poniedziałek, 30 listopada 2015

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 5

Siedziała właśnie na kanapie w salonie i porządkowała coś w dokumentach, kiedy Haymitch wszedł. Zdążyła się przebrać i ponownie zakryć twarz makijażem. Dzięki temu, łatwiej mu było na nią patrzeć. Mógł wmawiać sobie, że skurcze żołądka są spowodowane obrzydzeniem, a nie... czymś innym.
Kiedy tylko zobaczyła, że jego ręka jest we krwi, poderwała się z kanapy z przestraszoną miną.
- Co ci się stało?
- To nic takiego, skarbie.
- Haymitch, ty krwawisz!
- Spokojnie, przecież nie umieram. - Jeszcze.
Usiadł na kanapie, a ona zrobiła to samo. Patrzyła na niego z troską. Wyciągnęła dłoń w stronę jego ręki, ale go nie dotknęła.
- Mogę? - zapytała
Pokiwał głową i podał jej rękę, którą ujęła delikatnie swoimi chłodnymi palcami. Przyjrzała się jej z bliska.
- Masz kawałki szkła w ręce... Poczekaj, mam gdzieś apteczkę.
Wyszła pospiesznie z salonu, zostawiając go na chwilę samego. Starał się uspokoić rozbiegane myśli. Nie chciał zastanawiać się nad tym, co wydarzyło się rano na sesji zdjęciowej. Bo przecież nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Effie po prostu dobrze wczuła się w swoją rolę. Przecież zawsze wiedział, jak dobrze potrafi udawać. I ten pocałunek nie był niczym więcej, tylko kolejną dobrze odegraną sceną.
Potrzebował alkoholu. Potrzebował go natychmiast. Od chwili kiedy uderzył Chaffa, minęło zaledwie piętnaście minut. A on znów musi się napić. Przeklęta Effie. Do diabła z nią.
Jednak, kiedy tylko weszła do pomieszczenia, poczuł jak niewidzialna ręka ściska jego wnętrzności. Zacisnął szczęki, żeby pozbyć się tego uczucia, ale ono było silniejsze.
Usiadła obok niego, kładąc apteczkę na stole. Na jej twarzy malowało się skupienie, a pomiędzy brwiami pojawiła się maleńka zmarszczka. Przyglądał się jak otwiera apteczkę i wyciąga z niej pęsetę, waciki i wodę utlenioną.
Ujęła jego dłoń w swoją. Choć jej palce były zimne, to w miejscach w których go dotykała, czuł przyjemne ciepło.
Napiął mięśnie, żeby odgonić od siebie wszystkie nieproszone myśli i uczucia. Przecież nic do niej nie czuje. I nigdy nie będzie.
Effie wzięła do ręki pęsetę i zaczęła wyjmować szkło z rany na jego dłoni. Każdemu wyciągniętemu kawałkowi, towarzyszyło ukłucie bólu.
- Co się stało? - zapytała jeszcze raz, nie przerywając operowania pęsetą.
- Stłukłem szklankę. - odpowiedział wymijająco.
- Dlaczego?
- Zdenerwowałem się.
- Dlaczego? - zapytała znów.
- Zawsze zadajesz tyle pytań, skarbie?
- Chciałabym wiedzieć, co sprawiło, że postanowiłeś rozciąć sobie rękę.
Zmarszczył brwi. Nie miał zamiaru jej mówić cokolwiek. Nie musiał się przed nią tłumaczyć.
Effie wyciągnęła z jego dłoni największy kawałek szkła, nieco za szybko, co sprawiło, że naprawdę go zabolało.
- Auć! - syknął, odsuwając rękę. Spojrzała na niego karcąco.
- Nie jęcz. - powiedziała. - Gdybyś nie postanowił rozgnieść szklanki gołą ręką, to by nie bolało.
- Nie zrobiłem tego dla zabawy. - warknął, znów podając jej dłoń.
- Więc dlaczego? - zapytała z naciskiem.
- To nie twój interes. - mimo woli podniósł głos.
- Chyba teraz już tak, skoro ci pomagam. - Effie również zaczęła podnosić głos, znów wyciągając kawałek szkła za szybko.
