wtorek, 19 stycznia 2016

Alternatywne Ćwierćwiecze: Rozdział 17

Otworzyła oczy mając nadzieję, że wszystko to co się stało, to jakiś okropny żart. Sen, z którego właśnie się obudziła. Jednak, wystarczyło jedno spojrzenie na pomieszczenie w którym się znajdowała i iluzja zniknęła. Chciała znów zasnąć, żeby tylko nie czuć tego przenikliwego bólu. Zupełnie jakby ktoś okładał ją pięściami.
Czuła okropną pustkę. Miała wrażenie, że wypłakała już wszystkie swoje łzy. Teraz po prostu patrzyła się w przestrzeń, niezdolna do zrobienia czegokolwiek. W jej głowie wciąż i wciąż tłukły się te same słowa.
Zawsze do ciebie wrócę, skarbie.
Leżała na twardym łóżku, zwinięta w kłębek, w jednej z wielu kwater. Została przydzielona do pokoju, razem z niejaką Cressidą. Effie cieszyła się, że jej współlokatorka więcej czasu przebywała poza pokojem. Kiedy jej nie było, nie musiała udawać, że wszystko jest dobrze. Że wciąż się uśmiecha i że wcale nie płakała.
Od czasu, kiedy razem z Peetą i Plutarchem przybyli do Trzynastki, minęły dwa dni. Dwa dni, przesiedziała w pokoju, wstając tylko po to, żeby skorzystać z toalety. Nie jadła, nie wychodziła z kwatery. Nie dbała też o to, jak wygląda. Prawie nie spała. Jeśli już, to śniły jej się okropne koszmary o tym, co teraz działo się z Haymitchem. Cressida musiała ją już dwa razy budzić, żeby przestała krzyczeć.
Gdyby Effie nie była tak oderwana od rzeczywistości, to mogłaby się z nią zaprzyjaźnić. Cressida również była z Kapitolu i w Trzynastce zajmowała się nagrywaniem działań Kosogłosa, żeby pokazać rebeliantom, że Katniss jest z nimi.
Effie nawet nie podniosła wzroku, kiedy drzwi do kwatery się rozsunęły. Cressida często robiła sobie przerwy, żeby wejść po coś do pokoju. Po kolejną kamerę, obiektyw lub inną rzecz, która zaśmiecała jej połowę pokoju. Dlatego wzdrygnęła się, kiedy usłyszała męski głos.
- Effie, czy ty w ogóle stąd wychodzisz?
Przekręciła głowę, żeby spojrzeć na Peetę. Ubrany w szary, standardowy mundur, wyglądał jak prawdziwy żołnierz. Rękawy podwinął do łokci.
Nie odpowiedziała mu. Po prostu na niego patrzyła, jakby był średnio interesującym programem telewizyjnym. Peeta westchnął i nie czekając na jej zaproszenie, usiadł tuż przy niej, na brzegu jej łóżka. Patrzył na nią z zaniepokojeniem.
- Nie możesz przez cały czas tu siedzieć. - powiedział, a jego głos odbił się echem w jej głowie. - Od kiedy to nie przestrzegasz planu dnia? Wiedziałaś, że jest tu coś takiego?
Czekał na odpowiedź, ale ta nie nadeszła. Chciała mu odpowiedzieć, naprawdę. Jednak słowa zamieniały się w wielką gulę w jej gardle. Nie miała nawet siły, żeby schować się za roześmianą Opiekunką Dwunastego Dystryktu.
- Effie - westchnął Peeta. - Katniss cię potrzebuje. Będziemy nagrywać z Cressidą i Plutarchem różne propagandy. Będziesz jej potrzebna, jako wsparcie... I będąc w Centrum Dowodzenia, prędzej dowiesz się czegoś o Haymitchu.
Na dźwięk jego imienia, poczuła fizyczny ból. Jakby coś ciężkiego uderzyło ją w twarz. Wiedziała co Peeta stara się zrobić. Każdy kolejny argument miał na celu wyciągnięcie ją z tego pokoju i przekonanie do tego, że siedzenie i gapienie się w ścianę nic nie da. I nie chciała się do tego przyznawać, ale to działało. Z każdą sekundą czuła coraz większą potrzebę, żeby działać. Żeby coś robić.
Zawsze do ciebie wrócę, skarbie.
Wróci. Effie tego dopilnuje.
Podniosła się do pozycji siedzącej. W oczach Peety zabłysła iskierka nadziei.
- Daj mi pół godziny. - powiedziała zachrypniętym głosem. Nie odzywała się do nikogo od dwóch dni, nie licząc krzyków w nocy.
- Poczekam tutaj. - Mimo, że tego nie powiedział, to i tak to usłyszała: "Poczekam tutaj, w razie gdybyś zmieniła zdanie."
***
Ciemność. Ból. Gdzieś w tle coś kapało. Jęki i szlochy. To wszystko co mógł usłyszeć. Nie wiedział ile czasu minęło. Nie wiedział, która jest godzina. Nie było okna. Nie było zegara. Nie miał pojęcia, jak długo siedział w tym pomieszczeniu.
Leżał na boku, przyciskając policzek do podłogi, wykładanej kafelkami. Czuł przeraźliwe zimno. Nie wiedział co się stało z jego ubraniem. Wiedział tylko tyle, że go nie było. Że zostały tylko bokserki. Leżał pół-nagi, na zimnej podłodze.
