Nie do końca wiem co się stało w tym rozdziale, ale wstawiam, żeby nie było. Miało być dodane wcześniej, ale przedłużyły mi się święta. Wybaczcie mi.
+ Next w poniedziałek, ponieważ mam zajęty weekend.
_____________________________________________________________________________
Haymitch
+ Next w poniedziałek, ponieważ mam zajęty weekend.
_____________________________________________________________________________
Haymitch
Całe jego ciało krzyczało. Każdy kolejny trening z Effie, był coraz bardziej bolesny. Nie chodziło tylko o to, że cały czas się przewracał, bo to zdarzało się już coraz rzadziej. Chodziło o to, że ta mała kreatura starała się go zabić!
Zaczęli od biegania przez dwie godziny po lesie, później ćwiczenia na rozciąganie, budowa mięśni, przerwa na pięć minut, później znów biegi i ćwiczenia z podnoszenia i przećwiczenie całego układu poza lodem. Więc kiedy wreszcie założyli łyżwy, Haymitch miał ochotę położyć się i nigdy już nie wstawać. Nie miał nawet siły, żeby myśleć o porannej kłótni z matką. Wiedział, że chciała być miła dla pani Everdeen, ale Haymitch nie był jeszcze gotowy, żeby zmierzyć się z żoną mężczyzny, który go uratował.
Siedzieli na lodzie już od trzech godzin i niedługo powinno zacząć robić się ciemno. Był moment w ich układzie, w którym musieli wykonywać identyczne ruchy w tej samej chwili. Wszystko szło dobrze, ale wtedy Haymitch wykonał loop'a i kiedy przy lądowaniu wychylił nogę do tyłu, stracił równowagę i skończył szorując brzuchem po lodzie.
- Mam dość. - powiedział, uderzając pięścią w taflę lodu.
Podczas gdy on upadł, Effie wykonała swojego loop'a bezbłędnie. Podjechała do niego i wsparła dłonie na biodrach.
- Och, przestań. - żachnęła się. - Musimy ćwiczyć. Nie przyjechałam tu po to, żeby siedzieć w domu.
Zaczęli od biegania przez dwie godziny po lesie, później ćwiczenia na rozciąganie, budowa mięśni, przerwa na pięć minut, później znów biegi i ćwiczenia z podnoszenia i przećwiczenie całego układu poza lodem. Więc kiedy wreszcie założyli łyżwy, Haymitch miał ochotę położyć się i nigdy już nie wstawać. Nie miał nawet siły, żeby myśleć o porannej kłótni z matką. Wiedział, że chciała być miła dla pani Everdeen, ale Haymitch nie był jeszcze gotowy, żeby zmierzyć się z żoną mężczyzny, który go uratował.
Siedzieli na lodzie już od trzech godzin i niedługo powinno zacząć robić się ciemno. Był moment w ich układzie, w którym musieli wykonywać identyczne ruchy w tej samej chwili. Wszystko szło dobrze, ale wtedy Haymitch wykonał loop'a i kiedy przy lądowaniu wychylił nogę do tyłu, stracił równowagę i skończył szorując brzuchem po lodzie.
- Mam dość. - powiedział, uderzając pięścią w taflę lodu.
Podczas gdy on upadł, Effie wykonała swojego loop'a bezbłędnie. Podjechała do niego i wsparła dłonie na biodrach.
- Och, przestań. - żachnęła się. - Musimy ćwiczyć. Nie przyjechałam tu po to, żeby siedzieć w domu.
- A ja nie przyjechałem tu po to, żeby całymi dniami walić twarzą w ten lód.
Skorzystał z ręki, którą mu podała, żeby pomóc mu wstać. Otrzepał spodnie z lodu.
- To akurat twoja wina. - rzuciła mu karcące spojrzenie. - Nie używasz ząbków.
Skorzystał z ręki, którą mu podała, żeby pomóc mu wstać. Otrzepał spodnie z lodu.
- To akurat twoja wina. - rzuciła mu karcące spojrzenie. - Nie używasz ząbków.
- Skończ z tymi ząbkami.
Ząbki były częścią łyżew figurowych. Effie bardzo lubiła mu przypominać, że jeśli nie będzie ich używał, zawsze będzie kończył upadkiem.
Ząbki były częścią łyżew figurowych. Effie bardzo lubiła mu przypominać, że jeśli nie będzie ich używał, zawsze będzie kończył upadkiem.
- Nie, dopóki się nie nauczysz. Musisz o nich pamiętać, bo jeśli zapomnisz, kiedy będziesz mnie trzymać, przewrócisz się, a przez to mogę nabawić się kontuzji i wtedy to będzie twoja wina. Przez ciebie i twoją nieuwagę. Chcesz mieć mnie na sumieniu...
- Wystarczy.
- Travers zawsze mówi: "Chroń partnera, bo jeśli coś pójdzie nie tak, to będzie to twoja wina".
Travers nie przyjechał z nimi do Dwunastki. Effie powiedziała mu, że ich "trener" tak naprawdę istniał tylko na papierze. Pokazywał się z nimi na występach, od czasu do czasu dawał jakieś rady, ale w rzeczywistości to Effie dbała o trening, układ, muzykę i wszystko inne.
Ta kobieta miała bzika na punkcie planowania. Haymitch podejrzewał, że miała zaplanowany każdy dzień do końca jej życia, z dokładnością do minuty. Wariatka.
- Musimy sobie ufać, Haymitch. - ciągnęła Effie. - Łyżwiarstwo figurowe to coś więcej niż dwójka ludzi wykonująca różne figury w ustalonej sekwencji. Chodzi o połączenie między dwójką ludzi. O iskrę. Musimy być wyczuleni na własne ruchy. Tak, że jak jedno z nas wyciągnie rękę, drugie bez patrzenia będzie już czekało, żeby ją ująć.
Travers nie przyjechał z nimi do Dwunastki. Effie powiedziała mu, że ich "trener" tak naprawdę istniał tylko na papierze. Pokazywał się z nimi na występach, od czasu do czasu dawał jakieś rady, ale w rzeczywistości to Effie dbała o trening, układ, muzykę i wszystko inne.
