piątek, 18 grudnia 2015

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 11

Siedziała w salonie, przeglądając dokumenty sponsorów. A właściwie, wpatrując się w kartki leżące przed nią. Była sama w apartamencie, bo każdy znalazł sobie jakąś wymówkę, żeby tylko wyjść. Jej myśli były daleko. Rozpamiętywała cały, miniony dzień. Począwszy od śniadania w łóżku, po kłótnię, która skończyła się ledwie pół godziny temu. Wciąż nie mogła uwierzyć, że tak szybko się to wszystko potoczyło. W jednej chwili się śmiali, a już w następnej krzyczeli na siebie. Czuła jak jej serce rozpada się na milion kawałeczków, za każdym razem, gdy przypominała sobie jego słowa. Wracamy do normy. Pomyślała, przewracając kartkę, żeby móc wpatrywać się w kolejne zdania, które i tak do niej nie docierały.
Wciąż słyszała echo krzyków. Przełknęła wielką gulę, która utkwiła jej w gardle i powstrzymała się od płaczu. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od pojawienia się Finnicka.
Effie bardzo go lubiła. Był miły i czarujący. Od lat grali razem w grę, polegającą na wywoływaniu zazdrości w Haymitchu. Ponieważ chcąc, nie chcąc - Haymitch był zazdrosny. Zawsze. I wszyscy to widzieli. Nawet jeśli nie czuł do Effie nic poza odrazą, to nie pozwalał innym zwycięzcom, żeby mówili o niej okropne rzeczy, jak o każdej innej opiekunce. Tylko on mógł się z niej nabijać. To samo tyczyło się "nietykalności". Nikt nie mógł dotknąć Effie, żeby na karku Haymitcha nie pojawiła się czerwona plama. W momencie, kiedy Finnick to odkrył, zaczął coraz częściej z nią flirtować. Effie rozumiała go, bez żadnych słów. Wystarczyło, żeby na nią spojrzał i już wiedziała co się szykuje. Było to poniekąd ich hobby.
Więc, za każdym razem, kiedy Finnick był w pobliżu, Haymitch starał się być jak najdalej. Żeby nie dać po sobie poznać, że ręka na kolanie Effie go denerwuje. Kto by pomyślał, że tym razem to skończy się w taki sposób?
Skończyli jeść obiad, jakąś godzinę temu i Haymitch musiał na chwilę wyjść. Effie była pewna, że kieliszek wina do obiadu mu nie wystarczył, więc poszedł po "następną porcję". Mieli się spotkać na parterze centrum treningowego. Mieścił się tam pokój, do którego miał dostęp każdy zwycięzca i każda opiekunka. "Bawialnia", jak to mówiły niektóre opiekunki. Poprosił ją, żeby tam na niego poczekała. Mieli iść na spacer.
Tak więc Effie siedziała na kanapie, która z łatwością mogłaby pomieścić dziesięć osób. W pomieszczeniu było jeszcze kilka osób. Brutus i Enobaria siedzieli przy stoliku w kącie pokoju i rozmawiali o czymś cicho. Effie była wdzięczna, że nie zwracają na nią uwagi. Dobrze wiedziała jakie mają o niej zdanie i nie raz słyszała, jak z ich ust padają kąśliwe uwagi. Przy stole z drinkami stało kilka opiekunek, które plotkowały i śmiały się. Nie miała pojęcia, w którym dokładnie momencie, przestała do nich podchodzić, żeby wymienić się najnowszymi ploteczkami. Wiedziała jednak, że tak jest lepiej.
- Ptaszynko, czemu siedzisz tu samotnie? - usłyszała znajomy głos i nie mogła się powstrzymać od uśmiechu. Odwróciła się, żeby zobaczyć jak Finnick Odair opada na kanapę obok niej.
- Już nie jestem sama. - odpowiedziała, wciąż się uśmiechając. Naprawdę lubiła Finnicka. Mimo tego, że miał dopiero dwadzieścia cztery lata, potrafili się dogadać. - Przecież ty ze mną jesteś.
- A gdzie jest Haymitch? - zapytał, spoglądając na nią spod przymrużonych powiek. - Pokłóciliście się? Słyszałem plotki...
- Jakie plotki? - zdziwiła się Effie i jej spojrzenie powędrowało do grupki roześmianych kobiet.
