Haymitch
Wbiegłem do salonu. Na podłodze, opierając się o kanapę, przykucnęła Effie. Łokcie opierała na udach, a dłońmi obejmowała głowę. Jej drobnym ciałem wstrząsały szlochy i dreszcze. Wydawała z siebie coś pośredniego między jękiem a krzykiem.
Podszedłem do niej i usiadłem obok niej na podłodze. Położyłem delikatnie swoją dłoń na jej plecach. Zadrżała i podniosła głowę, żeby na mnie spojrzeć.
Łzy rozmyły cały jej makijaż, oczy miała czerwone i zapuchnięte. Łzy ciekły strumieniem z jej oczu. Na jej widok serce mi się krajało.
Kiedy mnie rozpoznała, zarzuciła mi ręce na szyję i przywarła do mnie. Oparła swoją głowę na moim ramieniu i czułem jak jej gorące łzy wsiąkają w moją koszulę, ale nie dbałem o to. Objąłem ją mocno i pozwoliłem jej się wypłakać.
Wiedziałem doskonale, jak to jest stracić bliską osobę. Kapitol zabił całą moją rodzinę, kiedy miałem szesnaście lat. Wszystkie bliskie mi osoby. Nie miałem teraz nikogo oprócz Effie. A Effie nie miała teraz nikogo oprócz mnie.
Życie nie jest sprawiedliwe. Śmierć zabiera nam wszystkie najbliższe osoby, prędzej czy później. Czy tego chcemy czy nie. Nie pyta nas o zdanie.
Dlatego pozwoliłem Effie szlochać w moje ramię, bo wiedziałem, że właśnie tego potrzebuje. Nie mówiłem nic. Po prostu byłem przy niej. Czasami żaden z nas nie potrafi znaleźć odpowiednich słów, ale są takie momenty w których tej drugiej osobie, wystarczy twoja obecność. To że jesteś przy tej osobie i spędzasz z nią czas, nawet nie wypowiadając ani jednego słowa przez wiele godzin, znaczy więcej niż puste gadanie. Bliskość. Choć wydaje się, że to mało, to znaczy o wiele więcej niż by się mogło komukolwiek wydawać.
Nie miałem pojęcia ile czasu tak siedzieliśmy. Ile czasu upłynęło, zanim Effie się uspokoiła i wyczerpana, zapadła w sen? Nie wiem. Ale kiedy już to się stało, wziąłem ją delikatnie na ręce. Zaniosłem do jej pokoju i ułożyłem ją na łóżku. Położyłem się obok niej, żeby być w pobliżu, kiedy się obudzi.
Kilka kolejnych godzin upłynęło mi na przyglądaniu się jej, kiedy śpi. Wyglądała tak spokojnie. Cały makijaż spłynął z jej twarzy lub został na mojej koszuli, więc teraz jej twarz była czysta. Zdjąłem jej delikatnie perukę i odrzuciłem ją w kąt pokoju. Odgarnąłem blond loki z jej twarzy.
Kiedy tak na nią patrzyłem, współczułem jej z całego serca. Nie chciałem, żeby cierpiała. Zacząłem się zastanawiać nad tym, czy mogłem coś zrobić. Jakoś pomóc Katniss, Mags, Peecie i Finnickowi na arenie. Czy mogłem jakoś zaradzić temu co się stało. Już się tego nie dowiem. Już za późno.
Poprzysiągłem sobie w tamtej chwili, że nie dopuszczę, żeby Effie znów cierpiała.
Nie wiedziałem w którym momencie zasnąłem, ale obudziłem się w środku nocy. Spojrzałem na miejsce obok mnie i stwierdziłem, że jest puste.
- Effie? - zapytałem, podnosząc się do pozycji siedzącej. Nie usłyszałem odpowiedzi. Wstałem z łóżka i zacząłem się denerwować. Może coś jej się stało? Może sama sobie coś zrobiła?
Zajrzałem do łazienki, ale była pusta. Wyszedłem z pokoju na korytarz i ruszyłem w stronę salonu, ale tam też jej nie było. Nie było jej w żadnym z pomieszczeń. Przestraszyłem się nie na żarty. Serce biło mi gdzieś w okolicach gardła.
- Effie? - zawołałem, ale znów nie było odpowiedzi.