Ta kobieta miała bzika na punkcie planowania. Haymitch podejrzewał, że miała zaplanowany każdy dzień do końca jej życia, z dokładnością do minuty. Wariatka.
- Musimy sobie ufać, Haymitch. - ciągnęła Effie. - Łyżwiarstwo figurowe to coś więcej niż dwójka ludzi wykonująca różne figury w ustalonej sekwencji. Chodzi o połączenie między dwójką ludzi. O iskrę. Musimy być wyczuleni na własne ruchy. Tak, że jak jedno z nas wyciągnie rękę, drugie bez patrzenia będzie już czekało, żeby ją ująć.
- Brzmi strasznie.
- Ale nie jest. - nawet nie zwróciła uwagi na jego sarkazm. - Większość zawodowych par łyżwiarskich mieszka ze sobą, trenują codziennie po dwanaście godzin... Nie chodzi mi o wygraną, bo bądźmy szczerzy, nie mamy żadnych szans z tegoroczną konkurencją, ale nie chcę skończyć jako ostatnia. Jeśli mam odejść to chcę to zrobić najlepiej jak umiem...
Mówiła, mówiła i mówiła. I miała czelność twierdzić, że nie jest gadatliwa, za każdym razem, kiedy jej to wypominał. Przewrócił oczami i zakrył jej usta dłonią.
Mówiła, mówiła i mówiła. I miała czelność twierdzić, że nie jest gadatliwa, za każdym razem, kiedy jej to wypominał. Przewrócił oczami i zakrył jej usta dłonią.
- Czy ty w ogóle oddychasz?
- Oczywiście, że oddycham! - odtrąciła jego dłoń. Jej mina była bezcenna.
- Powinnaś się rozluźnić. - wyszczerzył się. - Bierzesz to wszystko zbyt poważnie. Będę się starać, ale musisz się wyluzować.
- Nie mamy czasu, żeby się "wyluzować", Haymitch. - patrzyła na niego, jakby był opóźniony w rozwoju.
- Właśnie, że mamy, skarbie. - Gdyby spojrzenia mogły zabijać, padłby trupem. Skrzyżowała ręce na piersi.
- Zostaw "skarbie", dla swojej dziewczyny.
Haymitch miał wrażenie, że za tym zdaniem kryje się coś więcej. Jej postawa była zbyt agresywna, niż zwykle. Poza tym, już jakiś czas temu przestała mu mówić, żeby skończył nazywać ją skarbem. Jednak nie chciał się teraz tym zajmować. Gdyby zaczął się nad tym dłużej zastanawiać, może zauważyłby, jak Effie na niego patrzyła, kiedy tego ranka w drzwiach pojawiła się Lissie. Albo, jak unikała jego wzroku podczas śniadania. Jednak on był zbyt obolały i zmęczony, żeby się tym przejmować, a przed nimi było jeszcze kilka godzin treningu.
Jedyne na co miał siłę, to znów przewrócić oczami i spojrzeć na nią gniewnie. Pogroził jej palcem.
- Słuchaj, albo się rozluźnisz, albo zapomnij o mojej pomocy i wracaj do Kapitolu.
Wiedział, że wygrał tą rundę. Nie mogła sobie pozwolić, żeby teraz stracić kolejnego partnera. I ona też o tym wiedziała, bo zacisnęła usta i wpatrywała się w niego z taką intensywnością, że miał wrażenie, że lód dookoła nich zaraz się stopi.
- Jesteś niemożliwy. - wysyczała przez zaciśnięte zęby.
- A ty irytująca. - wyszczerzył się.
- Co powinno tworzyć z nas zgraną ekipę. - wyciągnęła do niego rękę. - Rusz się i zaczynamy od nowa. Raz-raz.
Chwycił jej dłoń i ich palce splotły się razem w naturalnym geście. Ustawili się naprzeciwko siebie i Effie ustawiła go w pozycji do walca. Musieli ćwiczyć bez muzyki, ale dawali radę. Effie miała wszystko w głowie. Przez cały czas liczyła kroki i przypominała mu, którą figurę mieli wykonać. Nie musiała tego robić, bo dosyć szybko zapamiętał wszystkie sekwencje, ale było to też pomocne.
Układ nabierał prędkości. Haymitch puścił jej dłoń i odjechał, żeby zdobyć trochę miejsca. Jednocześnie wykonali podwójnego axla i powtórzyli to jeszcze raz. Wtedy Haymitch odwrócił się do Effie, w tym samym momencie, w którym ona odwróciła się do niego. Nie spuszczali z siebie wzroku. Nie był pewien czy kiedykolwiek będzie w stanie przyzwyczaić się do tego, jak bardzo niebieskie są jej oczy.
Podjechali do siebie i Haymitch podniósł ją w wyćwiczonym ruchu. Zmienił ułożenie rąk tak, że podtrzymywał ją nad swoją głową, opierając ręce na jej podbrzuszu. Zaczął się obracać. Wszystko szło dobrze; miały być cztery obroty i miał ją powoli opuścić. Ale przy drugim obrocie poczuł, że za bardzo wychyla się do tyłu. Jego prawa noga wysunęła się do przodu i już wiedział co się stanie w następnej sekundzie.
Kiedy stracił równowagę, jedyne o czym był w stanie myśleć, to "Chroń partnera, bo jeśli coś pójdzie nie tak, to będzie to twoja wina". Dlatego w ostatniej chwili złapał Effie i przycisnął ją do siebie, żeby wziąć ciężar jej upadku na siebie.
Całe zdarzenie nie trwało dłużej niż ułamek sekundy, ale kiedy upadł i poczuł przeszywający ból w łokciu i w plecach, nie przejął się tym. Potrafił myśleć tylko o tym, że Effie syczy z bólu.
- Cholera! - krzyknął. - Effie! Wszystko dobrze?
