sobota, 12 marca 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 7

Melodia do której tańczą to "River Flows In You" bo akurat to miałam w głowie. Pomyślałam, że może wolelibyście wiedzieć.
_______________________________________________________________________
Haymitch
- Nosisz tutu?
Śmiech Holdena wypełniał cały apartament. Śmiał się tak głośno i tak bardzo, że łzy zaczęły ściekać po jego policzkach. Schwycił się za brzuch, starając się powstrzymać. Haymitch zacisnął pięści.
- Skończyłeś? - wysyczał przez zaciśnięte zęby. - Nie noszę żadnego tutu.
Minął tydzień od kiedy zaczął ćwiczyć z Effie. Nie kłamała mówiąc, że będzie ją błagał o litość. Po pierwszej godzinie, jego wszystkie mięśnie krzyczały. Zaczęli od prostych ćwiczeń na rozciąganie, ale chociaż zapewniała go, że to dopiero początek, już miał dosyć. Żałował, że zaoferował jej swoją pomoc. Podczas gdy on starał się nie umrzeć z wysiłku, ona nawet się nie pociła.
- Jasne, jasne. - wydyszał Holden, starając się uspokoić śmiech. - Myślisz, że Lissie będzie zazdrosna, kiedy się dowie, że obściskujesz się z inną dziewczyną?
Siedzieli w kuchni, kończąc śniadanie. Haymitch miał właśnie wychodzić do pracy. Coin nie tolerowała spóźnień, tak samo jak Effie. Mags prosiła go, żeby dzisiejszego dnia również jej pomógł.
- Nie obściskuję się z Effie. - włożył miskę po owsiance do zlewu. - Tańczymy i jeździmy na łyżwach, to wszystko.
- Ale przytulasz ją. - Holden wyszczerzył się szeroko.
- To część układu.
Nie wiedzieć czemu, Holden ubzdurał sobie, że Haymitch zakochuje się w łyżwiarce. Wciąż powracał do tego tematu. Najwyraźniej, tak samo jak ich matka, twierdził, że on i Lissie powinni się rozstać. Jego rodzina po prostu nie rozumiała, że oboje - Haymitch i Lissie - potrzebowali tylko odpoczynku od siebie. Kiedy Haymitch wróci do domu, wszystko będzie dobrze.
- Jaka jest? - zapytał nagle Holden. Wydawał się zaciekawiony.
- Jest zarozumiała, zbyt pewna siebie i arogancka. - odpowiedział od razu. - Przez cały czas gada. Myśli, że może mną dyrygować na prawo i lewo.
- Brzmi jak twój typ. - chłopak wyszczerzył się złośliwie.
- Nie cierpię jej.
- To czemu jej pomagasz?
- Bo akurat byłem w pobliżu i potrzebowałem zajęcia. Wiesz, że nie lubię siedzieć bezczynnie.
- No, ale masz pracę. - zmarszczył brwi.
- W której nie robię zbyt dużo. Potrzebowałem czegoś jeszcze.
Holden pokiwał głową. Doskonale wiedział dlaczego Haymitch potrzebował zajęcia.
Haymitch wyszedł z kuchni, czując, że jego brat idzie za nim. Na korytarzu wziął torbę w której nosił dresy, łyżwy, które dostał od Effie i zapas wody - jedna butelka, to za mało.
- O której dzisiaj kończysz? - zapytał Holden.
- Jakoś o dziewiętnastej. A co?
- Obiecałeś mi obiad. - podczas gdy mieszkali w Kapitolu ich zwyczajem stało się to, że obiady jadali na mieście. Zawsze w innym miejscu, żeby Holden mógł pozwiedzać i zobaczyć trochę stolicy.
- Racja. Pamiętasz gdzie jest lodowisko?
- Jasne.
- Przyjdź po mnie i pójdziemy prosto stamtąd.
Holden pokiwał głową, a Haymitch poklepał go po ramieniu, po czym wyszedł z apartamentu.
***
- Wstawać, wstawać, wstawać! Nie ma czasu na odpoczynek.
Leżał na plecach na lodzie, nie zważając na kąsający mróz. Starał się złapać oddech. Zamknął oczy i marzył o tym, żeby móc zasnąć. Ta kobieta była nienormalna. Jak można być aż tak żywiołowym? Czy ona się w ogóle nie męczyła?
Podjechała do niego, zatrzymując się kilka centymetrów od niego. Ukucnęła i szturchnęła go palcem, kilka razy w bok.
- Żyjesz? - zapytała, a w jej głosie mógł dosłyszeć rozbawienie. Otworzył oczy i spojrzał na nią, tak żeby wiedziała, że ma ochotę ją zamordować.
- Zlituj się, skarbie. - wydyszał. - Pięć minut przerwy!
- Będziesz mógł odpocząć, kiedy będzie już po konkursie.
- Prędzej zamęczysz mnie na śmierć.
Wstała i zaczęła jeździć dookoła niego. Od samego patrzenia zaczęło mu się kręcić w głowie. Na jej twarzy widniał szeroki uśmiech.
- Nie podsuwaj mi pomysłów. Mogę z nich skorzystać.
Odjechała kawałek dalej. Wzrok Haymitcha podążał za nią i po całej serii treningów, jakie wykonywali, po samych ruchach wiedział, co zamierza zrobić. Zbyt wiele razy patrzył na to, jak ćwiczy. Zbyt wiele razy sam wykonywał te same ruchy.
W jednej chwili jechała normalnie, a już w następnej obróciła się na lewej nodze, zaczynając jechać tyłem. Wybiła się, wykonała obrót w powietrzu i wylądowała na prawej nodze. - Flip. Wszystko to nie trwało więcej, niż kilka sekund. Zrobiła to z gracją, niemal od niechcenia. Wydawało się, jakby to było dziecinnie łatwe, jednak Haymitch wciąż miał siniaki na biodrze, po nieudanych próbach.
- Czas minął. - powiedziała, kiedy zobaczyła, że wciąż się nie podniósł. - Wstawaj.
- Jesteś diabłem, skarbie. - westchnął i podniósł się z lodowej tafli.
Podjechała do niego i zatrzymała się tuż przy nim. Zbyt blisko. Haymitch mógł z łatwością policzyć delikatne piegi na jej nosie. Patrzyła mu prosto w oczy, na jej ustach tańczył delikatny uśmiech.
Chwyciła go za rękę i umieściła jego dłoń na swojej talii. Ustawiła go w pozycji do walca. Za każdym razem gdy to robiła, Haymitch miał wrażenie, że traktuje go jak lalkę, którą może ustawiać, jak jej się podoba. Ale robiła to już tyle razy, że trener zadecydował, iż będzie to częścią układu. Jego zadaniem było wykonać pierwszy krok, do przodu.
Pan Travers, który do tej pory siedział na trybunach, jedynie obserwując to co robili na lodowisku, włączył muzykę. Dźwięki pianina rozbrzmiewały dookoła nich.
Effie prowadziła, przez co było im łatwiej. Ta kobieta potrafiła sprawić, że Haymitch zapominał o całym świecie. Liczyła się tylko muzyka i to, że poruszali się razem w jej rytm. Zupełnie jakby rzuciła na niego urok. Nie spuszczali z siebie wzroku. Haymitch miał wrażenie, że nie mógłby oderwać oczu od jej niebieskich tęczówek, nawet gdyby wszystko dookoła się waliło.
- Teraz. - szepnęła, kiedy muzyka przybrała na sile. Puściła jego rękę i odjechała od niego. Haymitch się nie zatrzymywał. Wiedział doskonale co ma robić. I wiedział też, że potrafi to zrobić. Ćwiczyli to mnóstwo razy i choć nigdy wcześniej nie jeździł na łyżwach figurowych i nigdy nie wykonywał piruetów, wyskoków i wyrzutów, to po kilkunastu nieudanych próbach, w końcu się nauczył. Jednak tym razem, miał złe przeczucia.
