czwartek, 7 sierpnia 2014

Kim Jesteś?: Rozdział XIX


Haymitch
- Haymitch... Haymitch, obudź się.
Otworzyłem oczy, nie bardzo wiedząc co się dzieje.
Leżałem na kanapie w swoim salonie. W Dwunastym Dystrykcie! Zobaczyłem nad sobą parę szafirowych oczu, które się we mnie intensywnie wpatrywały.
Poderwałem się do pozycji siedzącej i poczułem okropne łupanie w głowie. Dotykałem pokolei włosów, czoła, policzków, spojrzałem w dół żeby sprawdzić czy z moimi nogami wszystko w porządku.
Dopiero w drugiej kolejności, zdałem sobie sprawę, że przecież nie jestem sam. Te szafirowe oczy... Spojrzałem w bok i ze zdumieniem stwierdziłem, że obok stoi zdenerwowana Effie.
Nie Effie, którą pamiętałem, ta która nie nosi peruk i makijażu oraz tych komicznych stroi. Stała tam dokładnie ta Effie - Kapitoliński Produkt. 
- Effie? - wymamrotałem, próbując zrozumieć jak to się stało, że kobieta którą kocham, znów wciela się w rolę laleczki. - To ty?
Spojrzała na mnie ze strachem.
- Dobrze się czujesz Haymitch? Mamrotałeś przez sen. Musimy się spieszyć, bo inaczej spóźnimy się na dożynki. Dziś prezydent Snow ogłosi, na czym ma polegać tegoroczne Ćwierćwiecze Poskromienia.
CO?! Jak to możliwe? Przecież to już się działo... Wiele, wiele miesięcy temu...
I nagle, prawda spadła na mnie niczym fortepian... To był tylko sen. Tylko sen! To wszystko co się działo... Dożynki, Ćwierćwiecze, powstanie... Moja miłość do Effie i jej miłość do mnie... To nie prawda.
Wstałem w kanapy, zdenerwowany i ruszyłem w stronę kuchni.
- Haymitch? - zapytała przestraszona Effie. Słyszałem jak za mną idzie i kiedy w drzwiach kuchni się nagle odwróciłem, wpadła na mnie ze zdezorientowaną miną. Chwyciłem ją odruchowo, żeby się nie przewróciła. Korzystając z okazji, że i tak mam ją już w ramionach, przyciągnąłem ją do siebie i mocno przytuliłem. Z zadowoleniem odkryłem, że odwzajemnia ten uścisk.
- Haymitch? - usłyszałem jej zduszony głos.
- Tak, skarbie? - zapytałem, nie wypuszczając jej z objęć.
- Wszystko w porządku?
- W jak najlepszym, księżniczko.
Spojrzałem na nią, ale wciąż nie puszczałem. Nasze twarze znalazły się w odległości zaledwie paru centymetrów od siebie. Patrzyłem w jej niesamowite oczy.
- Wiesz, Effie... Śniłaś mi się.
Byłem przygotowany na jej zdezorientowaną minę.
- Ja? - zapytała z niedowierzaniem. - I o czym był ten sen?
- O nas... - odpowiedziałem swobodnie. - O tym, że mnie kochasz i że ja ciebie też.
- Ach, tak? - jej głos stał się cichy. Spojrzałem na nią uważnie i zauważyłem, pozornie dobrze mi znane ze snu, zdenerwowanie... Ale nie takie zwyczajne, tylko takie, jak to, kiedy chcesz przed kimś ukryć prawdę.
- Czekaj... - powiedziałem, nagle uświadamiając sobie prawdę. - Ty... Ty naprawdę mnie kochasz.
Nie wiem, dlaczego to był dla mnie taki szok.
Szeroki uśmiech wpełzł na moją twarz i nie mogłem nad nim zapanować.
- Nie wiem o co ci chodzi. - powiedziała szybko i spróbowała mi się wyrwać, ale trzymałem ją mocno.
- Myślę, że wiesz, skarbie.
Pochyliłem się nad nią i pocałowałem... Może to wszystko, po części nie było snem?
Koniec.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz