Effie była kłębkiem nerwów. Nie pomagało jej to, że Katniss i Peeta stali po jej obu stronach i powtarzali, że wszystko będzie dobrze.
W hangarze było pełno ludzi. Finnick, którego wypuścili ze szpitala, Beetee, wciąż na wózku, Plutarch i Fluvia; tuż za nimi stało co najmniej dziesięciu lekarzy, gotowych do szybkiego przetransportowania wszystkich do szpitala. Tu i ówdzie kręcili się żołnierze. Nikt się nie odzywał. Panowała grobowa cisza i Effie miała wrażenie, że to cisza przed burzą.
Brama do hangaru była otwarta, żeby ułatwić lądowanie, ale na niebie wciąż nie pojawiał się poduszkowiec. Nawet nie pomyślała o tym, że to pierwszy raz, od ponad miesiąca, kiedy widzi niebo. Kiedy oddycha prawdziwym, świeżym powietrzem.
Plutarch co chwilę sprawdzał swój komunikator. Poduszkowiec powinien już wrócić. Nie chciała myśleć o tym, że coś poszło nie tak. A przecież plan nie był doskonały. W każdej chwili mogło się zdarzyć coś nieprzewidzianego.
Effie zaczęła obgryzać paznokcie, coś czego nie robiła, odkąd skończyła sześć lat. Katniss chwyciła ją za rękę i posłała jej pocieszający uśmiech.
- Pewnie za chwilę tu będą. - powiedziała, chociaż chyba sama w to nie wierzyła.
Jak na zawołanie, na niebie zmaterializował się poduszkowiec. Wybuchło poruszenie. Żołnierze trzymali w gotowości karabiny, lekarze czekali, aż w końcu będą mogli zobaczyć pacjentów. Serce Effie galopowało jak szalone. Nie zdawała sobie sprawy, że kurczowo trzyma Katniss za rękę, dopóki dziewczyna syknęła z bólu. Mimo to, nie puszczała jej dłoni. Potrzebowała jakiegoś połączenia z rzeczywistością, a tym czymś, była ręka Katniss.
Poduszkowiec wylądował ciężko, wzbijając w powietrze tumany kurzu. Lodowaty podmuch wiatru załopotał ich mundurami.
Nie minęła sekunda i wejście do poduszkowca się otworzyło. Lekarze nie tracili czasu, od razu wbiegli do środka. Wszystko działo się niesamowicie szybko. Effie wstrzymała oddech. - Jeśli go tam nie było... Jeśli go nie uratowali...
Pierwszą osobą, która została wyniesiona z poduszkowca, była Johanna. Gdyby nie to, że krzyczała wniebogłosy, Effie by jej nie poznała. Była posiniaczona, miała ogoloną głową i była wychudzona. Owinięta w koce, żeby zatrzymać ciepło jej ciała. Krzyczała, jakby ją obdzierano ze skóry.
Wiress wyszła o własnych siłach. Nie wyglądała, jakby jej coś dolegało. Jeden z lekarzy szedł razem z nią, sprawdzając czy rzeczywiście nic jej nie jest, ale wtedy podjechał do nich Beetee. Wiress przytuliła go mocno, a Effie poczuła, że jest zazdrosna.
- Annie! - głos Finnicka sprawił, że podskoczyła. Spojrzała na niego i zobaczyła jak obejmuje Annie Crestę, która też nie wyglądała na poszkodowaną.
Mijały sekundy, które wydawały się być godzinami, a z poduszkowca nikt nie wychodził. Nikt nie został wyniesiony. Oddech Effie przyspieszył. Miała wrażenie, że wszyscy w pomieszczeniu słyszą, jak mocno bije jej serce. Czuła ucisk w gardle i zimne dreszcze, które spływały jej po plecach.
I wtedy, po minucie, która zdawała się być wiecznością, medycy wynieśli go na noszach. Jak wiele razy w ciągu jednego miesiąca, można mieć złamane serce? Bo kiedy Effie go zobaczyła, poczuła się jeszcze gorzej, niż minutę wcześniej.
Haymitch był wychudzony, zupełnie jak reszta, ale nikt z pozostałych, nie wyglądał tak jak on. Całe jego ciało, które - w odróżnieniu od Johanny - nie było przykryte kocem, pokrywały fioletowo-czarne sińce. Miał przecięty łuk brwiowy z którego wciąż ciekła krew. Był tak wychudzony, że można było zobaczyć każdą poszczególną kość. Jego usta były popękane, Wyglądały, jakby za dużo razy je zagryzał. Jego dłonie były poobcierane i zakrwawione.
