Zbliżamy się do końca!
W zakładce "Alternatywne Ćwierćwiecze", możecie zobaczyć, że zostały jeszcze tylko dwa rozdziały i epilog. Mam nadzieję, że dotrwacie do końca? ^^
Będę miała do Was pytanie z serii "Really Important Questions", ale to później! ;) Jak na razie rozkoszujcie się jednym z ostatnich rozdziałów. :D
Będę miała do Was pytanie z serii "Really Important Questions", ale to później! ;) Jak na razie rozkoszujcie się jednym z ostatnich rozdziałów. :D
___________________________________________________________________
Dni mijały, a wraz z nimi Haymitch coraz rzadziej budził się z przekonaniem, że wciąż jest w celi w Kapitolu. Jego głos nie był już zachrypnięty. Większość siniaków zniknęło. Zadrapania i rozcięcia zagoiły się, zostawiając po sobie, tylko kilka nowych blizn. Ból w klatce piersiowej, który odczuwał przy każdym wdechu także zniknął. Lekarz mówił, że jego złamane żebra się dobrze zrastają i że nie powinno być już żadnych problemów.
Jednak jego zdrowie fizyczne, miało się nijak do stanu psychicznego. Jasne, miał za sobą gorsze przeżycia, pobyt dwukrotnie na arenie, nadszarpnął jego psychikę. Ale wciąż i wciąż, budził się z krzykiem, spodziewając się kolejnych tortur.
Wciąż potrzebował chwili po przebudzeniu, żeby zrozumieć, że Effie rzeczywiście jest przy nim. Że nie jest to kolejna halucynacja. Że - tak jak mu wmawiali w Kapitolu - wcale nie zginęła, przez jego wybryki podczas wywiadów. W celi zdarzało mu się bardzo często, żeby wyobrażał sobie, jak Effie z nim rozmawiała. Mówiła mu, że wszystko jest dobrze i że już niedługo wszystko się skończy. Jego wyimaginowana Effie, miała na myśli śmierć. Jednak jego kaci, nie pozwalali mu umrzeć. Kiedy był blisko śmierci, podawali mu lekarstwa, utrzymywali go przy życiu, tylko po to, żeby dłużej się nad nim znęcać. I wszystko zaczynało się od nowa.
W ciemnościach, jego jedynym towarzyszem były jego myśli oraz krzyki Johanny. Annie i Wiress nie były torturowane. Snow zdecydował, że nie ma sensu wydobywać z nich informacji, których i tak nie miały. Były za to traktowane, jako słaby punkt. Podczas wywiadów, przesłuchań lub innych... atrakcji... Annie i Wirres stały w polu jego widzenia z przystawionym pistoletem do głowy.
Nie mówił Effie o tym co się działo w podziemiach Kapitolu. Ona nigdy nie pytała. Prawdopodobnie się domyślała lub nie chciała wiedzieć. A Haymitch nie chciał jej mówić. Nie chciał mówić jej o tym, jak leżał w ciemnościach i marzył o tym, żeby umrzeć. O tym, jak rozmawiał z matką. A przynajmniej tak mu się wydawało, że z nią rozmawiał. Jego umysł podsyłał mu różne obrazy, kiedy leżał na zimnych kafelkach i starał się o niczym nie myśleć.
W ciągu tych kilku dni, od kiedy obudził się w szpitalnym łóżku, nie było chwili, żeby został w pokoju sam. Zawsze ktoś z nim był. Effie praktycznie zamieszkała w tej szpitalnej sali razem z nim. Peeta i Katniss odwiedzali go regularnie. Za pierwszym razem, kiedy do niego przyszli, Katniss rzuciła się na niego.
- Przepraszam! - powiedziała, czepiając się jego szyi i o mało nie zrywając wszystkich rurek i kabelków do których był podłączony. - Powinni cię wyciągnąć z tej areny.
- Gdyby mnie wyciągnęli, to zostawili by kogoś innego. - powiedział, starając się delikatnie lecz stanowczo wyswobodzić z jej objęć. Kiedy ta dziewczyna zrobiła się taka wrażliwa? - Zostawili by Finnicka lub Beetee'ego.
- Powinni zabrać wszystkich. - upierała się, w końcu go puszczając.
- Nie mieli na to czasu. - wtrącił się Peeta. - Kiedy nasze poduszkowce dotarły na miejsce, było już za późno. Brutus, Enobaria, Cashmere i Gloss, zginęli w wyniku eksplozji, żołnierze musieli się spieszyć, żeby nie stracić więcej ludzi, a ty Katniss, byłaś ich priorytetem. Mówiłem im, że po tobie, mają zabrać Haymitcha, ale...
- W porządku, chłopcze. - powiedział Haymitch, zmęczony słuchaniem tego wszystkiego. Nie miał mu za złe tego co się stało. Gdyby to on był na jego miejscu, za wszelką cenę starałby się wydostać Katniss z areny, nie patrząc na innych.
Kiedy Katniss i Peeta byli zajęci rebelią, w odwiedziny przychodzili inni. Finnick i Annie przychodzili rzadko. Zazwyczaj zależało to od nastroju w jakim była Annie. Finnick nie chciał spuszczać jej z oczu, a Haymitch nie mógł go za to winić. Sam był rozkojarzony za każdym razem, kiedy Effie musiała wyjść. Nie zdarzało się to często, ale za każdym razem, jej nieobecność wydawała się trwać wieczność.
Plutarch także go odwiedzał. Tylko, że on skupiał się na konkretach. Na informacjach, których Haymitch mógł mu dostarczyć. Czuł się, jakby znów był na przesłuchaniach. Plutarch i Coin oczekiwali od niego odpowiedzi. Szybko jednak zrozumieli, że oprócz "pokoju przesłuchań" i swojej celi, Haymitch nie widział zbyt wiele. Nie miał czasu na zwiedzanie.
Kiedy to do nich dotarło, dali mu spokój z pytaniami. Jednak Plutarch przychodził do niego po rady. Haymitch zawsze był dobry w planowaniu i strategii, tak więc pomagał byłemu organizatorowi igrzysk, w zaplanowaniu nalotu na Kapitol. Wciąż nie mógł wychodzić z łóżka, bo jego lekarz powiedział, że to mogłoby nadwyrężyć jego organizm, ale wcale mu to nie przeszkadzało.
W miarę jak dni mijały, został odłączony od większości maszyn. Wkrótce, została tylko kroplówka, a niedługo później, nawet ona zniknęła. Tylko dni dzieliły go od wypisania ze szpitala.
Nie mógł się doczekać dnia w którym będzie mógł wyjść z tej sali. Nie lubił, kiedy każdy mógł zobaczyć jego słabość. Chciał wreszcie móc sam się sobą zająć. Miał dość leżenia w łóżku, chciał działać i odegrać się na Kapitolu. Chciał zobaczyć upadek Snowa
Jednak jego zdrowie fizyczne, miało się nijak do stanu psychicznego. Jasne, miał za sobą gorsze przeżycia, pobyt dwukrotnie na arenie, nadszarpnął jego psychikę. Ale wciąż i wciąż, budził się z krzykiem, spodziewając się kolejnych tortur.
Wciąż potrzebował chwili po przebudzeniu, żeby zrozumieć, że Effie rzeczywiście jest przy nim. Że nie jest to kolejna halucynacja. Że - tak jak mu wmawiali w Kapitolu - wcale nie zginęła, przez jego wybryki podczas wywiadów. W celi zdarzało mu się bardzo często, żeby wyobrażał sobie, jak Effie z nim rozmawiała. Mówiła mu, że wszystko jest dobrze i że już niedługo wszystko się skończy. Jego wyimaginowana Effie, miała na myśli śmierć. Jednak jego kaci, nie pozwalali mu umrzeć. Kiedy był blisko śmierci, podawali mu lekarstwa, utrzymywali go przy życiu, tylko po to, żeby dłużej się nad nim znęcać. I wszystko zaczynało się od nowa.