Zsunął ją delikatnie z siebie i ukucnął tuż przy niej. W jej oczach lśniły łzy. Nie wiedzieć czemu, ten widok był dla niego, jak kubeł zimnej wody wylanej na głowę. Może nie znał jej zbyt dobrze, ale wiedział jedno: Effie Trinket była zbyt twarda, żeby płakać z byle powodu. Instynktownie chciał zabić tego, kto doprowadził ją do płaczu.
- Moja kostka... - Jej oddech był urywany. Usiadła i ścisnęła dłońmi prawą kostkę. Zaciskała zęby i Haymitch wiedział, że z całych sił starała się przywołać się do porządku. Jednak łzy już spływały jej po policzkach.
- Pokaż.
Najdelikatniej jak umiał, rozwiązał sznurówki przy jej łyżwie i zsunął ją z jej nogi, mamrocząc przeprosiny za każdym razem, kiedy krzywiła się z bólu. Podwinął nogawkę jej spodni i zsunął grubą skarpetkę. Kostka była delikatnie spuchnięta.
- Możesz nią ruszać?
Poruszała lekko stopą, oddychając ciężko przez usta i starając się uspokoić.
- Jest tylko zbita, ale na dzisiaj to koniec. - powiedział, poprawiając jej skarpetkę.
- Żartujesz? - wysyczała, rzucając mu niedowierzające spojrzenie.
- Chcesz pogorszyć sytuację? - uniósł pytająco brew.
- To twoja wina! Upuściłeś mnie. - skoro mogła się na niego złościć, to nie było aż tak źle, pomyślał.
- I przy okazji zbiłem łokieć, więc jesteśmy kwita. - uśmiechnął się półgębkiem, ale ten uśmieszek szybko zniknął. Zmarszczył brwi i wstał. - Możesz wstać?
Podparła się dłońmi o lód i oparła ciężar ciała na lewej nodze. Kiedy wstała, z niesamowitym brakiem swojej zwyczajnej gracji, starała się przetestować sprawność prawej kostki. Szybko tego pożałowała, bo noga się pod nią ugięła.
- Ałć! - syknęła przez zaciśnięte zęby, kiedy straciła równowagę. Haymitch szybko wyciągnął ręce, żeby ją podtrzymać. Kiedy stało się jasne, że nie da rady ustać, przewrócił oczami.
- Ok, chodź no tutaj.
Podał jej białą łyżwę, którą wciąż trzymał w ręce i zwinnym ruchem, wziął ją na ręce. Przejechał przez zamarznięte jezioro do brzegu, na którym zostawili torbę ze swoimi rzeczami. Ostrożnie zszedł z tafli lodu, starając się jej nie upuścić. Usadził ją na pniu przewróconego drzewa, które już wcześniej służyło im za ławkę. Ściągnął jej drugą łyżwę i pomógł jej założyć trapery, które pożyczyła jej jego matka. Alice o mało dostała zawału, kiedy zobaczyła, że Effie nie ma cieplejszych butów niż trampki. Effie starała się zaprotestować, ale kiedy jego matka się uparła, nie było odwrotu. Kiedy uporał się ze sznurówkami, podał jej płaszcz i zajął się swoimi łyżwami.
- Kto by pomyślał, że potrafisz się zachować na dżentelmen. - powiedziała, kiedy ich łyżwy zostały schowane do torby, którą zarzucił na ramię i znów wziął ją na ręce.
- Kiedy chcę, potrafię być naprawdę czarujący. - mrugnął do niej, uśmiechając się pod nosem.
- Szczerze w to wątpię. - wywróciła oczami. Objęła jego szyję i ułożyła głowę na jego ramieniu. Nagle zrobiło mu się gorąco, mimo kąsającego mroźnego wiatru. Czuł, że serce przyspieszyło i wiedział, że Effie będzie mogła to usłyszeć. Postanowił to zgonić na wysiłek związany z niesieniem jej przez las.
- Zdziwiłabyś się. - zerknął na nią. - Jeśli nie wierzysz, możesz zapytać Lissie.
Nie odpowiedziała, ale poczuł, że jej mięśnie się napinają. Szli w ciszy. W lesie, gdzie drzewa rosły jedno obok drugiego, szło mu się lepiej, ponieważ nie musiał się przedzierać przez warstwę śniegu. Jednak, kiedy doszli do ścieżki, jego nogi zapadały się po kostki w śniegu. Musiał jeszcze bardziej uważać, żeby się nie przewrócić lub żeby jej nie upuścić.
- Wydaje mi się, że twoja dziewczyna mnie nie lubi. - odezwała się Effie po kilku minutach.
- Nawet z nią nie rozmawiałaś. - powiedział Haymitch. - Skąd możesz wiedzieć, że cię nie lubi, skarbie?
- Kobiety wiedzą takie rzeczy, Haymitch. - odpowiedziała tym swoim głosem w stylu "czasami jesteś idiotą".
- Ach, tak?
Jednak nie miał zamiaru zaprzeczać. Kłótnia, jaka odbyła się tego ranka, była jedną z gorszych. Lissie rzeczywiście nie lubiła Effie. Chociaż nawet z nią nie rozmawiała - jak wypomniał jej kilka razy.
- Tak. - powiedziała cicho. - Poza tym pomyśl tylko. Tańczę z tobą na lodzie, co jak ci dzisiaj powiedziałam, jest dosyć intymne. Która dziewczyna chciałaby, żeby jej chłopak obejmował w ten sposób inną?
Nie odezwał się. Już słyszał podobne zdania. Tylko, że te które wypowiedziała Lissie, były bardziej... Okrutne i wulgarne.
- Już o tym rozmawialiście, prawda? - Niesamowite, jak ta kobieta potrafiła czytać mu w myślach.
Znów jej nie odpowiedział, ale jego milczenie powiedziało jej wszystko, co chciała wiedzieć. Wtuliła twarz w jego szyję, muskając zimnym nosem jego skórę. Jej dotyk był elektryzujący. Przełknął ślinę z trudem. Nie potrafił się skupić. Nigdy nie miał problemu z koncentracją, kiedy musiał ją przytulać i dotykać, kiedy byli na lodzie, ale to było konieczne. Ale teraz nie byli na lodzie. Jej dotyk nie był wymuszony. Nie wiedział, dlaczego myśl, że Effie jest tak blisko niego, tak mocno go uderzyła.