Wyglądał jak trup. Skóra - tam, gdzie nie była pokryta sińcami - miała niezdrowy, żółty odcień.
Effie nie wiedziała w którym momencie zaczęła płakać, ale wiedziała, że nie może się ruszyć. Po prostu stała w miejscu i patrzyła, jak lekarze przenoszą nieprzytomnego Haymitcha w stronę wyjścia z hangaru.
- Słaby puls...
- Trzeba go szybko zabrać do szpitala...
- Pacjent jest odwodniony...
- Mamy mało czasu...
Mówili jeden przez drugiego, wymieniając się obserwacjami. Jedyne co ona mogła zaobserwować to to, że jedna z rąk Haymitcha zsunęła się z noszy, kiedy przenosili go obok miejsca w którym stała. Wyciągnęła rękę i musnęła palcami jego lodowatą dłoń. Dotyk nie trwał nawet sekundę.
- Proszę się odsunąć. - jeden z lekarzy rzucił w jej stronę.
Inny lekarz - jedyna kobieta - podeszła do niej z bardzo poważną miną. Effie miała problem ze skupieniem swojej uwagi na kobiecie. Jej wzrok, wciąż powracał do oddalającego się ciała Haymitcha.
- Na razie mogę powiedzieć tylko tyle, że jego stan jest krytyczny. Zrobimy co w naszej mocy.
Jedyne co Effie mogła zrobić, to pokiwać głową na znak, że rozumie. Kiedy lekarka odeszła, Effie poczuła, że ktoś ją obejmuje. Nigdy by nie powiedziała, że Katniss potrafi okazywać tyle czułości.
- Jeśli chcesz, pójdziemy z tobą do szpitala, żeby poczekać na więcej informacji. - odezwał się Peeta.
Pokręciła głową, wciąż niezdolna do wydania z siebie jakiegokolwiek dźwięku.
- Żyje. - powiedział chłopak. - Na razie to się liczy.
W hangarze było pełno ludzi. Finnick, którego wypuścili ze szpitala, Beetee, wciąż na wózku, Plutarch i Fluvia; tuż za nimi stało co najmniej dziesięciu lekarzy, gotowych do szybkiego przetransportowania wszystkich do szpitala. Tu i ówdzie kręcili się żołnierze. Nikt się nie odzywał. Panowała grobowa cisza i Effie miała wrażenie, że to cisza przed burzą.
Brama do hangaru była otwarta, żeby ułatwić lądowanie, ale na niebie wciąż nie pojawiał się poduszkowiec. Nawet nie pomyślała o tym, że to pierwszy raz, od ponad miesiąca, kiedy widzi niebo. Kiedy oddycha prawdziwym, świeżym powietrzem.
Plutarch co chwilę sprawdzał swój komunikator. Poduszkowiec powinien już wrócić. Nie chciała myśleć o tym, że coś poszło nie tak. A przecież plan nie był doskonały. W każdej chwili mogło się zdarzyć coś nieprzewidzianego.
Effie zaczęła obgryzać paznokcie, coś czego nie robiła, odkąd skończyła sześć lat. Katniss chwyciła ją za rękę i posłała jej pocieszający uśmiech.
- Pewnie za chwilę tu będą. - powiedziała, chociaż chyba sama w to nie wierzyła.
Jak na zawołanie, na niebie zmaterializował się poduszkowiec. Wybuchło poruszenie. Żołnierze trzymali w gotowości karabiny, lekarze czekali, aż w końcu będą mogli zobaczyć pacjentów. Serce Effie galopowało jak szalone. Nie zdawała sobie sprawy, że kurczowo trzyma Katniss za rękę, dopóki dziewczyna syknęła z bólu. Mimo to, nie puszczała jej dłoni. Potrzebowała jakiegoś połączenia z rzeczywistością, a tym czymś, była ręka Katniss.
Poduszkowiec wylądował ciężko, wzbijając w powietrze tumany kurzu. Lodowaty podmuch wiatru załopotał ich mundurami.
Nie minęła sekunda i wejście do poduszkowca się otworzyło. Lekarze nie tracili czasu, od razu wbiegli do środka. Wszystko działo się niesamowicie szybko. Effie wstrzymała oddech. - Jeśli go tam nie było... Jeśli go nie uratowali...
Pierwszą osobą, która została wyniesiona z poduszkowca, była Johanna. Gdyby nie to, że krzyczała wniebogłosy, Effie by jej nie poznała. Była posiniaczona, miała ogoloną głową i była wychudzona. Owinięta w koce, żeby zatrzymać ciepło jej ciała. Krzyczała, jakby ją obdzierano ze skóry.