Biegałem od drzwi do drzwi - nigdzie jej nie było. Moje serce zaczęło szybciej bić. Nagle doznałem olśnienia. Pobiegłem najszybciej jak potrafiłem. Mijałem kolejne korytarze, aż w końcu dotarłem na schody. Biegłem i biegłem w górę, aż poczułem palący ból w klatce piersiowej, ale nie zwalniałem. W końcu trafiłem do drzwi i jak najszybciej je otworzyłem.
Zimne, nocne powietrze uderzyło mnie w twarz. Wiatr i świeży tlen zaatakował moje płuca. To właśnie wtedy ją zauważyłem. Stała w tym samym miejscu w którym kilka dni temu, stałem razem z nią. Na samej krawędzi dachu. Patrzyła w dół i wszystko wskazywało na to, że jest głęboko zamyślona. Żołądek mi się ścisnął. Nie mogłem jej zawołać, bo mogła się wystraszyć i spaść.
Zacząłem się skradać po cichu i ostrożnie, uważając na to, żeby nie zauważyła mojej obecności. W świetle księżyca jej blond włosy wyglądały jakby były białe. Podchodziłem coraz bliżej, aż w końcu byłem na tyle blisko, że jednym zwinnym ruchem, objąłem ją mocno w talii i odciągnąłem jak najdalej od krawędzi dachu.
Niemal czułem jej przyspieszone bicie serca.
- Nigdy więcej mnie tak nie strasz. - wydyszałem, wtulając twarz w jej włosy. Poczułem, że mnie obejmuje i to mnie uspokoiło. Odchyliłem się, żeby na nią spojrzeć. Jej twarz lśniła od łez.
- Dlaczego tutaj przyszłaś? - zapytałem
- Duszę się w pokoju. Potrzebowałam świeżego powietrza. - od płaczu miała chrypkę. Znów ją przytuliłem i pocałowałem w czoło.
- Następnym razem mnie obudź. Wystraszyłem się kiedy cię obok mnie nie było... Już myślałem, że... Że coś się stało.
- Przepraszam... - usłyszałem w jej głosie, że znów zaczyna płakać.
- Cii... - szepnąłem - Nie płacz...Wiem, co czujesz, Effie. Na prawdę, bardzo mi przykro.
Poczułem, że znów mam mokrą koszulę.
- Skąd możesz wiedzieć...? - wyszeptała.
Odchyliłem się, żeby na nią spojrzeć. Wyglądała na zmarnowaną i wyczerpaną życiem. W ciągu kilku godzin jej cały świat zdążył się zawalić.
- Bo kiedy miałem szesnaście lat, prezydent Snow, kazał zamordować całą moją rodzinę. Tylko ja miałem ocaleć. To miała być moja pokuta, za to co zrobiłem na Igrzyskach... To dlatego już w wieku szesnastu lat popadłem w alkoholizm. Alkohol pozwalał mi odciąć się od rzeczywistości. Zapomnieć. Ale skończyłem z tym, bo mam ciebie. I nie chcę, żebyś cierpiała tak jak ja wtedy, bo wiem co to za ból. Nie miałem wtedy przy sobie nikogo bliskiego, kto powiedział by mi "Dość" lub "Przestań pić". Teraz mam ciebie i w tej chwili chcę być przy tobie, żeby ocalić cię przed moim losem... Effie, taka jest kolej rzeczy... Ludzie umierają, prędzej czy później. Nie mamy na to wpływu. Wiem, że to trudne, ale tak już jest. Mags wiedziała, że nie zostało jej dużo życia. Poświęciła się, żeby ocalić Peetę. Effie, Mags cię kochała... I zawsze będzie cię kochać.
Łzy płynęły po jej policzkach nieprzerwanym strumieniem. Przytuliła mnie mocno i przez jakiś czas nie puszczała. W końcu odsunęła się i spojrzała mi prosto w oczy.
- Dziękuję ci, Haymitch. - uśmiechnęła się blado, przez łzy. - Cieszę się, że mam cię przy sobie... Kocham cię.
- Ja ciebie też, księżniczko. - pocałowałem ją delikatnie. - Chodź, bo zmarzniesz.
Objąłem ją ramieniem i zaprowadziłem do pokoju. Reszta nocy, minęła bez większych przygód.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz