Upewnił się, że Effie zasnęła, po czym wysunął się powoli z łóżka, żeby jej nie zbudzić. Okrył ją kołdrą, żeby nie zmarzła. Wyglądała tak spokojnie, kiedy spała. Ale nie mógł rozkoszować się tym widokiem. Peeta wciąż stał w drzwiach, czekając na niego. Dlatego odwrócił się i wyszedł za nim z pokoju, zamykając drzwi jak najciszej.
Przeszli do salonu, gdzie usiedli na fotelach, naprzeciwko siebie. Lampa, stojąca w kącie była zapalona i rzucała pomarańczowe światło dookoła.
- Co jest? - zapytał Haymitch. - Czego chciał Plutarch?
- Widział cię z Effie na balu, dzisiejszego wieczora... - powiedział Peeta. - Stwierdził, że kiedy nasz plan wejdzie w życie, będzie ona na liście osób do przesłuchania. Będą podejrzewać, że o wszystkim wiedziała, bo gołym okiem widać, że jesteście blisko. Dlatego Plutarch stwierdził, że zabierzemy Effie ze sobą.
- Próbowałem ci to przetłumaczyć, ale nie słuchałeś. - Haymitch z całym sił starał się, żeby nie uśmiechać się szeroko.
- Nie sądziłem, że ty i Effie, to coś poważnego... Tylko... - zawahał się. - Haymitch, będziesz musiał się postarać, żeby przetrwać. Nie mogę sobie wyobrazić, jak bardzo będzie cierpieć, jeśli umrzesz.
Haymitch spochmurniał. Im bliżej niej będziesz, tym większe będzie jej cierpienie, kiedy odejdziesz. Zdawał sobie sprawę z tego, że dzieciak ma rację. I nie chciał sobie nawet wyobrażać twarzy Effie, jeśli zobaczy w telewizji, jak umiera, ale...
- Jeśli będzie trzeba, spełnię swój obowiązek wobec Kosogłosa. - spojrzał Peecie w oczy, żeby wiedział, że mówi szczerze.
- Więc postaraj się, żebyś nie musiał go spełniać.
W oczach Peety rozniecił się ogień. Wola walki i potrzeba chronienia Katniss, wzbudzały w nim wojownika. Ale nie był on egoistą. Nawet jeśli Katniss była dla niego najważniejsza, to martwił się także o innych. Jak na przykład o Effie.
- Czy to wszystko? - zapytał Haymitch, zmieniając temat.
- Nie mów Effie o rebelii. - powiedział chłopak. - To zalecenie Plutarcha. Tak na wszelki wypadek, gdyby coś poszło nie tak. Jeśli nie będzie nic wiedziała, będzie bezpieczna. Jednak uprzedź ją, żeby w razie czego, była gotowa z nami pójść.
- Jasne. - odpowiedział, kiwając głową.
- W takim razie, to już wszystko. - Peeta uśmiechnął się, wstając z fotela. - Dobrej nocy.
- Dobranoc.
Miał już odejść, kiedy coś mu się przypomniało. Odwrócił się do chłopaka i powiedział
- Rano zabieram Effie w jedno miejsce, więc będziecie mieli z Katniss czas dla siebie.
- Randka? - zapytał Peeta, uśmiechając się przyjaźnie.
- Można tak powiedzieć.
- Tylko pamiętaj, że Effie to typ kwiatów i czekoladek... I nie lubi róż.
- Skąd to wiesz? - zdziwił się Haymitch.
- Rozejrzyj się po tym apartamencie. - poradził Peeta. - Nie ma tu ani jednej róży i nigdy nie było. A to przecież Effie doradza avoksom, jakie kwiaty mają włożyć do wazonów. Wszędzie są tulipany.
Pokiwał głową. Będzie musiał się bardziej przyglądać wszystkiemu co robi ta kobieta. Małe rzeczy tworzą całość. Jak puzzle, które musi zacząć układać.
- Dzięki za radę. - powiedział Haymitch.
- Nie ma za co.
Rozeszli się do pokojów.
Haymitch wrócił do pokoju Effie, która wciąż smacznie spała. Położył się koło niej, pod kołdrą. Kiedy tylko się ułożył wygodnie, poczuł, że Effie się wierci. Po chwili jej głowa wylądowała na jego klatce piersiowej, niczym na poduszce. Objął ją ramieniem i poprawił kołdrę. Pocałował delikatnie czubek jej głowy.
Nie mógł przestać myśleć o minionym wieczorze. O wspomnieniu jej ust na swoich. I nie mógł również uwierzyć, że ta sama kobieta leży teraz koło niego, pogrążona we śnie. Patrzył na jej spokojną twarz.
Podziwiał jej naturalny wygląd. Miodowe fale, które otaczały jej twarz. Zawinął sobie wokół palca jeden kosmyk. Był wciąż lekko wilgotny, ale miękki jak aksamit. Upajał się jej waniliowym zapachem.
Czuł się przy niej spokojnie. I nawet perspektywa powrotu na arenę, nie wydawała się aż tak straszna, kiedy leżał koło niej.
Kiedy zasnął, po raz pierwszy od bardzo dawna, nie nawiedził go żaden sen. Po prostu dryfował w ciemności, odczuwając spokój i szczęście.
Effie wyglądała przepięknie w promieniach porannego słońca, które przebijały się przez okna. Refleksy słoneczne igrały w jej miodowo złotych włosach, wydobywając z nich delikatne rudawe odcienie. Jej policzki były zaróżowione, a na jej miękkich ustach błądził uśmiech.
Mógłby tak na nią patrzeć, pogrążoną we śnie, do końca świata, ale musiał wcielić w życie swój plan na dzisiejszy dzień. Wczorajszego wieczoru, kiedy wracali samochodem do apartamentu, wpadł mu do głowy idealny pomysł. I teraz przyszedł czas, żeby rozpocząć ten dzień.
Wymknął się z łóżka, zupełnie jak wczorajszej nocy, starając się nie zbudzić Effie. Wyszedł z pokoju i ruszył do kuchni. Kilku avoksów krzątało się dookoła, szykując śniadanie. Kiedy wszedł do środka, wszyscy stanęli na baczność. Skinął ręką, żeby nie zawracali sobie nim głowy.
Podszedł do brązowowłosej dziewczyny, która wyglądała na dwadzieścia parę lat. Spojrzała na niego wyczekując rozkazu. Jednak on tylko zapytał cicho
- Umiesz robić naleśniki?
Ponieważ sam nigdy sobie nie gotował. Zawsze żywił się resztkami, które wygrzebał z szafek w swoim domu, lub jeśli był na tyle przytomny, zawlókł swoje zapijaczone ciało na Ćwieka, gdzie Śliska Sae karmiła go zupą. Dlatego nie wiedział jak przygotować nawet proste rzeczy, choć postanowił to zmienić, jeśli tylko nadarzy się okazja.
Dziewczyna skinęła głową i od razu wzięła się do roboty. Haymitch obserwował uważnie wszystko co robiła. Starał się zapamiętać każdą czynność, ale po zapamiętaniu składników, stracił koncentrację.
Zamiast obserwować avoksę, poszedł do salonu, gdzie znalazł kilku chłopców, którzy układali kwiaty w wazonach. Tulipany. Zaczepił jednego z nich.
- Potrzebuję tulipana. - powiedział. Chłopak skinął głową i niewiadomo skąd wyciągnął mały wazonik z wodą, do którego włożył kwiat. Był czerwony z delikatnymi żółto-pomarańczowymi refleksami.
Haymitch wziął wazonik i wrócił do kuchni. Talerz z naleśnikami stał gotowy na tacy, razem z syropem, kubkiem gorącej kawy, nożem i widelcem oraz serwetkami. Obok tego wszystkiego postawił kwiat. Wziął tacę i ruszył do pokoju Effie.
Kiedy otworzył drzwi, Effie właśnie się obudziła. Siedziała na łóżku, ziewając. Lekko rozczochrane włosy i załzawione oczy, tylko dodawały jej uroku. Uśmiechnęła się na jego widok.