- Więc mówisz, że nie pokłóciliście się na wczorajszym balu? - dopytywał się Finnick. - Że nie krzyczeliście na siebie, a później... - wyszczerzył się w uśmiechu, który mógł znaczyć tylko jedno. Szturchnęła go zaczepne w ramię, czując rumieniec, który ukrywał się pod jej makijażem.
- Nie! - powiedziała, wywracając oczami. Finnick zrobił zawiedzioną minę.
- To gdzie teraz jest twój książę z bajki? - Jego ramie oplotło jej ramiona. Robił to tak często, że prawdopodobnie nie był tego świadomy.
- Właśnie na niego czekam.
- Wiesz, Effie... - westchnął teatralnie i wydął wargi. - Zawiodłem się na tobie. Zdradziłaś mnie.
- Finnick, myślałam, że już o tym rozmawialiśmy. - grali w tą grę, nawet gdy Haymitcha nie było w pobliżu. Po prostu, żeby nie musieć poruszać ważnych tematów. Jak, na przykład igrzyska.
- Moje serce krwawi, ptaszynko. Jak możesz mi to robić?
Rozmawiali na tyle głośno, że opiekunki, które wciąż stały przy stoliku, zaczęły na nich zerkać. Effie już mogła słyszeć kolejne plotki na jej temat. Jeden zwycięzca to dla niej za mało. Teraz dodatkowo uwiodła Finnicka, którego pożądał cały Kapitol.
Jednak zanim zdążyła odpowiedzieć, do pomieszczenia wszedł Haymitch. Kiedy tylko ich zobaczył, zatrzymał się w połowie drogi. Jego oczy powędrowały do ręki Finnicka, która wciąż spoczywała na jej ramionach, a później do tego, jak blisko siebie siedzieli.
- Wszedł, prawda? - zapytał cicho Finnick, nie odwracając od niej wzroku.
- Uhmm. - wymamrotała.
- Jest już czerwony?
- Jeszcze nie. - Dłoń Finnika spoczęła na jej kolanie. Effie znów poczuła, że się czerwieni. Ściągnęła jego dłoń ze swojego kolana. - Starczy. - mruknęła.
Wstała, strącając przy okazji jego drugą rękę ze swoich ramion. Finnick zagrał idealnie, zranionego szczeniaka.
- Ale, Effie... - jęknął. - Jak możesz?
Wszystkie opiekunki, obecne w pomieszczeniu na nich patrzyły. Na ich twarzach można było zauważyć różny stopień niedowierzania. Jednak Effie patrzyła tylko na Haymitcha. Jego twarz nie była czerwona - była purpurowa. Nie był to dobry znak. Podeszła do niego i wzięła go za rękę, jednak on wciąż patrzył na Finnicka.
- Chodźmy. - powiedziała, ciągnąc go za sobą w stronę wyjścia.
Szli w milczeniu przez korytarz. Effie kierowała ich w stronę windy; przeszła jej ochota na spacer.
- Powiedz coś. - odezwała się, kiedy czekali na windę.
- Niby co mam ci powiedzieć? - warknął. Wciąż na nią nie patrzył.
- Cokolwiek.
Jednak jedyną odpowiedzią była cisza. Drzwi windy się otworzyły i ze środka wyszedł Chaff. Wyszczerzył się na widok Haymitcha, ale ten miał kamienną twarz.
- Wszystko w porządku, Hay? - zapytał, a po chwili jego wzrok padł na Effie. Wiedziała, że przyjaciel Haymitcha za nią nie przepada.
- Wspaniale. - odpowiedział, nieco zbyt szorstko. Wyminął Chaffa i wszedł do windy, zostawiając przyjaciela z wyrazem szoku na twarzy. Effie chcąc nie chcąc, zrobiła to samo.
- Hay... - jednak, nigdy nie dowiedzieli się co Chaff chciał powiedzieć, bo drzwi windy się zamknęły i ruszyli na górę.
- Odezwiesz się w końcu? - zapytała Effie, po dwóch sekundach ciszy. Miała wrażenie, że to milczenie na nią napiera. - Rozumiem, że jesteś zazdrosny, ale...
- Zazdrosny? - głos mu drżał. Prawdopodobnie tracił nad sobą kontrolę. - Zazdrosny o tego gogusia z Czwórki?
- Tak, bo...
- A niby czemu miałbym być zazdrosny? - przerwał jej ponownie. Coraz bardziej podnosił głos. - Bo obściskiwałaś się z nim, na oczach tych wszystkich ludzi?
- Nie obściskiwałam się.
- Och, proszę cię! - przewrócił oczami. Tracił kontrolę. - W ogóle mnie to nie rusza. Nic mnie to nie obchodzi.
- Chcesz powiedzieć, że nie obchodzi cię to, jeśli rzeczywiście bym się z kimś obściskiwała? - zapytała z niedowierzaniem.
- A dlaczego powinno mnie to obchodzić, skarbie?
