poniedziałek, 21 marca 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 8

SPOILER: Potrzebowałam imienia dla matki Katniss, ponieważ Suzanne Collins nam go nie zdradziła, dlatego nazwałam ją Isabelle.
+ Nie zgadza się kilka szczegółów dotyczących różnicy wiekowej między kilkoma postaciami (zrozumiecie o co mi chodzi), które były przedstawione w kanonie, ale to chyba nie powinno aż tak bardzo kłuć w oczy.
Nie miałam czasu, żeby sprawdzić błędy, więc bardzo przepraszam, jeśli takowe znajdziecie.
_______________________________________________________________________
Effie
Effie nie pamiętała, kiedy ostatni raz, była tak podekscytowana. Jeszcze nigdy nie wyjeżdżała z Kapitolu dalej, niż do Trójki. A teraz siedziała w pociągu, który miał przejechać przez całe Panem, żeby zawieźć ją do Dwunastki. Nie mogła się doczekać.
Siedzieli w przedziale w którym było prawie pusto. Jedynie starsza kobieta siedziała w dalekim kącie wagonu, oraz mężczyzna, który zasnął, kilka siedzeń od nich.
Pociąg jechał z przerażającą prędkością. Haymitch poinformował ją, że na miejscu będą jeszcze tego samego wieczora. Krajobraz za oknem, był tylko rozmazaną plamą. Nie było mowy o podziwianiu widoków. Jednak nawet nie miałaby na to czasu, ponieważ młodszy brat Haymitcha, przez cały czas opowiadał o tym, jak to jest w Dwunastce.
Polubiła go. Przypominał jej o Alexandrze; był tylko rok młodszy od niego. Strasznie się różnił od Haymitcha. Podczas gdy starszy z braci był skryty, Holden był niczym otwarta księga. Mówił o wszystkim i o niczym. A Haymitch miał czelność twierdzić, że to ona była gadatliwa.
- Spodoba ci się w Dwunastce, zobaczysz. - mówił Holden. Siedział na przeciwko, podczas gdy Haymitch siedział koło niej. Starszy z braci nie odzywał się dużo, jedynie niekiedy wtrącił jedno czy dwa zdania. - Mieszkamy w Wiosce. Mamy niewielu sąsiadów, ale mama mówi, że lubi ciszę i spokój, więc to chyba dobrze. A właśnie! Oprócz ciebie, na święta przyjdą jeszcze Everdeen'owie, mama mówiła, że zaprosiła panią Everdeen i jej córki...
- Chwila, że co? - Haymitch, który do tej pory wpatrywał się w okno, odwrócił się tak szybko, że nawet Effie usłyszała, jak coś mu przeskoczyło w szyi. Patrzył na Holdena z niedowierzaniem.
- Haymitch... - młodszy z braci wydawał się przestraszony.
- Co powiedziałeś? - naciskał Haymitch. - Mama zaprosiła panią Everdeen?
- Powiedziała, że spotkała ją w sklepie i pomyślała, że...
- Że?
- Że dobrze byłoby je zaprosić. - Holden patrzył na brata niemal błagalnie. Effie zmarszczyła brwi. Jeszcze nigdy nie widziała, żeby Haymitch był tak zdenerwowany, ale prawda była taka, że mało o nim wiedziała. - Haymitch, nie złość się.
- Nie złoszczę się. - warknął.
- Przecież widzę.
- Zamknij się Holden. - wysyczał przez zaciśnięte zęby. - Dobrze wiesz, co się stało.
- Co się stało? - Kiedy szare oczy obojga braci padły na nią, zdała sobie sprawę, że powiedziała to na głos. Napięcie uciekło z Haymitcha, jednak, kiedy się odezwał, jego głos był szorstki.
- Nie twój interes, skarbie.
Holden popatrzył na nią przepraszająco. Effie nie wiedziała co ma myśleć o całej tej rozmowie. Tym bardziej, że reszta podróży minęła im w absolutnej ciszy. Bez bezmyślnego paplania Holdena, jazda pociągiem strasznie się dłużyła. Gdyby nie to, że sytuacja była nieco niezręczna, sama zaczęłaby mówić - Haymitch miał po części rację mówiąc, że była gadatliwa. Ale nie wiedziała co powiedzieć.
Przez następne kilka godzin, żadne z nich się nie odezwał. Effie miała wrażenie, że Holden chciał kilka razy zacząć rozmowę, ale za każdym razem, Haymitch to wyczuwał i patrzył na niego z dezaprobatą.
Cisza była tak przytłaczająca, że Effie poczuła niewyobrażalną ulgę, kiedy Haymitch w końcu się odezwał, żeby ich poinformować, że za chwilę wysiadają. Było już ciemno; musiało być dobrze po północy.
Kiedy wyszła z pociągu, jedyne co widziała dookoła stacji, to drzewa, spowite w ciemność. Ziemię pokrywała gruba warstwa śniegu. Jej szpilki - tak samo, jak cienki płaszczyk - nie były odpowiednie na taką pogodę i w głowie, cicho przeklinała Haymitcha za to, że miał rację. Owiało ich mroźne powietrze. Czuła, że po kręgosłupie przebiegają jej dreszcze. W Kapitolu jedynym miejscem w którym można zobaczyć tyle śniegu, był park, a i tam nie utrzymywał się od dłużej, niż kilka godzin.
Poczuła, że czyjaś ręka chwyta bagaż, który trzymała. Odwróciła się i zobaczyła Holdena, który już zarzucał jedną z jej toreb, na ramię.
- Dżentelmen. - powiedziała z uśmiechem, siłą woli powstrzymując się, żeby nie zastukać zębami. Nad jego ramieniem, zobaczyła jak Haymitch wywraca oczami i rusza ścieżką.
- Lepiej się ruszcie. Chcę być w domu, przed wschodem słońca. - rzucił Haymitch przez ramię.
Szli przez dobre dwadzieścia minut, tylko dlatego, że Effie miała problem z poruszaniem się po zmarzniętej ziemi w swoich szpilkach. Będzie miała problem, bo jedyne buty jakie zabrała - oprócz szpilek - to trampki. Prawdziwa dama prędzej by umarła ze wstydu, niż założyła takie buty, mawiała jej matka, za każdym razem, kiedy widziała w nich swoją córkę. Cóż, choć Effie się starała, nigdy nie była i nigdy nie będzie prawdziwą damą w stu procentach. Dlatego od czasu do czasu mogła założyć nieodpowiednie obuwie. Jednak w taką pogodę, trampki będą mokre w ciągu kilku sekund, a to już będzie problem.
Wejście do Wioski w której mieszkali bracia Abernathy, było dużą, żelazną bramą. Zaraz za nią, znajdował się plac z dużą fontanną, która w tym momencie była zamarznięta, a kilkanaście metrów dalej pojawiały się pierwsze domy.
Wioska wyglądała niemal na opuszczoną. Gdyby Holden nie pokierował jej w stronę odpowiedniego domu, nigdy by nie zgadła, który z nich jest zamieszkały. Weszli po schodkach na werandę i Haymitch wyciągnął spod wycieraczki klucz. Otworzył drzwi po cichu i wszedł do środka nie zapalając światła.
Dom był pogrążony w ciszy. Mimo iż w domu było ciemno, Effie chłonęła wszystko wzrokiem. Ten dom, tak bardzo różnił się od jej własnego. Na podłodze w korytarzu leżał dywan. Effie zauważyła, że Holden i Haymitch odruchowo ściągnęli buty, więc sama również ściągnęła swoje szpilki. Jej stopy zaczęły piec z bólu, który był spowodowany zmarznięciem. Na ścianach wisiały ramki ze zdjęciami. Było cicho, ale ta cisza nie była aż tak ogłuszająca, jak ta u niej w domu. Tutaj cisza była wręcz przyjemna.
Chłopcy zostawili bagaże w korytarzu i Haymitch poprowadził ich w głąb korytarza, mijając schody, po czym skręcił w lewo. Okazało się, że pomieszczenie do którego weszli, to kuchnia. Tutaj Haymitch zapalił światło i Effie musiała zamrugać kilka razy, żeby przyzwyczaić się do jasności. Kuchnia była pomalowana na żółto. Szafki były zrobione z jasnego drewna; wszystko idealnie ze sobą współgrało. Holden podszedł do stołu, który stał po środku pomieszczenia i sięgnął po placek, który tam leżał, jednak, kiedy podnosił kawałek ciasta, strącił ze stołu nóż, który upadł na podłogę z głośnym brzęknięciem.
- Ciii. - wysyczał przez ramię Haymitch, który stał przy otwartej lodówce. - Mama pewnie już śpi.
- Wierzysz w to? - zapytał Holden powątpiewająco, unosząc brew.
- Nie. - wyszczerzył się starszy brat.
Effie stała w progu, nie bardzo wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Patrzyła jak Holden zajadał się ciastem, podtrzymując rękę pod brodą, żeby nie nakruszyć i jak Haymitch po dłuższym namyśle zamknął lodówkę, nic z niej nie wyciągając, po czym usiadł na blacie obok zlewu.
- Jesteś głodna? - zapytał, kiedy napotkał jej spojrzenie. Przywołała na usta uśmiech i pokręciła głową.
- Nie, dziękuję. - odpowiedziała. Patrzył na nią, jakby nie bardzo jej wierzył, ale wzruszył ramionami i nic już więcej nie powiedział.
- Chodź Effie, będziesz spała w moim pokoju. - powiedział Holden,  Na dole jest jeszcze jedna sypialnia, przeniosę się tam.
- Nie musisz... Nie chcę cię pozbawiać pokoju.
- Żaden problem.
- Haymitch? Holden? - usłyszeli, jak woła kobiecy głos.
- W kuchni! - zawołali oboje chórkiem, przewracając oczami dokładnie w tym samym momencie. Effie nie mogła się nadziwić, jak bardzo byli do siebie podobni, a jednak wciąż tak bardzo się od siebie różnili.
Usłyszeli kroki na schodach. Chwilę później do pomieszczenia weszła wysoka kobieta, zawiązując pasek od grubego, niebieskiego szlafroka. Miała dokładnie takie same ciemne włosy, jak Haymitch i Holden. Jednak na tym podobieństwa się kończyły. Wyglądała na dość surową. Jej niebieskie oczy krążyły od jednego syna do drugiego.
- No proszę, proszę! - powiedziała, zakładając ręce na piersi. - A jednak przyjechaliście.
- Przecież dzwoniłem. - odezwał się Haymitch, zeskakując z blatu, widząc karcące spojrzenie matki. - Mówiłem, że jedziemy.
- Zawsze mogliście mnie oszukać. - podeszła do Holdena i uściskała go mocno, po czym zrobiła to samo z Haymitchem. Effie miała wrażenie, że mimo poważnego tonu, ich matka po prostu żartowała. - Moi mali synkowie, chcieli zostawić matkę samą w święta.
- Przestań, przecież wiesz, że Effie... - zaczął Haymitch, jednak matka mu przerwała.
- Ach! Effie! - odwróciła się w poszukiwaniu dziewczyny i kiedy ją zobaczyła, podeszła do niej i uściskała ją serdecznie. Effie z sekundowym opóźnieniem odwzajemniła uścisk. Nie była przyzwyczajona do takiego zachowania. U niej w domu na powitanie, podawało się rękę. - Alice Abernathy. - powiedziała, wypuszczając ją z uścisku. - Miło mi cię poznać.
- Mnie również, pani Abernathy. - uśmiechnęła się.
- Proszę, mów mi Alice.
- Przepraszam, że tak się narzucam i to w święta. - ponieważ, naprawdę, powinna lepiej przemyśleć tą decyzję, niż nalegać Haymitcha na codzienne treningi.
- Żaden problem, złotko. - Alice uśmiechnęła się serdecznie. - Im nas więcej, tym lepiej.
- No właśnie... - głos Haymitcha robił się coraz bardziej szorstki, z każdym kolejnym słowem. - Skoro jesteśmy już przy tym...
Skrzyżował ręce na piersi i wpatrywał się w matkę ze złością. Effie zmarszczyła brwi. Wiedziała, że to nie jej sprawa, ale zawsze była ciekawska.
- Nie teraz, Haymitch. - pani Abernathy machnęła lekceważąco ręką. - Wiem co powiesz i wierz mi, to nie jest rozmowa, którą chciałabym przeprowadzać przy gościu i to w dodatku, o tej godzinie. - odwróciła się do Effie ze szczerym, dobrodusznym uśmiechem. - Jesteś głodna, złotko? Mogę ci coś zrobić.
- Nie, nie. - powiedziała szybko Effie. - Naprawdę, nie trzeba, dziękuję.
- Jesteś pewna? - Alice zmarszczyła brwi. - Jesteś taka chuda. Sama skóra i kości.
- Muszę trzymać formę.
- Ale wyglądasz na niedożywioną.
- Tylko się tak wydaje, naprawdę.
Alice zacisnęła usta, ale pokiwała głową.
- Holden, zabierz rzeczy Effie na górę, a ja pościelę ci w gościnnym.
***
Effie obudziła się, kiedy pierwsze promienie zimowego słońca, przedostały się przez okna. W pierwszej chwili nie wiedziała gdzie jest. Obudziła się w nieznanym pokoju, w nieznanym łóżku i jej pierwszą reakcją było podniesienie się do pozycji siedzącej i rozejrzenie dookoła. Pokój był bardzo czysty. Nigdzie nie było widać ani grama kurzu. Na szafce nocnej leżała książka, której tytuł nic jej nie mówił. Na parapecie stały ramki trzy ramki ze zdjęciami. Pod ścianą stała biblioteczka z jeszcze większą ilością książek. Na ścianie, nad biurkiem były poprzyklejane zapisane karteczki samoprzylepne. Cały pokój pokazywał, że Holden lubił porządek. I to można było zobaczyć nie tylko w jego pokoju.
Effie wstała z łóżka i zaczęła się ubierać. Wygrzebała z jednej z walizek, najcieplejsze ubranie, jakie mogła znaleźć - dżinsowe, dopasowane spodnie i kremowy sweterek - przeklinała się w myślach, że nie posłuchała Haymitcha i nie zabrała o wiele cieplejszych ubrań.
Chciało jej się pić, ale czuła się nieswojo schodząc cicho na dół po schodach. Miała tak po prostu wejść do kuchni i się napić? W nocy, Alice jej powiedziała, żeby czuła się jak u siebie w domu, ale mimo wszystko...
Była już u podnóża schodów, kiedy to usłyszała. Przytłumione głosy. Z miejsca w którym stała, mogła zobaczyć, że drzwi do kuchni były zamknięte, jednak bez problemu mogła usłyszeć, co oba głosy mówiły.
- ...wiem, że to dla ciebie ciężkie, ale pomyśl o Isabelle. - był to głos Alice. Mówiła wzburzonym tonem, niemal gniewnym. - To pierwsze święta bez męża. Pomyślałam, że...
- Wiem co pomyślałaś i z jednej strony to miłe, naprawdę, ale z drugiej strony... - Haymitch nie brzmiał, jakby był zadowolony. Jego głos drżał z wściekłości. - Co ja mam zrobić? Wiesz, że...
- To nie była twoja wina. - powiedziała jego matka dobitnie.
- Jakoś nie pomaga mi to w zaśnięciu. - westchnął Haymitch.
- Haymitch! - Alice podniosła głos. - To że przeżyłeś, to cud. Nie masz żadnego powodu, żeby czuć się winnym.
- Uratował mnie. Gdyby po mnie nie wrócił, teraz by żył. A jego żona i córki...
- Gdyby po ciebie nie wrócił, nie byłoby cię tutaj.
- Ale on nie zostawiłby rodziny.
- Wiem, że czujesz się winny, ale...
- Rozmawialiśmy o tym już tysiąc razy.
- A jednak, wciąż nie potrafisz zrozumieć, że to co się stało w tej kopalni, było winą złego sprzętu. Wciąż...
- Tylko ja przeżyłem! - krzyknął Haymitch, a Effie się wzdrygnęła. Krzyknął tak głośno, że miała wrażenie, jakby stał tuż koło niej. - Jak myślisz? Jak mogę się nie czuć winny? Czterdziestu siedmiu górników i tylko ja przeżyłem! A Everdeen mnie uratował. Gdyby nie on... Jak mam teraz spojrzeć w oczy Isabelle? A co z jej córkami? Myślisz, że Katniss będzie szczęśliwa, że może spędzić święta z kimś, przez kogo jej ojciec nie żyje? A co z małą Prim?
- Effie? - Effie podskoczyła ze strachu. Jej serce zaczęło bić jak szalone. Odwróciła się szybko, żeby zobaczyć, jak Holden z rozczochranymi włosami i zaspanymi oczami, wychylał się z pokoju w końcu korytarza.
- Holden! - wydyszała. - Ja tylko... - Ale w tym momencie to Alice krzyknęła. Effie nie mogła zrozumieć słów, ale to chyba lepiej. Oczy Holdena padły na zamknięte drzwi od kuchni za plecami Effie.
- To może chwilę potrwać. - westchnął, po czym posłał jej słaby uśmiech. - Nie przejmuj się tym.
- Przepraszam... - wyjąkała - Nie powinnam... Ja...
- W porządku. - wzruszył ramionami, po czym wszedł z powrotem do pokoju. Effie zapomniała, że chciało jej się pić. Czym prędzej wróciła na górę, do pokoju Holdena.
To co usłyszała, wiele wyjaśniało. Jednak nie chciała tego słyszeć. Haymitch nie chciał, żeby o tym wiedziała i powinna uszanować jego decyzję, ale to nie jej wina, że tak głośno krzyczeli. Czuła się źle ze świadomością, że usłyszała coś takiego.
Haymitch mógł zginąć i Everdeen - kimkolwiek był - poświęcił się, żeby go uratować. Effie nie miała pojęcia, jak to musiało wpłynąć na psychikę Haymitcha. Czterdziestu siedmiu górników i tylko ja przeżyłem! Jego głos wciąż dźwięczał jej w uszach. W ciągu tych kilku minut, podczas których stała jak sparaliżowana przy schodach, dowiedziała się więcej o życiu Haymitcha, niż podczas wszystkich tygodni wspólnych treningów.
Nie chciała o tym myśleć. Postanowiła wymazać całe to zdarzenie z pamięci. Jeśli Haymitch kiedykolwiek zechce jej powiedzieć, zrobi to.
***
Minęło kilka godzin, zanim ktoś zapukał do jej drzwi. Była to Alice. Jej oczy były dziwnie zapuchnięte i czerwone, jednak Effie udawała, że nic nie widzi. W końcu była dobra w udawaniu.
Matka Haymitcha oznajmiła jej, że śniadanie będzie gotowe za kilka minut.
Effie schodziła po schodach, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi.
- Ja otworzę! - krzyknął Haymitch i w następnej chwili, zbiegł po schodach, wymijając ją w ostatnim momencie. Zeskoczył z ostatnich dwóch stopni i dopadł drzwi. Effie wytrzeszczyła oczy. Nikt u niej w domu nie zachowywał się nigdy tak... Swobodnie. Nie potrafiła sobie wyobrazić, żeby Melinda zbiegła w taki sam sposób po schodach.
Kiedy Haymitch otworzył drzwi, na progu pojawiła się średniego wzrostu, ruda dziewczyna. Na sam widok Haymitcha, na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Zarzuciła mu ręce na szyję i Effie wytrzeszczyła oczy jeszcze bardziej. Coś, bardzo głęboko w jej brzuchu, się przewróciło. Coś co podejrzanie przypominało zazdrość. Szybko zdusiła w sobie to uczucie, ponieważ w następnej sekundzie, dziewczyna odezwała się melodyjnym głosem. 
- Haymitch! - wykrzyknęła.
- Lissie. - nie widziała jego twarzy, ale po głosie poznała, że Haymitch się uśmiecha. A już w kolejnej chwili, dziewczyna o imieniu Lissie zaatakowała usta Haymitcha swoimi wargami. Effie zeszła po schodach, jak najciszej się dało, żeby nie przypominać im o swojej obecności. Jakoś nie chciała być w tym samym pomieszczeniu w którym Haymitch się z kimś całował.
- Cześć Lissie. - na korytarzu pojawił się Holden, który nie wydawał się zadowolony, widząc dziewczynę brata. Lissie oderwała się od Haymitcha i obrzuciła go dziwnym spojrzeniem.
- Holden... - jej wzrok padł na Effie, która starała się wymknąć do kuchni. - A ty to...
- Effie Trinket. - zatrzymała się i (ponieważ była dobrze wychowana) wyciągnęła rękę do dziewczyny, z przyjaznym uśmiechem. - Haymitch ze mną trenuje.
Jej wyciągnięta ręka została całkowicie zignorowana. Lissie obrzuciła ją krytycznym spojrzeniem od góry do dołu. Effie odruchowo ściągnęła łopatki i wyprostowała się. Coś w tej dziewczynie się jej nie podobało i nie miało to nic wspólnego z tym podejrzanym uczuciem, które poczuła, kiedy zobaczyła jak całuje się z Haymitchem. Haymitch nic dla niej nie znaczył... A jednak... Tamten moment, kiedy leżeli razem na lodzie.
- Ach, tak. - powiedziała Lissie, spoglądając pytająco na Haymitcha. Nie uszło uwadze Effie, że dziewczyna odsunęła się od niego dyskretnie.
- Chodź, Effie. - wtrącił się Holden, za co Effie była mu niezmiernie wdzięczna. - Czas na śniadanie.
- Miło było poznać. - rzuciła, kiedy podążyła za Holdenem do kuchni.
- Mhm.
_______________________________________________________________________
No i mamy przyjazd do Dwunastki. Co myślicie o Lissie? I o Alice? No i jak Wam się podoba wątek z Katniss, Prim i Isabelle?
+ Teraz mogę wyjaśnić, że niezgodność w różnicy wieku, dotyczy matki Katniss i Haymitcha. W "W Pierścieniu Ognia" możemy zobaczyć, że matka Katniss była mniej więcej w tym samym wieku co Haymitch, kiedy ten został wylosowany w Dożynkach. Ale w tym opowiadaniu potrzebowałam dziewczynek, jako małe dzieci i młodego Haymitcha (wszystko wyjaśni się później), więc musicie mi wybaczyć tą małą zmianę.
Nie będzie mnie w tym tygodniu, ponieważ wyjeżdżam. Dlatego szykuję się (kolejna) dłuższa przerwa. Jednakowoż, powinnam wrócić już w przyszły poniedziałek i wrócimy do normalnego dodawania rozdziałów. (co dwa dni)

4 komentarze:

  1. Dziewczyno to jest AU. To dosłownie możesz postacie zmienić w koty a i tak się ciebie nie przyczepimy xD
    A poza tym, to jak zwykle cud, miód i orzeszki :D przyjemny początek przerwy świątecznej (kocham moją szkołę za to, że robią jutro śniadanie wielkanocne )
    Co jeszcze. Lis, Leslie, Lizzy czy jak tam ci jest. WON OD HAYMITCHA RUDA SUKO. Z NIM MOŻE BYĆ TYLKO EFFIE.
    Dobra, poniosły mnie emocje *wdech wydech*
    Czemu chciałabym, żeby laska utopiła się w tym stawie. Jezu, to by było takie pjenkne :')
    Tak, jestem psychopatą i jestem z tego dumna :")

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postacie w koty? Ciekawy pomysł, może skorzystam. xD
      Cieszę się, że Ci się podobało i że tak samo jak ja "nie lubisz" Lissie. Niestety się nie utopi. :/
      + Również jestem psychopatką i czuję się z tym niesamowicie. ;D

      Usuń
    2. Oczywiście wszystko pięknie, ładnie. Kochaaaam to *.*
      Zauważam, iż mamy tu takie kółko psychopatów, do którego dumnie dołączam xD

      Usuń
  2. Przepraszam ze dopiero teraz komentuje ale nie moglam wcześniej :( Lissie idz sie rzuć pod czołg albo utop w szklance kropli żołądkowych... Rozdzial jak zwykle swietny i czekam na nexty, ciesze sie również ze potem rozdzialy będą czesto dodawane i najwazniejsze: wesolego jajka :) bang my hands

    OdpowiedzUsuń