Miał wrażenie, że ciemność go pochłonęła. Że tak naprawdę już nie istnieje.
Zastanawiał się, czy nie żyje.
Zastanawiał się, w którym momencie mógł umrzeć.
Nie pamiętał.
Ostatnia rzecz, którą pamiętał, to arena.
Krzyk Effie. Ból. Eksplozja. A później ciemność.
Nie wiedział jak się znalazł w tym pomieszczeniu. Wiedział tylko tyle, że wszystko poszło nie tak. Rebelianci zawiedli. Wiedział, że jest w Kapitolu. Wiedział, że rebelianci zostawili go, żeby ratować Kosogłosa. I nie mógł sam sobie uwierzyć, ale naprawdę nie miał im tego za złe. Zrobiłby to samo.
Wiedział, że ma halucynacje, kiedy poczuł jak ktoś delikatnie ujmuje jego dłoń. Nie miał siły, żeby wyrwać rękę z uścisku, a nawet gdyby miał, to by tego nie zrobił.
- Haymitch. - słyszał jej głos i wiedział, że jeszcze nigdy nie miał tak rzeczywistych halucynacji. - Mój chłopcze... Bądź silny. Nie poddawaj się.
Chciał jej odpowiedzieć. Chciał powiedzieć, jak bardzo mu przykro za to, że przez niego nie żyje. Chciał ją przeprosić, za to, że nie zginął na arenie dwadzieścia pięć lat temu. Wiedział, że gdyby żyła, to powiedziałaby mu, że to nie była jego wina. Żeby się nie obwiniał i żeby żył dalej. Ale jak miał żyć dalej, teraz, kiedy leżał nagi w celi? Chciał jej powiedzieć, jak bardzo ją kochał, kiedy był dzieckiem i że wszystko co robił, robił dla niej. Dla niej i dla swojego brata.
Jego matka nigdy by mu nie pozwoliła na to, żeby się poddał. Chciała, żeby żył. Ale w tej chwili, jego wola walki drastycznie opadła. Nie miał siły na to, żeby walczyć.
Kiedy drzwi do celi otworzyły się z hukiem, nie zareagował. Zamknął oczy, żeby nie widzieć oślepiającego, białego światła. Chwilę później dwie pary rąk, brutalnie chwyciły go za ramiona i wywlokły z celi, nie dbając o to, że ciągnęli go po podłodze. Nie miał siły, żeby zareagować. Nie miał siły, żeby zacząć się wyrywać. Po prostu zaciskał oczy, prosząc w myślach, żeby dali mu święty spokój.
Posadzili go na krześle. Związali jego ręce i nogi.
- Panie Abernathy. - wystarczyły dwa słowa, żeby całe jego ciało się napięło. Żeby poczuł adrenalinę krążącą w jego żyłach. Jego oddech przyspieszył. - Miło pana znów widzieć.
- Wal się. - wysyczał przez zęby, na tyle głośno, żeby usłyszał.
- Zła odpowiedź. - słyszał, że się uśmiecha, zupełnie, jakby oczekiwał takiej odpowiedzi.
Nie minęło kilka sekund, a Haymitch poczuł jak prąd razi jego ciało. Jęknął i był blisko krzyku, ale zacisnął zęby i ze wszystkich sił się powstrzymał. Nie da mu tej satysfakcji.
Kiedy ból minął podniósł głowę, żeby na niego spojrzeć. Stał tam, tylko kilka kroków do niego. Uśmiech na ustach, idealny biały garnitur z czerwoną chusteczką w butonierce. Włosy i broda idealnie zaczesane. I błysk w oczach. Widok pół-nagiego mężczyzny, siedzącego przed nim, dyszącego z bólu, widocznie napawał go satysfakcją. Haymitchowi zrobiło się niedobrze. Wiedział po co się znalazł w tym pomieszczeniu.
- Zacznijmy jeszcze raz. - powiedział Snow, uśmiechając się uprzejmie. - Pańscy przyjaciele zostawili pana, a to oznacza, że teraz należy pan do mnie.
- Możesz mnie pocałować w dupę. Nic ci nie powiem. - Gniew jaki odczuwał, pozwalał mu zebrać resztki sił, na to, żeby się postawić. Jeśli miał zginąć, to będzie się starał walczyć.
Spodziewał się tego, ale jednak, kiedy znów poczuł ból, spowodowany porażeniem prądem, tym razem nieco silniejszy, z jego gardła wyrwał się okrzyk bólu. Starał się zacisnąć zęby, żeby zdławić krzyk, ale było za późno. Ból minął tak szybko jak się pojawił, jednak jego ciało wciąż drżało.
- Czuję, że przed nami długa noc, panie Abernathy.
Tym razem poczuł pięść, która spadła na jego twarz. Czuł smak krwi w ustach.
Rzeczywiście. Zapowiadała się długa noc.

3 komentarze:

  1. Czekałam! <3 Płaczę czytając ;-;

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne! Biedny Haymitch...Mam nadzieję, że Effie nie załamie się jeszcze bardziej, a zwycięzców szybko odbiją! Weny<3

    OdpowiedzUsuń
  3. jeny..nie wiem co myśleć ;( weny kochana! <3

    OdpowiedzUsuń