Wiress wyszła o własnych siłach. Nie wyglądała, jakby jej coś dolegało. Jeden z lekarzy szedł razem z nią, sprawdzając czy rzeczywiście nic jej nie jest, ale wtedy podjechał do nich Beetee. Wiress przytuliła go mocno, a Effie poczuła, że jest zazdrosna.
- Annie! - głos Finnicka sprawił, że podskoczyła. Spojrzała na niego i zobaczyła jak obejmuje Annie Crestę, która też nie wyglądała na poszkodowaną.
Mijały sekundy, które wydawały się być godzinami, a z poduszkowca nikt nie wychodził. Nikt nie został wyniesiony. Oddech Effie przyspieszył. Miała wrażenie, że wszyscy w pomieszczeniu słyszą, jak mocno bije jej serce. Czuła ucisk w gardle i zimne dreszcze, które spływały jej po plecach.
I wtedy, po minucie, która zdawała się być wiecznością, medycy wynieśli go na noszach. Jak wiele razy w ciągu jednego miesiąca, można mieć złamane serce? Bo kiedy Effie go zobaczyła, poczuła się jeszcze gorzej, niż minutę wcześniej.
Haymitch był wychudzony, zupełnie jak reszta, ale nikt z pozostałych, nie wyglądał tak jak on. Całe jego ciało, które - w odróżnieniu od Johanny - nie było przykryte kocem, pokrywały fioletowo-czarne sińce. Miał przecięty łuk brwiowy z którego wciąż ciekła krew. Był tak wychudzony, że można było zobaczyć każdą poszczególną kość. Jego usta były popękane, Wyglądały, jakby za dużo razy je zagryzał. Jego dłonie były poobcierane i zakrwawione.
Wyglądał jak trup. Skóra - tam, gdzie nie była pokryta sińcami - miała niezdrowy, żółty odcień.
Effie nie wiedziała w którym momencie zaczęła płakać, ale wiedziała, że nie może się ruszyć. Po prostu stała w miejscu i patrzyła, jak lekarze przenoszą nieprzytomnego Haymitcha w stronę wyjścia z hangaru.
- Słaby puls...
- Trzeba go szybko zabrać do szpitala...
- Pacjent jest odwodniony...
- Mamy mało czasu...
Mówili jeden przez drugiego, wymieniając się obserwacjami. Jedyne co ona mogła zaobserwować to to, że jedna z rąk Haymitcha zsunęła się z noszy, kiedy przenosili go obok miejsca w którym stała. Wyciągnęła rękę i musnęła palcami jego lodowatą dłoń. Dotyk nie trwał nawet sekundę.
- Proszę się odsunąć. - jeden z lekarzy rzucił w jej stronę.
Inny lekarz - jedyna kobieta - podeszła do niej z bardzo poważną miną. Effie miała problem ze skupieniem swojej uwagi na kobiecie. Jej wzrok, wciąż powracał do oddalającego się ciała Haymitcha.
- Na razie mogę powiedzieć tylko tyle, że jego stan jest krytyczny. Zrobimy co w naszej mocy.
Jedyne co Effie mogła zrobić, to pokiwać głową na znak, że rozumie. Kiedy lekarka odeszła, Effie poczuła, że ktoś ją obejmuje. Nigdy by nie powiedziała, że Katniss potrafi okazywać tyle czułości.
- Jeśli chcesz, pójdziemy z tobą do szpitala, żeby poczekać na więcej informacji. - odezwał się Peeta.
Pokręciła głową, wciąż niezdolna do wydania z siebie jakiegokolwiek dźwięku.
- Żyje. - powiedział chłopak. - Na razie to się liczy.
***
Nigdy by nie pomyślała, że będzie siedziała na podłodze szpitalnego korytarza, ale dookoła nie było żadnych krzeseł, ani żadnej poczekalni. Dlatego nie miała większego wyboru.
Siedziała tutaj już od dwóch godzin. Lekarze wchodzili i wychodzili z pomieszczenia przed którym siedziała. Słyszała przytłumione głosy, jakieś szmery, ale nic konkretnego. Nie umiała odróżnić słów.
Wciąż cała drżała. W głowie cały czas przywoływała widok ciała Haymitcha. Nie mogła się pozbyć tego wspomnienia. Widoku jego zakrwawionego, pokrytego sińcami, wychudzonego ciała. Za każdym razem, kiedy w jej głowie pojawiał się ten widok, w jej sercu otwierała się ogromna rana.
