środa, 2 grudnia 2015

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 6

- Organizatorzy wymyślili, że w tym roku, na dwa dni przed Igrzyskami, odbędzie się huczna impreza. - powiedział Peeta.
Siedzieli w jadalni, przy obiedzie. Chłopak dopiero co dostał wiadomość od Plutarcha.
- Impreza? - zapytała Katniss z degustacją w głosie. - Bo same Igrzyska to za małe widowisko, tak?
- Najwyraźniej. - mruknął Haymitch.
- Twierdzą, że ten bal będzie "uczczeniem odwagi wszystkich Zwycięzców" - przeczytał Peeta. - "Obecność nie jest obowiązkowa".
- Mimo wszystko, musicie się stawić. - wtrąciła się Effie. - Jeśli was tam nie będzie...
Nie musiała kończyć. Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, co mogło się stać. Byli zmuszeni do pójścia na ten bal, czy tego chcieli czy nie.
"Impreza" miała się odbyć na dwa dni przed Igrzyskami, czyli jutro. Effie zaczęła im udzielać rad, jak powinni się zachowywać. Że muszą tańczyć i uśmiechać się, zupełnie jak na Tournee.
Kolejna szopka ukazująca potęgę Snowa i jego kontrolę nad wszystkim i wszystkimi. Przedstawienie mające na celu pokazanie, że bunt w dystryktach nie dotyka Kapitolu. Że nie robi to na nich wrażenia. Prawda jest taka, że mieszkańcy Kapitolu nie mają za bardzo pojęcia, o tym co się dzieje. To co dzieje się w dystryktach i to co jest w stolicy, to jak dwa zupełnie oddzielne światy.
- Będziecie musieli znów udawać. - głos Effie wyrwał go z myśli. Patrzyła na Katniss i Peetę, którzy wyglądali na przybitych, choć jak podejrzewał Haymitch, oboje z innych powodów. - Będziecie musieli wrócić do ról Nieszczęśliwych Kochanków.
- Nieszczęśliwi Kochankowie i Złota Para. - zakpił Peeta. - Zapowiada się ciekawe przyjęcie. Wszyscy będziemy musieli się starać.
- Jakoś nie wiem, co mam jeszcze zrobić, żeby przekonać wszystkich, że kocham Peetę. - Przyznała Katniss. Haymitch zauważył, że chłopak skrzywił się na ułamek sekundy. Bolało go to, że całe jej "uczucie" do niego, to tylko gra.
- Prezydent Snow dał nam obojgu niesamowitą okazję. - odezwał się Haymitch. - Musimy ją tylko wykorzystać.
- Nie wiem jak. - odparła Katniss. - Nigdy nie byłam zakochana.
- To proste. - prychnął Haymitch. - Musisz robić maślane oczy, wzdychać... No wiesz, te sprawy.
- Bardzo śmieszne. - zakpiła. - A teraz poproszę o prawdziwą poradę.
- Widzisz... - zaczął, ale Effie mu przerwała.
- To nie polega na robieniu wielkich, spektakularnych rzeczy. - uśmiechnęła się delikatnie. - To te małe rzeczy, składają się na całokształt. Podążaj za nim wzrokiem. Chwytaj go za rękę. Uśmiechaj się. Bądź tam, gdzie on.
- Przytulaj się do niego, jakby brakowało ci jego dotyku. - wtrącił się Haymitch. Effie spojrzała na niego i przez chwilę patrzyli sobie w oczy. - Tak naprawdę, to Peeta ma najwięcej do roboty. - znów przeniósł wzrok na Katniss. - Zdaj się na niego i wyglądaj na wdzięczną za jego obecność.
- A ty Peeta, po prostu bądź dżentelmenem. - powiedziała Effie.
Peeta pokiwał głową. Znów udzielali im rad. Dla Haymitcha było to jak małe déja vu. Zupełnie jak sentymentalna podróż w przeszłość.
Starał się nie zerkać na Effie zbyt często, choć było to bardzo trudne. Siedziała na przeciwko niego. Przeklęta kobieta. Rzuciła na niego swój urok i nie mógł się uwolnić. Przecież to tylko Effie! Skarcił się w myślach. Kobieta, jak każda inna. Ale dobrze wiedział, że oszukuje sam siebie.