- Przepraszam. - wyszeptała. Czuł jej gorący oddech na swojej skórze. Miał problemy z oddychaniem. - Powinnam zostać w Kapitolu. Wycofać się z tych zawodów i...
Odrzucił wszelkie myśli o Effie. To nie ona była jego dziewczyną i to nie z nią miał problemy. To Lissie musiał się zająć. To z nią był. I to z nią kłócił się o najmniejszą głupotę. Potrzebował porady. A jedyną osobą, która mogłaby spojrzeć na sprawę obiektywnie była Effie.
- Jesteś kobietą... - przerwał jej, nie wiedząc jak kontynuować. Podniosła głowę z jego ramienia i spojrzała na niego.
- Dziękuję, że zauważyłeś. - wyszczerzyła się złośliwie. - Trochę ci to zajęło.
Wywrócił oczami i odetchnął głęboko. Musiał z kimś o tym porozmawiać.
- Dlaczego kłóci się ze mną o najmniejszą rzecz? - zapytał w końcu. Effie zmarszczyła brwi.
- To, że jestem kobietą nie znaczy, że wiem co siedzi twojej dziewczynie w głowie. - powiedziała powoli, ważąc każde słowo. - Każda kobieta jest inna... Prawdopodobnie ją denerwujesz i szczerze mówiąc, nie mogę jej winić, jesteś denerwujący. - uśmiechnęła się do niego. - Może powinieneś... Sama nie wiem... Zabiegać o nią?
- Zabiegać? - powtórzył, marszcząc brwi. Wzruszył ramionami. - Nie muszę. Przecież już jesteśmy razem.
- Taki jest problem większości facetów. - westchnęła ciężko, kręcąc głową. - Myślicie, że jak już zdobyliście dziewczynę, to możecie przestać się o nią starać. Otóż nie.
- Więc co proponujesz?
- Na początek kwiaty. Może czekoladki?
- To śmieszne. Nie jestem taki.
- Jaki? - zapytała, unosząc brew. - Jeśli zależy ci na niej, powinieneś jej to pokazywać. Kochasz ją, prawda?
- Nie twój interes, skarbie. - prawdziwa odpowiedź brzmiałaby "sam już nie wiem", ale nie mógł jej tego powiedzieć, prawda? - Chodzi o to, że... Nie umiem już z nią spędzić całego dnia, tak, żeby po kilkunastu minutach nie poczuć się jakbym popełniał jakiś błąd.
- Błąd? - czuł, że mu się przygląda, ale specjalnie unikał jej wzroku. Ciężko mu było otworzyć się przed Effie, ale sama powiedziała, że powinni się lepiej poznać. Musieli od czegoś zacząć.
- Coś mi umyka. Kiedy z nią jestem... Czuję się, jakby moje miejsce nie było przy niej. Myślałem, że rozłąka dobrze nam zrobi, ale znowu było tak samo.
- Rozmawiałeś z nią o tym? - pokręcił głową. - W takim razie porozmawiaj z nią. Powinniście to załatwić między sobą.
- Możemy pogadać? - zapytał podchodząc do lady.
- Mam pięć minut przerwy. - powiedziała, oglądając się przez ramię i spoglądając na drzwi prowadzące na zaplecze. - Wolałabym nie podpaść pani Mellark.
- Będę się streszczał.
Stali przed piekarnią. Lissie patrzyła na niego wyczekująco, przestępując z jednej nogi na drugą. Wychodząc, nie założyła kurtki.
- Dlaczego ciągle się kłócimy? - zapytał wprost. Na twarzy Lissie pojawił się szok. Zmarszczyła brwi.
- Naprawdę? - powiedziała z irytacją; zaczynała stukać zębami z zimna. Nie zaproponował jej swojej kurtki. - Czy to nie mogło poczekać, aż skończę pracę?
- Nie. Muszę wiedzieć już teraz.
- Haymitch... - westchnęła, ale nie dał jej dokończyć.
- Lissie, po prostu mi powiedz. - nalegał. - Rozmawiałem z Effie i...
- Ach, tak? - przerwała mu. Z każdym kolejnym słowem, jej ton robił się coraz bardziej ironiczny. - I co powiedziała twoja Effie?
- Nie jest moja. - warknął. Jego mózg podpowiadał mu, żeby się zamknął, ale nie go nie posłuchał. - Po prostu chciałem się poradzić.
- I co ci poradziła? - założyła ręce na piersi i wpatrywała się w niego gniewnie.
- Żebym z tobą porozmawiał.
- Cóż za przejaw geniuszu. - prychnęła. Jej głos ociekał jadem i nienawiścią.
- Przestań. - syknął. - Poprosiłem ją o pomoc. Doradziła mi, żebym zamiast z nią, porozmawiał z tobą.
- Aż dziwne, że sam na to nie wpadłeś. - jej sarkazm zaczynał mu działać na nerwy. - Tylko twoja Effie musiała ci to uświadomić.
- Nie jest moja... - powtórzył. Czuł, że traci panowanie. Że zaczynają mu drżeć ręce. Wcisnął je głębiej w kieszenie kurtki.
- Nieważne... - przerwała mu. - W sumie to też chciałam z tobą porozmawiać. Kiedy cię nie było... - zająknęła się - Coś się stało...
- Co takiego? - zmarszczył brwi.
- Ja... - Ale w tym momencie, drzwi do piekarni się otworzyły i pojawiła się w nich kobieta o piaskowych włosach i niebieskich oczach. Haymitch poczuł, że cierpnie mu skóra, na widok tej kobiety. Żona piekarza, była okropną kobietą.
- Lissie! - krzyknęła kobieta. - Klienci czekają! To nie czas na pogaduszki, wracaj do pracy!