- Śniadanie do łóżka. - powiedział Haymitch, stawiając tacę obok niej na łóżku. Nachylił się w jej stronę i pocałował ją krótko w usta.
- Nie musiałeś. - mruknęła, wciąż zaspana.
- Wiem. - odpowiedział. Usiadł na skraju łóżka.
- Muszę obudzić dzieci. - powiedziała spoglądając na zegarek. - Właściwie to zaspałam...
- Nie trzeba. - przerwał jej. - Powiedziałem Peecie, że mają dzisiaj cały dzień dla siebie, bo mam zamiar cię porwać.
- Porwać? - powtórzyła zdziwiona.
- Dokładnie.
Mrugnął do niej, uśmiechając się przy tym. Podobało mu się, w jaki sposób się do niego uśmiechała. Zupełnie jakby najpiękniejsze uśmiechy, chowała specjalnie dla niego.
- Więc dokąd mnie porwiesz? - zainteresowała się, stawiając sobie tacę na kolanach i zabierając się do jedzenia.
- Gdybym ci powiedział, to nie byłaby to niespodzianka, skarbie.
- Mała podpowiedź nie zaszkodzi. - upierała się.
- Nic z tego.
Zmrużyła oczy, starając się go przejrzeć, ale Haymitch tylko się uśmiechał, rozkoszując się poczuciem "władzy".
Kiedy skończyła śniadanie, podziękowała mu i powiedziała
- Daj mi pół godziny. Muszę pozbyć się tego czegoś. - idealnie zacytowała jego wczorajsze słowa, wskazując na swoją koszulkę.
- Dobrze. - odpowiedział.
Poszedł do swojego pokoju, żeby się odświeżyć. Wziął szybki prysznic, założył świeżą koszulę i spodnie. Zdążył nawet pójść do kuchni, żeby zjeść coś na szybko. Właśnie kończył jeść tosty, kiedy do kuchni weszła Effie. Miała na sobie sukienkę w jakiś kwiecisty wzór i różowe szpilki. Złota peruka była na swoim miejscu, jednak na jej twarzy nie było aż tak dużo makijażu. Owszem, był, ale nie w takiej ilości jak zazwyczaj. Dzięki temu bardziej przypominała siebie.
- Gotowa? - zapytał Haymitch, wstając od stołu.
- Chyba tak. Nie bardzo wiem, czego mam się spodziewać.
- Na tym polegają niespodzianki, skarbie. - powiedział. - To dlatego się tak nazywają.
- Naprawdę? - sarkazm w jej głosie był bezcenny. - Nie wpadłabym na to.
Podszedł do niej i wziął ją za rękę. Wyszli z kuchni i poszli w kierunku windy.
- Już idziecie? - usłyszeli głos za sobą. To Peeta, stał w korytarzu, w połowie drogi do kuchni.
- Tak. - powiedział Haymitch. - Wrócimy na obiad.
- Bawcie się dobrze.
Drzwi windy się otworzyły, więc weszli do środka. Haymitch nacisnął guzik i zaczęli zjeżdżać w dół. Jednak na siódmym piętrze, winda się zatrzymała. Drzwi się rozsunęły i do środka weszła Johanna Mason.
- Proszę, proszę. - powiedziała, uśmiechając się drwiąco. - Kogo my tu mamy...
Haymitch pokręcił dyskretnie głową, jednak jej uśmieszek tylko się poszerzył. Johanna była częścią spisku. Zupełnie jak większość innym zawodników. Zadaniem ich wszystkich miało być ochranianie Kosogłosa. Ale na razie nie byli na arenie i Johanna mogła się trochę z nim podroczyć, co zawsze sprawiało jej przyjemność.
- Haymitch, nie przedstawisz mnie swojej nowej zabawce? - zrobiło mu się zimno. Poczuł, że dłoń, którą nie trzymał Effie za rękę, zaciskał w pięść. Johanna uwielbiała takie gierki. Ale ta, była nie na miejscu. Westchnęła ciężko i spojrzała na Effie, która wyglądała na lekko przestraszoną. - Johanna Mason, dystrykt siódmy. A ty, to Effie Trinket.
- Johanna. - mruknął Haymitch ostrzegawczym tonem.
- Och, przestań. - żachnęła się. - Chyba mi nie powiesz, że nagle się zmieniłeś? On i Chaff - zwróciła się do Effie. - złamali nie jedno serce w Kapitolu. Nic dziwnego, że w końcu przyszła twoja kolej.
Uśmiechnęła się szeroko, co bardziej przypominało uśmiech hieny, która widzi swój obiad.
- Oczywiście, żartuję. - mruknęła widząc mordercze spojrzenie Haymitcha. - Jestem po prostu zazdrosna. Miałeś być mój, pamiętasz? - zapytała żartobliwie.
- Nie przypominam sobie. - odpowiedział. Był już spokojniejszy i pozwolił sobie na żarty.
- Byłeś pijany.
- W to uwierzę. - kiwnął głową.
Winda znów stanęła, otworzyły się drzwi i znaleźli się na parterze.
- Fajnie było. - powiedziała Johanna. - Powtórzmy to kiedyś.
Wyszli z windy i ruszyli w stronę drzwi.
- Milutka. - mruknęła Effie.
- Chyba jej nie uwierzyłaś, co? - zapytał, pozornie spokojnym głosem.
Bał się, że Effie mogła uwierzyć w słowa Johanny i zmienić o nim zdanie. Jednak, kiedy spojrzał na jej twarz, zobaczył, że unosi pytająco brwi i uśmiecha się delikatnie. Ten widok rozwiał jego obawy.
- Znam cię zbyt długo, żeby nie wiedzieć, że za każdym razem, jak wychodziłeś z apartamentu, mogłam cię znaleźć w barze. Najczęściej pół leżącego na ladzie, zalanego w trupa.
Pokiwał głową. Co racja, to racja. Za każdym razem, kiedy trwały Igrzyska, Haymitch cały czas spędzał w barze. Tylko czasami zmieniał zdanie i udawał się w inne miejsce, ale o tym Effie nie miała jeszcze pojęcia.
Wyszli przez główne drzwi. Na dworze było ciepło, świeciło słońce, a na ulicach kręciło się mnóstwo kolorowych mieszkańców. Podeszli do jednego z samochodów, które czekały przed budynkiem. Były tu właśnie po to. Gdyby któryś z zawodników chciał spędzić czas inaczej, niż na sali treningowej. Zazwyczaj mało kto z nich korzystał.
Haymitch otworzył tylne drzwi przed Effie, żeby mogła wsiąść do środka. Kierowca złożył gazetę, którą właśnie czytał, odłożył ją na bok i włączył silnik. Haymitch wsiadł z drugiej strony, zamykając za sobą drzwi. Podał kierowcy adres, a ten tylko kiwnął głową i ruszył.
Effie zmarszczyła brwi.
- Nigdy nie byłam na tej ulicy. - powiedziała. - Co tam jest?
- Ile razy mam ci powtarzać, skarbie? - uśmiechnął się. - To niespodzianka.
Przeszli do salonu, gdzie usiedli na fotelach, naprzeciwko siebie. Lampa, stojąca w kącie była zapalona i rzucała pomarańczowe światło dookoła.
- Co jest? - zapytał Haymitch. - Czego chciał Plutarch?
- Widział cię z Effie na balu, dzisiejszego wieczora... - powiedział Peeta. - Stwierdził, że kiedy nasz plan wejdzie w życie, będzie ona na liście osób do przesłuchania. Będą podejrzewać, że o wszystkim wiedziała, bo gołym okiem widać, że jesteście blisko. Dlatego Plutarch stwierdził, że zabierzemy Effie ze sobą.
- Próbowałem ci to przetłumaczyć, ale nie słuchałeś. - Haymitch z całym sił starał się, żeby nie uśmiechać się szeroko.
- Nie sądziłem, że ty i Effie, to coś poważnego... Tylko... - zawahał się. - Haymitch, będziesz musiał się postarać, żeby przetrwać. Nie mogę sobie wyobrazić, jak bardzo będzie cierpieć, jeśli umrzesz.