Effie nie była jak każda inna. Miała w sobie coś takiego, co mogło powalić mężczyznę na kolana, gdy tylko na niego spojrzała. Haymitch czuł, że ta kobieta ma nad nim całkowitą kontrolę. I nie podobało mu się to. Chciał odzyskać panowanie nad sobą.
***
Następnego dnia po południu, Haymitch był u siebie w pokoju, przygotowując się do balu.
Poprzedniego dnia po obiedzie oraz dzisiejszego ranka, Katniss zmusiła go do udziału w treningu, dlatego teraz jego wszystkie mięśnie krzyczały. Jego organizm domagał się alkoholu, lecz Katniss i Peeta ograniczyli jego zapasy do niezbędnego minimum, czyli do szklanki whiskey do posiłku. Haymitch był pewien, że gdyby nie bali się, że mu odbije, zabraliby mu cały alkohol.
Na szczęście lub też nieszczęście Peeta stwierdził, że nie mogą mu zabrać wszystkiego w tak drastyczny sposób. Dlatego przydzielili mu określone dawki, żeby mógł normalnie funkcjonować.
Co nie zmieniało faktu, że jego organizm nie był przyzwyczajony do tak małych ilości. I teraz Haymitch, wykończony treningiem, który dziewczyna na nim wymusiła, czuł jakby całe życie z niego uciekło.
Stał pod prysznicem, marząc o tym, żeby się utopić. Starał skupić się na sposobie, w jaki woda spływała po jego ciele. Jednak wspomnienie szyderczych uwag, które usłyszał na dzisiejszym treningu, nie dawało mu spokoju.
- Gdzie twoja dziewczyna, kochasiu? - Brutus zaniósł się okropnym śmiechem.
- Wiesz, Brutus, zastanawiałam się... - usłyszał głos Enobarii - Dlaczego wybrał właśnie tą irytującą Trinket?
Zacisnął dłoń mocniej na toporze, starając się skupić. Obiecał jej, że już nikogo więcej nie uderzy. Ale na miłość boską, oni sami się prosili o to, żeby rzucił tym toporem prosto w ich twarze.
- Słyszałem, że jest dobra w łóżku. - rzucił Brutus. - Ponoć nie jeden już się nią bawił.
Haymitch rzucił toporem i trafił w sam środek tarczy, która zadrżała pod siłą uderzenia. Zacisnął szczękę tak mocno, że aż poczuł smak krwi. Czuł buchające od siebie gorąco. Miał ochotę miotać w nich każdą bronią, którą miał pod ręką.
- Uspokój się. - mruknęła Katniss. Stała przy nim przez cały czas, pilnując, żeby naprawdę trenował. - Nie pozwól, żeby wytrącili cię z równowagi.
Wziął kolejny topór i poprawił chwyt. Sekundę później znów trafił w sam środek, milimetry od pierwszego trafienia.
- Nie będziesz miał nic przeciwko, jak sam się z nią zabawię? - zapytał Brutus.
Sekundy dzieliły go od stracenia nad sobą kontroli. Chciał mu przywalić. Chciał poczuć jak nos Brutusa, łamie się pod jego pięścią. Chciał mieć jego krew na rekach.
Katniss widziała co się z nim dzieje. Dlatego odebrała mu broń i popchnęła w stronę drzwi.
- Wychodzimy. -powiedziała ostro. - Teraz.
Woda ściekała mu do oczu, kiedy tak stał pod prysznicem. W myślach dziękował Katniss za to, że go wyprowadziła z sali treningowej. Gdyby jej wtedy przy nim nie było, nie miał pojęcia jak by się to wszystko potoczyło.
Pokręcił głową. Dość tego. Następnym razem będzie nad sobą lepiej panować.
Kiedy już się umył, zakręcił wodę i wyszedł spod prysznica. Wytarł się ręcznikiem do sucha i podszedł do zaparowanego lustra. Przetarł je ręką i spojrzał na swoje odbicie.
