wtorek, 16 lutego 2016

Zimowa Opowieść: Rozdział 1

Dodaję to dzisiaj, bo do poniedziałku nie będę miała czasu, żeby cokolwiek dodać. Dajcie znać co sądzicie, Robaczki.
_______________________________________________________________________________
Haymitch
Pociąg jechał naprawdę szybko. W takim tempie, w Kapitolu będzie już następnego ranka. Już teraz na zewnątrz było ciemno. Musiało być dobrze po północy. Przedział był zatłoczony. Masa ludzi z Dwunastki wybierała się do stolicy. Większość z nich jechała do rodziny na święta, inni do pracy, a jeszcze inni po prostu wybierali się na wypoczynek. Gdzieś w tle słyszał płacz dziecka. Ludzie rozmawiali ze sobą beztrosko.
Pociąg miał bezpośrednie połączenie z Kapitolem, co oznaczało, że nie zatrzymywał się w żadnym innym dystrykcie. To nawet lepiej. Haymitch nie był pewny czy wytrzymałby dwa dni w pociągu, słuchając krzyków małego potworka, który siedział na kolanach swojej matki, kilka siedzeń od niego. Już samo to, że Holden uparł się, że też chce jechać, go dobijało.
Kochał swojego młodszego brata, naprawdę, ale chłopak nie miał już sześciu lat, żeby Haymitch musiał go wciąż niańczyć. Jechał do stolicy, żeby znaleźć pracę na zimę. Latem pracował na budowie, ale zima w Dwunastce zawsze była sroga, dlatego praca została zawieszona. Na dobrą sprawę nie potrzebował pracy, miał dość pieniędzy, żeby przeżyć i w dodatku wyżywić rodzinę, ale nie chciał myśleć o tym, dlaczego nie musiał pracować. Złe wspomnienia przyprawiały go koszmarne sny i o chęć złapania za butelkę. Dlatego potrzebował pracy, żeby nie siedzieć bezczynnie i nie pogrążyć się w myślach. Chciał czymś się zająć, żeby zapomnieć. Żeby nie mieć czasu, żeby myśleć. To właśnie dlatego – z potrzeby znalezienia sobie zajęcia, chciał znaleźć pracę. Jakąkolwiek, naprawdę. Jeśli mu się poszczęści, wynajmie mieszkanie i na zimę zamieszka w Kapitolu.
Wszystko to wyjaśniał swojej matce, chyba tysiąc razy, ale za każdym razem, kończyli na kłótni, która szybko przeradzała się w dobrze znane argumenty, które były powtarzane przez ostatnie lata, więcej niż ktokolwiek chciałby przyznać.
Jego matka, Alice, twierdziła, że Haymitch potrzebuje dziewczyny. Nie zwracała uwagi na to, że już miał jedną. Ostatnio kłócili się z Lissie więcej niż zwykle, ale Haymitch twierdził, że to przejściowe. Że potrzebują od siebie odpocząć. To był kolejny powód dla którego chciał jechać do Kapitolu.
Matka nie przepadała za Lissie, chociaż starała się to ukryć. Była dla niej miła, lecz chłodna. Za każdym razem, kiedy wchodzili razem do salonu lub do kuchni, uśmiechała się do niej tym wymuszonym uśmiechem, który Haymitch znał aż za dobrze. Oczywiście, nigdy nie powiedziała o niej złego słowa, o nie! Ale wystarczyło na nią spojrzeć, żeby wiedzieć, o czym myśli. Haymitch zbyt dobrze ją znał,
- Daleko jeszcze? - usłyszał głos Holdena.
- Jeszcze raz zadasz to pytanie, to oberwiesz. - wycedził przez zęby. Oczywiście, to tylko sprawiło, że Holden wyszczerzył zęby i już otwierał usta, żeby znów się odezwać, kiedy pięść Haymitcha wylądowała na jego ramieniu.
Oczywiście nie chciał go zranić, po prostu byli braćmi, a jako bracia, czuli tą potrzebę, żeby denerwować się wzajemnie.