Haymitch spochmurniał. Im bliżej niej będziesz, tym większe będzie jej cierpienie, kiedy odejdziesz. Zdawał sobie sprawę z tego, że dzieciak ma rację. I nie chciał sobie nawet wyobrażać twarzy Effie, jeśli zobaczy w telewizji, jak umiera, ale...
- Jeśli będzie trzeba, spełnię swój obowiązek wobec Kosogłosa. - spojrzał Peecie w oczy, żeby wiedział, że mówi szczerze.
- Więc postaraj się, żebyś nie musiał go spełniać.
W oczach Peety rozniecił się ogień. Wola walki i potrzeba chronienia Katniss, wzbudzały w nim wojownika. Ale nie był on egoistą. Nawet jeśli Katniss była dla niego najważniejsza, to martwił się także o innych. Jak na przykład o Effie.
- Czy to wszystko? - zapytał Haymitch, zmieniając temat.
- Nie mów Effie o rebelii. - powiedział chłopak. - To zalecenie Plutarcha. Tak na wszelki wypadek, gdyby coś poszło nie tak. Jeśli nie będzie nic wiedziała, będzie bezpieczna. Jednak uprzedź ją, żeby w razie czego, była gotowa z nami pójść.
- Jasne. - odpowiedział, kiwając głową.
- W takim razie, to już wszystko. - Peeta uśmiechnął się, wstając z fotela. - Dobrej nocy.
- Dobranoc.
Miał już odejść, kiedy coś mu się przypomniało. Odwrócił się do chłopaka i powiedział
- Rano zabieram Effie w jedno miejsce, więc będziecie mieli z Katniss czas dla siebie.
- Randka? - zapytał Peeta, uśmiechając się przyjaźnie.
- Można tak powiedzieć.
- Tylko pamiętaj, że Effie to typ kwiatów i czekoladek... I nie lubi róż.
- Skąd to wiesz? - zdziwił się Haymitch.
- Rozejrzyj się po tym apartamencie. - poradził Peeta. - Nie ma tu ani jednej róży i nigdy nie było. A to przecież Effie doradza avoksom, jakie kwiaty mają włożyć do wazonów. Wszędzie są tulipany.
Pokiwał głową. Będzie musiał się bardziej przyglądać wszystkiemu co robi ta kobieta. Małe rzeczy tworzą całość. Jak puzzle, które musi zacząć układać.
- Dzięki za radę. - powiedział Haymitch.
- Nie ma za co.
Rozeszli się do pokojów.
Haymitch wrócił do pokoju Effie, która wciąż smacznie spała. Położył się koło niej, pod kołdrą. Kiedy tylko się ułożył wygodnie, poczuł, że Effie się wierci. Po chwili jej głowa wylądowała na jego klatce piersiowej, niczym na poduszce. Objął ją ramieniem i poprawił kołdrę. Pocałował delikatnie czubek jej głowy.
Nie mógł przestać myśleć o minionym wieczorze. O wspomnieniu jej ust na swoich. I nie mógł również uwierzyć, że ta sama kobieta leży teraz koło niego, pogrążona we śnie. Patrzył na jej spokojną twarz.
Podziwiał jej naturalny wygląd. Miodowe fale, które otaczały jej twarz. Zawinął sobie wokół palca jeden kosmyk. Był wciąż lekko wilgotny, ale miękki jak aksamit. Upajał się jej waniliowym zapachem.
Czuł się przy niej spokojnie. I nawet perspektywa powrotu na arenę, nie wydawała się aż tak straszna, kiedy leżał koło niej.
Kiedy zasnął, po raz pierwszy od bardzo dawna, nie nawiedził go żaden sen. Po prostu dryfował w ciemności, odczuwając spokój i szczęście.
***
Budząc się rano, wypoczęty jak nigdy w życiu, poczuł, że coś miękkiego muska jego policzek. Otworzył oczy i ujrzał najpiękniejszy widok. Gdyby mógł wybrać, to właśnie ten widok chciałby oglądać co rano do końca życia. Całkiem możliwe, że tak właśnie będzie. Przecież Igrzyska są już pojutrze.Effie wyglądała przepięknie w promieniach porannego słońca, które przebijały się przez okna. Refleksy słoneczne igrały w jej miodowo złotych włosach, wydobywając z nich delikatne rudawe odcienie. Jej policzki były zaróżowione, a na jej miękkich ustach błądził uśmiech.