Coś się zmieniło w jego twarzy, ale nie umiał dokładnie określić co to takiego. Nie była to ta sama, parszywa gęba, którą tak dobrze znał. Westchnął i zaczął się golić. Skoro miał iść na ten głupi bal, to musiał dobrze wyglądać.
Kiedy skończył golenie, wytarł twarz i wyszedł z łazienki, wpuszczając do pokoju kłęby ciepłej pary.
Na jego łóżku leżał czarny smoking. Już na sam jego widok, Haymitchowi robiło się niedobrze. Ale mimo to założył koszulę, spodnie i niewygodne buty. Właśnie męczył się z zawiązaniem krawata, kiedy ktoś zapukał do jego drzwi.
Otworzył i po drugiej stronie zobaczył Effie. Na jej widok zrobiło mu się cieplej.
Haymitch zdziwił się widząc jej strój, bo biała, zwiewna sukienka wyglądała... Normalnie. Idealnie podkreślała jej kobiece kształty. Na jej głowie widniała złota peruka, która bardzo przypominała jej naturalne włosy, a na nogach miała zgrabne, złote szpilki. Wyglądała ładnie... Normalnie!
- Możesz mi pomóc? - zapytała, kiedy już weszła do jego pokoju. Odwróciła się do niego plecami, a jego oczom ukazał się rozpięty suwak.
Nie mógł przestać się gapić, na jej odkrytą skórę. Wydawała się taka miękka.
Zamrugał dwa razy i podszedł do niej. Najdelikatniej jak umiał, powoli zapiął jej sukienkę.
Obróciła się w jego stronę. Byli niesamowicie blisko siebie. Haymitch mógłby z łatwością policzyć wszystkie zielone plamki w jej oczach.
- Dziękuję. - mruknęła cicho, z delikatnym uśmiechem na ustach.
Effie wzięła jego krawat w swoje dłonie i zaczęła go zawiązywać. Była całkowicie skupiona na krawacie, a on był całkowicie skupiony na niej. Nie mógł oderwać wzroku. Jak ta mała istota, mogła mieć na niego jakikolwiek wpływ?
Kiedy skończyła, położyła mu dłoń na piersi i spojrzała mu prosto w oczy. Zapadła cisza, podczas której jedynie na siebie patrzyli. A Haymitch miał wrażenie, że za chwilę nie wytrzyma. Chciał ją pocałować. Chciał znów poczuć jej usta na swoich, tak jak na tej przeklętej sesji zdjęciowej.
Ich usta dzieliły tylko centymetry, kiedy w głowie Haymitcha zabrzmiał głos Peety.
Wiesz, że nie możesz jej tego zrobić, prawda? Zawahał się. Pomyśleć, że ten dzieciak, potrafił go denerwować nawet gdy nie było go w pobliżu.
Im bliżej niej będziesz, tym większe będzie jej cierpienie, kiedy odejdziesz.
Miał rację. Nie mógł jej tego zrobić. Ale chciał. Tak bardzo chciał to zrobić. Co może zmienić jeden pocałunek? Przecież i tak muszą się całować.
Dobrze wiesz, że ten byłby inny. Nie byłby udawany. Ten głos należał do niego. Jego własna podświadomość stawała przeciwko niemu. Lecz oba te głosy miały rację. Nie mógł jej pocałować. A tak bardzo pragnął prawdziwego pocałunku.
Odchrząknął i cofnął się o krok.
- Gotowa na przedstawienie? - zapytał odwracając wzrok.
Widział kątem oka, że marszczy brwi i spogląda w podłogę. Czy to zawód maluje się na jej twarzy? Nie był w stanie tego określić, bo sekundę później przybrała już maskę, przez którą nie sposób się było przebić.
- Zawsze. - odpowiedziała z uśmiechem.
***
Siedzieli przy jednym ze stolików porozstawianych dookoła parkietu w sali balowej. Byli w Pałacu Prezydenckim. Gdzie by tylko nie spojrzeć, tam wszędzie kręciło się mnóstwo dziwacznie poubieranych ludzi. Wśród nich byli także tegoroczni trybuci. Tylko oni wydawali się przesadnie nie cieszyć na ten bal. Trudno się dziwić.
