"W siedemdziesiątą piątą rocznicę, dla przypomnienia buntownikom, że nawet najsilniejsi z nich nie mogą pokonać potęgi Kapitolu, trybuci obojga płci zostaną wylosowani z puli dotychczasowych zwycięzców w dystryktach"
Z tymi słowami wciąż rozbrzmiewającymi w jej głowie, weszła do domu Haymitcha, nawet nie zaprzątając sobie głowy pukaniem. Okoliczności były ponad wszelkie maniery i etykietę.
Uderzył ją smród, zepsutego jedzenia. Po podłodze walały się puste butelki, ale nie miała głowy, żeby się tym zajmować.
- Haymitch? - rzuciła w przestrzeń.
- Przyszłaś świętować, skarbie? - usłyszała głos za swoimi plecami.
Odwróciła się i ujrzała go, siedzącego na kanapie przed rozbitym telewizorem. Z jedną butelką w ręku i z czterema pustymi, leżącymi pod jego nogami.
- Przyszłam, żeby sprawdzić, czy wciąż żyjesz.
Spojrzał na nią, swoimi stalowo-szarymi oczami, przeszywając ją dogłębnie.
- Niestety. Ale prawdopodobnie już niedługo, skarbie. Możliwe, że właśnie patrzysz na przyszłego zawodnika.
Pociągnął zdrowy łyk, opróżniając tym samym butelkę. Niespodziewanie rzucił ją z krzykiem w ścianę, gdzie roztrzaskała się na milion kawałków. Każdy odłamek poleciał w innym kierunku.
Effie podskoczyła przerażona jego gwałtownym zachowaniem. Haymitch ukrył twarz w dłoniach i ciężko oddychał.
Podeszła do kanapy i usiadła obok niego. Z wahaniem położyła dłoń na jego ramieniu i delikatnie je ścisnęła w geście pocieszenia. Nie wiedziała jak inaczej mu pomóc.
- Haymitch... - zaczęła. - Ja... Tak strasznie mi przykro.
- Mnie też. - wymamrotał w swoje dłonie.
Nie miała pojęcia co powiedzieć. Bo w tej sytuacji nie istniały odpowiednie słowa. Nie można pocieszyć osoby, która być może już niedługo umrze. I to ona będzie osobą, która się do tego przyczyni. To jej ręka wybierze kartkę i jej usta wypowiedzą imię.
- Nie zrobię tego. - wyszeptała, bardziej do siebie niż do niego.
- Czego nie zrobisz? - zapytał, podnosząc na nią wzrok. Oczy miał zaczerwienione, a na policzkach widniały czerwone plamy. - Nie wylosujesz naszych imion? - zaśmiał się krótko. - Oboje dobrze wiemy co się stanie, jeśli tego nie zrobisz.
Miał rację. Oboje to wiedzieli. Wszyscy to wiedzieli. Gdyby odmówiła, niedługo później w gazetach pojawiłyby się informacje o jej tajemniczym zniknięciu. A później o zwłokach znalezionych w którymś z dystryktów. Ktoś niewinny mógłby zostać oskarżony o morderstwo i zostać stracony. Jako przykład na to, że każda osoba z Kapitolu jest o wiele cenniejsza niż tuzin ludzi z któregokolwiek dystryktu.
Tak, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że musi to zrobić. Chce czy nie chce.
- Po prostu wyjdziesz na tą scenę, tak jak to robisz co roku i będziesz cieszyć się z kolejnych Głodowych Igrzysk.
Spojrzała ma niego z niedowierzaniem.
- Naprawdę myślisz, że cieszą mnie Igrzyska? Że wszystkie te dzieci... Że to dla mnie zabawa?
- A nie? - zmarszczył brwi.
- Nie! - podniosła głos - Jak w ogóle coś takiego mogło ci przyjść do głowy? Nienawidzę tego.
- Więc dlaczego nie odejdziesz?
W odróżnieniu od niego, Effie nie była tu uwięziona. Mogła odejść w każdej chwili. W ciągu kilku minut Organizatorzy znaleźliby kolejną dziewczynę na jej miejsce. Dlaczego nie odejdzie?