W ciemnościach, jego jedynym towarzyszem były jego myśli oraz krzyki Johanny. Annie i Wiress nie były torturowane. Snow zdecydował, że nie ma sensu wydobywać z nich informacji, których i tak nie miały. Były za to traktowane, jako słaby punkt. Podczas wywiadów, przesłuchań lub innych... atrakcji... Annie i Wirres stały w polu jego widzenia z przystawionym pistoletem do głowy.
Nie mówił Effie o tym co się działo w podziemiach Kapitolu. Ona nigdy nie pytała. Prawdopodobnie się domyślała lub nie chciała wiedzieć. A Haymitch nie chciał jej mówić. Nie chciał mówić jej o tym, jak leżał w ciemnościach i marzył o tym, żeby umrzeć. O tym, jak rozmawiał z matką. A przynajmniej tak mu się wydawało, że z nią rozmawiał. Jego umysł podsyłał mu różne obrazy, kiedy leżał na zimnych kafelkach i starał się o niczym nie myśleć.
W ciągu tych kilku dni, od kiedy obudził się w szpitalnym łóżku, nie było chwili, żeby został w pokoju sam. Zawsze ktoś z nim był. Effie praktycznie zamieszkała w tej szpitalnej sali razem z nim. Peeta i Katniss odwiedzali go regularnie. Za pierwszym razem, kiedy do niego przyszli, Katniss rzuciła się na niego.
- Przepraszam! - powiedziała, czepiając się jego szyi i o mało nie zrywając wszystkich rurek i kabelków do których był podłączony. - Powinni cię wyciągnąć z tej areny.
- Gdyby mnie wyciągnęli, to zostawili by kogoś innego. - powiedział, starając się delikatnie lecz stanowczo wyswobodzić z jej objęć. Kiedy ta dziewczyna zrobiła się taka wrażliwa? - Zostawili by Finnicka lub Beetee'ego.
- Powinni zabrać wszystkich. - upierała się, w końcu go puszczając.
- Nie mieli na to czasu. - wtrącił się Peeta. - Kiedy nasze poduszkowce dotarły na miejsce, było już za późno. Brutus, Enobaria, Cashmere i Gloss, zginęli w wyniku eksplozji, żołnierze musieli się spieszyć, żeby nie stracić więcej ludzi, a ty Katniss, byłaś ich priorytetem. Mówiłem im, że po tobie, mają zabrać Haymitcha, ale...
- W porządku, chłopcze. - powiedział Haymitch, zmęczony słuchaniem tego wszystkiego. Nie miał mu za złe tego co się stało. Gdyby to on był na jego miejscu, za wszelką cenę starałby się wydostać Katniss z areny, nie patrząc na innych.
Kiedy Katniss i Peeta byli zajęci rebelią, w odwiedziny przychodzili inni. Finnick i Annie przychodzili rzadko. Zazwyczaj zależało to od nastroju w jakim była Annie. Finnick nie chciał spuszczać jej z oczu, a Haymitch nie mógł go za to winić. Sam był rozkojarzony za każdym razem, kiedy Effie musiała wyjść. Nie zdarzało się to często, ale za każdym razem, jej nieobecność wydawała się trwać wieczność.
Plutarch także go odwiedzał. Tylko, że on skupiał się na konkretach. Na informacjach, których Haymitch mógł mu dostarczyć. Czuł się, jakby znów był na przesłuchaniach. Plutarch i Coin oczekiwali od niego odpowiedzi. Szybko jednak zrozumieli, że oprócz "pokoju przesłuchań" i swojej celi, Haymitch nie widział zbyt wiele. Nie miał czasu na zwiedzanie.
Kiedy to do nich dotarło, dali mu spokój z pytaniami. Jednak Plutarch przychodził do niego po rady. Haymitch zawsze był dobry w planowaniu i strategii, tak więc pomagał byłemu organizatorowi igrzysk, w zaplanowaniu nalotu na Kapitol. Wciąż nie mógł wychodzić z łóżka, bo jego lekarz powiedział, że to mogłoby nadwyrężyć jego organizm, ale wcale mu to nie przeszkadzało.
W miarę jak dni mijały, został odłączony od większości maszyn. Wkrótce, została tylko kroplówka, a niedługo później, nawet ona zniknęła. Tylko dni dzieliły go od wypisania ze szpitala.
