poniedziałek, 11 stycznia 2016

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 16


Przepraszam też, że pojawiają się coraz dłuższe przerwy, między jednym a drugim rozdziałem, ale to się zmieni, bo do lutego będę miała niesamowicie dużo wolnego czasu. ^^
Mam nadzieję, że się Wam spodoba! I błagam nie krzyczcie na mnie. <3
_____________________________________________________________________
Było niesamowicie cicho. W ciągu ostatniego dnia nikt nie zginął i zaczynało się robić nudno. Nie wróżyło to dobrze, bo przecież nuda nie istniała w słowniku Igrzysk. Było pewne to, że prędzej czy później coś się wydarzy. Haymitch nie mógł pozbyć się wrażenia, że jest zbyt spokojnie. Wciąż siedzieli na plaży, nawet nie starając się ukrywać. Usychali z pragnienia; słońce grzało niemiłosiernie i Haymitch zaczął się zastanawiać, czy czasami Organizatorzy nie chcą ich usmażyć żywcem. Siedzieli pod drzewami, w cieniu, tuż przy linii plaży, tak, żeby mieć jak najlepszy widok na to, co dzieje się dookoła. Nie rozmawiali zbyt dużo, no bo o czym tu rozmawiać?
- Możesz mi już oddać ten topór. - odezwała się Johanna, patrząc prosto na niego. Opierała głowę o pień najbliższego drzewa, ale starała się nie wyglądać na za bardzo zmęczoną. Nie lubiła, kiedy ktoś widział ją słabą. - Wiem, że wziąłeś go specjalnie dla mnie.
Westchnął ciężko, zbyt zmęczony i spragniony, żeby dać się wciągnąć w jej pułapkę. Bez słowa podał jej broń, wiedząc, że i tak lepiej radzi sobie z nożem. Johanna wyglądała na nieco zaskoczoną, jego uległością. Zazwyczaj kłócili się o najmniejszą drobnostkę, a Haymitch nigdy nie przepuszczał takiej okazji. Cóż, zawsze musi być ten pierwszy raz.
Znów zapadła cisza i Haymitch prosił w duchu, żeby Peeta postarał się załatwić im trochę wody. Jednak minuty mijały i nic się działo. Na niebie nie pojawił się żaden spadochron od sponsorów, a arena była pogrążona w ciszy.
Już po chwili okazało się, że była to cisza przed burzą. Uszu Haymitcha dobiegł krzyk, przeraźliwy, rozdzierający serce na kawałeczki. Nie zastanawiał się nawet przez sekundę; poderwał się z miejsca. Zmęczenie wyparowało z jego ciała, kiedy nie zwracając uwagi na krzyki towarzyszy, wbiegł w gęstwinę drzew. Znał ten krzyk, choć nigdy go nie słyszał. Krzyk bólu i błagający o pomoc.
***
Słyszała je. Słyszała swoje własne krzyki, pełne cierpienia i bólu. Po jej ciele pełzały zimne dreszcze, czuła że drży. Okropnie było słyszeć swój własny krzyk - tym bardziej, kiedy widziała na ekranie Haymitcha biegnącego jej na ratunek. Pomijając fakt, że jej nie było na arenie. Nie działa się jej żadne krzywda, która mogłaby wydrzeć z jej gardła ten okropny dźwięk. Każdy krzyk Haymitcha, który wołał jej imię, rozdzierał jej serce. Chciała go przytulić, powiedzieć mu, że nic jej nie jest, że nie nikt jej nie skrzywdził i że to wszystko, to tylko sztuczki organizatorów, którzy chcą za wszelką cenę pozbyć się nudy.
- Effie? - podskoczyła na dźwięk głosu Peety i to właśnie wtedy, zdała sobie sprawę, że niektóre krzyki, rzeczywiście pochodziły od niej. Krzyczała na Haymitcha, że jest dobrze. Jakie to dziecinne. Krzyczeć do telewizora, z nadzieją, że osoba po drugiej stronie ją usłyszy. Jednak dla niej w tej chwili nie wydawało się to dziecinne. Ani trochę.
Nie odwróciła wzroku od ekranu, zbyt przestraszona tym co się działo. Poczuła tylko, jak Peeta przysuwa się bliżej niej na kanapie i jego ramie oplata jej ramiona w pocieszającym uścisku.
- Effie, coś jest nie tak. - wyszeptał chłopak. Mówił cicho, ale dzięki bliskości, mogła go usłyszeć bez żadnych przeszkód. Mówił szybko i Effie wiedziała, że musi się wziąć w garść. - Prezenty od sponsorów do nich nie docierają. Nie mają wody. Nie przetrwają do jutra.
Serce Effie opuściło kilka uderzeń. Jej oczy znów powędrowały do ekranu, na którym pokazana była pełna udręki twarz Haymitcha, który właśnie zorientował się, co się dzieje. Zwinął się w kłębek na ziemi, zakrył uszy dłońmi i wtulił twarz w trawę. Reszta jego drużyny nie była w stanie do niego dotrzeć.
- Musimy przyspieszyć plan. - wyszeptał Peeta. - Nie jutro. Dzisiaj.
Zrozumiała o co mu chodzi. Cokolwiek chcieli zrobić razem z Haymitchem i Plutarchem, musieli to zrobić natychmiast. Pokiwała głową i zagryzła dolną wargę, starając się powstrzymać od łez. Nie udało się jej i gorące łzy, spłynęły po jej policzkach. Peeta przytulił ją mocno i krótko, w jego oczach nie było żadnego śladu, po tym słodkim chłopcu, którego spotkała zaledwie rok temu.
- Bądź gotowa za godzinę. Czekaj na dachu. - już sekundę po wypowiedzeniu tych słów, go nie było.