Mógłby tak na nią patrzeć, pogrążoną we śnie, do końca świata, ale musiał wcielić w życie swój plan na dzisiejszy dzień. Wczorajszego wieczoru, kiedy wracali samochodem do apartamentu, wpadł mu do głowy idealny pomysł. I teraz przyszedł czas, żeby rozpocząć ten dzień.
Wymknął się z łóżka, zupełnie jak wczorajszej nocy, starając się nie zbudzić Effie. Wyszedł z pokoju i ruszył do kuchni. Kilku avoksów krzątało się dookoła, szykując śniadanie. Kiedy wszedł do środka, wszyscy stanęli na baczność. Skinął ręką, żeby nie zawracali sobie nim głowy.
Podszedł do brązowowłosej dziewczyny, która wyglądała na dwadzieścia parę lat. Spojrzała na niego wyczekując rozkazu. Jednak on tylko zapytał cicho
- Umiesz robić naleśniki?
Ponieważ sam nigdy sobie nie gotował. Zawsze żywił się resztkami, które wygrzebał z szafek w swoim domu, lub jeśli był na tyle przytomny, zawlókł swoje zapijaczone ciało na Ćwieka, gdzie Śliska Sae karmiła go zupą. Dlatego nie wiedział jak przygotować nawet proste rzeczy, choć postanowił to zmienić, jeśli tylko nadarzy się okazja.
Dziewczyna skinęła głową i od razu wzięła się do roboty. Haymitch obserwował uważnie wszystko co robiła. Starał się zapamiętać każdą czynność, ale po zapamiętaniu składników, stracił koncentrację.
Zamiast obserwować avoksę, poszedł do salonu, gdzie znalazł kilku chłopców, którzy układali kwiaty w wazonach. Tulipany. Zaczepił jednego z nich.
- Potrzebuję tulipana. - powiedział. Chłopak skinął głową i niewiadomo skąd wyciągnął mały wazonik z wodą, do którego włożył kwiat. Był czerwony z delikatnymi żółto-pomarańczowymi refleksami.
Haymitch wziął wazonik i wrócił do kuchni. Talerz z naleśnikami stał gotowy na tacy, razem z syropem, kubkiem gorącej kawy, nożem i widelcem oraz serwetkami. Obok tego wszystkiego postawił kwiat. Wziął tacę i ruszył do pokoju Effie.
Kiedy otworzył drzwi, Effie właśnie się obudziła. Siedziała na łóżku, ziewając. Lekko rozczochrane włosy i załzawione oczy, tylko dodawały jej uroku. Uśmiechnęła się na jego widok.
- Śniadanie do łóżka. - powiedział Haymitch, stawiając tacę obok niej na łóżku. Nachylił się w jej stronę i pocałował ją krótko w usta.
- Nie musiałeś. - mruknęła, wciąż zaspana.
- Wiem. - odpowiedział. Usiadł na skraju łóżka.
- Muszę obudzić dzieci. - powiedziała spoglądając na zegarek. - Właściwie to zaspałam...
- Nie trzeba. - przerwał jej. - Powiedziałem Peecie, że mają dzisiaj cały dzień dla siebie, bo mam zamiar cię porwać.
- Porwać? - powtórzyła zdziwiona.
- Dokładnie.
Mrugnął do niej, uśmiechając się przy tym. Podobało mu się, w jaki sposób się do niego uśmiechała. Zupełnie jakby najpiękniejsze uśmiechy, chowała specjalnie dla niego.
- Więc dokąd mnie porwiesz? - zainteresowała się, stawiając sobie tacę na kolanach i zabierając się do jedzenia.
- Gdybym ci powiedział, to nie byłaby to niespodzianka, skarbie.
- Mała podpowiedź nie zaszkodzi. - upierała się.
- Nic z tego.
Zmrużyła oczy, starając się go przejrzeć, ale Haymitch tylko się uśmiechał, rozkoszując się poczuciem "władzy".