- Tak, pani Mellark. - powiedziała szybko Lissie, niemal przestraszona. Drzwi się zamknęły, a ona odwróciła się do niego. Na jej twarzy malowało się coś, czego nie do końca był w stanie odczytać. - Porozmawiamy później, tak?
- Ale...
- Haymitch, później. - powiedziała.
- Jasne.
Wszedł do salonu. Effie wciąż siedziała na kanapie, z nogą położoną na poduszce i torebką z lodem na kostce. Kiedy jej wzrok padł na niego, na jej twarzy pojawił się szczery uśmiech, który sprawił, że w jej oczach zatańczyły iskierki.
- Lepiej. - powiedziała. - Jak Lissie?
- Nie wiem. - wzruszył ramionami. Usiadł na końcu kanapy, opierając się ciężko o oparcie. Ściągnął torebkę z lodem z jej kostki i przyjrzał się jej nodze. Opuchlizna zniknęła, ale pojawił się siniec. Przybrał zdrowy, fioletowy odcień. Przejechał kciukiem po napiętej skórze, uśmiechając się pod nosem. Wyobraził to sobie, czy naprawdę zadrżała pod jego dotykiem?
- Nie wiesz? - zmarszczyła brwi. - Nie rozmawiałeś z nią? Haymitch, przecież mówiłam ci, że...
- Rozmawiałem, ale niczego się nie dowiedziałem. - przerwał jej, zanim zdążyła się rozkręcić. - Oprócz tego, że znowu się pokłóciliśmy.
- O co?
Zastanawiał się czy jej powiedzieć. W końcu postanowił, że jest jej to winien. I tak już ją wplątał w całą tą sytuację.
- O ciebie. - powiedział wprost. Nastała chwila ciszy. Czuł na sobie jej wzrok, ale uparcie wpatrywał się w swoją dłoń, która wciąż spoczywała na jej kostce.
- Przepraszam. - usłyszał cichy szept.
- Nie twoja wina, prawda? - uśmiechnął się słabo, wciąż na nią nie patrząc.
- Jest zazdrosna. - powiedziała - Może powinnam z nią porozmawiać?
- Nie. - Nie chciał nawet myśleć o tym, co Lissie mogłaby jej zrobić, kiedy Effie zaczęłaby jej wyjaśniać, że nie ma być o co zazdrosna. - Powiedziała też, że coś się stało, kiedy byłem w Kapitolu.
- Co takiego?
- Nie wiem. - wzruszył ramionami, puszczając jej kostkę i układając na niej torebkę z lodem. - Wyszła jej szefowa i kazała jej wracać do pracy. Powiedziała, że pogadamy później.
- W takim razie, niedługo się dowiesz o co jej chodzi. - Spojrzał na nią. W jej błękitnych oczach malowała się troska.
- Mam wrażenie, że to nie będzie miła rozmowa. - westchnął. Uśmiechnęła się do niego słabo.
- Takie rozmowy nigdy nie są miłe.
- Właśnie, że mamy, skarbie. - Gdyby spojrzenia mogły zabijać, padłby trupem. Skrzyżowała ręce na piersi.
- Zostaw "skarbie", dla swojej dziewczyny.
Haymitch miał wrażenie, że za tym zdaniem kryje się coś więcej. Jej postawa była zbyt agresywna, niż zwykle. Poza tym, już jakiś czas temu przestała mu mówić, żeby skończył nazywać ją skarbem. Jednak nie chciał się teraz tym zajmować. Gdyby zaczął się nad tym dłużej zastanawiać, może zauważyłby, jak Effie na niego patrzyła, kiedy tego ranka w drzwiach pojawiła się Lissie. Albo, jak unikała jego wzroku podczas śniadania. Jednak on był zbyt obolały i zmęczony, żeby się tym przejmować, a przed nimi było jeszcze kilka godzin treningu.
Jedyne na co miał siłę, to znów przewrócić oczami i spojrzeć na nią gniewnie. Pogroził jej palcem.
- Słuchaj, albo się rozluźnisz, albo zapomnij o mojej pomocy i wracaj do Kapitolu.
Wiedział, że wygrał tą rundę. Nie mogła sobie pozwolić, żeby teraz stracić kolejnego partnera. I ona też o tym wiedziała, bo zacisnęła usta i wpatrywała się w niego z taką intensywnością, że miał wrażenie, że lód dookoła nich zaraz się stopi.
- Jesteś niemożliwy. - wysyczała przez zaciśnięte zęby.
- A ty irytująca. - wyszczerzył się.
- Co powinno tworzyć z nas zgraną ekipę. - wyciągnęła do niego rękę. - Rusz się i zaczynamy od nowa. Raz-raz.
Chwycił jej dłoń i ich palce splotły się razem w naturalnym geście. Ustawili się naprzeciwko siebie i Effie ustawiła go w pozycji do walca. Musieli ćwiczyć bez muzyki, ale dawali radę. Effie miała wszystko w głowie. Przez cały czas liczyła kroki i przypominała mu, którą figurę mieli wykonać. Nie musiała tego robić, bo dosyć szybko zapamiętał wszystkie sekwencje, ale było to też pomocne.
Układ nabierał prędkości. Haymitch puścił jej dłoń i odjechał, żeby zdobyć trochę miejsca. Jednocześnie wykonali podwójnego axla i powtórzyli to jeszcze raz. Wtedy Haymitch odwrócił się do Effie, w tym samym momencie, w którym ona odwróciła się do niego. Nie spuszczali z siebie wzroku. Nie był pewien czy kiedykolwiek będzie w stanie przyzwyczaić się do tego, jak bardzo niebieskie są jej oczy.
Podjechali do siebie i Haymitch podniósł ją w wyćwiczonym ruchu. Zmienił ułożenie rąk tak, że podtrzymywał ją nad swoją głową, opierając ręce na jej podbrzuszu. Zaczął się obracać. Wszystko szło dobrze; miały być cztery obroty i miał ją powoli opuścić. Ale przy drugim obrocie poczuł, że za bardzo wychyla się do tyłu. Jego prawa noga wysunęła się do przodu i już wiedział co się stanie w następnej sekundzie.