Winda się zatrzymała na dwunastym piętrze. Haymitch nie czekał na odpowiedź, po prostu wyszedł, zostawiając ją za sobą. Ruszył w stronę salonu, jednak Effie nie dała za wygraną. Musiała to wyjaśnić, więc ruszyła za nim.
- Może dlatego, że podobno coś dla ciebie znaczę? - zawołała za nim.
- Nigdy nic takiego nie powiedziałem! - Odkrzyknął. Nie odwrócił się.
Kiedy weszli do salonu, zobaczyli, że na kanapie siedzą Katniss i Peeta. Patrzyli na nich pytającym wzrokiem, jednak oni całkowicie ich zignorowali. Effie wpatrywała się w Haymitcha, a ten w końcu się odwrócił w jej stronę. W jego oczach, była czysta wściekłość.
- Jeszcze tego nie załapałaś, skarbie? - krzyknął - Nic nie znaczysz! To tylko gra, która ma na celu pomóc mi przeżyć! Przedstawienie, nic więcej!
- Przestań. - wyszeptała, ale chyba jej nie usłyszał.
- Dlaczego miałbym być zazdrosny, skoro nic do ciebie nie czuję? Podobno znasz się na grze aktorskiej? Powinnaś rozpoznać, kiedy inni odstawiają teatrzyk, tuż przed twoim nosem!
- Haymitch! - krzyknął Peeta, zrywając się z kanapy. Jego twarz płonęła czerwienią, jednak ani Haymitch, ani Effie nie zwrócili na niego uwagi. Wpatrywali się w siebie. Haymitch dyszał ze złości.
Czuła jak jej oczy wypełniają się łzami, jednak nie pozwoliła im spłynąć po policzkach. Zacisnęła pięści. Wiedziała, że wszystkie jego słowa, są popędzane przez złość, ale nie pomogło jej to w pokonaniu bólu, który czuła w sercu. Miała wrażenie, jakby jej serce się rozpadło.
- Jesteś dobrym aktorem, Haymitch. - wyszeptała, jednak tym razem jej szept został usłyszany, bo w pokoju zaległa cisza. - Mam nadzieję, że to przedstawienie pomoże ci przeżyć.
Twarz Haymitcha drgnęła; jego maska na ułamek sekundy zniknęła i Effie mogła dostrzec, że Haymitch już żałuje swoich słów. Jednak, już w następnej chwili, znów pojawiła się złość na jego twarzy.
Odwróciła się od niego i ruszyła w stronę swojego pokoju. Była już na korytarzu, kiedy usłyszała Peetę
- Powinieneś...
- Nawet nie próbuj. - ostrzegł go Haymitch, szorstkim głosem.
Effie nie usłyszała, że ktoś wszedł do salonu. Była zbyt zajęta wpatrywaniem się w dokumenty. Więc, kiedy ktoś odchrząknął głośno, podskoczyła jak oparzona. Szybko otarła policzki, bo zdała sobie sprawę, że płakała. Kiedy odwróciła się, z szerokim uśmiechem na ustach, zobaczyła Haymitcha, który stał w drzwiach. Miał smutne oczy, zupełnie jakby poczucie winy nie dawało mu spokoju.
- Effie, ja... - zaczął, jednak ta mu przerwała.
- Przejrzałam te dokumenty, jednak wciąż nie zgadzają mi się proponowane kwoty. Wciąż czegoś brakuje, ale porozmawiam o tym z Peetą. - mówiła swoim zwykłym, radosnym głosem. Głosem Effie Trinket, opiekunki Dwunastego Dystryktu.
- Skarbie...
- Możesz przejrzeć te dokumenty, jeśli chcesz. - powiedziała, nie dopuszczając go do głosu.
- Czy możesz...? - ale znów nie dane mu było dokończyć
- Nie, Haymitch. - zrezygnowała z radosnego szczebiotania. Dobrze wiedziała o co zapyta. Nie chciała go dopuścić do głosu, bo z chwilą gdy zacznie mówić, ona mu wybaczy. - Jestem wykończona. Dobranoc.
Wstała z kanapy, zostawiając papiery na stole i ruszyła do pokoju. Kiedy mijała go w drzwiach, miała ochotę się zatrzymać i go przytulić, jednak nie pozwoliła sobie na to. W złości, czy też nie - powiedział okropne rzeczy. I na razie zbyt ją bolało, żeby mu wybaczyć.

3 komentarze:

  1. O matko, ale się porobiło. Mam wrażenie, że oboje przesadzili i to bardzo. Ratuj ich jakoś.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ach, a już myślałam, że do Igrzysk będzie tak pięknie ... <//3 Moje serduszko płaczę :C

    OdpowiedzUsuń
  3. Ugh...trochę za ostro się potraktowali! Pomóż im! Świetny rozdział <3

    OdpowiedzUsuń