Kiedy skończyła śniadanie, podziękowała mu i powiedziała
- Daj mi pół godziny. Muszę pozbyć się tego czegoś. - idealnie zacytowała jego wczorajsze słowa, wskazując na swoją koszulkę.
- Dobrze. - odpowiedział.
Poszedł do swojego pokoju, żeby się odświeżyć. Wziął szybki prysznic, założył świeżą koszulę i spodnie. Zdążył nawet pójść do kuchni, żeby zjeść coś na szybko. Właśnie kończył jeść tosty, kiedy do kuchni weszła Effie. Miała na sobie sukienkę w jakiś kwiecisty wzór i różowe szpilki. Złota peruka była na swoim miejscu, jednak na jej twarzy nie było aż tak dużo makijażu. Owszem, był, ale nie w takiej ilości jak zazwyczaj. Dzięki temu bardziej przypominała siebie.
- Gotowa? - zapytał Haymitch, wstając od stołu.
- Chyba tak. Nie bardzo wiem, czego mam się spodziewać.
- Na tym polegają niespodzianki, skarbie. - powiedział. - To dlatego się tak nazywają.
- Naprawdę? - sarkazm w jej głosie był bezcenny. - Nie wpadłabym na to.
Podszedł do niej i wziął ją za rękę. Wyszli z kuchni i poszli w kierunku windy.
- Już idziecie? - usłyszeli głos za sobą. To Peeta, stał w korytarzu, w połowie drogi do kuchni.
- Tak. - powiedział Haymitch. - Wrócimy na obiad.
- Bawcie się dobrze.
Drzwi windy się otworzyły, więc weszli do środka. Haymitch nacisnął guzik i zaczęli zjeżdżać w dół. Jednak na siódmym piętrze, winda się zatrzymała. Drzwi się rozsunęły i do środka weszła Johanna Mason.
- Proszę, proszę. - powiedziała, uśmiechając się drwiąco. - Kogo my tu mamy...
Haymitch pokręcił dyskretnie głową, jednak jej uśmieszek tylko się poszerzył. Johanna była częścią spisku. Zupełnie jak większość innym zawodników. Zadaniem ich wszystkich miało być ochranianie Kosogłosa. Ale na razie nie byli na arenie i Johanna mogła się trochę z nim podroczyć, co zawsze sprawiało jej przyjemność.
- Haymitch, nie przedstawisz mnie swojej nowej zabawce? - zrobiło mu się zimno. Poczuł, że dłoń, którą nie trzymał Effie za rękę, zaciskał w pięść. Johanna uwielbiała takie gierki. Ale ta, była nie na miejscu. Westchnęła ciężko i spojrzała na Effie, która wyglądała na lekko przestraszoną. - Johanna Mason, dystrykt siódmy. A ty, to Effie Trinket.
- Johanna. - mruknął Haymitch ostrzegawczym tonem.
- Och, przestań. - żachnęła się. - Chyba mi nie powiesz, że nagle się zmieniłeś? On i Chaff - zwróciła się do Effie. - złamali nie jedno serce w Kapitolu. Nic dziwnego, że w końcu przyszła twoja kolej.
Uśmiechnęła się szeroko, co bardziej przypominało uśmiech hieny, która widzi swój obiad.
- Oczywiście, żartuję. - mruknęła widząc mordercze spojrzenie Haymitcha. - Jestem po prostu zazdrosna. Miałeś być mój, pamiętasz? - zapytała żartobliwie.
- Nie przypominam sobie. - odpowiedział. Był już spokojniejszy i pozwolił sobie na żarty.
- Byłeś pijany.
- W to uwierzę. - kiwnął głową.
Winda znów stanęła, otworzyły się drzwi i znaleźli się na parterze.
- Fajnie było. - powiedziała Johanna. - Powtórzmy to kiedyś.
Wyszli z windy i ruszyli w stronę drzwi.
- Milutka. - mruknęła Effie.
- Chyba jej nie uwierzyłaś, co? - zapytał, pozornie spokojnym głosem.