Effie zawróciła z gracją i ruszyła prosto na niego. Wyjechał jej na spotkanie. Kiedy wyskoczyła, złapał ją w idealnym momencie, jednak nie zdążył usztywnić ramion i siła jej uderzenia sprawiła, że stracił równowagę. Poczuł, że leci w tył. Instynktownie szukał czegoś, co przywróciłoby mu równowagę i złapał pierwszą, najbliższą rzecz - Effie. Kiedy uderzył w lód plecami, poczuł, że z płuc ucieka mu całe powietrze. Jego łokieć przeszył ostry ból. Miał wrażenie, że jego czaszka pękła na pół. Effie przygniotła go swoim ciałem.
Effie odsunęła się od niego, podpierając się na łokciu - który wbijała mu boleśnie w klatkę piersiową. Jednak w tym momencie coś się stało. Patrzyli na siebie, ale to spojrzenie było inne niż zazwyczaj. Nie wiedzieć czemu, jego mózg uznał to za wspaniały moment, żeby uświadomić mu, że czuje ją całym ciałem. Że ich oddechy się mieszają. I że ich twarze dzielą tylko milimetry. Jej wzrok padł na jego usta i już wiedział, że nie tylko w jego głowie pojawiają się dziwne pomysły.
Bańka prysła, kiedy pojawił się ich trener.
- Nic wam nie jest? - zawołał do nich, stojąc na skraju lodowiska.
Effie oderwała od niego wzrok z przerażeniem i spojrzała w górę na pana Traversa.
- Wszystko dobrze. - powiedziała. Podźwignęła się i Haymitch poczuł, że jest mu zimno.
Jej policzki były czerwone i starała się na niego nie patrzeć. On sam czuł się niezręcznie. Nie miał pojęcia dlaczego. Przecież nic się nie stało. Po prostu się przewrócili, a cała sytuacja nie trwała dłużej niż kilka sekund.
***
Dwie godziny później siedział w szatni. Zdążył wziąć szybki prysznic i przebrać się w normalne ubrania. Właśnie wiązał buty, kiedy drzwi do szatni się uchyliły i do środka zajrzała Effie. Była już ubrana w jedną ze swoich sukienek. Była niebieska i obcisła. Jej sukienki zawsze były obcisłe, przywierały do jej ciała, niczym druga skóra.
- Chciałam z tobą porozmawiać. - powiedziała, wchodząc do środka. - Haymitch...
Jednak nigdy się nie dowiedział, o czym chciała z nim porozmawiać, ponieważ w tym momencie zadzwonił jego telefon. Odebrał, nawet nie patrząc na ekran.
- Tak? - starał się zignorować spojrzenie Effie, które było pełne dezaprobaty. Pewnie właśnie naruszył jedną z jej zasad dobrych manier.
- Haymitch. - usłyszał znajomy głos. - Jak to miło usłyszeć głos syna. Holden mówił, że nie ma cię w domu...
- Coś się stało? - ponieważ jego matka nigdy do niego nie dzwoniła. Zawsze dzwoniła do Holdena.
- Nie, nie... - powiedziała szybko. - Chciałam ci tylko przypomnieć, że święta są już za dwa tygodnie i że chciałabym mieć moich synków w domu, wcześniej.
Za każdym razem, gdy dzwoniła do Holdena, mówiła mu to samo. Martwiła się, że o niej zapomną i że nie przyjadą na święta, co było komiczne, naprawdę. Biorąc pod uwagę to, że Holden kochał święta, nie było mowy o tym, żeby nie wrócili do domu. Już musiał wysłuchiwać brata, jak mówił z rozmarzeniem o wszystkich pysznościach, które zawsze robiła ich matka. I o jej słynnych ciastkach, które robiła tylko raz do roku. Haymitch musiał przyznać, że na samą myśl o nich, ślina napływała mu do ust.
Jednak nie mógł jej obiecać, że wrócą wcześniej niż za tydzień. Effie była nieugięta, jeśli chodzi o treningi, a o Coin nawet nie chciał myśleć. Westchnął głęboko.
- Wiem, ale...
- Żadnego ale. - przerwała mu. W jej głosie brzmiała irytacja. - Macie przyjechać do domu.
- Kiedy? - zapytał
- Jeszcze w tym tygodniu.