W powietrzu rozbrzmiewała muzyka. Avoksi kręcili się wśród ludzi, nosząc tace z przekąskami i szampanem. Haymitch rzucił tęskne spojrzenie za jednym z nich, ale wiedział, że nie może. Katniss by go zabiła.
Melodia płynąca znikąd się zmieniła i Peeta nachylił się do Katniss. Chwilę później wstali od stolika i ruszyli na parkiet. Podąrzał za nimi wzrokiem, ale po chwili zniknęli w tłumie.
Haymitch został sam z Effie. Panowała nieprzyjemna cisza, która ciążyła między nimi. Na początku udawał, że mu to nie przeszkadza, ale po kilku minutach stało się to męczące. W końcu wyrzucił
- Chciałabyś zatańczyć?
Patrzyła na niego zdziwiona, ale pokiwała głową. Wstali i Haymitch podał jej rękę. Miała zimne dłonie.
Wyciągnął ją na parkiet i chwilę później trzymał ją w swoich ramionach. Melodia była powolna, więc nie było żadnej przeszkody, żeby porozmawiać.
- O czym myślisz? - zapytał, po minucie ciszy. Zagryzła wargę, a między jej brwiami pojawiła się maleńka zmarszczka.
- O niczym. - powiedziała cicho.
- Kłamca.
Zerknęła na niego i szybko odwróciła wzrok, wbijając go gdzieś ponad jego ramieniem. Coś ją męczyło i nie umiała sobie z tym poradzić. Mógł to zobaczyć jak na dłoni.
- No, więc o czym? - naciskał.
- O wielu rzeczach. - odparła wymijająco. Uniósł brew, a ona westchnęła. - O tym, że coś jest nie tak.
- Nie rozumiem. - przyznał. Pokiwała głową.
- Ja też tego nie rozumem, chociaż bardzo bym chciała.
Znów poczuł tą nieodpartą chęć, żeby ją pocałować. Tym razem w jego głowie nie rozbrzmiał głos Peety. Jego własne sumienie też siedziało cicho.
Patrzył na jej usta. Na to, jak zagryza wargę. I coś szarpnęło go w okolicach żołądka.
- Uśmiechnij się, skarbie. - powiedział cicho. - Bo jeszcze ktoś pomyśli, że się kłócimy.
- My? Kłócimy się? - zapytała z sarkazmem, uśmiechając się przy tym. - Przecież my się nigdy nie kłócimy.
- Ludzie różnie gadają. - odpowiedział, szczerząc się do niej.
Muzyka ucichła, więc zatrzymali się w miejscu.
Haymitch przyciągnął ją bliżej do siebie i w następnej sekundzie, ich usta się spotkały. Na oczach wszystkich tych ludzi. Na środku parkietu... Nie dbał o to.
Jedyne o czym potrafił myśleć to to, jak miękkie są jej usta.
Nie był to ten spragniony pocałunek, który mieli już za sobą. Ten był delikatny i słodki. Czuły. I różnił się od dwóch poprzednich czymś jeszcze.
Czuł, że stapiają się w jedno. Że topnieją w swoich ramionach.
Poczuł jej rękę na swojej szyi. Jej dotyk sprawiał, że po jego ciele przebiegły przyjemne dreszcze.
Zakończył ten pocałunek, pojedynczym całusem.
Na twarzy Effie malował się uśmiech. Ten uśmiech mógłby wygrywać wojny.
- Za co to? - zapytała.
- Cinna i Portia nas obserwowali. - skłamał.
W chwili, kiedy słowa wypłynęły z jego ust, pożałował tego. Wspaniały uśmiech na jej twarzy zmienił się w grymas.

4 komentarze:

  1. Na serio? Haymitch musiał zepsuć ta końcówkę..nie no, cudownie! Weny kochana! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybacz, ale musiał to spieprzyć! :D Dziękuję! ♥

      Usuń
  2. Aż się wzruszyłam! I strasznie podoba mi się to, że Haytmich, bez względu na to, jakby się nie zmienił, to nie zrezygnuje z tych chamskich zagrywek, za które go uwielbiam. :D

    OdpowiedzUsuń
  3. "Cinna i Portia nas obserwowali" romantykiem to on nigdy nie będzie :P
    A tak po za tym to dużo weny i oby tak dalej!
    purrrfectme

    OdpowiedzUsuń