- Ponieważ chcę dać tym dzieciom to na co zasługują. - mruknęła. - Chcę dać im nadzieję, wiarę w to, że mogą wygrać. A że muszę im do tego wpajać maniery... Staram się jak mogę, żeby ich ostatnie dni były jak najmilsze. Żeby mogły się najeść do syta, być może pierwszy raz w życiu...
Nie wiedziała co dalej ma powiedzieć. Teraz wydawało jej się to bezsensowne. To że dawała tym dzieciom złudne nadzieje.
Jednak kiedy spojrzała na twarz Haymitcha, coś się w niej zmieniło. W jego oczach nie było zdenerwowana, irytacji czy choćby obrzydzenia. Znalazła tam cień podziwu.
Przewróciła się na drugi bok, leżąc na swoim łóżku. Nie mogła zasnąć. Ostatnio przydarzało się jej to coraz częściej.
Myślała o tamtym dniu, kiedy prezydent ogłosił zasady kolejnego Ćwierćwiecza. O tym jak on wtedy na nią spojrzał. I o tym, że znów wrócili do normy. W jego oczach nie ma już tamtego cienia. Wróciło wszystko inne i to ze zdwojoną siłą.
Wszystko przez to, że teraz byli na siebie skazani. Że przez plan Katniss, od tej pory musieli udawać coś co za żadne skarby świata nie mogło mieć miejsca w prawdziwym życiu. Ona i Haymitch Abernathy jako para. Na świecie nie było bardziej niedorzecznej rzeczy niż to.
Jednak zgodziła się na ten plan, bo naprawdę chciała mu pomóc. Nie chciała żeby umierał...
Wierciła się jeszcze trochę w łóżku. Było zdecydowanie zbyt duże i zbyt zimne. Jednak po pewnym czasie zmęczenie wygrało. Powieki jej opadły, głowa zapadła się w poduszce. Umysł odpłynął.
Śniła o Igrzyskach. Nie było jej tam, jednak wszystko widziała. Jakby z obiektywu kamery, która śledziła wszystkie wydarzenia. Śniła o tym, jak Katniss biegnie między drzewami, goniona przez straszliwe potwory. Widziała jak ginie za sprawą ognia, który spalił ją żywcem. Słyszała jej krzyki i błagania o pomoc.
Znalazła się w szklanej pułapce z której nie było wyjścia. Przed nią tuż za taflą szkła, na ziemi leżał Haymitch, twarzą do dołu. Jego ciało drżało, zupełnie jakby szlochał. Nagle jego kręgosłup wygiął się w łuk, wyrywając z jego gardła potworny krzyk.
Po chwili znikąd wybiegł inny trybut. Jego pięści, kolana i stopy wbijały się w ciało Haymitcha, wydobywając z niego najokropniejsze krzyki i jęki. Próbował bronić się rękami; osłonić twarz, ale na nic się to zdało. Kałuża krwi pod głową Haymitcha wciąż rosła.
Zaczęła tłuc w szybę, chcąc mu pomóc, ale nie mogła. Nie dało się zbić szkła. Mogła jedynie patrzeć jak krew wycieka z niego z każdym kolejnym ciosem. Nie mogła nic zrobić.
- Effie! Effie! Obudź się!
Czyjeś ręce potrząsały jej ramieniem. Otworzyła oczy. Czuła, że po policzkach spływają jej łzy, ale nie dbała o to.
W pokoju nadal było ciemno, jednak widziała zarys postaci. Kilka sekund później jej oczy przyzwyczaiły się do ciemności i zobaczyła Haymitcha, który przysiadł na brzegu jej łóżka.
- Haymitch? Co ty tutaj robisz? - głos miała zachrypnięty. Usiadła, podkurczając nogi i przyciągając je do brody.
- Krzyczałaś. - odparł - Myślałem, że coś się stało.
Czyżby rzeczywiście krzyczała? To całkiem możliwe. Ten sen był tak realistyczny. Zadrżała.
- Przepraszam. - powiedziała. - Obudziłam cię?
Zaśmiał się pod nosem i pokręcił głową.