Przestała płakać, nie miała już na to siły. Jedyne co się dla niej teraz liczyło to to, że Haymitch żył i że był już bezpieczny. Już nic złego mu się nie stanie - Effie tego dopilnuje.
Drzwi się otworzyły i z pomieszczenia wyszedł jeden z lekarzy. Wyglądał, jakby mógł zasnąć na stojąco. Kiedy zobaczył ją siedzącą na podłodze pod ścianą, przywołał na twarz słaby uśmiech.
- Jego stan jest stabilny. - powiedział cicho. Musiał być naprawdę zmęczony. - Zrobiliśmy co w naszej mocy. Miał złamane dwa żebra, był odwodniony, podejrzewam, że bili go do nieprzytomności. Na jego ciele są też ślady po innych torturach, ale... Nie jestem pewien czy powinienem pani o tym mówić.
- Czy mogę... - jej głos był zachrypnięty. Nie musiała kończyć zdania. Lekarz pokiwał głową.
- Nie widzę przeszkód. Pacjent śpi, ale jeśli pani chce...
- Chcę. - odpowiedziała szybko. Wstała z podłogi i zanim weszła do pomieszczenia w którym znajdował się Haymitch, odwróciła się do lekarza. - Dziękuję.
- Miał dużo szczęścia. Jeszcze chwila i nic by mu nie pomogło.
Pokiwała głową, czując w gardle ogromną gulę. Otworzyła drzwi i weszła do pokoju. Wszystko tonęło w bieli. Oprócz łóżka i kilku maszyn monitorujących funkcje życiowe Haymitcha, w pokoju nie było nic. Kiedy weszła, dwójka pozostałych lekarzy na nią spojrzała. Wyglądali na równie zmęczonych, co lekarz z którym rozmawiała. Właśnie wychodzili. Kiedy ją mijali, na ich twarzach pojawiło się coś co przypominało współczucie.
Effie nie odrywała wzroku od Haymitcha. Wyglądał minimalnie lepiej, niż dwie godziny wcześniej w hangarze. Ktoś musiał go umyć, rozcięcie na łuku brwiowym zostało zaszyte, dłonie zabandażowane. W jego ramionach i prawej dłoni znikały rurki, kable i przewody. Wyglądał tak... bezbronnie, słabo. Haymitch nigdy tak nie wyglądał. Nie był słaby, ani bezbronny.
W tej chwili, Effie znienawidziła Kapitol. Choć sama pochodziła ze stolicy, nie chciała mieć nic wspólnego z ludźmi, którzy mu to zrobili. Chciała zapomnieć o tym, że kiedykolwiek cieszyła się z Głodowych Igrzysk. Jak bardzo głupia wtedy była, myśląc, że to zabawa? Teraz czuła, jak w jej klatce piersiowej narasta paląca nienawiść do Kapitolu.
Ostrożnie usiadła na brzegu jego łóżka i wpatrywała się w jego twarz. Delikatnie ujęła jego lodowatą dłoń. Drugą dłonią odgarnęła mu włosy z czoła. Jego powieki zadrżały, ale nie otworzył oczu. Nie spojrzał na nią tymi szarymi oczami, nie uśmiechnął się półgębkiem i nie powiedział jej, że wreszcie przestała wyglądać jak klaun. Po prostu leżał, pogrążony we śnie. A ona siedziała na jego łóżku, wpatrując się w niego i nie mogąc oderwać wzroku. Bała się, że jeśli tylko na chwilę odejdzie, to znów stanie się coś złego.
Nie miała pojęcia jak długo tak siedziała. Kiedy do pomieszczenia wszedł Peeta, wiedziała, że musiało minąć sporo czasu.
- Co z nim? - zapytał chłopak.
- Śpi. - powiedziała cicho, spoglądając na Peetę przez ramię.
- To dobrze. - pokiwał głową. Minęła chwila zanim znów się odezwał. - Miał dużo szczęścia. Rozmawiałem z ekipą ratunkową... Jego cela... Podobno nie należało to do najmilszych widoków.
Effie poczuła ucisk w żołądku. Nie chciała myśleć o tym co mu robili. Czego musieli użyć, żeby doprowadzić go do takiego stanu.
W jednej chwili poczuła, że dłoń Haymitcha, którą wciąż trzymała, delikatnie ściska jej rękę i usłyszała najcichszy szept, który sprawił, że jej serce zaczęło szybciej bić.
- Effie...

Ale mi szkoda Haymitcha. I Effie. W sumie wszystkich.
OdpowiedzUsuńJakiś Blue Thursday czy coś się trafił.