Nie mógł się doczekać dnia w którym będzie mógł wyjść z tej sali. Nie lubił, kiedy każdy mógł zobaczyć jego słabość. Chciał wreszcie móc sam się sobą zająć. Miał dość leżenia w łóżku, chciał działać i odegrać się na Kapitolu. Chciał zobaczyć upadek Snowa
***
Haymitch został wypisany ze szpitala dzień wcześniej. Jego stan poprawił się na tyle, że stała opieka medyczna, nie była konieczna.
Przydzielono mu osobną kwaterę, której nie musiał z nikim dzielić. Osobna kwatera była prawdopodobnie dla bezpieczeństwa - jego i innych. Ze względu na jego koszmary, Haymitch był zbyt niebezpieczny, żeby spać z kimś w tym samym pokoju. Nie powstrzymało to Effie od spania w jego pokoju. Doskonale wiedziała, że nic jej nie grozi. Za każdym razem, kiedy zaczynał się rzucać w łóżku, Effie go budziła. Powoli i ostrożnie, żeby wiedział, że to ona. Dopracowała to do perfekcji, podczas jego pobytu w szpitalu.
Jednak w tym momencie, żadne z nich nie spało. Leżeli, przytuleni do siebie, tak jak każdej nocy, ale oboje nie mogli zasnąć. Effie przyciskała policzek do jego piersi, słuchając bicia jego serca. Czuła na plecach, jak jego palce wędrują w górę i w dół jej kręgosłupa.
- Tęskniłam za tobą. - rzuciła w ciemność, Powtarzała to, chyba setny raz, od czasu, kiedy się obudził.
- Obiecałem ci, że zawsze do ciebie wrócę. - mruknął, całując czubek jej głowy.
Znów zapadła cisza, a Effie doskonale wiedziała, że Haymitch myśli o tym samym co ona. Rano, Katniss, Peeta i ich drużyna mają wyruszyć do Kapitolu. Teoretycznie nie miało im nic zagrażać, ale w praktyce mogło to wyglądać zupełnie inaczej. Co jeśli coś im się stanie?
- Myślisz, że dadzą sobie radę? - zapytała cicho, znów przerywając milczenie.
- Lecą, żeby nagrać kilka propagand. Wrócą zanim się obejrzysz. - nie wiedziała, kogo starał się przekonać: ją czy siebie.
- Co jeśli coś pójdzie nie tak?
Tym razem nie odpowiedział na jej pytanie. Nie mieli w zwyczaju, żeby się okłamywać. Od zawsze rzucali sobie prawdą prosto w twarz. Dlaczego mieliby teraz zacząć kłamać?
- Wiesz... - usłyszała jego głos i nawet nie musiała na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że się uśmiecha. - Odkąd się obudziłem w szpitalu, ani razu, tak naprawdę mnie nie pocałowałaś.
- Nie chciałam cię uszkodzić. - oparła brodę o jego pierś, żeby móc na niego spojrzeć. Lewy kącik jego ust był uniesiony, a jego oczy błyszczały.
- Uszkodzić? - zapytał z rozbawieniem.
- Kto wie, jakby to wpłynęło na twój stan.
- Jestem pewien, że bardzo dobrze. - mrugnął do niej.
Nie mogła się powstrzymać przed uśmiechem. Tak bardzo jej brakowało jego sarkazmu i tego prowokującego błysku w jego oczach. Oparła się na łokciu i nachyliła w jego stronę, chcąc go pocałować. Jednak Haymitch był szybszy. Nie wiedziała w którym momencie, jego usta naparły na jej. Coś na kształt fajerwerków, wybuchło w jej brzuchu. Szczęście ogarnęło ją całą, rozlewając się falami po jej ciele. Czuła jak Haymitch wplata dłoń w jej włosy i przyciąga ją jeszcze bliżej siebie.
Oderwali się od siebie dopiero, kiedy zdali sobie sprawę, że oddychanie to konieczność.
- Kocham cię. - szepnęła, sprawiając, że jej usta otarły się o jego. Zdała sobie sprawę, że nigdy mu tego nie mówiła. Jej serce zabiło mocniej, bojąc się odrzucenia. Głupie serce.