- Nigdy nie prosiłem o twoją pomoc!
- Bo nigdy nie musiałeś! Rok w rok pomagałam ci, kiedy sam nie mogłeś zaciągnąć swojego zadka do pokoju, bo byłeś zalany w trupa! Więc może mnie oświecisz, co takiego się stało?
- Zrobiłem to przez ciebie, jasne?!
Na twarzy Effie malował się szok. Nie mogła mogła wydusić z siebie słowa. Haymitch zdał sobie sprawę, że stoi ciężko dysząc i wpatrując się w nią gniewnie. Po kilku sekundach Effie odzyskała zdolność mówienia.
- Co ci takiego zrobiłam? - Głos się jej załamał. Haymitch zauważył, że jej oczy zrobiły się niebezpiecznie wilgotne.
Haymitch odetchnął głęboko, żeby się uspokoić i zajął swoje miejsce koło niej. Zdrową ręką schwycił jej dłoń. Nie odsunęła się. Nie powiedziała mu, żeby odszedł. Po prostu wpatrywała się w niego, oczekując odpowiedzi.
- Nic nie zrobiłaś. - skłamał. Bo przecież potrząsnęła jego światem. Wciąż miał w myślach, echo tamtego pocałunku. - Chodzi o to co Chaff powiedział.
- A co powiedział? - zmarszczyła brwi.
- Coś nieprzyjemnego.
- O mnie?
Spojrzał jej w oczy. Nie musiał nic mówić. Effie wiedziała, jak brzmiałaby jego odpowiedź. Westchnęła cicho i znów zajęła się jego dłonią. Zwilżyła waciki wodą utlenioną i zaczęła obmywać jego rany. Starał się ignorować pieczenie.
- Dlatego postanowiłeś rozbić szklankę? - zapytała z niedowierzaniem.
- Nie. - odpowiedział - Dlatego postanowiłem dać mu po mordzie. Zapomniałem, że trzymam szklankę.
- Pobiłeś go? - znów podniosła głos. - Przecież to twój przyjaciel!
- To nie ma znaczenia. Nie powinien tak o tobie mówić.
- Nie obchodzi mnie, co powiedział twój pijany znajomy. Nie powinieneś go bić.
- Oberwał tylko raz.
- To nic nie zmienia... - skarciła go. - Nic mu nie jest?
- Ma tylko rozciętą wargę. Jutro prawdopodobnie nie będzie tego pamiętał.
Pokiwała głową. Haymitch obserwował jak wyciąga z apteczki bandaż W najdelikatniejszy sposób, tak jak tylko ona potrafi, obwinęła mu rękę ciasno bandażem Zawiązała opatrunek, ale nie puściła jego dłoni.
Spojrzała na niego tymi swoimi, niebieskimi oczami. Poczuł, że stwór w jego brzuchu budzi się do życia. Chciał coś powiedzieć, ale Effie go ubiegła.
- Dziękuję, że stanąłeś w mojej obronie. - uśmiechnęła się lekko. - Ale proszę cię, nie bij już nikogo więcej. Dobrze?
- Jasne. - mruknął.
Wyszczerzyła się do niego w uśmiechu i nachyliła w jego stronę. Jej usta musnęły jego policzek, przyprawiając go o sensację żołądka. Miejsce w którym jej usta zetknęły się z jego skórą, teraz było niesamowicie ciepłe.
Patrzyli na siebie, zupełnie jakby chcieli sobie coś powiedzieć. Haymitch już prawie otworzył usta, mając nadzieję, że coś sensownego z nich wypłynie, kiedy nagle
- Haymitch, możemy porozmawiać?
Podniósł głowę i spojrzał w kierunku z którego padło pytanie. W drzwiach stał Peeta i patrzył na nich podejrzliwie.
Haymitch zdał sobie sprawę, jak blisko siebie siedzieli. Kiwnął głową i wstał czym prędzej z kanapy. Wychodząc nie spojrzał za siebie, na siedzącą samotnie Effie.
***
- Co to było? - zapytał Peeta.
Siedzieli przy stole w jadalni. Została godzina do obiadu, więc teraz w pomieszczeniu kręciło się kilku avoksów, ale nie zwracali na nich uwagi.
