgadzają mi się proponowane kwoty. Wciąż czegoś brakuje, ale porozmawiam o
tym z Peetą. - mówiła swoim zwykłym, radosnym głosem. Głosem Effie Trinket,
opiekunki Dwunastego Dystryktu.
- Skarbie...
- Możesz przejrzeć te dokumenty, jeśli
chcesz. - powiedziała, nie dopuszczając go do głosu.
- Czy możesz...? - ale znów nie dane mu
było dokończyć
- Nie, Haymitch. - zrezygnowała z
radosnego szczebiotania. Dobrze wiedziała o co zapyta. Nie chciała go
dopuścić do głosu, bo z chwilą gdy zacznie mówić, ona mu wybaczy. - Jestem
wykończona. Dobranoc.
Wstała z kanapy, zostawiając papiery na
stole i ruszyła do pokoju. Kiedy mijała go w drzwiach, miała ochotę się
zatrzymać i go przytulić, jednak nie pozwoliła sobie na to. W złości, czy też
nie - powiedział okropne rzeczy. I na razie zbyt ją bolało, żeby mu wybaczyć.

O matko, ale się porobiło. Mam wrażenie, że oboje przesadzili i to bardzo. Ratuj ich jakoś.
OdpowiedzUsuńAch, a już myślałam, że do Igrzysk będzie tak pięknie ... <//3 Moje serduszko płaczę :C
OdpowiedzUsuńUgh...trochę za ostro się potraktowali! Pomóż im! Świetny rozdział <3
OdpowiedzUsuń