Nie odpowiedział. Zamiast tego, znów ją pocałował, tym razem delikatnie i czule. Nie musiał odpowiadać. Pocałunek mówił sam za siebie.

Ooo, jak pięknie. <3
OdpowiedzUsuńPoprawiłaś mi humor tym rozdziałem. ^^
I Haymitch wreszcie jest sobą. :D Końcówka jest przeurocza. <33
Łomatulu
OdpowiedzUsuńJa nie wiem jak wytrzymam bez Alternatywnego Ćwierćwiecza... 2 rodziały i epilog? KURDEEEEE...
Jeszcze nie skończyłaśa, a już tęsknie za nimi ;-;
W ogóle, czemu oni muszą być tacy kochani.
I jeszcze ta końcówka...
Teraz zamiast uczyć sie historii, będe myśleć nad nimi... A nie, wróć... I tak nie miałam zamiaru sie uczyć, więc teraz moge bez większych wyrzutów rozpływać się pod zajebistością twojej opowiadania xD
Znalazłam jeden błąd, jakoś u góry jest : " On nigdy nie pytała."
OdpowiedzUsuńOgólnie rozdział strasznie szybko się czytało. Czekam na jakieś hot momenty. Nie wierzę, że to już koniec. Mam nadzieję, że będzie coś nowego §
Czekam na te ostatnie rozdziały. <3
Dzięki, już poprawiłam! ^^
UsuńJutro mam zamiar zadać pytanie na temat "czegoś nowego". ;P
To jest takie typowe, ale znowu muszę to powiedzieć - Ale oni są uroczy! ;D Wzruszyłaś mnie tym rodziałem, serio. Moja ukochana para może być znowu razem!^^ Bez żadnych przeszkód i w ogóle. Cudownie! <3
OdpowiedzUsuńJuż chcesz kończyć?! Masakra...Przywiązałam się do tego ff. Teraz "Alternatywne Ćwierćwiecze" to taka normalka, codzienność...Szkoda, że się kończy. ;( Ale myślę, że nie zostawisz nas z niczym!:D
Ha! Jestem usatysfakcjonowana tym rozdziałem (nie no, oczywiście mógłby być sto razy dłuższy, no, ale co poradzić). Effie i Haymitch leżący razem w łóżku to po prostu dla mnie the best scene ever ;* Kocham Cię za to <3 W ogóle Haymitch był naprawdę fajny (xD) będąc "bezbronnym". Myślałam, że będzie to trochę denerwujące, ale było idealnie ;D Effie oczywiście jak zwykle cudowna i perfekcyjna (jestem chora). Trochę ogarnia mnie #smuteceg w związku z nadchodzącym zakończeniem, ale, co zaskakuje mnie samą, jest on nawet pozytywny, bo stworzyłaś przepiękną historię, której należy się prawdziwe zakończenie, a dzięki temu jestem pewna, że dzięki tobie to #hayffie będzie miało swoje, że nie zniechęcisz się do tej historii, rzucisz bloga i poostanowisz mieć wszystkich stukniętych fanów (ze mną na czele) gdzieś. To miłe, chociaż zapewne, gdy będę pisać komentarz pod ostatnim postem dotyczącym tej historii (bo będę), to pewnie cały czas będę marudzić, przekonywać, że powinnaś pisać tą historię dalej i się rozklejać. No, ale dobra, kończę to pisanie, bo zaraz napiszę wszystko co powinnam napisać dopiero przy ostatnim poście. Narazie cieszmy się tym, że to jeszcze nie koniec ;*
OdpowiedzUsuńTak przy okazji genialnie się czytało z Zaz + Si jamais j'oublie w tle <3 Naprawdę cudowna ;*
OdpowiedzUsuńOkej, właśnie mnie zabiłaś. Zabiłaś i już nie żyję. TA PIOSENKA JEST BOSKA! *_* Uwielbiam Cię za to, że mi ją pokazałaś. Chcę Ci się jakoś odwdzięczyć. Skontaktuj się ze mną na mailu, proszę. ^^ bainel97@gmail.com
Usuń