- Ał! - syknął młodszy z braci.
- Och, przestań jęczeć. - westchnął Haymitch. - Zachowujesz się jak baba.
- To bolało!
- To bolało. - zaczął udawać głos brata. Uśmiechnął się, kiedy zobaczył mordercze spojrzenie Holdena. - Wyluzuj. Do Kapitolu jeszcze kilka godzin.
- Jak tam jest?
Holden jeszcze nigdy nie przekroczył granic Dwunastki. Nic dziwnego, że był podekscytowany wycieczką do Kapitolu. Haymitch natomiast, miał już za sobą kilka dłuższych wypraw. Za każdym razem chodziło o pracę, ale przy okazji mógł pozwiedzać. W samym Kapitolu był już kilkanaście razy i miał wrażenie, że przynajmniej połowę miasta, zna jak własną kieszeń.
- Inaczej. - odpowiedział Haymitch, odwracając głowę, żeby spojrzeć przez okno. Przy takiej prędkości i ciemnościach panujących na zewnątrz, nie było mowy o tym, żeby podziwiać widoki. Wszystko wyglądało jak rozmazana plama. - Miasto jest ogromne. Czasami się zastanawiam, czy ludzie z Kapitolu w ogóle sypiają.
Holden nic na to nie odpowiedział, a Haymitch za dobrze znał swojego brata, żeby nie wiedzieć o czym myśli. Mógł się założyć, że właśnie w tej chwili wyobrażał sobie całe miasto.
Przyjrzał się swojemu młodszemu bratu. Holden był siedemnastolatkiem. Miał ciemne włosy i szare oczy, jak wszyscy w ich rodzinie. Nie imponował budową ciała, ale był silniejszy niż wyglądał. Haymitch zastanawiał się, kiedy zdążył tak urosnąć; jeszcze trochę i chłopak go przerośnie. 
Holden zawsze był ciekawski. Ciekawiło go wszystko co nowe i nieznane. Wciąż łaził po drzewach, zupełnie jak za czasów, kiedy byli młodsi. Oboje zakładali się o to, kto wejdzie wyżej. Przez tą zabawę, Haymitch skończył ze złamaną ręką. Kiedy wrócili wtedy do domu i powiedzieli co się stało, ich matka zdzieliła ich po głowach i zakazała chodzenia po lesie. Powiedziała, że Haymitch jest nieodpowiedzialny, pozwalając młodszemu bratu łazić po drzewach.
Dziecko, które wcześniej płakało na kolanach matki, teraz zaczęło wrzeszczeć wniebogłosy. Haymitch mógł wyczuć nadchodzący ból głowy, tuż za gałkami ocznymi. Zacisnął zęby, starając się opanować i nie zwracać uwagi, na wrednego bachora.
- Przysięgam, że jeśli się nie zamknie to stracę cierpliwość. - mruknął pod nosem.
- Przecież lubisz dzieci. - wyszczerzył się Holden.
- Ta. Najbardziej, kiedy śpią.
Holden wybuchnął śmiechem. Starsza kobieta, która siedziała kilka miejsc dalej, rzuciła im karcące spojrzenie. Zupełnie tak, jakby to oni robili największy hałas w całym przedziale. Było to trochę niesprawiedliwe, biorąc pod uwagę to, że dzieciak wciąż krzyczał.
- Mogę cię o coś zapytać? - powiedział Holden. 
- Właśnie to zrobiłeś. - westchnął. - Pytaj.
- Co jest z tobą i Lissie?
- Co masz na myśli?
- Za każdym razem, jak się widzicie, mam wrażenie, że któreś z was zabije to drugie.
- Kłócimy się. - wzruszył ramionami.
- Ale o co? - właśnie taki był problem z Holdenem. Zadawał za dużo pytań. Nie dawał nikomu spokoju, dopóki nie dowiedział się wszystkiego.
- O wszystko. A co z tobą? Widziałem, jak kręcisz się koło tej dziewczyny... Jak miała na imię? Maddie?
- Melanie. - Holden wydawał się lekko zakłopotany, ale nie dał się odciągnąć od tematu. - I nie zmieniaj tematu. O co się kłócicie?