Kiedy stracił równowagę, jedyne o czym był w stanie myśleć, to "Chroń partnera, bo jeśli coś pójdzie nie tak, to będzie to twoja wina". Dlatego w ostatniej chwili złapał Effie i przycisnął ją do siebie, żeby wziąć ciężar jej upadku na siebie.
Całe zdarzenie nie trwało dłużej niż ułamek sekundy, ale kiedy upadł i poczuł przeszywający ból w łokciu i w plecach, nie przejął się tym. Potrafił myśleć tylko o tym, że Effie syczy z bólu.
- Cholera! - krzyknął. - Effie! Wszystko dobrze?
Zsunął ją delikatnie z siebie i ukucnął tuż przy niej. W jej oczach lśniły łzy. Nie wiedzieć czemu, ten widok był dla niego, jak kubeł zimnej wody wylanej na głowę. Może nie znał jej zbyt dobrze, ale wiedział jedno: Effie Trinket była zbyt twarda, żeby płakać z byle powodu. Instynktownie chciał zabić tego, kto doprowadził ją do płaczu.
- Moja kostka... - Jej oddech był urywany. Usiadła i ścisnęła dłońmi prawą kostkę. Zaciskała zęby i Haymitch wiedział, że z całych sił starała się przywołać się do porządku. Jednak łzy już spływały jej po policzkach.
- Pokaż.
Najdelikatniej jak umiał, rozwiązał sznurówki przy jej łyżwie i zsunął ją z jej nogi, mamrocząc przeprosiny za każdym razem, kiedy krzywiła się z bólu. Podwinął nogawkę jej spodni i zsunął grubą skarpetkę. Kostka była delikatnie spuchnięta.
- Możesz nią ruszać?
Poruszała lekko stopą, oddychając ciężko przez usta i starając się uspokoić.
- Jest tylko zbita, ale na dzisiaj to koniec. - powiedział, poprawiając jej skarpetkę.
- Żartujesz? - wysyczała, rzucając mu niedowierzające spojrzenie.
- Chcesz pogorszyć sytuację? - uniósł pytająco brew.
- To twoja wina! Upuściłeś mnie. - skoro mogła się na niego złościć, to nie było aż tak źle, pomyślał.
- I przy okazji zbiłem łokieć, więc jesteśmy kwita. - uśmiechnął się półgębkiem, ale ten uśmieszek szybko zniknął. Zmarszczył brwi i wstał. - Możesz wstać?
Podparła się dłońmi o lód i oparła ciężar ciała na lewej nodze. Kiedy wstała, z niesamowitym brakiem swojej zwyczajnej gracji, starała się przetestować sprawność prawej kostki. Szybko tego pożałowała, bo noga się pod nią ugięła.
- Ałć! - syknęła przez zaciśnięte zęby, kiedy straciła równowagę. Haymitch szybko wyciągnął ręce, żeby ją podtrzymać. Kiedy stało się jasne, że nie da rady ustać, przewrócił oczami.
- Ok, chodź no tutaj.
Podał jej białą łyżwę, którą wciąż trzymał w ręce i zwinnym ruchem, wziął ją na ręce. Przejechał przez zamarznięte jezioro do brzegu, na którym zostawili torbę ze swoimi rzeczami. Ostrożnie zszedł z tafli lodu, starając się jej nie upuścić. Usadził ją na pniu przewróconego drzewa, które już wcześniej służyło im za ławkę. Ściągnął jej drugą łyżwę i pomógł jej założyć trapery, które pożyczyła jej jego matka. Alice o mało dostała zawału, kiedy zobaczyła, że Effie nie ma cieplejszych butów niż trampki. Effie starała się zaprotestować, ale kiedy jego matka się uparła, nie było odwrotu. Kiedy uporał się ze sznurówkami, podał jej płaszcz i zajął się swoimi łyżwami.
- Kto by pomyślał, że potrafisz się zachować na dżentelmen. - powiedziała, kiedy ich łyżwy zostały schowane do torby, którą zarzucił na ramię i znów wziął ją na ręce.
- Kiedy chcę, potrafię być naprawdę czarujący. - mrugnął do niej, uśmiechając się pod nosem.
- Szczerze w to wątpię. - wywróciła oczami. Objęła jego szyję i ułożyła głowę na jego ramieniu. Nagle zrobiło mu się gorąco, mimo kąsającego mroźnego wiatru. Czuł, że serce przyspieszyło i wiedział, że Effie będzie mogła to usłyszeć. Postanowił to zgonić na wysiłek związany z niesieniem jej przez las.
- Zdziwiłabyś się. - zerknął na nią. - Jeśli nie wierzysz, możesz zapytać Lissie.
Nie odpowiedziała, ale poczuł, że jej mięśnie się napinają. Szli w ciszy. W lesie, gdzie drzewa rosły jedno obok drugiego, szło mu się lepiej, ponieważ nie musiał się przedzierać przez warstwę śniegu. Jednak, kiedy doszli do ścieżki, jego nogi zapadały się po kostki w śniegu. Musiał jeszcze bardziej uważać, żeby się nie przewrócić lub żeby jej nie upuścić.
- Wydaje mi się, że twoja dziewczyna mnie nie lubi. - odezwała się Effie po kilku minutach.
- Nawet z nią nie rozmawiałaś. - powiedział Haymitch. - Skąd możesz wiedzieć, że cię nie lubi, skarbie?
- Kobiety wiedzą takie rzeczy, Haymitch. - odpowiedziała tym swoim głosem w stylu "czasami jesteś idiotą".
- Ach, tak?
Jednak nie miał zamiaru zaprzeczać. Kłótnia, jaka odbyła się tego ranka, była jedną z gorszych. Lissie rzeczywiście nie lubiła Effie. Chociaż nawet z nią nie rozmawiała - jak wypomniał jej kilka razy.