Siedziała tam, gdzie ją zostawił. Nie widziała żadnego sensu w pakowaniu swoich rzeczy - gdziekolwiek się udawali, jedyne co się dla niej liczyło, to bezpieczeństwo Haymitcha i Katniss. Bała się, że coś może pójść nie tak. Bo przecież coś mogło pójść nie tak.
Kiedy godzinę później, z mocno bijącym sercem, zjawiła się na dachu Centrum Szkoleniowego, zobaczyła, że Peeta i Plutarch już tam czekają. Oboje poddenerwowani.
- Dobrze, jesteśmy gotowi. - powiedział Plutarch i jak na zawołanie, tuż nad nimi pojawił się poduszkowiec. Oddech jej przyspieszył. Nie chciała wsiadać, ale miała zaufanie do Peety. Miała zaufanie do Haymitcha. A to przecież on powiedział jej, żeby poszła razem z nimi. Kazał jej obiecać.
Effie Trinket, nigdy nie łamie obietnic.
Chwilę później cała trójka była już na pokładzie poduszkowca. Przed nimi pojawił się mężczyzna w szarym mundurze. Był dobrze zbudowany, a jego wyraz twarzy mówił, że przeszedł w życiu więcej, niż chciałby przyznać.
- Peeta. Plutarch. - przywitał ich mężczyzna, kiwając lekko głową. Jego wzrok padł na Effie i przez ułamek sekundy, mogła zobaczyć w jego oczach wszystko co o niej myślał. Widziała to spojrzenie setki razy, kiedy pojawiała się w Dwunastce, żeby rozpocząć kolejne Dożynki. Jednak chwilę później jego spojrzenie było na powrót twarde i nieprzeniknione. - Panno Trinket. Moje nazwisko to Rogers. Jest pani tutaj, bo Abernathy poprosił o immunitet dla pani. Jednak będzie musiała się pani dostosować. Mamy tu pewne zasady.
- Może mi ktoś powiedzieć, gdzie my właściwie jesteśmy? - nie wytrzymała w końcu. Jej głos podskoczył o oktawę, z nerwów. Denerwowała się, bo oni sobie ucinali pogawędki, a Haymitch mógł w tej chwili...
- Jesteśmy w drodze do Dystryktu Trzynastego. - odezwał się Plutarch.
- To nie możliwe. - zaprzeczyła. - Trzynastka nie istnieje.
Jej spojrzenie wędrowało od Plutarcha do Peety, spodziewając się, że jeden z nich nagle wybuchnie śmiechem. Nic takiego nie nastąpiło. Oboje opowiedzieli jej, jak to Dystrykt Trzynasty został zniszczony, lecz jednak przetrwał. Jak ludzie rozwinęli życie pod ziemią. I jak od jakiegoś czasu przygotowywali się do wszczęcia wojny z Kapitolem. Effie nie była głupia, wiedziała co się działo przez ostatnie miesiące w dystryktach, jednak nie wiedziała, że sprawy wyglądały tak źle.
Porucznik Rogers wyjaśnił jej, że w Trzynastce panowały zasady i że będzie się musiała do nich dostosować. Zero makijażu, peruk, ekstrawaganckich ubrań (których i tak ze sobą nie zabrała). Każdy był równy i każdy musiał nosić szary uniform, taki sam jaki miał na sobie Rogers i reszta ludzi w poduszkowcu. Jeden z żołnierzy podał jej ubrania i wskazał miejsce, w którym mogła się przebrać.
Uniform był okropny. Bezkształtny i bez poczucia stylu. W dodatku materiał strasznie drażnił jej skórę. Ściągnęła perukę drżącymi dłońmi. Mało kto, widział jej bez peruki. Co do makijażu, to nie mogła zrobić nic poza użyciem wody. Nie miała przy sobie żadnych kremów, które mogłyby pomóc jej w usunięciu warstwy makijażu, jednak i tak poszło lepiej niż mogłaby się spodziewać. Wytarła twarz w szorstki ręcznik, zostawiając na nim resztę tuszu, pudru i innych rzeczy, które cały dzień tkwiły na jej twarzy.
Cieszyła się, że nie ma w tym miejscu lustra. Naprawdę nie była w nastroju, żeby patrzeć sobie w oczy. Nie chciała zobaczyć strachu, który mogłaby tam znaleźć.
Peeta i Plutarch starali się nie wyglądać na zaskoczonych, kiedy zobaczyli jej prawdziwe oblicze. Czuła się naga, ale w tej chwili jej samopoczucie było na drugim planie. Wszystko co się liczyło to to, co działo się teraz z Haymitchem. W poduszkowcu nie było telewizora, żeby mogli być na bieżąco z wydarzeniami z areny. Peeta również wyglądał na rozdrażnionego tym faktem.
Podróż ciągnęła się niemiłosiernie, choć wszyscy zapewniali ją, że nie trwa dłużej niż dwie godziny. Jak dla niej, to było za długo. Więc kiedy w końcu wylądowali w Trzynastce, nie miała nawet siły zauważać to, jak bardzo wszystko tonie w szarości. Była zbyt rozkojarzona. Chciała jak najszybciej się czegoś dowiedzieć. Nie rejestrowała tego co działo się dookoła niej. W jej głowie powtarzało się tylko jego imię. I kiedy dotarli do Centrum Dowodzenia w którym poznali panią prezydent, czuła jakby miała zemdleć.
- Odbiliśmy ich, tak jak przewidywał plan. - odezwał się wysoki, czarnoskóry mężczyzna. - Jednak nie wszystko poszło zgodnie z planem.
- Gdzie oni są? - zapytał Peeta, podczas gdy Plutarch zapytał:
- Co się stało?
- Nie wszystkich udało nam się odbić. - słowa Boggs'a, bo tak brzmiało nazwisko mężczyzny, zawisły w powietrzu. Prezydent Coin wydawała się znudzona całą sytuacją. - Kapitol przejął Johannę, Wiress i Haymitcha.
Ostatnie co zarejestrowała Effie, było to, że nie może oddychać. Chwilę później wszystko pociemniało.