- Ostatnio powiedziała, że się zmieniłem. - wzruszył ramionami; był to jego nawyk, za który nie raz matka zwracała mu uwagę.
- Przecież jesteście ze sobą od dwóch lat. - Holden zmarszczył brwi. - Jak mogłeś się nie zmienić przez ten czas?
- Ją o to zapytaj. Bo najwidoczniej tego nie rozumie.
- Kochasz ją? -  pytanie było tak niespodziewane, że gdyby coś jadł, to właśnie by się zakrztusił.
Czy kochał Lissie? Odpowiedź była oczywista. Kochał ją. I nie było co do tego żadnych wątpliwości. Nie dogadywali się, ale przecież w żadnym związku nie było idealnie, prawda? Nie lubił mówić o uczuciach i w sumie nigdy jej nie powiedział, że ją kocha. Ale miał nadzieję, że to wiedziała. Przecież pokazywał jej to prawie na każdym kroku.
- Co to za pytanie? - wyszczerzył się, czując, że czas zmienić temat. - Opowiedz mi o tej Maddie.
- Melanie. - poprawił go automatycznie, nieco zirytowany. - Co mam ci powiedzieć?
- Nie wiem. Cokolwiek. Po prostu zagłusz tego dzieciaka. - chłopiec wciąż krzyczał, a jego matka nie robiła kompletnie nic, żeby go uspokoić. Zupełnie, jakby nikomu to nie przeszkadzało.
W taki właśnie sposób, dowiedział się, że Holden chodził z Melanie do szkoły. Byli na tym samym roku, ale w oddzielnych grupach. Dowiedział się też, że była miła i trochę nieśmiała. Że była przyjazna. Spędzili tak dwie godziny, rozmawiając o dziewczynie, w której podkochiwał się jego młodszy brat. Jednak kiedy zapytał, czy z nią rozmawiał, Holden powiedział tylko, że kilka razy się do siebie uśmiechnęli na stołówce. Kiedy to usłyszał, wybuchnął śmiechem.
- Skoro ci się podoba, to z nią porozmawiaj. - wykrztusił między dwoma wybuchami śmiechu.
- Zamknij się! - warknął Holden, szturchając go w ramię.
W międzyczasie jak rozmawiali, dzieciak się uspokoił. Teraz w przedziale panował przyjazny gwar cichych rozmów. Przejeżdżali właśnie przez tunel wydrążony w górze.
- Jeszcze trochę i będziemy na miejscu. - powiedział do brata.
- Ekstra! - ucieszył się.
Haymitch pokręcił głową. Mimo swoich siedemnastu lat, Holden wciąż zachowywał się jak niewinne, naiwne dziecko. Było to na swój sposób ujmujące.
Resztę drogi przejechali w milczeniu. Haymitch był zmęczony, a ból głowy nie dawał mu spokoju. Dlatego poczuł ulgę, kiedy wyjechali z tunelu i zobaczyli w oddali, światła Kapitolu. A kiedy wysiedli na stacji i poczuli na twarzach chłodny wiatr, Haymitch odetchnął głęboko. Nigdy nie myślał, że podróż pociągiem będzie mu się tak dłużyć, ale nareszcie dojechali na miejsce. Słońce właśnie zaczęło wschodzić.
- Witaj w Kapitolu, braciszku. - powiedział do Holdena, klepiąc go po ramieniu.

3 komentarze:

  1. *Zaintrygowana*
    *Czeka na spotkanie Haymitcha z Effie*
    *Jest zazdrosna w imieniu Effie o Lissie*

    OdpowiedzUsuń
  2. Czuję to zazdro o Lissie.
    Czekam na więcej <3
    Standardowo, weny życzę!

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo mi się podoba! Już nie mogę się doczekać następnego rozdziału. Wiem, że to takie typowe, ale jak na razie nie przepadam za Lissie, mimo że Haymitch i Effie się jeszcze nie spotkali ;D Boże, jakoe psycho...

    OdpowiedzUsuń