- Nie. Nie sypiam od lat. - Upijam się w trupa, dodał w myślach. - Więc, śniły ci się Igrzyska?
- Skąd wiesz, że śniły mi się Igrzyska?
- Krzyczałaś imię Katniss... - zawahał się - I moje.
Zapiekły ją oczy. Gardło bolało. Nie wiedziała co ma mu powiedzieć. Jak mu wyjaśnić, że strasznie się boi ich stracić? Że boi się o Katniss. Martwi się, że jeśli coś jej się stanie na arenie to Peeta się załamie. Że boi się o niego. Że mimo wszystko nie chce, żeby umierał.
- Chcesz o tym pogadać? - zapytał. Pokręciła głową. - Wiesz, też miewam koszmary. Doskonale wiem jak to jest. Czasami dobrze jest z kimś o tym porozmawiać.
Odetchnęła głęboko przez nos. Poczuła pojedynczą łzę na swoim policzku, więc starła ją szybko.
- Śniło mi się, że Katniss spłonęła żywcem na arenie. A później, że jeden z zawodników katuje cię na moich oczach. I że nie mogłam nic zrobić, żeby ci pomóc. Mogłam się jedynie przyglądać jak umierasz... Było tak dużo krwi...
Głos jej zadrżał. Haymitch schwycił jej dłoń i ścisnął w geście pocieszenia. W takiej sytuacji, żadne słowa nie pomogą. Bo przecież nie może jej powiedzieć, że już niedługo jej koszmar stanie się rzeczywistością. Że już niedługo może umrzeć na arenie, a ona nie będzie mogła temu zapobiec. Jedyne co może teraz zrobić, to zmienić temat i odciągnąć jej myśli w innym kierunku.
- Jestem ci winien przeprosiny. - powiedział.
Podniosła na niego wzrok. W pokoju wciąż było ciemno, więc Haymitch mógł sobie jedynie wyobrazić jak marszczy brwi, nie rozumiejąc o czym mówi.
- Chodzi mi o to co powiedziałem po wywiadzie. Przepraszam.
- Nic nie szkodzi. - mruknęła. Jej głos wciąż był lekko zachrypnięty. - Przecież wciąż sobie dogryzamy.
- Ale chodzi mi o to, że naprawdę doceniam co dla mnie robisz. Że mi pomagasz. Bez ciebie cały plan nigdy by nie wypalił.
Zapadła cisza. Nikt się nie odezwał. Przez ciemność było mu trudniej zgadnąć o czym myśli Effie. Zazwyczaj, kiedy nie towarzyszyły im kamery lub inni ludzie, twarz Effie była jak otwarta księga. Mógł z łatwością odgadnąć co w danej chwili myśli. Teraz było zbyt ciemno, żeby dostrzec jej minę. Zaczęło go to frustrować.
Sięgnął ręką do czegoś co jak miał nadzieję było lampką, stojącą na jej szafce nocnej. Nie mylił się, chwilę później znalazł włącznik i nagle pokój zalało żółte światło.
- Haymitch! - syknęła Effie, osłaniając swoje oczy przed nagłą zmianą.
Kiedy jego wzrok przyzwyczaił się do światła lampki, spojrzał na Effie. Zakrywała twarz dłońmi. Po chwili odsunęła dłonie, żeby przyzwyczaić oczy do światła. I Haymitchowi opadła szczęka. Nie miała na sobie makijażu, ani peruki.
Jakoś nigdy się nie zastanawiał jak Effie wygląda, kiedy śpi. Zazwyczaj myślał o niej wyłącznie w kategorii pomalowanej lalki barbie. I nie przeszło mu przez myśl, że przecież nie może tak wyglądać przez cały czas.
Ale teraz to widział na własne oczy. Nie miała ani grama pudru, cieni, szminki czy czegokolwiek innego.
Na jej głowie nie było peruki. Zamiast tego na ramiona spływały kaskadą jej naturalne, lekko rozczochrane włosy w kolorze blond.
- Łaał! - wyrwało mu się. Czuł, że jego oczy za chwilę wyskoczą z orbit. - Wyglądasz... No... Wyglądasz całkiem ładnie.