- Nie da rady. - powiedział kręcąc głową. Starał się nie zwracać uwagi na Effie, która wciąż stała przy drzwiach i udawała, że nie słyszy całej rozmowy.
- Haymitch. - usłyszał, jak jego matka wzdycha po drugiej stronie słuchawki. - Nie każ mi grać na twoich emocjach. Nie chcę wyciągać karty samotnej matki, którą synowie zostawili samą na święta w dużym, pustym domu...
- Właśnie to zrobiłaś.
- Zadziałało? - mógł się założyć o wszystko, że Alice w tym momencie szczerzyła się w ten sam sposób, w który zazwyczaj uśmiechał się Holden.
- Zobaczę co da się zrobić. - westchnął. Jego wzrok padł na Effie, która wpatrywała się w swoje szpilki. - Pogadam z Effie i zadzwonię do ciebie wieczorem.
- Effie? - zainteresowała się jego matka. - Czy to ta partnerka o której mówił Holden?
- Taa. - przeklinał się w myślach za to, że w ogóle o niej wspomniał. Wiedział już co za chwilę powie Alice.
- Ładna jest?
- Dobrze wiesz, że ja i Lissie...
- Tak, tak... - przerwała mu z irytacją w głosie. - No dobrze. W takim razie do usłyszenia wieczorem.
Rozłączyła się. Haymitch odłożył telefon z westchnieniem i oparł głowę o ścianę za nim. Jego matka potrafiła owinąć swoich synów wokół palca. On i Holden zazwyczaj nie potrafili jej odmówić.
- Coś się stało? - usłyszał głos Effie.
- Moja matka chce, żebym wracał do domu. - odpowiedział jej, nawet na nią nie patrząc. Wciąż miał w głowie incydent z lodowiska. Było to chyba najdziwniejsze doświadczenie w jego życiu.
- Kiedy?
- Jak najszybciej. - westchnął
- Co? O nie! - spojrzał na nią i zobaczył, że na jej twarzy powoli maluje się panika. - Nie ma mowy. Musimy ćwiczyć!
- Muszę jechać. - za kogo ona się uważała? Jeśli chce jechać do domu, to ona nie będzie mu zakazywać.
- Nie. - powiedziała dobitnie. Przygryzła dolną wargę i skrzyżowała ramiona na piersi. - A przynajmniej nie w tym tygodniu. Jeszcze nic nie umiesz, a czasu jest coraz mniej. Nie możemy sobie pozwolić na przerwy... Gdybym mogła, to kazałabym ci ćwiczyć nawet w święta.
- Nie powiedziałbym, że "nic nie umiem". - nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że zaczął podnosić głos. Krew zaczęła buzować w jego żyłach. Ta kobieta działała na niego, jak czerwona płachta na byka. - I nie będziesz mi rozkazywać, skarbie. Jadę do domu, czy ci się to podoba, czy nie.
- Musimy ćwiczyć! - ona również zaczynała tracić cierpliwość.
Zacisnął zęby i patrzył na nią z taką wściekłością, że aż się zdziwił, kiedy nie odwróciła wzroku. Patrzyła na niego w dokładnie taki sam sposób. Była niemożliwa i z każdą chwilą zdawał sobie sprawę, jak bardzo go denerwuje.
- Ok, więc pozwól, że oddzwonię do matki i powiem jej, że jej synowie nie przyjeżdżają na święta, bo zarozumiała łyżwiarka chce ćwiczyć. - z każdym kolejnym słowem, mówił coraz głośniej.
- Synowie? - zmarszczyła brwi.
- O tak, jestem tutaj razem z bratem. - wziął do ręki telefon i wybrał numer matki. - A ona siedzi sama w domu. Jeśli nie pojedziemy, będzie spędzała święta sama. - odebrała po trzech sygnałach. -Mamo?
- Haymitch? - Alice była zdziwiona, że tak szybko usłyszała głos syna. - Miałeś zadzwonić wieczorem.
- Zmiana planów. - warknął przez zaciśnięte zęby. Nie przyjeżdżamy z Holdenem do domu na święta.
- Jak to?