- Co masz na myśli?
- No... To z Effie w salonie...
- Opatrzyła mi rękę. - odpowiedział i szybko pokazał mu bandaż na dłoni.
Peeta uniósł pytająco brew, ale nie poruszył więcej tego tematu.
- Rozmawiałem z naszym wspólnym znajomym. - powiedział Peeta.
Nie mógł wymówić nazwiska Plutarcha, bo zbyt wiele uszu słuchało. Mimo iż mieli pewność, że nikt z obecnych osób ich nie wyda, nie mogli sobie pozwolić na zbyt duże zaufanie.
- I co powiedział?
- Że zastanowi się nad twoją prośbą.
Haymitch uśmiechnął się do siebie pod nosem. Czyli nie wszystko stracone. Wciąż istniała mała szansa na to, że zdoła odwdzięczyć się Effie za jej pomoc. Nawet jeśli sam będzie już dawno martwy.
Jeśli Plutarch zgodzi się, żeby Effie uciekła razem z nimi do Trzynastki, Haymitch mógłby ochronić ją przed gniewem Snowa. Nie miał bowiem żadnych wątpliwości co do tego, że jeśli ich plan wypali, Snow będzie szukał wspólników, szpiegów z Kapitolu. A na czele tej listy widnieje nazwisko Effie Trinket.
Swój upór tłumaczył tym, że po prostu nie chciał mieć długów wdzięczności, wobec kogokolwiek. Jednak głęboko, głęboko we wnętrzu jego świadomości błąkała się inna myśl, połączona ze wszystkimi miłymi wspomnieniami, związanymi z jej osobą. Jak na przykład noc, kiedy poprosiła go, żeby z nią został. Wszystkie razy, kiedy mu pomagała, gdy był zbyt pijany, żeby samemu wejść do łóżka. Nawet ich kłótnie w pewnym sensie były czymś miłym.
- Ziemia do Haymitcha!
Zamrugał i spojrzał na Peetę. Chłopak wpatrywał się w niego z dziwnym, nieprzeniknionym wyrazem twarzy.
- Wiesz, że nie możesz jej tego zrobić, prawda? - zapytał nagle.
- O czym ty mówisz?
- Nie możesz jej skrzywdzić. - powiedział. - Im bliżej niej będziesz, tym większe będzie jej cierpienie, kiedy odejdziesz.
- Nic między nami nie ma. - mruknął Haymitch. Peeta prychnął.
- Myślisz, że jestem ślepy? Widzę jak na nią patrzysz.
- To tylko gra. Sami mnie w to wciągnęliście. To nic nie znaczy.
- Czy ona o tym wie? - Peeta zmarszczył lekko brwi, patrząc na byłego mentora.
- Oczywiście, że wie! - żachnął się Haymitch. - Przecież to wszystko jest częścią planu.
Chłopak westchnął ciężko i pokręcił głową. Wstał od stołu i ruszył w kierunku drzwi, jednak zanim wyszedł odwrócił się i rzekł
- Czasami zadziwia mnie to, jak bardzo alkohol zaślepił ci mózg.

2 komentarze:

  1. Tak na sam początek, to strasznie podoba mi się ten kawałek: "- Spokojnie, przecież nie umieram. - Jeszcze."
    A wracając do reszty, to to jest tak mega słodkie, cudowne i męskie, że Haymitch obił Chaffowi pysk! I jaka Effie jest dla niego dobra, ma za to u mnie plusa. :D I końcówka jest mega fajna- Haytmich jest tak ślepy, że aż by się chciało potrząsnąć nim i powiedzieć: "Człowieku, oprzytomnij!"
    Pisz dalej!
    P.S. Też się w sumie tu zareklamuję, może Twoje czytelniczki wstąpią też do mnie. :D
    http://effie-haymitch.blog.onet.pl/

    OdpowiedzUsuń
  2. 35 yr old Software Consultant Mordecai Marlor, hailing from Dolbeau enjoys watching movies like Planet Terror and Paintball. Took a trip to Monastery of Batalha and Environs and drives a Sierra 1500. Czytaj dalej

    OdpowiedzUsuń