Bał się, że Effie mogła uwierzyć w słowa Johanny i zmienić o nim zdanie. Jednak, kiedy spojrzał na jej twarz, zobaczył, że unosi pytająco brwi i uśmiecha się delikatnie. Ten widok rozwiał jego obawy.
- Znam cię zbyt długo, żeby nie wiedzieć, że za każdym razem, jak wychodziłeś z apartamentu, mogłam cię znaleźć w barze. Najczęściej pół leżącego na ladzie, zalanego w trupa.
Pokiwał głową. Co racja, to racja. Za każdym razem, kiedy trwały Igrzyska, Haymitch cały czas spędzał w barze. Tylko czasami zmieniał zdanie i udawał się w inne miejsce, ale o tym Effie nie miała jeszcze pojęcia.
Wyszli przez główne drzwi. Na dworze było ciepło, świeciło słońce, a na ulicach kręciło się mnóstwo kolorowych mieszkańców. Podeszli do jednego z samochodów, które czekały przed budynkiem. Były tu właśnie po to. Gdyby któryś z zawodników chciał spędzić czas inaczej, niż na sali treningowej. Zazwyczaj mało kto z nich korzystał.
Haymitch otworzył tylne drzwi przed Effie, żeby mogła wsiąść do środka. Kierowca złożył gazetę, którą właśnie czytał, odłożył ją na bok i włączył silnik. Haymitch wsiadł z drugiej strony, zamykając za sobą drzwi. Podał kierowcy adres, a ten tylko kiwnął głową i ruszył.
Effie zmarszczyła brwi.
- Nigdy nie byłam na tej ulicy. - powiedziała. - Co tam jest?
- Ile razy mam ci powtarzać, skarbie? - uśmiechnął się. - To niespodzianka.

Kurczę, fakt zbliżających się igrzyskach trochę mnie dobija, ale wierzę, że nie zrobisz im krzywdy. :D
OdpowiedzUsuńI pojawiła się Johanna! Jest tak totalnie Johannowana, że aż jestem pod wrażeniem.
I to "muszę obudzić dzieci" jest mega słodkie
Zdanie: "Gdyby mógł wybrać, to właśnie ten widok chciałby oglądać co rano do końca życia. Całkiem możliwe, że tak właśnie będzie. Przecież Igrzyska są już pojutrze." totalnie dało mi w twarz. Ja nie chcę, żeby to był koniec kogokolwiek i mimo że wiem (tak myślę/zakładam/mam nadzieję), że nic się nikomu nie stanie, to pewności nie mam. Więc pamiętaj: jakby coś, to będziesz mieć mnie na sumieniu. :D
Świetnie! Kocham charakter Johanny! Weny życzę kochana! ♡
OdpowiedzUsuńO Jezuniu...Czemu kończysz w takich momentach? To wszystko było takie słodkie, że nie wiem co powiedziećXD Ja chyba zwariuję zanim się doczekam następnej notki...;(
OdpowiedzUsuńJestem na spacerze z psem i na taka myśl, cholera o czymś zapomniałam... Musze coś sprawdzić xdd
OdpowiedzUsuńNo i jest, nowy rozdział w którym jestem totalnie zakochana 😍 jest taki mega uroczy i jeszcze ta niespodzianka *-* jednak nienawidze cię za to, w jakim momencie skończyłaś! Teraz będe się zastanawiać gdzie oni idą!!!
No i igrzyska, które zbliżają się nieubłaganie ;--; ja nie wiem jak moje biedne serducho to wytrzyma...
No ale, do igrzysk troche jest czasu, nic nie będe co do nich mówić, bo jeszcze dam ci jakiś okrutny pomysł na to, jak mogłabyś po znęcać się nad Haymitchem (głosku.... Cii... Nic nie było xdd)
Więc, życze weny i oby nowy rozdział pojawił się jak najszybciej :D
Co do igrzysk, to pomysł przyszedł do mnie we śnie i powiem tyle, że nie było wesoło. Ale jeszcze trochę czasu minie, zanim nadejdzie rozdział o igrzyskach ;)
UsuńCieszę się, że rozdział się podobał! Następny postaram się dodać jutro! ;D