- Effie chce ćwiczyć. - powiedział z irytacją. - Widzisz, łyżwiarstwo jest dla niej tak ważne, że nawet nie dba o to, że inni mogą mieć rodziny.
- To nie prawda. Nie mów tak. - powiedziała Effie, postępując dwa kroki w jego stronę. Miała szeroko otwarte oczy i wyglądała, jakby chciała mu wyrwać telefon z dłoni.
- Nie obchodzi mnie to co mówi ta cała Effie, macie przyjechać do domu. Haymitch, nie każ mi się denerwować. - jednak po samym głosie mógł poznać, że już na chwilę obecną była zdenerwowana.
- Uwierz mi, mnie też to nie leży. - po drugiej stronie zapadła minutowa cisza.
- Wiesz... - powiedziała powoli, ostrożnie dobierając słowa. - Skoro tak bardzo chce ćwiczyć... W lesie jest jezioro. Jest zamarznięte...
- O nie! - wykrzyknął i wstał z ławki. -  Nie ma takiej opcji!
- Moglibyście ćwiczyć tutaj. - Alice nie zwracała uwagi na wzburzenie syna.
- Nie! Nie, nie, nie!
- Zaproś ją na święta. - powiedziała stanowczo, po czym rozłączyła się nie dając mu czasu na odpowiedź.
- Halo? Mamo? - ale odpowiedziała mu tylko cisza. - Cholera!
Rzucił telefon na ławkę i uderzył pięścią w ścianę. Nie zwracał uwagi na przeszywający ból w dłoni. Jego ciało było już dosyć obolałe, żeby kolejna boląca kończyna, zrobiła jakąś różnicę.
Przeklinał siebie i swoją matkę, ale najbardziej i najmocniej przeklinał Effie. Gdyby nie to, że jednym spojrzeniem potrafiła go przekonać do tego, żeby jej pomógł, to nie musiałby teraz się z nią użerać.
Wiedział, że jeśli jej nie zaprosi, to jego matka w jakiś przedziwny sposób będzie o tym wiedziała. Zawsze wie, kiedy jej synowie ją okłamują.
Oddychał ciężko przez nos, starając się uspokoić. Czy istniał jakiś sposób, żeby Effie nie zdenerwowała go jeszcze bardziej? Może był niesprawiedliwy, ale obwiniał ją o całą tą sytuację.
- Co robisz w święta? - zapytał cicho przez zaciśnięte zęby, wciąż odwrócony do niej plecami.
- Spędzam je w domu. - mógł usłyszeć w jej głosie zmieszanie.
- Kazała mi zaprosić cię do nas. - nawet nie starał się zamaskować wściekłości. Jego matka, kazała mu zaprosić nieznajomą kobietę do domu na święta. Jak bardzo dziwna była ta sytuacja? - W Dwunastce jest zamarznięte jezioro po którym można jeździć. - odpowiedziała mu cisza, z czego był poniekąd szczęśliwy. - Po prostu powiedz, że wolisz spędzać święta z własną rodziną i nie wracajmy do tego tematu. Zobaczymy się po świętach.
- Właściwie to... - niedobrze, pomyślał. Jej głos brzmiał niepewnie i wyczuwał kłopoty. - Moja rodzina nie będzie miała nic przeciwko jeśli pojadę z wami. Właściwie to będą szczęśliwi, że będę ćwiczyć.
- Żartujesz? - odwrócił się do niej. Uśmiechała się, ale był to smutny uśmiech. - Przecież to święta!
- W mojej rodzinie święta przechodzą bez echa. - wzruszyła ramionami. - Po prostu kolejny wspólny obiad, przy którym nikt nie rozmawia. Nie wolno rozmawiać przy stole.
- Twoja rodzina jest dziwna. - mruknął.
Nie mógł sobie wyobrazić, że ktoś mógł nie obchodzić świąt. Nawet kiedy był mały i jego rodzina nie miała pieniędzy, jego matka zawsze starała się, żeby ten dzień był wyjątkowy. Nie chodziło o prezenty czy o jedzenie. Chodziło o atmosferę i o to, że spędzali ten czas razem. Jak na kochającą rodzinę przystało.