- Tak. - powiedziała cicho. - Poza tym pomyśl tylko. Tańczę z tobą na lodzie, co jak ci dzisiaj powiedziałam, jest dosyć intymne. Która dziewczyna chciałaby, żeby jej chłopak obejmował w ten sposób inną?
Nie odezwał się. Już słyszał podobne zdania. Tylko, że te które wypowiedziała Lissie, były bardziej... Okrutne i wulgarne.
- Już o tym rozmawialiście, prawda? - Niesamowite, jak ta kobieta potrafiła czytać mu w myślach.
Znów jej nie odpowiedział, ale jego milczenie powiedziało jej wszystko, co chciała wiedzieć. Wtuliła twarz w jego szyję, muskając zimnym nosem jego skórę. Jej dotyk był elektryzujący. Przełknął ślinę z trudem. Nie potrafił się skupić. Nigdy nie miał problemu z koncentracją, kiedy musiał ją przytulać i dotykać, kiedy byli na lodzie, ale to było konieczne. Ale teraz nie byli na lodzie. Jej dotyk nie był wymuszony. Nie wiedział, dlaczego myśl, że Effie jest tak blisko niego, tak mocno go uderzyła.
- Przepraszam. - wyszeptała. Czuł jej gorący oddech na swojej skórze. Miał problemy z oddychaniem. - Powinnam zostać w Kapitolu. Wycofać się z tych zawodów i...
Odrzucił wszelkie myśli o Effie. To nie ona była jego dziewczyną i to nie z nią miał problemy. To Lissie musiał się zająć. To z nią był. I to z nią kłócił się o najmniejszą głupotę. Potrzebował porady. A jedyną osobą, która mogłaby spojrzeć na sprawę obiektywnie była Effie.
- Jesteś kobietą... - przerwał jej, nie wiedząc jak kontynuować. Podniosła głowę z jego ramienia i spojrzała na niego.
- Dziękuję, że zauważyłeś. - wyszczerzyła się złośliwie. - Trochę ci to zajęło.
Wywrócił oczami i odetchnął głęboko. Musiał z kimś o tym porozmawiać.
- Dlaczego kłóci się ze mną o najmniejszą rzecz? - zapytał w końcu. Effie zmarszczyła brwi.
- To, że jestem kobietą nie znaczy, że wiem co siedzi twojej dziewczynie w głowie. - powiedziała powoli, ważąc każde słowo. - Każda kobieta jest inna... Prawdopodobnie ją denerwujesz i szczerze mówiąc, nie mogę jej winić, jesteś denerwujący. - uśmiechnęła się do niego. - Może powinieneś... Sama nie wiem... Zabiegać o nią?
- Zabiegać? - powtórzył, marszcząc brwi. Wzruszył ramionami. - Nie muszę. Przecież już jesteśmy razem.
- Taki jest problem większości facetów. - westchnęła ciężko, kręcąc głową. - Myślicie, że jak już zdobyliście dziewczynę, to możecie przestać się o nią starać. Otóż nie.
- Więc co proponujesz?
- Na początek kwiaty. Może czekoladki?
- To śmieszne. Nie jestem taki.
- Jaki? - zapytała, unosząc brew. - Jeśli zależy ci na niej, powinieneś jej to pokazywać. Kochasz ją, prawda?
- Nie twój interes, skarbie. - prawdziwa odpowiedź brzmiałaby "sam już nie wiem", ale nie mógł jej tego powiedzieć, prawda? - Chodzi o to, że... Nie umiem już z nią spędzić całego dnia, tak, żeby po kilkunastu minutach nie poczuć się jakbym popełniał jakiś błąd.
- Błąd? - czuł, że mu się przygląda, ale specjalnie unikał jej wzroku. Ciężko mu było otworzyć się przed Effie, ale sama powiedziała, że powinni się lepiej poznać. Musieli od czegoś zacząć.
- Coś mi umyka. Kiedy z nią jestem... Czuję się, jakby moje miejsce nie było przy niej. Myślałem, że rozłąka dobrze nam zrobi, ale znowu było tak samo.
- Rozmawiałeś z nią o tym? - pokręcił głową. - W takim razie porozmawiaj z nią. Powinniście to załatwić między sobą.
***
Kiedy tylko dotarli z Effie do domu i pomógł jej usiąść na kanapie, Alice się nią zajęła. Nie była lekarzem, ale znała się na kilku rzeczach. Haymitch oznajmił, że musi wyjść. Jego matka zaczęła mówić, że powinien zostać z Effie, ale dziewczyna powiedziała, że powinien iść.
Idąc w stronę miasta, w głowie Haymitcha panował chaos. Wyobrażał sobie, co jej powie, kiedy ją zobaczy i jak będzie wyglądała cała ta rozmowa. Doskonale zdawał sobie sprawę, że nie odważy się powiedzieć chociaż jednej z tych rzeczy, które sobie wyobraził.
Dotarł do piekarni. Wszedł do środka i momentalnie napłynęła mu ślina do ust. W powietrzu unosił się zapach świeżo pieczonego chleba. Całe szczęście, nigdzie nie było widać żony piekarza. Ta okropna kobieta miała tupet. Starał się omijać piekarnię, kiedy pani Mellark pomagała obsługiwać klientów. Lissie siedziała za ladą; właśnie miała ugryźć bułkę. Zobaczyła go i odłożyła jedzenie na bok. Jej twarz przypominała pustą kartkę, kiedy go zobaczyła, na jej twarzy nie pojawiły się żadne emocje. Kiedyś uśmiechała się za każdym razem, jak go widziała.
- Mam pięć minut przerwy. - powiedziała, oglądając się przez ramię i spoglądając na drzwi prowadzące na zaplecze. - Wolałabym nie podpaść pani Mellark.
- Będę się streszczał.
***
- No więc?Stali przed piekarnią. Lissie patrzyła na niego wyczekująco, przestępując z jednej nogi na drugą. Wychodząc, nie założyła kurtki.
- Dlaczego ciągle się kłócimy? - zapytał wprost. Na twarzy Lissie pojawił się szok. Zmarszczyła brwi.