7 komentarzy:

  1. Jezuuu...Jak mi kiedyś napisałaś, że masz takie plany, to byłam na skraju rozpaczy...A teraz OMFG...Ja przez Ciebie w depresję wpadnę! Od początku tego rozdziału miałam przeczucie, że coś...Grrr;( Chce mi się płakać.
    Ale mimio tego przebiegu wydarzeń, bardzo mi się podobał, po za tym było wszystko perfekcyjnie.
    Wybacz za tę nieskładność zdań, ale nerwy, emocje. Mało brakowało do tego, żebym zareagowała jak Effie!
    Ale wiedz, że jeszcze nie jestem obrażona, więc życzę weny i żebyś jak najszybciej przyszła z nowym rozdziałem! Buziaczki:*

    OdpowiedzUsuń
  2. Że też musieli skopać odbicie trybutów! Ciekawe, co będzie z H. Czy będzie walczył, czy oni go zwalczą, czy może stanie się (nieee) zwolennikiem Kapitolu? Boję się pytać. :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Och, nie! Dlaczego nie może być dobrze? Czuję, że chcesz mnie doprowadzić w dalszych rozdziałach do płaczu. :/ Dodaj szybko coś, bo nie wytrzymam! Rozdział świetny!

    OdpowiedzUsuń
  4. Kiedy postanowiłaś wysłać Haymitcha na arenę, pomyślałam, że nie wysyłasz go tam po to, by od razu odbili go rebelianci. Czasami wolałabym nie mieć racji...
    W każdym razie czekam na kolejne rozdziały z jeszcze większą niecierpliwością. Uwielbiam dramaty, ale proszę, nie krzywdź go za bardzo... :)
    Weny życzę!

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiedziałam że tak będzie :P szykuje się thriller XD

    OdpowiedzUsuń
  6. Masakra. Czytam Ulepszoną książkę Suzanne Collins. To nie jest już w Pierścieniu Ognia. To nie jest już opowieść o nieszczęśliwych kochankach i o dziewczynie Igrającej z Ogniem. Gdzie musiałam się doszukiwać momentów z Effie i Haymitchem. I musiałam nacieszyć się dialogiem: "Nice Dress. Not Yours."

    Teraz to przepiękna opowieść o złotej parze. O kobiecie posiadającej dwa oblicza, używającej maski. Gdzie cieszę się obecnością Effie i Haymitcha przez cały czas! Masz niesamowitą wyobraźnię. Potrafisz idealnie określić uczucia. Potrafisz wyrazić więcej niż rafaello. Takie powinny być pisarki. Założę się, że gdy będziesz chciała wydać książkę, wydawnictwa będą się o nią biły. Zazdroszczę Ci wyobraźni.

    Sorry, za te kazanie ale nie umiem określić tego inaczej. Weny życzę. 😋

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ujęłaś mnie zdaniem "Potrafisz wyrazić więcej niż rafaello." ♥ Jeden komentarz, a uśmiecham się jak wariatka do komputera.
      Bardzo się cieszę, że Ci się tutaj podoba. Mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej, żeby dowiedzieć się, co się stanie z Haymitchem i z Effie. ;)
      Że tak powiem: You made my day. ♥

      Usuń