Jak bardzo chora i dziwna była rodzina Effie, skoro woleliby, żeby spędziła święta trenując?
- Można tak powiedzieć. - spojrzała na niego tymi swoimi niebieskimi oczami. Kiedy były smutne, miały nawet podwojoną moc.
- Znowu to robisz. - westchnął
- Co takiego? - zmarszczyła brwi.
- Patrzysz na mnie z tą miną zbitego szczeniaka. - machnął dłonią w stronę jej twarzy. Odwrócił wzrok, żeby nie musieć patrzeć na jej smutne spojrzenie. - Nie rób tak... - jednak nie przestała. Widział kątem oka, że patrzyła na niego, nie rozumiejąc o co mu chodzi. Miał tego dość. - Ok. Więc jak? Jedziesz z nami?
Chciał, żeby powiedziała "nie". Błagał z całego serca, żeby powiedziała "nie". Nie miał pojęcia w jaki sposób ten dzień skończył się w taki dziwny sposób. Jak przeszedł całą drogę od jedzenia owsianki z Holdenem do bycia zmuszonym, do zaproszenia Effie na święta do Dwunastki. Chciał, żeby powiedziała "nie", ale jedno spojrzenie na jej twarz powiedziało mu, że nic z tego.
- Z chęcią. - powiedziała cicho.
- W takim razie, jutro wyjeżdżamy.
- Jutro?
- Słyszałaś, skarbie.
- Ale...
- Bez "ale". - nie miał zamiaru słuchać żadnego sprzeciwu. Omiótł ją spojrzeniem od góry do dołu. - Lepiej spakuj ciepłe rzeczy. Jeśli w Dwunastce ubierzesz jedną ze swoich sukienek, zamarzniesz.
________________________________________________________________________
Trochę mnie nie było, ale co zrobić. Jeśli ktokolwiek jeszcze tu wchodzi, to bardzo przepraszam za nieobecność i mam nadzieję, że ten długi rozdział trochę to zrekompensuje.
Szczerze mówiąc, sama nie wiem dlaczego ten rozdział tak popłynął, ale... Nie będę już nic zmieniać.
Dajcie znać co myślicie.

5 komentarzy:

  1. W końcu jest rozdział!
    Nawet nie wiesz oraz jak go wyczekiwałam, codziennie wchodziłam tutaj, aby zobaczyć czy już się pojawił!
    Rozdział jest super, jestem ciekawa co powie Lissie na to, że Haymitch przywiózł że sobą Effie.
    Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział!
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zwykle - rozdział super! Ja lubię takie długie, każdy mógłby taki być, ale to już od Ciebie zależy ;D A akcja, która się rozwija; Hmm... Robi się ciekawie. Effie w Dwunastce, fajnie XD Już sobie wyobrażam minę Lissie :) Hahahha, tak, nie lubię jej za sam fakt, że jest dziewczyną Haymitcha!
    Czekam i życzę weny<3

    OdpowiedzUsuń
  3. Łał. Nie wiem co powiedzieć. To było... urocze.
    I jeszcze ten soundtrack ze zmierzchu w tle. ♥
    Effie i zima w dwunastce to niezłe połączenie.
    Weny! ♥

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetne to bylo, a w szczególności sytuacja na lodzie :) szkoda tylko ze Hay ma takie podejście do wspólnych "świąt" ale Haymitch to Haymitch jemu sie zawsze wybacza :) rozdzial cudny i z pewnością rekompensuje krotka nieobecność :) czekam na nexta

    PS. Masz juz 2 czesc na mailu :) pozdrawiam bang my hands

    OdpowiedzUsuń
  5. "- Dobrze wiesz, że ja i Lissie...
    - Tak, tak... - przerwała mu z irytacją w głosie. - No dobrze. W takim razie do usłyszenia wieczorem."
    W tym momencie jestem jak matka Haymitcha xD
    Nie znam tej Lissie ale nie lubie jej. Fu. Be. Nie ładnie. XD jezu brzmie jak dziecko xDD
    Dobraaa...rozdział cud, miód i orzeszki :D weny do kolejnego rozdziału życzę :P

    OdpowiedzUsuń