- Naprawdę? - powiedziała z irytacją; zaczynała stukać zębami z zimna. Nie zaproponował jej swojej kurtki. - Czy to nie mogło poczekać, aż skończę pracę?
- Nie. Muszę wiedzieć już teraz.
- Haymitch... - westchnęła, ale nie dał jej dokończyć.
- Lissie, po prostu mi powiedz. - nalegał. - Rozmawiałem z Effie i...
- Ach, tak? - przerwała mu. Z każdym kolejnym słowem, jej ton robił się coraz bardziej ironiczny. - I co powiedziała twoja Effie?
- Nie jest moja. - warknął. Jego mózg podpowiadał mu, żeby się zamknął, ale nie go nie posłuchał. - Po prostu chciałem się poradzić.
- I co ci poradziła? - założyła ręce na piersi i wpatrywała się w niego gniewnie.
- Żebym z tobą porozmawiał.
- Cóż za przejaw geniuszu. - prychnęła. Jej głos ociekał jadem i nienawiścią.
- Przestań. - syknął. - Poprosiłem ją o pomoc. Doradziła mi, żebym zamiast z nią, porozmawiał z tobą.
- Aż dziwne, że sam na to nie wpadłeś. - jej sarkazm zaczynał mu działać na nerwy. - Tylko twoja Effie musiała ci to uświadomić.
- Nie jest moja... - powtórzył. Czuł, że traci panowanie. Że zaczynają mu drżeć ręce. Wcisnął je głębiej w kieszenie kurtki.
- Nieważne... - przerwała mu. - W sumie to też chciałam z tobą porozmawiać. Kiedy cię nie było... - zająknęła się - Coś się stało...
- Co takiego? - zmarszczył brwi.
- Ja... - Ale w tym momencie, drzwi do piekarni się otworzyły i pojawiła się w nich kobieta o piaskowych włosach i niebieskich oczach. Haymitch poczuł, że cierpnie mu skóra, na widok tej kobiety. Żona piekarza, była okropną kobietą.
- Lissie! - krzyknęła kobieta. - Klienci czekają! To nie czas na pogaduszki, wracaj do pracy!
- Tak, pani Mellark. - powiedziała szybko Lissie, niemal przestraszona. Drzwi się zamknęły, a ona odwróciła się do niego. Na jej twarzy malowało się coś, czego nie do końca był w stanie odczytać. - Porozmawiamy później, tak?
- Ale...
- Haymitch, później. - powiedziała.
- Jasne.
***
- Jak noga?Wszedł do salonu. Effie wciąż siedziała na kanapie, z nogą położoną na poduszce i torebką z lodem na kostce. Kiedy jej wzrok padł na niego, na jej twarzy pojawił się szczery uśmiech, który sprawił, że w jej oczach zatańczyły iskierki.
- Lepiej. - powiedziała. - Jak Lissie?
- Nie wiem. - wzruszył ramionami. Usiadł na końcu kanapy, opierając się ciężko o oparcie. Ściągnął torebkę z lodem z jej kostki i przyjrzał się jej nodze. Opuchlizna zniknęła, ale pojawił się siniec. Przybrał zdrowy, fioletowy odcień. Przejechał kciukiem po napiętej skórze, uśmiechając się pod nosem. Wyobraził to sobie, czy naprawdę zadrżała pod jego dotykiem?
- Nie wiesz? - zmarszczyła brwi. - Nie rozmawiałeś z nią? Haymitch, przecież mówiłam ci, że...
- Rozmawiałem, ale niczego się nie dowiedziałem. - przerwał jej, zanim zdążyła się rozkręcić. - Oprócz tego, że znowu się pokłóciliśmy.
- O co?
Zastanawiał się czy jej powiedzieć. W końcu postanowił, że jest jej to winien. I tak już ją wplątał w całą tą sytuację.
- O ciebie. - powiedział wprost. Nastała chwila ciszy. Czuł na sobie jej wzrok, ale uparcie wpatrywał się w swoją dłoń, która wciąż spoczywała na jej kostce.
- Przepraszam. - usłyszał cichy szept.
- Nie twoja wina, prawda? - uśmiechnął się słabo, wciąż na nią nie patrząc.
- Jest zazdrosna. - powiedziała - Może powinnam z nią porozmawiać?
- Nie. - Nie chciał nawet myśleć o tym, co Lissie mogłaby jej zrobić, kiedy Effie zaczęłaby jej wyjaśniać, że nie ma być o co zazdrosna. - Powiedziała też, że coś się stało, kiedy byłem w Kapitolu.
- Co takiego?
- Nie wiem. - wzruszył ramionami, puszczając jej kostkę i układając na niej torebkę z lodem. - Wyszła jej szefowa i kazała jej wracać do pracy. Powiedziała, że pogadamy później.
- W takim razie, niedługo się dowiesz o co jej chodzi. - Spojrzał na nią. W jej błękitnych oczach malowała się troska.
- Mam wrażenie, że to nie będzie miła rozmowa. - westchnął. Uśmiechnęła się do niego słabo.
- Takie rozmowy nigdy nie są miłe.
________________________________________________________________________
Przepraszam za ten "friendzone".
SPOILER: Niedługo się skończy.
Dajcie znać co sądzicie.

Fantastyczny rozdział! (Tak, ostatnio zaczęłam używać innych przymiotników niż "super":) Ciekawe, co Lissie chciała powiedzieć Haymitchowi... Coś tam się domyślam, ale nic nie mówię! W każdym razie, czekam na to, aż się rozstaną. :D Jakie psycho... Dobrze, że się nie całują.
OdpowiedzUsuńCzekam na next i życzę weny! <3
Długo mnie tu nie było, ale już nadrobiłam straty!
OdpowiedzUsuńMam wrażenie, że rozmowa Haymitcha i Lissie zakończy FriendZone pomiędzy Haym i Effie. ^^
Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału *0*
PSPSPSPS. Weny Życzę! ^^
Takie pytanie mam... Czy ty jeszcze żyjesz?
OdpowiedzUsuń