Ale ten rozdział jest tak cudownie napisany, że nic, tylko się wzruszać. I jeszcze ta końcówka <3
Mam tylko nadzieję, że nie wybierasz się w najbliższym czasie na herbatkę z Szatanem, by uknuć jakiś straszny plan kontynuacji tego opowiadania, bo wolałabym się rozczulać niż obgryzać paznokcie podczas lektury. :)
Tak byłam podekscytowana tym nowym rozdziałem i owszem, nie rozczarowałam się, ale znowu przerwałaś w takim momencie, że chcę Cię udusić! Ale reszta była bardzo wzruszająca i naprawdę super, cieszę się, że nie zrobiłaś nic strasznego (tylko byś spróbowała, a miałabyś do czynienia ze mną. Oczywiście żartuję.) Proszę, nie zwlekaj z nextem, bo umrę z ciekawości! Weny<3
OdpowiedzUsuńpoplułam się jogurtem. koniec komentarza.
OdpowiedzUsuń.
.
.
.
.
.
Miała nastać światłość. A ja tu widzę nadal wieki ciemne. Co to ma być, średniowiecze?! NIE!
Zgadzam się z ludźmi na górze. Żadnej herbatki, i masz groźbę podwójnego uduszenia.
PS: Dwa błędy w tym fragmencie: „W chwili, Effie znienawidziła Kapitol. Choć sama pochodziła z Kapitolu, nie chciała mieć nic wspólnego z ludźmi, który mu to zrobili.”
:*:*:*
Nawet trzy, nie zauważyłam wcześniej powtórzenia :D I mam nadzieję że ci takim wytykaniem pomagam a nie denerwuję :P
UsuńJuż poprawiłam! Wielkie dzięki! ;D + Nie, nie denerwuje mnie to, a nawet cieszę się, kiedy ktoś mi te błędy wytyka.
UsuńChyba nie mogę powiedzieć, że następny rozdział będzie kolorowy. Na pewno będzie w jaśniejszych barwach niż ten, ale...
W każdym razie, sama się przekonasz. ;D
Oszty. Płakłam. Smutłam. Ręka, noga mózg na ścianie. Nic innego nie robię, tylko leżę pod kołuderką i odświeżam stronę.
OdpowiedzUsuńA więc zaczęło się tak... W końcu musiała nadejść "późniejsza" godzina. Postanowiłam więc : Po co iść spać? Lepiej coś obejrzeć ;D Oczywiście mój laptop postanowił mnie denerwować i nie chciał współpracować, aż nagle... Przejawił objawy dobrej woli. A ja nagle doznałam zaćmienia. Co ja w ogóle chcę obejrzeć?! Tak myślę, rozmyślam, przeglądam propozycje... I nagle przebłysk. Zacznę oglądać "House of cards"! Włączam pierwszy odcinek (oczywiście nie jest tak kolorowo i trzeba oglądać z lektorem, a nie z napisami),zaczyna sobie wesoło (albo i nie) grać, a ja biorę do ręki telefon (po co marnować czas i tylko oglądać, skoro można sprawdzić to co ważne bardziej i mniej), przeglądam to co przejrzeć trzeba i nagle doznaję olśnienia! : A, sprawdzę czy może jest coś dodane na cudooownym blogu o Hayffie (<3) (muszę przyznać, że nie miałam żadnych nadziei i zakładałam, iż przeżyję rozczarowanie). Przechodzę do strony w telefonie już otwartej (ach, te 90 kart) i... Nadzieja rodzi się we mnie na nowo. A dlaczego? Na blogu dodano nowy post! Oczywiście, od razu zabieram się do czytania. I nie do wiary! Z każdym kolejnym słowem jest coraz lepiej! Czuję chwiejne emocje Effie i ubolewam nad rannym Haymitch'em. Jednak jako wierny fan, wiedząc, iż czekają nas chwile zwątpienia, smutku, rozpaczy i bólu, liczę na "Happily ever after"
OdpowiedzUsuńDziękuję
Koniec
JAK ŚMIESZ! MÓJ HAYMITCH. MOJA EFFIE...
OdpowiedzUsuńMOJE CINNAMON ROLLS. TOO GOOD FOR THIS WORLD. TOO PURE.
Dobra. Chill.
Teraz już będzie tylko lepiej. Am I right?
W ogóle, kiedy czytałam ten momen gdzie Effie siedziała w tym szpitalu i czekała na informacje co z Haymitchem, to jeju... Aż miałam łzy w oczkach.
NIENAWIDZE CIE.
ale jednocześnie uwielbiam xdd