Różowa plama wystąpiła jej na policzki.
- Dlaczego codziennie nakładasz na siebie tą całą maskę, skoro normalnie wyglądasz o wiele ładniej?
Spojrzała w kąt pokoju, gdzie stała toaletka z całym zasobem kosmetyków. Mimowolnie westchnęła.
- Prawdą jest to, że jest to trochę męczące, codziennie nakładać wszystko od nowa... Ale chyba już tak bardzo się do tego przyzwyczaiłam, że nie umiałabym od tak przestać. Wolę nie myśleć co powiedzieli by ludzie gdybym tak wyszła na miasto!
Pokręcił głową. Haymitch pomyślał o tym, że ludzie z Kapitolu mają o wiele bardziej pomieszane w głowach niż mu się wydawało. Czy naprawdę mogliby zacząć patrzeć na kogoś inaczej, tylko dlatego, że nie ubiera się i nie maluje jak reszta? Odpowiedź była oczywista.
Poczuł drapanie w gardle. Od kiedy przybiegł do pokoju Effie, nie wypił ani kropelki alkoholu. Jego organizm rozpaczliwie go potrzebował. Żołądek wydawał się kurczyć.
Schwycił jej dłoń i lekko ścisnął.
- Idź spać, Effie. Jeśli znów zaczniesz krzyczeć, przyjdę.
Nie chciała, żeby wychodził. Nie chciała zostawać sama. Chociaż nigdy tego nie przyzna, jego obecność, w jakiś sposób ją uspokajała.
- Musisz już iść? - zapytała i we własnej głowie zabrzmiała jak małe dziecko. Jak mała dziewczynka, która boi się ciemności. Uniósł pytająco brew.
- Jest druga w nocy, skarbie. To nie wypada, żeby mężczyzna był o tej godzinie w pokoju damy.
Przygryzła wargę walcząc sama ze sobą.
- A nie mógłbyś zostać? To znaczy, aż nie zasnę?
Zmarszczył czoło, przyglądając się jej badawczo. W jego głowie toczyła się zaciekła bitwa. Spojrzał na drzwi, jakby to właśnie tam kryła się odpowiedź.
- Wrócę za dwie minuty. - powiedział, jeszcze raz ściskając jej dłoń.
Kiedy tylko wyszedł, Effie poczuła potworne zimno. Jej pokój wydawał się zbyt duży i zbyt pusty.
Haymitch wrócił szybciej niż w dwie minuty. W ręce trzymał pełną butelkę whiskey. Effie wywróciła na ten widok oczami.
Ku jej zaskoczeniu, Haymitch nie usiadł na fotelu, który stał na przeciwko jej łóżka. Zamiast tego położył się na pościeli obok niej. Oparł się plecami o wezgłowie i wpół leżąc, wpół siedząc, zaczął odkręcać butelkę.
Effie pokręciła głową z niedowierzaniem. Był niemożliwy.
Zgasiła lampkę i ułożyła się twarzą do jego ciemnej sylwetki, przykrywając się kołdrą pod samą szyję.
- Wiesz, mogłabym się do tego przyzwyczaić. - mruknęła w ciemność. - Do tego, że normalnie rozmawiamy. Bez zgryźliwości i sarkazmu.
- Nieeee - usłyszała po chwili. Mogła sobie wyobrazić, że się uśmiecha. - Za bardzo byś tęskniła.
Zachichotała pod nosem.
- Być może. - odpowiedziała - Dobranoc, Haymitch.
- Branoc.
Znów znalazła się w tym szklanym pomieszczeniu. Tym razem to ona miała kłopoty. Czuła potworny ból w całym ciele, a później silne ramiona wokół siebie. Te ramiona zdjęły z niej całe cierpienie. Kiedy się odwróciła zobaczyła Haymitcha. Uśmiechał się do niej kącikiem ust.
Był tam, żeby ją ochronić. Żeby jej pomóc. Kiedy był w pobliżu wszystko było dobrze.

Awww... słodko ^.^
OdpowiedzUsuńpurrrfectme